1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak często musimy zmieniać pracę i dlaczego?

Jak często musimy zmieniać pracę i dlaczego?

Kiedyś całe życie pracowało się w jednym miejscu. W tym samym pokoju, przy tym samym biurku, najczęściej na tym samym stanowisku. A dziś? Według danych z 2008 roku osoba poniżej 25 roku życia zmienia pracę średnio co 14 miesięcy! Pracownicy w wieku 25-35 lat zmieniają pracę niemal co 4 lata. Tylko najstarsi uczestnicy rynku pracy pozostają u jednego pracodawcy około 9 lat.

Jakie są najważniejsze powody tak dynamicznej sytuacji?

  • Wysokie koszty pracownika.
W jednym mieście centrum telemarketingu, w innym zarząd firmy. Zakład produkcyjny w Chinach. Oto nowa „lokalizacja” naszej firmy. Masowe zwolnienia w dużych koncernach to skutek różnicy w kosztach pracy w zależności od kraju czy miasta. Jeśli może cię zastąpić ktoś „tańszy” a twój zawód nie jest jakąś wybitną specjalizacją, wtedy niestety musisz się liczyć ze zwolnieniem. Kryzys dodatkowo nasila presję poszukiwania oszczędności. Dziś większość pracowników żyje w świadomości (lub zagrożeniu) niestabilności zatrudnienia.
  • Zmiany społeczne i technologiczne
Prawda jest również taka, że… chcemy zmieniać pracę. Chcemy się rozwijać, boimy się zostać w tyle. Pojawienie się i popularność nowych mediów powoduje, że na rynku pracy powstają zawody i branże, których nie było jeszcze, kiedy szliśmy na studia. Zawód „animator portali społecznościowych” lub „guru marketingu” to tylko wybrane przykłady dzisiejszych ofert pracy. W branży usługowej interesującą tendencją jest wzrost zapotrzebowania na opiekę społeczną (nianie, opieka nad osobami starszymi). Okazuje się zatem, że możemy posiadać kompetencje, które są przydatne na rynku pracy, nawet o tym nie wiedząc i to może nas motywować do zmiany.
  • Nietrwały związek: pracodawca-pracownik
Umowy między pracodawcą a pracownikiem oraz częściej konstruowane są w sposób który nie zapewnia pracownikom stabilności: ogranicza czas umowy lub uzależnia wynagrodzenie od efektów. Z drugiej strony nie wiąże pracownika długim okresem wypowiedzenia czy karencją (zakazem pracy w firmach o podobnym profilu po odejściu z pracy.) Efektem tego wśród młodych ludzi obserwuje się coraz mniejsze przywiązanie nie tylko do konkretnego pracodawcy, ale nawet do zawodu.

Co jeszcze się zmieni?

  • Podróż za pracą i praca w podróży
Patrząc na kraje takie jak Stany Zjednoczone, można spodziewać się, że wrastać będzie mobilność pracowników. Będziemy bardziej skłonni przeprowadzić się z powodu pracy, ale nie jeden raz - definitywnie, a wiele razy. Co kilka lat całe rodziny będą migrować tam, gdzie ich kwalifikacje będą „mile widziane”. Z drugiej strony, coraz mniej potrzebujemy biura jako takiego. Wiele rzeczy jesteśmy w stanie zrobić zdalnie, w domu, w pociągu czy w innym miejscu.
  • Programy outplacement.
Co ważne, zmienia się sam sposób myślenia o zwalnianiu pracowników, a nawet, można powiedzieć - „kultura zwalniania”. Szefowie firm coraz silniej zdają sobie sprawę z trudnej sytuacji osób, które muszą aktywnie szukać pracy. Chcąc utrzymać dobry wizerunek na rynku, a także nie straszyć pozostałych pracowników, firmy coraz częściej oferują różnego rodzaju pomoc dla zwolnionych. Byli pracownicy mogą skorzystać z firmowego komputera, żeby napisać CV, a niejednokrotnie wziąć udział w tzw. programach outplacementowych. Zakładają one pomoc psychologiczną, merytoryczną i organizacyjną w znalezieniu nowej pracy i, co najważniejsze są sponsorowane przez byłego pracodawcę.
  • Praca w której jestem dobry
Częsta zmiana pracy to w młodszych pokoleniach oczywistość. W morzu możliwości chcemy mieć taką pracę, która nas satysfakcjonuje. Jeśli tak nie jest, jesteśmy skłonni szukać lepszej. Dla starszego pokolenia, a także dla osób, które długo pracowały w jednym miejscu, poszukiwanie nowej pracy to duży stres. Coraz częściej słyszy się, że należy ten stres „oswajać”. Zmiana pracy po kilku latach jest wręcz zalecana, zarówno dla zdrowia psychicznego, jak i dla lepszego adaptowania się do dynamicznego rynku pracy. To nowa kompetencja, nieznana wcześniejszym pokoleniom.

Być może również określenie „bezrobotny” z czasem straci swoje negatywne zabarwienie i (niemal) konotacje z osobami przegranymi, pozostającymi na marginesie społecznym. Być może powinniśmy mówić  o „poszukujących pracy” lub „chwilowo niezatrudnionych”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak znaleźć pomysł na siebie? Radzi trenerka Iwona Firmanty

Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Czujesz, że dotychczasowe miejsce pracy już ci nie służy? Najwyższy czas rozejrzeć się za nowym pomysłem na siebie. Jak się do takiej zmiany odpowiednio przygotować, by nie podjąć decyzji zbyt pochopnie? I jak sprawdzić, czy nowe zajęcie, które sobie wymarzyłaś, rzeczywiście jest dla ciebie?

Powody chęci zmiany mogą być różne – kryzys w branży i wieści o kolejnych zwolnieniach kolegów po fachu, pogłoski w firmie o redukcjach lub zamknięciu naszego działu albo poczucie frustracji z powodu szklanego sufitu. Niezależnie od tego, jaki jest twój punkt wyjścia, jedno w takiej sytuacji jest pewne – że masz poczucie, że stare buty zaczęły cię uwierać i chcesz wymienić je na nowe. Tylko jak przekuć to doświadczenie w pozytywną sytuację – czyli zamiast szukać czegoś po omacku, znaleźć nowy pomysł na siebie, a może nawet „stworzyć” swoją pracę marzeń?

– Sytuacja pod tytułem „Chcę stworzyć plan B, ale nie mam pomysłu na nową siebie” to bardzo częsty problem, z którym zgłaszają się do mnie klienci. Szczególnie dotyczy to ludzi z pokolenia X, ponieważ w polskiej rzeczywistości jeszcze 15–20 lat temu nie uczono młodych tego, jakimi powodami kierować się przy wyborze określonego zawodu – mówi coach i trenerka umiejętności osobistych Iwona Firmanty. – W takich historiach często powtarza się pewien schemat, np. dziewczyna, która świetnie nadawałaby się do marketingu, bo ma wspaniały kontakt z ludźmi, trafia na ekonomię i potem ląduje w firmie, która ją zabija wewnętrznie. Szczególnie jeżeli otoczenie mówi jej: „Zostaw, nie zmieniaj, to dobra firma, dobra marka, dobre stanowisko”.

Strategia Sześciu kapeluszy de Bono

Nieznajomość siebie i własnych zasobów to pierwsza bariera hamująca na drodze do trafnego przedefiniowania siebie na nowo. Drugą często są emocje, które włączają się szczególnie w sytuacji nagłych zmian w otoczeniu i powodują, że zamiast na chłodno ocenić swoje kompetencje i opracować nowy scenariusz, nakręcamy się czarnymi wizjami i przez to osłabiamy samych siebie.

Iwona Firmanty wspomina szkolenie, podczas którego jej klienci dostali informację pocztą pantoflową, że w ich organizacji szykują się degradacje i zwolnienia na wyższych szczeblach. W chwili kiedy rozeszła się pogłoska o cięciach, wszystkich ogarnął strach – przed tym, co się dalej stanie i jak sobie poradzą. Nagle poczuli utratę bezpieczeństwa, choć do tej pory byli przekonani, że w ich branży nagłe zmiany nikomu nie grożą.

– Przeprowadziłam wtedy z grupą strategię sześciu kapeluszy de Bono. Ta metoda polega na spojrzeniu na problem z sześciu stron, w zależności od tego, jaki kapelusz założymy symbolicznie na głowę – opowiada coach.

I tak w sytuacji bardzo emocjonalnej zaczyna się od kapelusza czerwonego, który odpowiada za uczucia, impulsywność. Tutaj wylewamy wszystkie emocje: „Czuję się przerażona”, „Jestem frustrowana i przybita”. Jeżeli emocje są na tyle silne, że włącza się krytykowanie, oskarżanie innych, przechodzimy do kapelusza czarnego – odpowiadającego za negatywizm. Tu można z siebie wyrzucić myśli typu: „To niesprawiedliwe, jak oni mogli nas tak potraktować?!”, „No ładnie, teraz wyląduję bez pracy i z kredytem”. Następny jest kapelusz biały – czyli poziom neutralnych faktów typu: „Nie wiem, czy ta informacja jest prawdziwa, będę mogła ją zweryfikować dopiero w poniedziałek”. Później kapelusz żółty, czyli stacja optymizmu – a więc pozytywne nastawienie do nadchodzącej zmiany. I następnie kapelusz zielony, który odpowiada za nowe możliwości: „Co mi może dać ta sytuacja? Do czego mnie zmobilizuje?”. Ostatni jest kapelusz niebieski – czyli planowanie rozwiązania ze szwajcarską precyzją.

Iwona Firmanty opowiada, że na etapie zielonego kapelusza jednej z uczestniczek szkolenia wyklarował się pomysł na własny biznes – dziewczyna w chwilach stresu piekła wieczorami ciasta, które przynosiła potem do pracy, pod wpływem namowy kolegów postanowiła przekuć swoje hobby w działanie komercyjne – i założyć własny punkt ze zdrowymi domowymi wypiekami.

Uszyj sobie nowe buty: czas na przebranżowienie

Dobrze, tylko jak dotrzeć do swojego potencjału w sytuacji, gdy wiemy, że nie chcemy już robić tego, co do tej pory, ale zupełnie nie mamy nowego pomysłu na siebie?

Iwona Firmanty radzi, żeby zacząć od zebrania wszystkich swoich zawodowych złotych monet, czyli od zastanowienia się, jakie osiągnięcia mamy już na swoim koncie i o czym możemy powiedzieć, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy.

– Zazwyczaj w takiej sytuacji pracę z klientem zaczynam od matrycy kompetencji. Dana osoba ocenia swoje zasoby na dzień dzisiejszy. Wyłania się z tego obraz, w czym jest mocna, co do tej pory wypracowała. I to może być pierwsza wskazówka na temat tego, w którą stronę się kierować.

Jak radzi trenerka, następna rzecz, na której powinniśmy się skupić, to zastanowić się, co takiego potrafimy robić, co może przydać się ludziom. – W dzisiejszych zabieganych czasach zarabia się albo na odciążaniu innych czy też przeciwdziałaniu lenistwu, albo na sprzedawaniu przyjemności – dodaje Iwona Firmanty.

Chodzi o to, żeby spojrzeć na siebie trochę bardziej kreatywnie – masz lekkie pióro, umiejętności copywriterskie, a nie chcesz dłużej pracować na etacie w wydawnictwie? Twoje umiejętności mogą się przydać osobom, które mają wiedzę, odniosły sukces w swoim fachu i marzą o napisaniu książki, a nie mają czasu, żeby usiąść i spisać swoje przemyślenia. A może interesujesz się zdrowym stylem życia, czytasz specjalistyczne książki – pomyśl o założeniu bloga, który będzie motywował innych do wprowadzania zdrowych nawyków.

Druga opcja to sięgnięcie do dzieciństwa i próba odkurzenia swoich pasji – co lubiłam kiedyś robić? Co mi zawsze sprawiało przyjemność? Może np. zawsze chciałam pomagać innym, ale zamiast na wymarzoną psychologię za namową rodziny poszłam na rachunkowość? Warto na chwilę przyciszyć głos rozsądku i przypomnieć sobie, co nas tak naprawdę zawsze kręciło, przychodziło z lekkością i sprawiało radość. Albo skupić się na bieżących pasjach: – Jeżeli mamy osobę, która wykonuje swój zawód jako tako, żeby mieć tylko na rachunki, ale np. ma pasję rowerową, to może się okazać, że jeżdżąc hobbystycznie np. 200 km dziennie, może zdobyć sponsorów – mówi Iwona Firmanty. – Mając sponsorów, może z kolei zarabiać na testowaniu rowerów, koszulek itp. Jeżeli chcemy zarabiać na swojej pasji, to bosko, tylko zróbmy to w taki sposób, żeby nam ona nie obrzydła – przestrzega trenerka.

Personal branding: Wyciśnij cytrynę do cna

Fajny pomysł na siebie to już dużo, ale trzeba jeszcze zadbać o to, żeby nie rzucić się przedwcześnie na głęboką wodę. Iwona Firmanty radzi, żeby zanim odejdziemy ze starej firmy, wykorzystać ją jeszcze do zbudowania swojego wizerunku, czyli do personal brandingu. – Świadomi własnej wartości, będziemy lepiej rozdawać karty, nieważne, czy planujemy zmianę branży, firmy czy przejście na freelancing – mówi Iwona Firmanty. – Dlatego póki jesteśmy jeszcze w organizacji, zbierzmy wszystkie dowody społeczne na to, że byliśmy i jesteśmy świetni, przynieśliśmy określony zwrot z inwestycji, a zatem jesteśmy cennymi fachowcami.

A zatem spisujemy wszystkie dotychczasowe osiągnięcia, żeby stworzyć mapę swoich sukcesów. To mogą być dyplomy, pochwały czy nawet projekty, które niekoniecznie przełożyły się na pieniądze, ale pozwoliły zdobyć fajne doświadczenie. – Następnie robimy „instrukcję obsługi” osób, przy których powinniśmy się wykazać takimi kompetencjami, żeby stały się naszymi osobami referencyjnymi – mówi Iwona Firmanty.

Nic tak nie uwiarygodni naszej marki, jak lista osiągnięć i pozytywne opinie wystawione w dotychczasowym miejscu pracy – i to niezależnie od tego, czy będziemy chcieli później pokazać się od najlepszej strony przed HR-owcem podczas rekrutacji do innej firmy, czy będziemy promować w Internecie swoje usługi jako freelancer.

Dobrym pomysłem jest też wykorzystywanie obecnej firmy do zdobycia kompetencji potrzebnych w nowym miejscu. – Można pójść do szefa i zaproponować, że chcemy zrobić dla niego nieodpłatnie coś, co przyda nam się w nowej branży – np. marzymy o pracy w szkoleniach, nie mamy doświadczenia, ale proponujemy szkolenie dla naszych kolegów z pracy – mówi Iwona Firmanty. – To nic, że zrobimy je za darmo – potraktujmy to jak inwestycję, która zwróci się z nawiązką w przyszłości. Możliwość wystąpienia przed grupą, sprawdzenia siebie jest bezcenna.

Inny pomysł to pomoc kolegom z sąsiedniego działu, np. pracujemy w dziale finansów, a ciągnie nas do marketingu – pójdźmy i spytajmy, czy nie przyda się dodatkowa osoba do jakiegoś projektu. Dla nich to bonusowa siła robocza, a dla nas cenny wpis do CV.

Nie odpuszczaj na finiszu

Ostatni etap to przeniesienie pomysłu z fazy wizji do etapu realizacji. – Osobom, które chcą założyć własny biznes, rekomenduję rozwiązanie, że jestem w jednej firmie, a buduję kolejną – mówi Iwona Firmanty. – Ja ten model przeszłam i się sprawdził, bez żadnych kredytów czy finansowego wsparcia osób z zewnątrz – z ciężkiej pracy mojej i zespołu ludzi, którzy mi zaufali. Kiedy inni kończyli swój dzień pracy, u mnie zaczynał się drugi etat. I wtedy nie było opcji, że się nie chce. Była chęć działania i motywacja zadbania o coś swojego, co dzisiaj jest moim źródłem dochodu i pozwala zatrudniać zespół świetnych ludzi.

Jak podkreśla Iwona Firmanty, w momencie gdy szefostwo już wie, że mamy plan B, nie powinniśmy odpuszczać, tylko tym bardziej pokazać, że jesteśmy kompetentnymi i odpowiedzialnymi ludźmi: – Każdy, kto zarządza firmą, ma podstawowy cel – zwrot z inwestycji. I owszem, może kogoś lubić, ale jeżeli ten ktoś chce odejść, to szef chce mieć pewność, że nie będzie miał luki kadrowej.

Szycie nowych butów, czyli kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie – uruchamiając wewnętrznego wizjonera, czyli zaprzęgając wyobraźnię do stworzenia nowych celów, możemy odkryć całkiem nowe lądy, których zupełnie się po sobie nie spodziewaliśmy. I tylko od nas zależy, co zrobimy ze  swoim odkryciem dalej – przejdziemy do realizacji czy pozostaniemy na etapie snucia marzeń.

Iwona Firmanty, trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. 

  1. Psychologia

W jaki sposób połączyć pracę z przyjemnością?

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
– Życie nie zaczyna się dopiero po pracy, żyjesz przez cały czas. Kiedy to zrozumiesz, w sposób naturalny zadbasz o sferę zawodową tak, żeby się nie skrzywdzić - twierdzi life coach Joanna Godecka.

 

Czy pracę i przyjemność można w ogóle połączyć? – spytasz. Można, a nawet trzeba – twierdzi Joanna Godecka. – Nie istnieje podział na życie prywatne i to zawodowe. Życie to życie, jest jedno - dodaje.

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością, co możesz robić bez przerwy i niemal bez wysiłku, i zadbaj o to, żeby twoja praca zawierała te elementy. Proste. Dajmy na to, lubisz siedzieć w kawiarni i patrzeć na ludzi. Co cię w tych ludziach najbardziej interesuje? Może to, jak są ubrani? Może zgadujesz, kim dla siebie są, jakie relacje tworzą? Może po prostu słuchasz, w jaki sposób i o czym mówią? Zatem twoim atutem jest obserwowanie ludzi. To może być twój punkt wyjścia. Bo wiele wskazuje na to, że potrafisz i – co ważniejsze – lubisz obserwować. Może dobrze wyłapujesz trendy i mogłabyś prowadzić modowego bloga albo zająć się projektowaniem ubrań? Obserwowanie ludzi, ich zachowań, ich życia przydaje się też w marketingu, PR, w dziennikarstwie oraz w pisaniu książek. A także w szeroko rozumianej psychologii. Wnioski wzrokowca to twarde dane, które można wykorzystać w wielu dziedzinach. W nich właśnie możesz się spełnić.

Kariera a czerpanie przyjemności z pracy

Dobrze jest wziąć też pod lupę swoje przekonania na temat tego, czy rzeczywiście jest w tobie zgoda na to, żeby dostawać wynagrodzenie za coś, co sprawia ci przyjemność. Może praca to dla ciebie jednak duży wysiłek, zmęczenie, stres oraz masa wyrzeczeń i dopiero gdy przejdziesz tę trudną drogę, dajesz sobie prawo do odpoczynku? Z takim przekonaniem zapewne nie oprzesz kariery na przyjemności.

– Z moich obserwacji wynika, że pokutują w nas trzy błędne przekonania na temat kariery – twierdzi Joanna Godecka. – Pierwsze z nich mówi o tym, że kariera jest uwarunkowana ciężką pracą. Mnóstwo osób podkreśla, że niemal nocują w swojej firmie, a na pewno harują od świtu do nocy. Drugi mit – żeby zrobić karierę, trzeba być wredną suką, kogoś wygryźć, iść po trupach. I wtedy albo tych trupów wypatrujemy, albo stwierdzamy, że nie jesteśmy kimś, kto w ten sposób będzie robił karierę, i w ogóle jej nie robimy. Trzeci mit zakłada, że trzeba mieć farta, po prostu w czepku się urodzić. Wiadomo, szczęściarzy jest wśród nas stosunkowo niewielki procent, więc wielka kariera jest nie dla nas.

Tego typu przekonania, często nie do końca nawet uświadamiane, są przyczyną albo braku kariery, albo kariery, która nas zupełnie nie satysfakcjonuje, nie mówiąc już o sprawianiu przyjemności. Dlatego dobrze, żebyś zastanowiła się także nad tym, co dla ciebie oznacza sukces.

Cena sukcesu

Ktoś może powiedzieć, że odniósł sukces, bo pracuje na prestiżowym stanowisku, ma dom za miastem oraz na wybrzeżu, sportowe samochody i co roku wakacje na końcu świata. Ktoś inny może być zdania, że odniósł sukces, bo wstaje rano z uśmiechem, czuje, że jest wolny, robi to, co kocha, i jest otoczony fajnymi ludźmi.

– Nasze rozumienie sukcesu jest spaczone i skazuje na wspinanie się na szczyty po zdobycze głównie materialne – mówi Joanna Godecka. – Osób, które mają władzę, prestiż, są opiniotwórcze, nikt nie pyta, jak się z tym czują, bo zakładamy, że to właśnie jest szczęście. Ale czy rzeczywiście?

Nazywanie sukcesem rezultatu działań zawodowo-finansowych jest jednowymiarowe. – Czym sukces jest dla mnie? – zastanawia się Joanna Godecka. – Jest robieniem tego, co naprawdę sprawia mi przyjemność. To również ustawienie prawidłowych proporcji między komercjalizacją tego, co robię, a czerpaniem z tego radości. Często zdarza się, że kiedy przyjemność zamieniamy na narzędzie do zarabiania pieniędzy, zaczynamy za bardzo kalkulować i frajda gdzieś nam się rozpływa. Czyli potrzebny jest kompromis między pasją a jej komercjalizacją. Sukcesem jest, jeżeli możemy się na krańcu naszego życia zatrzymać i powiedzieć, że mieliśmy fajne życie, że niczego nie żałujemy. Chyba nie ma człowieka na kuli ziemskiej, który na łożu śmierci powiedziałby: „szkoda, że nie zostawałem dłużej w pracy”.

Miej świadomość, że uważając materialno-prestiżowe wartości za najistotniejsze, często odcinasz się od całej reszty swoich potrzeb: emocjonalnych, intelektualnych, kontaktu z naturą, sztuką, innymi ludźmi. Cierpią wówczas głębsze potrzeby relacyjne, mające na względzie wymianę uczuć, a nie informacji: co zrobiłam, co kupiłam, co mam w swoich ambitnych planach.

– Czasem ludzie starają się godzić taki schematycznie postrzegany sukces z resztą życia, ale jeżeli bardzo go pożądają, równowaga zaczyna się niebezpiecznie chwiać, ponieważ czas niepoświęcony pracy zaczynają uważać za bezproduktywny i rezygnują z innych aktywności, gubiąc po drodze przyjemność z życia – tłumaczy life coach.

Niepotrzebna kalkulacja

Tak możemy skończyć, jeśli wybieramy swoją aktywność zawodową, kalkulując: „Lubię malować i mam do tego talent, ale jaki artysta teraz zarabia kasę, chyba lepiej pójdę na stomatologię, bo ludzie zawsze będą mieli dziury w zębach”. Jeśli decydując się na jakąś pracę, wychodziliśmy z tego poziomu, raczej jesteśmy skazani na brak przyjemności w życiu zawodowym.

– Znam ludzi, którzy zarabiają naprawdę duże pieniądze i nie znoszą tego, co robią. Obiecują sobie, że za jakiś czas rzucą to w diabły, ale ciągle ten moment odkładają, bo potrzeby materialne rosną – mówi Joanna Godecka.

Większą szansę na to, że praca przyniesie nam przyjemność, mamy wtedy, gdy zamiast na względy prestiżowe czy finansowe postawimy na preferowany styl życia. Są ludzie, którzy dobrze czują się w strukturach, instytucjach, ramach. Lubią rano elegancko się ubrać i wyjść do pracy. Uważają, że gdy siedzą w domu, życie im ucieka. Innych to głęboko unieszczęśliwia i lepiej jest dla nich, jak pracują na własną rękę, w wolnych zawodach. Dlatego tak ważna jest świadomość siebie, własnego rytmu.

– Wszyscy mamy unikatowe cechy – mówi Joanna Godecka. – Osoba, która jest elastyczna, nie będzie czerpać przyjemności z pracy, jeśli narzucone jej będą sztywne godziny i spora kontrola. Ktoś taki potrzebuje dywersyfikacji działań, płynnego zarządzania czasem. Natomiast ktoś, kto uwielbia planować, poczuje się jak ryba w wodzie, ustalając stałą formułę działania dla innych. Warto poznać swoje predyspozycje i jednocześnie potrzeby. Jeden człowiek w chaosie czuje się rozbity, a drugi go potrzebuje, bo mu się z tego chaosu co chwila coś wyłania.

Odwagi!

Mamy też prawo powiedzieć sobie, że dziedzina, którą się zajmowaliśmy, przestała nas już fascynować. Można stwierdzić, że pasja się wypaliła i nie myśleć o tym w kategoriach straty, bo zainwestowałam czas, pieniądze, zdobyłam cenne doświadczenia i teraz będę musiała zaczynać od początku. Dajmy sobie prawo do zmian. – Nie można być życiowym konformistą. Jeżeli chcesz mieć przyjemność z pracy, trzeba być odważnym, zaryzykować – podpowiada Joanna Godecka. – Bo są takie pasje, w których od razu nie odniesiemy sukcesu rozumianego jako mnóstwo pieniędzy. Ale jeśli naprawdę chcemy to robić i godzimy się, że będziemy przez jakiś czas żyć bez nadmiaru wszystkiego, to odważnie wchodzimy na tę drogę. Jeśli jesteśmy połączeni ze swoją głębią energetyczną, ze swoimi emocjami, ze swoimi potrzebami, to zawsze wybieramy swoją ścieżkę.

Nie oczekujmy jednak, że będziemy podobali się wszystkim. Są ludzie, którzy dla otoczenia są niezrozumiali, bo robią coś swojego, często niszowego. Inni pukają się w głowę, gdy to widzą, ale to ci odważni śmieją się ostatni, bo mają z pracy przyjemność.

Jeśli chcemy połączyć przyjemne z pożytecznym i pracę z zabawą, nasza motywacja nie może wynikać z lęku czy asekuracji. Działajmy z miejsca pozytywnego wyzwania. Myślmy tak: „Robię to, bo chcę spróbować”, „To sprawia mi frajdę”, „Mam odwagę to robić”. Nie nastawiajmy się na przetrwanie, w życiu nie chodzi o to, żeby nie dać się zniszczyć, pogrążyć, wyjść obronną ręką.

– Zapragnijmy przeżyć swoje życie jak najfajniej. Niech przygody, które nam się w nim zdarzają, będą twórcze i inspirujące – mówi Joanna Godecka.

  1. Styl Życia

Personal branding. Jak zaprezentować się pracodawcy?

Odpowiednie przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej ułatwi zaprezentowanie swoich najmocniejszych stron (Fot. iStock)
Odpowiednie przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej ułatwi zaprezentowanie swoich najmocniejszych stron (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz dostać pracę? Mów i myśl: jestem w tym dobra! Tym bardziej, że na rozmowie rekrutacyjnej masz mało czasu na odegranie ważnej roli, której efektem, jeśli dobrze pójdzie, będzie angaż. Jak się do takiej rozmowy przygotować i jakich błędów nie popełniać, pytamy Katarzynę Bąkowicz, ekspertkę od personal brandingu.

Powiedzmy, że od dłuższego czasu szukam pracy, ale wciąż bez efektu. O co powinnam zadbać, żeby ją wreszcie dostać?
Pierwszy etap to zdefiniowanie, czego ja chcę. A więc trzeba zacząć od rozmowy z samą sobą. Co wiem? Że nie chcę dłużej wykonywać obecnego zajęcia. Czego muszę się dowiedzieć? Co chcę robić dalej. Jakiej pracy szukam. Jakie mam kwalifikacje, żeby ją wykonywać. Czy to ma być coś, co już wcześniej robiłam. Czy coś zupełnie nowego. Czy chcę iść na etat. Czy chcę założyć własną firmę. Gdy już to wiem, przechodzę do kolejnego etapu, związanego już z personal brandingiem, czyli do tworzenia CV…

Zatrzymajmy się na chwilę przy pojęciu „personal branding”, które zyskuje ostatnio coraz większą popularność. Specjaliści podkreślają, że dotyczy każdego z nas. Na czym polega budowanie marki osobistej?
Zastępczo do personal branding używa się pojęcia „kreowanie wizerunku”. Tylko że kreowanie wizerunku ma zwykle negatywne konotacje i odnosimy je do osób publicznych – polityków, sportowców, dziennikarzy. Natomiast personal branding dotyczy każdego, kto chce wejść w jakąś zawodową przestrzeń. Pierwszym jego elementem jest CV – ono pokazuje pracodawcy, kim jesteś. Chodzi o to, aby dostarczyć informacji, które są niezbędne do wykonywania pracy, jaką on może ci zaoferować. Pokazać, że jesteś osobą, której szuka. Zatem to nie może być chaotyczny zbiór informacji o różnych pracach wakacyjnych, chyba że kilka razy byłaś kelnerką i teraz chcesz pracować w korporacji spożywczej, gdzie ten fakt może pomóc.

Przy czym zaznaczam, że nie jestem zwolenniczką stwierdzenia, że liczy się tylko pierwsze wrażenie.  Choć faktycznie w przypadku rozmowy o pracę jest ono bardzo ważne. Całą sobą – od stroju, przez zachowanie, postawę, sposób mówienia, treść i formę – komunikujesz: „jestem w tym dobra”.

Jak rozumiem chodzi o spójność - żeby nasz wizerunek nie był oderwany od tego, co chcemy zakomunikować rekruterowi. Tylko jak powinno wyglądać w praktyce przygotowanie do takiego spotkania?
Pierwsza rzecz - musimy wiedzieć, do jakiej firmy idziemy. Czym ta firma się zajmuje, ale też jaki styl ubioru, zachowania i komunikowania się tam obowiązuje. Nie będzie tego w informacji o firmie na stronie internetowej, ale odczytamy to ze zdjęć i grafiki. Dużo powie nam też sama branża - jest różnica pomiędzy agencją reklamową a ministerstwem. Dostosowujemy się do tego - jeżeli firma przestrzega określonego dress code'u, nie zakładamy jeansów i trampek. Natomiast jeżeli jest to agencja reklamowa, możemy pozwolić sobie na większą swobodę. Choć trzeba dodać, że delikatna elegancja zawsze i wszędzie jest stosowna.

Dobrze jest też się dowiedzieć, ile czasu dostaniemy na autoprezentację. Informacji można zasięgnąć od sekretarki, która nas umawia na spotkanie. Bo inaczej mówimy, gdy mamy pięć minut, a inaczej, gdy mamy godzinę. Z taką wiedzą lepiej się przygotujemy. Warto przed spotkaniem usystematyzować swoją wiedzę na temat samej siebie - odpowiedzieć sobie na pytanie: Dlaczego chcę tu pracować? Co mogę dać tej firmie? Co firma może dać mnie? Dlaczego to ma być opłacalne dla obu stron? Dlaczego ta firma ma mnie zatrudnić? Coraz częściej właściwą odpowiedzią na ostatnie pytanie jest: Dlatego, że mam wysoki poziom umiejętności miękkich. Przypuszczalnie w danej firmie podstawą jest kontakt z klientem, zatem nie moje doświadczenie będzie ważne, ale fakt, że szybko się uczę i dobrze się komunikuję z innymi.

No dobrze, powiedzmy, że odrobiłam pracę domową i zrobiłam już rozeznanie we własnych kwalifikacjach i oczekiwaniach, dowiedziałam się też sporo na temat firmy, do której aplikuję. O co powinnam zadbać podczas samej rozmowy?
Przede wszystkim nie bójmy się zadawać pytań i dawać sobie czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią, kiedy to my jesteśmy o coś pytanie. Nie musimy odpowiadać natychmiast. Najpierw musimy zrozumieć, o co nas zapytano, wymyśleć odpowiedź i dopiero wtedy jej udzielić. Nikt za 30 sekund namysłu nie wyrzuci nas za drzwi. Możemy zapytać nawet: "Dlaczego zadaje mi pan takie pytanie?", "Jakie to ma znaczenie z pana perspektywy?" - oczywiście w atmosferze życzliwości. Bo celem rozmowy rekrutacyjnej jest wymiana informacji pomiędzy obiema stronami, sprawdzenie siebie nawzajem.

Na rozmowie wstępnej, tak jak podczas każdej komunikacji międzyludzkiej, podstawą jest uważność i świadomość, czyli słuchanie tego, co ktoś mówi, i udzielanie odpowiedzi na zadane pytania. Trzeba mieć również świadomość konsekwencji tego, co mówimy. Jeżeli powiem mojemu szefowi: "Nigdy się nie spóźniam", to nie mogę okazać się potem notorycznym spóźnialskim. Chcesz być słowna? Powiedz: "Ramowy wymiar pracy nie jest elementem, który świadczy o moich kompetencjach". Na pewno dużo lepiej są postrzegane osoby, które są przewidywalne - spokojne, ale kreatywne, osadzone w kategoriach powszechnie rozumianej normalności, ani nadmiernie ekspresyjne, ani flegmatyczne. Dlatego najlepiej sprawdza się też spokojny sposób komunikacji - słucham, mówię, słucham, mówię. Rozmawiam z innymi tak, jak sama chcę, żeby ze mną rozmawiano.

A postawa - czy ma znaczenie? Jak powinnam na przykład siedzieć?
Wiadomo - żeby nam się dobrze rozmawiało, musi nam się dobrze siedzieć. A żeby nam się dobrze siedziało, musimy mieć prosty kręgosłup. Niezależnie od tego, na czym siedzimy, trzymamy kości pośladków wbite w podłoże i nie opieramy pleców o oparcie. To gwarantuje w miarę prostą postawę. Dzięki temu wyglądamy na bardziej kompetentnych, a układ formacyjny działa sprawniej i swobodniej wydobywa się głos. Pomimo stresu nie dostaniemy zadyszki i nie będziemy się męczyć podczas rozmowy. A jeżeli nie czujemy się pewnie, możemy zaproponować spotkanie na neutralnym gruncie, np. w kawiarni na dole w biurowcu, dzięki czemu nie przychodzimy w roli gościa czy petenta. Spotykamy się na równej płaszczyźnie, a duża ilość bodźców dookoła i wspólne wypicie herbaty rozluźnia obie strony i ułatwia nawiązanie kontaktu. Warto sprawdzić, czy taka możliwość istnieje.

Czy to prawda, że komunikacja niewerbalna może mieć nawet większe znaczenie niż werbalna?
Komunikujemy się zawsze, z każdym i w każdy możliwy sposób. Dlatego ja nie rozdzielam komunikacji werbalnej od niewerbalnej. Spójrzmy na świat zwierząt - one komunikują się za pomocą dźwięków. Nie mówią, ale komunikują się. Na przykład miauczenie kota może wyrażać: smutek, ból, rozpacz, radość, zadowolenie... Poznajemy to po brzmieniu głosu. My, ludzie, działamy tak samo. Najpierw odbieramy parametry dotyczące głosu - jego wysokość, barwę, tempo, melodię i dopiero do tego dokładamy słowa i sprawdzamy, czy te słowa pokrywają się z tym, co wcześniej zinterpretowaliśmy. A to, jak brzmi nasz głos, zależy od tego, jak się zachowujemy. Gdy kot miauczy radośnie, nie ma nastroszonej sierści i podniesionego do góry ogona. A kiedy jest zły, nie leży rozwalony na plecach. My robimy tak samo. Gdy stoję wyprostowana i swobodna, mój głos brzmi pewnie. Jeżeli jestem zgarbiona i ściśnięta, głos jest niepewny. Jedyną rzeczą, która niszczy nasz wizerunek, jest jego niespójność. Bo jesteśmy całością. I w całości jesteśmy odbierani i interpretowani.

Załóżmy, że nadal czuję się niepewnie i przed rozmową kwalifikacyjną chciałabym jeszcze skorzystać z konsultacji u fachowca. Jak znaleźć dobrego specjalistę od personal brandingu?
Taki ktoś musi być trochę coachem, trochę psychologiem, także specjalistą od marketingu i komunikacji. Bo wizerunek to wnętrze człowieka przeniesione na zewnątrz. Budowanie go obejmuje oczywiście dobór koloru wizytówek, długości spódnicy i nowej fryzury, ale samymi tymi elementami niczego nie zbudujemy. Cechą podstawową wizerunku musi być jego spójność i naturalność. Pozostajemy tą samą osobą, ale zaczynamy pokazywać siebie w takim świetle, że wyglądamy lepiej. Personal branding jest pracą na poziomie wewnętrznym i zewnętrznym, bo z powodu swoich cech osobowości preferujemy pewien rodzaj stroju i zachowania. Dobry specjalista od personal brandingu przygotuje do wszystkich sytuacji, jakie mogą nas spotkać, i nauczy reagowania na nie. Cały proces jest oparty na stuprocentowej spójności i naturalności. Dzięki temu zmiana, jaka się dokonuje, jest wiarygodna dla otoczenia, i wygodna dla nas.

Katarzyna Bąkowicz:
coach, logopeda, specjalistka od komunikacji medialnej i biznesowej, ekspertka od personal brandingu, prowadzi szkolenia z komunikacji wewnętrznej, zewnętrznej oraz prezentacji, buduje wizerunek organizacji (PR, CSR), a także wspiera liderów indywidualnymi procesami rozwojowymi.

Rozgrzewka dla niepewnych siebie, czyli personal branding w kilku krokach

Spójrz w lustro. Zacznij od kontaktu z samą sobą. Przyjrzyj się sobie. Jak wyglądasz? Jak mówisz do osoby w lustrze? Czy kogoś przypominasz? Czy prosto stoisz? Czy nie za bardzo machasz rękami? A może trzymasz je zwieszone? Jak byś zobaczyła siebie w telewizji, to co byś o tej osobie pomyślała? Czy to jest fajna babka?

Popatrz na siebie krytycznie.
I wypisz na kartce listę swoich cech. Jeżeli znajdziesz tam słowo „pedantyzm”, które uważasz za zaletę, bo dzięki niej twoje mieszkanie wygląda jak galeria, a ty sama znasz na pamięć wszystkie terminy spotkań – zastanów się, czy to pasuje do twojego miejsca pracy. Jeżeli w danej firmie liczy się kreatywność i fantazja, to twoje poukładanie nie jest tam potrzebne. Więc pomyśl, gdzie i do czego możesz się przydać. Kto może potrzebować dobrze zorganizowanej kobiety?

Zbuduj siebie na nowo.
Zastanów się, kim chciałabyś być. Jak chcesz być postrzegana? Jaki ma być twój wizerunek? Kogo byś z siebie zbudowała? Czy np. rola bizneswoman to jest twoja rola? Czy może lepiej odnajdujesz się w wolnym zawodzie? Zastanów się, jakie masz cechy i do czego możesz ich użyć. W jakim obszarze zawodowym można je najlepiej wykorzystać?

  1. Styl Życia

Zmiana pracy? Nie bój się zacząć od nowa!

Wcale nie musimy trzymać się zajęć, które przestały przynosić nam satysfakcję, i już od poniedziałkowego poranka wypatrywać weekendu. Ani rezygnować z marzeń, bo
Wcale nie musimy trzymać się zajęć, które przestały przynosić nam satysfakcję, i już od poniedziałkowego poranka wypatrywać weekendu. Ani rezygnować z marzeń, bo "w pewnym wieku lepiej nie ryzykować". (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Różne rzeczy kierują nami, kiedy postanawiamy opuścić dotychczasowe miejsce pracy lub branżę i zaryzykować. Lepsza jakość życia, bardziej elastyczny czas pracy, samorealizacja, spełnianie marzeń. Jak zauważa Rafał Nachyna z Grupy Pracuj, współczesny świat sprzyja zmianom, a czasem nawet do nich zmusza. I pokazuje, że nigdy nie jest się na nie za starym. Często ograniczają nas już tylko psychiczne bariery. Pora je przełamać.

Tematem, który rozgrzewa i porusza dziś ludzi, jest zmiana pracy, a nawet ścieżki zawodowej w dojrzałym wieku. Nie po studiach, kiedy jeszcze próbujemy i testujemy różne możliwości, ale właśnie po latach, kiedy mamy już ugruntowaną pozycję w danej firmie czy zawodzie, i postanawiamy wyjść ze strefy komfortu i dać sobie drugą zawodową szansę.
My też w Grupie Pracuj zauważamy ten trend. Można by zadać sobie pytanie, czy to rzeczywiście bierze się z potrzeby wyjścia ze strefy komfortu, czy wprost przeciwnie – poszukiwania większego komfortu. Motywacja do takiej zmiany może być pozytywna i negatywna. Ta druga jest wywołana zwykle przez czynniki zewnętrzne, niezależne od nas, takie jak chociażby postępująca automatyzacja. Co prawda już od XIX wieku i rewolucji przemysłowej pewne zawody znikają, a pewne się pojawiają, ale obecnie dynamika tych zmian jest szybsza.

Te zmiany pewnie najszybciej postępują w dziedzinach pracy już najbardziej zmechanizowanych?
Jedną z ciekawszych debat ostatnich lat jest ta na temat tego, co będzie się działo na rynku motoryzacyjnym, bo zarówno Google, jak i Elon Musk, producent Tesli, przewidują ogromną rewolucję w dziedzinie komunikacji – od samochodów współdzielonych po autonomiczne, bezzałogowe. Jeśli uświadomimy sobie, że, powiedzmy, za 10 lat wszyscy będziemy wynajmować samochody na godziny, zamiast je kupować, łatwo możemy sobie wyobrazić, jak będą wyglądały nasze miasta i ulice, ale też, jak przełoży się to na produkcję samochodów, jakie zawody przestaną być już potrzebne, a jakie zaczną, i jak w związku z tym będzie wyglądał rynek pracy. Podobny scenariusz może wystąpić w wielu innych branżach.

Co istotne, zewnętrzna, czyli negatywna motywacja do zmiany pracy wiąże się z wyjściem ze strefy komfortu bez odpowiedniego przygotowania i czasu na dogłębne przemyślenia.

A co z motywacją pozytywną, wynikającą z wewnętrznych czynników?
Coraz częściej zdarza się, że osoby z dużym doświadczeniem zawodowym, które osiągnęły odpowiednie wynagrodzenie i oczekiwane warunki pracy, zaczynają myśleć o zmianie zatrudnienia i wyjściu ze strefy komfortu na rzecz jeszcze lepszego komfortu zawodowego. Skąd się to bierze? Chociażby z informacji o tym, że są branże czy firmy, które oferują nie tylko lepsze zarobki, ale też znacznie korzystniejsze tzw. benefity, jak chociażby elastyczny grafik czy praca zdalna. W efekcie ludzie zaczynają myśleć, że wprawdzie dziś nie mają jeszcze doświadczenia lub przygotowania potrzebnego do zmiany branży, ale za rok... Zwłaszcza że rynek edukacyjny im sprzyja – obecnie większość kursów czy studiów zawodowych można odbyć w krótszym czasie i zdalnie, a nawet on-line. Przebranżowienie jest więc o wiele łatwiejsze i bardziej dostępne. I to ludzi, którzy osiągnęli stabilizację zawodową, zachęca do porzucenia bieżącego komfortu na rzecz zmiany, która w przyszłości da ten komfort na jeszcze wyższym poziomie.

Jak rozumiem, rozmawiamy o wyższym komforcie w kontekście finansowym czy czasowym. Co z komfortem biorącym się z tego, że robię to, co lubię?
To jest trzeci motywator, również pozytywny i wewnętrzny, który pojawia się, kiedy ludzie mają już na tyle uregulowaną sytuację finansową, że mogą się zastanowić nad swoją pracą w wymiarze bardziej duchowym czy filozoficznym. Zapytać siebie: czy to, co robię, jest zgodne z moimi przekonaniami? czy jest to coś, co sprawia mi przyjemność? A ponieważ mają już tzw. poduszkę finansową, są w stanie podjąć ryzyko, wiążące się z tym, że w perspektywie dwóch, trzech czy nawet pięciu lat, kiedy będą zdobywać pierwsze kompetencje, doświadczenia i pierwsze szlify w nowym zawodzie – mogą jeszcze nie zarabiać na dawnym poziomie.

Jacek Walkiewicz mówił w rozmowie, że prawdopodobnie jego pokolenie, 40-50-latków jest pierwszym w historii Polski, które ma szansę na ponowne otwarcie zawodowe.

To jest rzeczywiście bardzo ciekawe i zupełnie nowe zjawisko w Polsce. Jesteśmy przecież krajem, który w latach 90. XX wieku przeszedł największą zmianę, jeśli chodzi o system polityczny i gospodarczy, która to zmiana pozwoliła ludziom gromadzić kapitał, a ten z kolei dziś pozwala wielu z nich zadać sobie pytania, o których mówimy.

Na temat zmiany pracy i przebranżowienia można spojrzeć z jeszcze innej strony. Mianowicie od strony branż, które mają ewidentny niedobór pracowników. Na pierwszym miejscu w tej kategorii jest szeroko pojęta branża IT – z różnych szacunków wynika, że liczba miejsc pracy nieobsadzonych w tym sektorze waha się pomiędzy 40 a 50 tysiącami. Co więcej, ponieważ jest tak duży niedobór pracowników, zmniejszają się wymagania stawiane kandydatom. Kiedyś nie było w ogóle możliwości, by rozpocząć pracę w branży informatycznej bez studiów kierunkowych i odpowiedniego technicznego przygotowania – obecnie wystarczy, że ktoś ma doświadczenie projektowe. Jest to możliwe, ponieważ zmienia się specjalizacja w dziedzinie programowania.

Gdy jakieś 100 lat temu pytano kogoś, jaki zawód wykonuje, to wystarczyło powiedzieć: „jestem lekarzem” czy „jestem inżynierem”; nikt nie dopytywał, co to właściwie oznacza, bo było to oczywiste. Potem nastąpił okres większej specjalizacji, lekarze zaczęli dzielić się na pediatrów, dentystów czy chirurgów, a inżynierowie na mechaników czy elektroników. Podobnie przez ostatnie 20 lat rozwinęła się specjalizacja w zawodzie programisty. Jeszcze 20 lat temu wystarczyło powiedzieć: „jestem programistą”, dzisiaj w tym pojęciu zawiera się bardzo wiele rozróżnień – i nie potrzebowaliśmy na to 100 lat, a jedynie dwóch dekad. Dziś trzeba już takiego programistę spytać: „A w jakim języku programujesz?”. Są programiści, którzy zajmują się tylko architekturą – konstruują to, co ma być potem zapisane specjalistycznym kodem; są osoby, które są koderami; są też programiści, którzy specjalizują się w testowaniu oprogramowania. Programista to nie jest już komputerowy geek, schowany w ciemnym pomieszczeniu i wpatrzony jak w filmie „Matrix” w linijki kodu zrozumiałe tylko dla niego. Dziś programowaniem może się zająć równie dobrze ktoś pracujący na pograniczu biznesu, bo ma wiadomości na temat swojej branży, które będzie mógł przełożyć na język koderów. Sami, często nie zdając sobie z tego sprawy, stajemy się programistami, kiedy ustalamy tryb, w jakim ma pracować pralka czy piekarnik. Oczywiście jest to o wiele prostszy program, dający jednak pojęcie o tym, czym jako programiści moglibyśmy się zajmować.

Czy to oznacza, że dziś każdy może być programistą?
Na pewno każdy może spróbować. Tym bardziej że coraz większą popularnością cieszą się szkoły, które pomagają się przebranżowić i wejść w świat programowania.

Także osobom w dojrzałym wieku?
Oczywiście. Trzeba jednak pamiętać o jednej bardzo istotnej kwestii. Otóż kiedy zapytamy ludzi w dojrzałym wieku, czy podjęliby nową, ciekawą pracę, to aż 84 proc. respondentów zgłasza takie zainteresowanie, mówiąc: „gdybym otrzymał ciekawą ofertę, to byłbym w stanie zmienić pracę”. Tyle tylko, że osoby w wieku 40 czy 50 plus nie są w tym obszarze aktywne. Gdy pytamy ich o gotowość do przebranżowienia się, to 67 proc. respondentów byłaby na to gotowa. Jak widzimy, stosunek jest już trochę gorszy. Z kolei, kiedy spojrzymy na to, ilu spośród nich podjęło aktywnie kwestię przebranżowienia, to ta statystyka będzie już zupełnie inna – zaledwie ok. 16 proc. pytanych rzeczywiście działa na tym polu.

Dlaczego tak się dzieje? Co ich blokuje?
Sądzę, że ponieważ długo byli zatrudnieni u jednego pracodawcy, nie mają doświadczenia w rekrutacji i pewnie stąd przekonanie, że jest to bardzo trudne i energochłonne.

Jak to zmienić?
Na szczęście wychodzi im naprzeciw nowa technologia. Do tej pory narzędzia dostępne w dziedzinie zmiany pracy były narzędziami wymagającymi aktywności. Jako Pracuj.pl wzięliśmy ten „ciężar” na siebie i oferujemy użytkownikom pomoc w całym procesie rekrutacji. Jedyna aktywność, jaką muszą podjąć, to stworzenie swojego profilu z zaznaczonym doświadczeniem, wykształceniem i zainteresowaniami oraz oczekiwaniami, w tym płacowymi – w Polsce są nadal ważnym czynnikiem motywującym do zmiany. Na tej podstawie rekomendujemy użytkownikowi pracę, która odpowiada jego potrzebom. Dzięki tego typu nowym narzędziom od kilku lat włączamy grupę po 40. roku życia z powrotem do gry. Oczywiście każdy może mieć dostęp do wszystkich ofert, ale najchętniej korzystają z tego osoby aktywnie szukające pracy. Tymczasem dzięki dodatkowym rozwiązaniom dzisiaj sama praca szuka pracowników. I na tym korzystają bardziej doświadczone, starsze osoby.

Ale to nadal jest pomoc raczej w ewolucyjnej zmianie pracy – szukaniu nowego zatrudnienia w danym zawodzie. Co ze zmianą rewolucyjną, polegającą na przebranżowieniu?
Niedawno Grupa Pracuj podjęła inwestycję, która przekłada się bezpośrednio na rewolucję – zainwestowaliśmy w szkołę IT, Coders Lab, której głównym produktem jest przebranżawianie ludzi w obszarze IT.

Jak to działa? Od czego się zaczyna?
Od zgłoszenia, bo jest to produkt dedykowany głównie kandydatom, czyli osobom już zdecydowanym na zmianę branży. Robią test, który pomaga im rozpoznać swoje kompetencje i umiejętności. Potem, na podstawie wyników testu, nasi konsultanci są w stanie stworzyć profil użytkownika, który będzie określał, w jakim obszarze IT mógłby się odnaleźć: czy będzie zajmował się raczej kodowaniem, testowaniem oprogramowania czy będzie jego architektem. To tak jak z budową domu, na której musimy zgromadzić cały sztab specjalistów – będzie tam potrzebny geodeta, architekt, ale też ktoś, kto ma przygotowanie techniczne do fizycznego postawienia domu. W branży IT jest podobnie – do stworzenia zaawansowanej strony internetowej też potrzebujemy sztabu ludzi.

Kolejnym etapem są kursy przebranżawiające, które są prowadzone stacjonarnie – każdy ze studentów ma swojego opiekuna. Obserwujemy tak duże zapotrzebowanie, że w tej chwili dostajemy pierwsze zgłoszenia od klientów – firm, które poszukują pracowników i są gotowe opłacić im taki kurs z gwarancją, że najlepsze osoby dostaną u nich zatrudnienie.

Na współczesnym rynku pracy bardziej niż metryka liczy się otwartość na zmiany i gotowość do zdobywania nowych kompetencji. Tylko najpierw powinniśmy zrozumieć, kim jesteśmy i czego szukamy. (fot. iStock) Na współczesnym rynku pracy bardziej niż metryka liczy się otwartość na zmiany i gotowość do zdobywania nowych kompetencji. Tylko najpierw powinniśmy zrozumieć, kim jesteśmy i czego szukamy. (fot. iStock)

A czy wiek nie jest w tym zawodzie barierą? Czterdziestolatek będzie w stanie wyobrazić sobie siebie w roli programisty? Jego przyszły szef też?
Mamy interesujące badania ze Stanów Zjednoczonych, które wskazują, że specjaliści w wieku 50 plus na etapie rekrutacji są rzeczywiście dyskryminowani na rynku pracy i mają aż o 60 proc. mniejszą szansę na zatrudnienie – granica wieku jest więc barierą na starcie w wielu zawodach. Ale, co ciekawe, badania pokazują, że jeśli takie osoby zostaną zatrudnione, to są potem bardzo cenione w firmie i awansują tak samo szybko jak osoby młodsze. My pokazujemy kandydatom, że warto podejmować wyzwania i wyobrażać sobie to, co wydawało nam się kiedyś niewyobrażalne.

Dla osób, które mają dziś 40 lat i więcej, ma znaczenie jeszcze jeden parametr – niż demograficzny. Obecnie nie ma takiego naporu młodych ludzi na rynek pracy, a potrzeba rąk do tej pracy jest coraz większa. W związku z tym, jeśli pracownicy 40 plus nie mają jeszcze doświadczenia i kwalifikacji, to mają czas, by je zdobyć, bo młodsi i lepiej wykształceni tak szybko nie wyprą ich z rynku. Współczesny 40-latek ma przed sobą jeszcze 30 lat aktywności zawodowej, zwłaszcza przy dzisiejszym rozwoju medycyny.

Czyli są to realne szanse na drugie życie zawodowe?
Drugie albo nawet trzecie. Kiedyś funkcjonował stereotyp, że w wieku 40 lat lepiej już doczekać do emerytury niż wkładać wysiłek w szukanie czy zmianę pracy. Ale dziś się to bardzo zmieniło. Choć sam zaobserwowałem, że nadal w społeczeństwie budzi szok informacja o 60-latku, który dochodzi do wniosku, iż w tym wieku nie chce już budować kapitału, ale przeżyć rzeczy, jakich jeszcze nie przeżył. I na przykład postanawia prowadzić blog i podróżować, więc decyduje się spieniężyć najbardziej wartościową rzecz, jaką ma, czyli swoje mieszkanie. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia, jak skrajne opinie wywołała jego decyzja. Od wielu dopingujących, po oburzone: „Jak on mógł?!”. No ale dlaczego miałby zrobić inaczej? W końcu to jego życie i jego pieniądze. Kto powiedział, że teraz ma siedzieć w domu i pilnować spadku, jaki po sobie zostawi?

Potrzebujemy takich przykładów, żeby przełamać stereotypy.
I na szczęście jest ich dużo. Wystarczy, że sprawdzimy, w jakim wieku rozmaici potentaci założyli swój biznes. Na przykład właściciel sieci McDonalds stworzył swoją markę w wieku 52 lat. Henry Ford miał 45 lat, gdy zaprojektował przełomowy model Forda T. Sieć GAP założył Donald Fisher w wieku 40 lat, nie mając żadnego doświadczenia w tej branży. Pan Janusz Filipiak założył firmę Comarch w wieku 41 lat, od podstaw. Podobnie właściciel sieci Inditex. Ci ludzie nie zaczynali od start-upów w wieku 20 lat, owszem, mieli doświadczenie zawodowe, ale często w zupełnie innej dziedzinie, umieli jednak wnieść je do nowej. Sądzę, że osoby w wieku 40 lat mają ogromną przewagę nad 20-latkami – nie są aż tak bardzo niecierpliwe zawodowo i wiedzą, co zrobić, by nie popełnić błędu i nie przegrać.

Rynek pracy w przyszłości może należeć właśnie do nich?
Analizując to, co czeka rynek pracy, jako Pracuj.pl bierzemy pod uwagę kilka parametrów, w tym wspomniany niż demograficzny, czyli fakt, że dynamika wejścia na rynek młodych ludzi będzie niższa, co przełoży się na potrzebę wydłużenia aktywności zawodowej osób, które są dziś po czterdziestce czy pięćdziesiątce. Wzmocnią to dodatkowo zmiany wynikające z rozwoju technologii, o których mówiliśmy na początku. Obecnie słowo „kierowca” należy do najczęściej wyszukiwanych na stronie Pracuj.pl, ale pomyślmy, co się stanie, kiedy ten zawód zniknie za pięć czy sześć lat, a ludzie go wykonujący nadal będą w wieku produkcyjnym. Jako Pracuj.pl jesteśmy już w stanie wskazać branże, w których będzie im łatwiej znaleźć miejsce dla siebie. Na przykład operator drona – to może być zawód, który w tym czasie będzie bardzo poszukiwany. Bo mimo posuniętej automatyzacji, ktoś będzie musiał przecież te maszyny obsługiwać.

Osobną kwestią, której jeszcze nie poruszyliśmy, jest to, jak bardzo za kilkadziesiąt lat ludzie będą zaangażowani w pracę, ile czasu zechcą w niej spędzać. Może okaże się, że w wielu zawodach tygodniowy wymiar pracy mógłby zmniejszyć się z 40 godzin do 20, a pracownik mógłby nadal żyć na odpowiednim poziomie? Wtedy na stanowisku, na którym kiedyś była potrzebna jedna osoba, będą potrzebne już dwie. Tak obecnie dzieje się w Niemczech. Zapytano ludzi, czy chcą pracować 40 godzin czy krócej za mniejsze wynagrodzenie, robiąc w ten sam sposób miejsce młodym ludziom, by mieli lepszy zawodowy start. Blisko dwa miliony Niemców zadeklarowało, że chce zredukować swój czas pracy. Jak widać, są społeczeństwa rozwinięte, gdzie siła nabywcza jest już na tyle duża, że ludzie doszli do wniosku, iż nie potrzebują co trzy lata zmieniać auta, a za to chcą mieć więcej czasu dla rodziny. I sądzę, że taka postawa będzie coraz bardziej dominować.

Nigdy nie jest za późno na sukces

Kiedy spojrzymy na biografie założycieli 100 największych światowych firm, zobaczymy, że większość z nich w momencie tworzenia swojej marki miała 35 - 45 lat. Oto inspirujące przykłady:

35 lat: William Procter - Procter&Gamble, Jan Koum - WhatsApp, Tim Westergren - Pandora, Jimmy Wales - Wikipedia 38 lat: Hugo Boss - Hugo Boss, Masaru Ibuka - Sony 39 lat: Cher Wang - HTC, Amancio Ortega - Zara, Gordon E. Moore - Intel, Liu Chuanzhi - Lenovo 40 lat: Henry Ford - Ford, Gustaf Larson - Volvo 41 lat: Christian Dior - Dior, Donald Fisher - Gap, Robert Noyce - Intel, Asa Candler - Coca-Cola 42 lata: John Warnock - Adobe, Jerry Baldwin - Starbucks, Soichiro Honda - Honda 43 lata: Charles Geschke - Adobe, Henry Royce - Rolls-Royce 44 lata: Sam Walton - Wal-Mart 52 lata: Ray Kroc - McDonald's i 65 lat:
Harland Sanders - KFC

  1. Psychologia

Zwierzenia z umiarem, czyli jak rozsądnie obdarzać zaufaniem kolegów z pracy?

Luźna atmosfera w pracy sprawia, że z łatwością dzielimy się prywatnymi problemami ze współpracownikami. A tymczasem informacja, którą podajemy przy firmowej kawie, zaczyna żyć własnym życiem... - mówi menadżerka i coach Magdalena Wójcik. Jak więc rozsądnie obdarzać zaufaniem kolegów zza biurka?

Dziś panuje trend, żeby w pracy szybko się integrować z zespołem. W wielu organizacjach od razu mówi się sobie po imieniu. Poza tym chodzimy razem na obiad albo po pracy wpadamy do baru czy na siłownię. Zastanawiam się, czy ten przyspieszony proces socjalizacji nie wychodzi nam trochę na niekorzyść, bo nie jesteśmy w stanie poznać dobrze kolegi z pracy, zbudować wzajemnego zaufania, zanim się przed nim otworzymy.

Faktycznie na razie wychodzi to nam raczej na niekorzyść. Na rynku jest jeszcze wiele osób, które rozpoczynały pracę w czasach, gdy obowiązywała sztywna hierarchia i trudniej im się odnaleźć w takim przyspieszonym modelu socjalizowania się. To może zresztą mieć także znaczenie dla jakości pracy, bo niektórym łatwiej jest wykonywać polecenia osób, z którymi łączy ich bardziej formalny układ. Myślę, że ta amerykańska formuła bezpośrednich relacji w pracy będzie naturalna dopiero dla pokoleń urodzonych w latach 90. XX wieku i później... Dla pozostałych może być wymuszona i sztuczna.

W takim pozornie przyjacielskim środowisku granice są dość płynne.

No właśnie, mówimy nie o prawdziwych przyjaźniach, a o przyjaznych zachowaniach, czymś, co z angielskiego można by nazwać "friendsowaniem się:. Bycie na "ty", opowiadanie anegdot czy rozmowa o weekendzie przy kawie nie musi zmierzać do przenoszenia całej sfery domowej do biura, dzielenia się problemami osobistymi czy rodzinnymi. Oczywiście relacje w pracy są bardzo ważne, bo rzutują na zadowolenie z całej sfery zawodowej, ale warto pamiętać, że praca jest tylko urywkiem życia każdego z nas, a na głębokie rozmowy jest czas i miejsce w życiu prywatnym.

Oczywiście, zdarzają się sytuacje, że pracujemy razem z przyjacielem. I wtedy trzeba szczególnie wyraźnie i jasno wyznaczyć granice, bo nie można oczekiwać, że przyjaciel będzie robił coś za mnie... A jeszcze trudniej jest w sytuacji podległości służbowej, bo wtedy jeden z przyjaciół wyznacza zadania i rozlicza z nich tego drugiego. W takim wypadku najważniejsza jest szczera rozmowa, wyraźne określenie podziału pracy i odpowiedzialności, wzajemne uznanie swoich ról. To podstawa, nie ma co liczyć, że "coś się samo ułoży", bo tak się nie stanie, za to doprowadzamy do utraty przyjaciela.

Uważam też, że nie ma co okrywać takiej przyjaźni w zespole, bo to może tylko powodować domysły i prowadzić do dwuznacznych okoliczności. Sama jestem w podobnej sytuacji - pracuję z przyjaciółką, zdecydowałyśmy się na to bardzo świadomie. Wszyscy wiedzą, że się dobrze znamy, a kiedy przychodzi nowy pracownik do zespołu, od razu się o tym dowiaduje. Takie okoliczności są prawdziwą próbą dla relacji - jeśli nie była oparta na szczerości i zaufaniu, nie przetrwa...

Wspomniała pani o zaufaniu. W tym przypadku zaufanie budowały panie przez lata przyjaźni. A często jest tak, ze w mediach społecznościowych opowiadamy o bardzo osobistych, wręcz intymnych doświadczeniach, albo do każdego przy kawie narzekamy na pracę. 

Potem jesteśmy zdziwieni, że w firmie były zmiany, a ja nie awansowałem... I pojawia się pretensja: dlaczego? A wystarczy sięgnąć pamięcią do tego czasu, gdy podejmowano decyzję o awansach albo tuż wcześniej. Być może awansowała osoba, której wcześniej "nadawałem" na szefa, na organizację, mówiłem, że najchętniej bym stąd odszedł, albo ta osoba widziała, że ciągle przeglądam profil na Facebooku czy wyszukuję okazji w sklepach internetowych. I nawet jeśli mam odpowiednie doświadczenie i kompetencje, i moje CV wskazywałoby, że jestem odpowiednią osobą do awansu, to w jaki sposób ten ktoś może obdarzyć mnie zaufaniem, skoro poznał mnie już od tej niezbyt korzystnej z punktu widzenia organizacji strony? Jego zaufanie do mnie zostało nadszarpnięte, nie ma powodu, żeby uwierzył, że nagle się zmienię.

Dziś sami bardzo upubliczniamy nasze życie, publikujemy zdjęcia miejsc, w których byliśmy, potraw, które jedliśmy. Każdy ma do tego prawo, ale jednocześnie trzeba pamiętać, że przez pryzmat tego jesteśmy postrzegani przez pracodawców, bo nawet jeśli umieszczamy te informacje na profilu prywatnym, to ktoś może się tym podzielić w szerszym gronie.

Może warto zastosować zasadę ograniczonego zaufania?

Nie tylko ograniczonego, co ostrożnego. Pamiętajmy, że trzeba przewidywać konsekwencje swojego modelu dzielenia się informacjami z kolegami z pracy. To środowisko, w którym wszyscy mamy przydzielone jakieś funkcje. Te funkcje się zmieniają, więc powinniśmy mieć świadomość, że jeśli opowiadamy o sobie w biurze, to ta informacja zaczyna żyć własnym życiem. I może nam pomóc, a może też kiedyś zostać wykorzystana przeciwko nam. Zanim zaczniemy relacjonować swój intymny weekend podczas firmowego lunchu, dobrze zastanówmy się, czy chcemy, by ta historia wypłynęła kiedyś w innej sytuacji.

Oczywiście, w pracy również rodzą się fantastyczne przyjaźnie, ale jest tak wiele czynników warunkujących relacje służbowe, jak kariera czy finanse, że lepiej zostawić takie rozmowy na "po godzinach".

W pracy nieraz mamy też rozbieżne interesy. 

Oczywiście - dzisiaj pełnię pewną funkcję, a jutro mogę być gdzie indziej... Często zdarzają się rozłamy między kolegami z pracy, które są tłumaczone tym, ze po awansie komuś, kogo uważaliśmy za przyjaciela, woda sodowa uderzyła do głowy. A tymczasem chodzi o to, że w tej nowej roli nasz serdeczny do tej pory kolega został postawiony w innej sytuacji i musi rozwiązywać nowe problemy, a nie widzi nas u swojego boku, skoro wcześniej mówiliśmy wiele krytycznych rzeczy na temat firmy. Dlatego uważam, że najważniejsze to mieć zaufanie do siebie, postępować zgodnie z własnymi wartościami, z własną filozofią budowania relacji z ludźmi. I przede wszystkim nie oszukiwać samego siebie, że przecież pracuję uczciwie, podczas gdy w rzeczywistości spędzam czas na czynnościach, które odbierają ten profesjonalizm. Tego się nie ukryje!

A co może zrobić ktoś, kto pochopnie, jak się z czasem okazało, obdarzył kogoś zaufaniem, i tera chciałby się wycofać?

Jeżeli wplątaliśmy się w niezdrowe relacje, bo na przykład otworzyliśmy się za bardzo i to nam nie służy, ale nie chcemy zmieniać pracy, bo generalnie dobrze się nam pracuje - to trzeba działać delikatnie. Nerwowe ruchy, nagłe zerwanie kontaktu czy rezygnacja z pracy z dnia na dzień z jakiegoś niejasnego powodu - zostaną źle odebrane. Mogą zrodzić dociekliwość, doprowadzić do domysłów w zespole. Jeżeli będziemy stopniowo ograniczać kontakty, zmniejszać ich intensywność i powoli stawiać granice, to relacja wróci na odpowiednie tory. I będzie zdrowsza.

A co w sytuacji, gdy chodzi o relację szef-pracownik. Niektórzy ludzie mają skłonności do "uwiązywania" innych, choć pozornie działają tylko dla ich dobra. Zdarzają się i tacy szefowie. 

Tak, bywają osoby, które mają coś takiego w charakterze. I ujawniają to zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy. Takie relacje przypominają współuzależnienie w stylu: "jesteś cudowny, ale pamiętaj, kto pozwala ci się rozwijać". To trudniejsza sytuacja niż w relacjach koleżeńskich, ale mechanizm wycofywania się jest podobny. I znowu, odmawiać trzeba "na miękko", podając argumenty, oraz być konsekwentnym, nie poddawać się, bo taka osoba będzie próbowała utrzymać swoje wpływy. Jestem jednak przekonana, że jeśli szef ceni takiego pracownika, to będzie wolał, żeby został, a sobie znajdzie inną ofiarę... Chodzi o to, żeby ochronić siebie, ale i od siebie zaczynać zmiany, jeśli coś nie działa - zamiast poszukiwać winy w czynnikach zewnętrznych. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do zaufania sobie.

A co nam daje zaufanie do siebie? 

Spokój wewnętrzny i czyste sumienie. Dzięki temu możemy budować zdrowe relacje i prawdziwe przyjaźnie, o co dziś, w dobie przyjaciół z Facebooka, należy szczególnie dbać.