1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jaki będzie 2021 rok? Pytamy astrologa Piotra Gibaszewskiego

Jaki będzie 2021 rok? Pytamy astrologa Piotra Gibaszewskiego

W 2021 roku przygotujmy się na zamieszanie i chaos. Będziemy musieli wymyśleć coś odkrywczego i potem wielu z nas powie sobie:
W 2021 roku przygotujmy się na zamieszanie i chaos. Będziemy musieli wymyśleć coś odkrywczego i potem wielu z nas powie sobie: "To właśnie wtedy załapałem, jak mam żyć". (Fot. iStock)
Bieżący rok przyniósł wiele zmian na całym świecie, ale i w kolejnym nie ma co liczyć na stabilność, bo patronuje mu gwałtowny Saturn. Dodatkowo będzie to numerologiczna piątka, która także oznacza dynamikę. Czego jeszcze możemy spodziewać się w 2021 roku – pytamy astrologa Piotra Gibaszewskiego.

Która planeta będzie patronować rokowi 2021? Według chaldejskiego porządku planet, znanego z klasycznej babilońskiej astrologii, będzie to Saturn. Raczej nic miłego. Rok saturniczny kojarzy się z wydarzeniami mocnymi, ciężkimi, kryzysowymi.

Wydaje się, że mówisz o 2020 roku. To właśnie Saturn i jego spotkanie z Plutonem przyniosły nam już kryzys – pandemię. Przez prawie cały mijający rok Saturn przebywał w Koziorożcu, czyli w swoim znaku, co dało mu silną pozycję i pole do popisu. 18 grudnia 2020 roku planeta wejdzie do Wodnika, ale nie straci swojej mocy, bo nadal będzie „u siebie” – w swoim dawnym władztwie sprzed odkrycia Urana w XVIII wieku. Czyli jeszcze pokaże nam swoją bezwzględną twarz, którą rzeczywiście trochę poznaliśmy już w 2020 roku i niekoniecznie polubiliśmy. Skonfrontowała nas bowiem z ograniczeniami, koniecznością poddania się dyscyplinie, izolacją społeczną, kontrolą, a i końcem ludzkiej egzystencji. Nie mieliśmy innego wyjścia – musieliśmy zaakceptować saturniczny porządek, bo pojawiła się siła większa od nas, która narzuciła surowe zasady po tym rozpasanym, a jednocześnie dość spokojnym czasie, jaki mieliśmy w poprzednich latach.

Chcielibyśmy raczej pocieszenia, że wraz z nadejściem nowego roku wreszcie odetchniemy. Nic z tego? Nie liczmy na to, że rok 2021 przyniesie nagły zwrot akcji, że zapomnimy o lockdownie i covidzie, poczujemy się swobodnie, będziemy znowu podróżować, kupować bez umiaru i będzie wesoło. Doznamy dużo szeroko rozumianego zmagania się z czymś, bo skoro saturniczny przymus pozostanie aktualny, będziemy musieli główkować, jak ten świat urządzić na nowo. Wielu z nas zastanawia się, jak funkcjonować w pandemicznej rzeczywistości – weryfikujemy swoje plany, cele, pomysły.

Nowy porządek? To hasło pasuje do Saturna – porządek, struktury, zasady w Wodniku – przyszłość, zmiana, wolność. Grudniowe wejście Saturna do tego znaku i jednoczesna jego koniunkcja z Jowiszem będą miały kolosalny wpływ na przyszły rok. Choć owszem, zacznie się trochę inna opowieść...

W mitologii Saturna  reprezentują dwa archetypy. Pierwszy to starzec Kronos, bóg czasu i przemijania. Historia o nim jest ponura, bo wykastrował ojca Uranosa, pozbawiając go władzy. Według przepowiedni miał ją w przyszłości stracić przez swoje dziecko, więc pożerał własne potomstwo. Ale w mitologii jest jeszcze druga postać związana z tą planetą – to Hefajstos, bóg kowal. Też brzydki, stary i w dodatku utykający na jedną nogę, ale będący jednocześnie patronem techniki. Saturn w Koziorożcu jest bardziej kronosowy, w Wodniku – hefajstosowy. Można powiedzieć, że ten drugi jest trochę fajniejszy. Dlaczego? Chociaż Hefajstos miał stare opakowanie i nie był kimś w rodzaju milenialsa, który tworzy apki, ale – mimo to – reprezentuje wymiar postępowy. Był konstruktorem, wynalazcą, bliskie mu są kategorie istotne dla postępu cywilizacyjnego: kreatywność, innowacyjność, nowoczesne technologie.

Znak Wodnika jest kwintesencją zmiany, podobnie jak numerologiczna piątka przyświecająca rokowi 2021. Tak. Ostatnio piątkowym rokiem był 2012, w którym według kalendarza Majów miał nastąpić koniec świata. Nie nastąpił, jednak to był ciekawy rok. Do Ryb wszedł Neptun, który jest patronem tego znaku i od tej chwili zaczęły się na świecie mocno manifestować różne lęki. I – można powiedzieć – spełniły się w postaci pandemii. Lata piątkowe są spektakularne, bo dynamiczne.

Jednak czekają nas nie tylko dalsze ograniczenia? Ograniczenia jeszcze zostaną, ale zmienią się nasze reakcje na nie. Niezależnie, co się wydarzy, będziemy wypatrywać zmiany i jej pożądać. Taka jest natura człowieka – nie może za długo funkcjonować w przygnębieniu i restrykcjach. Wojna postu z karnawałem przejawi się w powszechnym pragnieniu, żeby coś się wreszcie ruszyło, puściło, wydarzyło... Po roku 2020, który był niefortunny dla mediów, kultury i sztuki – rok kolejny zapoczątkuje wiele twórczych działań. Za jakiś czas będzie postrzegany jako okres, w którym pojawiło się dużo innowacyjnych i nośnych idei. I tu znów wracamy do Wodnika, który już za chwilę się zaktywizuje. Wejdzie do niego również Jowisz, planeta ekspansji. Kiedy w grudniu 2020 roku utworzy koniunkcję z Saturnem, uruchomi to silne impulsy niosące nadzieję, bo od wieków Wodnik jest jej symbolem. Patronują mu różni herosi, na przykład Prometeusz.

Era Wodnika, o której od dawna się mówi, stała się wersją raju, rozumianego jako lepszy świat, który możemy stworzyć na Ziemi. Wpisują się w to różne nurty ekologiczne, włącznie z aktualnym ruchem wyzwolenia zwierząt. To wszystko są wodnikowe idee, które będą nabierały rozpędu. Za trzy lata do tego znaku wejdzie także Pluton, co zapoczątkuje kolejny etap ery Wodnika.

Jak te nowe wodnikowe idee rozpoznamy? Na polu polityczno-społecznym już niedługo zobaczymy wiele alternatywnych grup, które zajmą się tym, jak ludzie mają porozumiewać się i współpracować w obliczu upadającej demokracji. W relacjach międzyludzkich zaobserwujemy ostateczny zmierzch tradycyjnych modeli, jak na przykład rodziny w klasycznym wydaniu. Jeśli chodzi o technologię, to naukowcy mówią, że jej rozwój w ostatnich latach został zahamowany. Fizycy zaczęli narzekać, że poza falami grawitacyjnymi niewiele się ostatnio mówiło o przełomowych odkryciach. Pod koniec 2024 roku, kiedy Pluton przejdzie do Wodnika, w planach jest uruchomienie pierwszego reaktora termojądrowego, który przyniesie rewolucję w dziedzinie energetyki, czyli wracamy do tematu ekologii.

Wodnik nie działa w stylu dobrodusznych hipisów, poznamy jego mało pacyfistyczne metody. Mam wrażenie, że rok 2021 przyniesie rewoltę podobną do tej z roku 1968. Pewne jej sygnały mogliśmy zauważyć w 2020 roku, ale dopiero teraz nastąpią wielkie zmiany, które zawsze pojawiają się po wielkich kryzysach. Świat nie może już zostać taki, jaki był.

Konieczność zmiany jest dobra dla rozwoju. Jak wykorzystać ten okres dla własnego wzrostu? To wymarzony czas dla kreatywnych osobowości, jeden z lepszych w skali wielu lat. Będzie ogromne zapotrzebowanie na innowacyjne treści w każdej dziedzinie. Warto otworzyć umysły, podążać za śmiałymi wizjami, wychwytywać nadarzające się okazje, bo Wodnik jest z założenia eksperymentatorem. Najwybitniejsi wynalazcy mieli coś z Wodnika, chociażby Edison. Największa rewolucja dotknie edukację na całym świecie, bo szkoła to jedna z najbardziej konserwatywnych instytucji. Kluczem do rozwoju jest myślenie poza schematami, czego powinniśmy się uczyć nie gdzie indziej jak w szkole. Tymczasem szkoły już od dawna nie są kuźniami umysłów, tylko muzeami staroci. Młodzi ludzie je kontestują.

Co powstanie w ich miejsce? Pojawi się potrzeba, żeby nauczyciele byli bardziej trenerami, coachami, przewodnikami. Podążymy w kierunku coachingu, co robił już Sokrates. To słowo nabierze nowego wymiaru. Zaczniemy sobie w końcu zadawać inne pytania, stawiać inne cele. Pojawi się oddolny ferment twórczy, dyskusje na niebywałą skalę. Z punktu widzenia intelektualnego i kulturowego będzie to fascynujące. Ci, którzy nie załapią się na te zmiany, będą jeszcze bardziej się bać i zapadać w bierność.

Może powiemy coś optymistycznego na koniec? Ale wodnikowe proroctwa są pozytywne! Na przykład praca nad sobą przestanie być słowem wytrychem i tematem dla wybrańców, stanie się oczywistą koniecznością. Będziemy musieli na nowo odkryć swoje motywacje, sposoby działania, a renesans i rozwój przeżyją techniki twórczego myślenia. Będziemy musieli zastanowić się nad tym, co mogę zrobić z tego, co mam – chodzi o zasoby, pomysły, doświadczenia. To może być bardzo twórcze zajęcie. Wielu z nas powie sobie, że nie chce już robić kariery za wszelką cenę, tylko pragnie zajmować się czymś fajnym, i to w końcu zrobi. Przy wodnikowych rewolucjach bardzo zmieni się podejście do pieniędzy, bo uwolnimy się od konieczności posiadania. Władca Wodnika – Uran, który już od jakiegoś czasu przebywa w materialnym Byku, pokaże nam, że to nie daje ani szczęścia, ani stabilizacji. O wiele ważniejsza będzie wiedza, elastyczność, kontakty i umiejętności komunikacyjne. To będzie nasza nowa namiętność, tak jak do niedawna pieniądze. Im możliwość wzrostu już się wyczerpała. Odkrywanie tego, co mogę zrobić ze swoim życiem, nie będzie polegało na szukaniu nowej pracy i lepszych zarobków.

Nie myślmy jednak, że czeka nas globalne bezrobocie, ruiny i zgliszcza. Nie. Raczej przygotujmy się na wielkie zamieszanie i chaos. Znajdziemy się jak gdyby w laboratorium szalonego naukowca i będziemy musieli coś odkrywczego wymyślić. Potem wielu z nas powie sobie: „to właśnie w 2021 roku załapałem, jak mam żyć”. Stary sposób życia upada, ale to nie jest koniec świata, to początek, któremu zawsze towarzyszy niepewność jutra. Ona jest zbawienna, bo dla mózgu nie ma nic gorszego niż stagnacja, a na tę w najbliższych miesiącach na szczęście nie możemy liczyć.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej. 

Zodiak w 2021 roku. Prognoza Piotra Gibaszewskiego

Ze względu na silne wpływy Wodnika znaki żywiołu i powietrza czeka wiele inspirujących wyzwań. Intelektualne Bliźnięta oraz Wagi doskonale odnajdą się w nowej rzeczywistości, bo są kreatywne i innowacyjne. Powietrzne znaki zyskają, ale niekoniecznie musi pójść im gładko i przyjemnie. Zwłaszcza Wodnik musi liczyć się z trudnościami, gdyż przyjdzie mu przebudować życie od podstaw, a Saturn zagoni go do roboty. Wodnik zaś za przymusem raczej nie przepada. Czym jest znój i obowiązki, doskonale wiedzą Koziorożce, ponieważ planeta ta wędrowała przez ich znak przez ostatnie dwa i pół roku. Ze względu na położenie Plutona Koziorożce, zwłaszcza z trzeciej dekady, będą nadal intensywnie pracować i przechodzić wewnętrzną transformację, polegającą na konfrontacji z sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej. Pozostałe poczują się, jakby ktoś zdjął z ich pleców ciężar, a Uran trygonem doda im skrzydeł.

Ze względu na położenie Urana znaki jakości stałej – Skorpiony i Byki odbiorą trudne lekcje. Zgodnie ze swoją naturą lubią stabilizację i przewidywalność, a Uran jest tego zaprzeczeniem. Dlatego staną przed wymagającym wyzwaniem, które będzie zarazem wielką szansą na wyższy poziom życia. Jeśli odważą się na zmianę, rezultat może być spektakularny. Do tej grupy należy także Lew, który ceni sobie wolność, przestrzeń i samorealizację, ale Uran może pomieszać mu szyki. Sprawy nie potoczą się być może tak, jakby sobie tego życzył, ale on i tak będzie wolał zamęt tego roku niż ograniczenia poprzedniego. Jeśli znajdzie nowe obszary ekspresji, będzie z tego czasu i siebie zadowolony, chociaż nie zachowa w pamięci tych przygód jako łatwych. Dotyczy to również Wodnika.

Najlżej procesy przejdą wodne znakiRyby i Raki. Zwłaszcza Ryby mogą liczyć na najmniej dramatyzmu, bo na jakiś czas wkroczy do ich znaku dobrotliwy Jowisz, a Uran nie będzie ich stresował. Ryby od 2012 roku nękane były wpływem Neptuna, który sprawiał, że ususuwał im się grunt pod nogami i przynosił lęki, ale teraz wreszcie odetchną, gdyż Jowisz jest jak promyk nadziei i balsam na ich stargane nerwy. Jeszcze tylko Ryby z ostatniej dekady zmierzą się z niepewnością i wewnętrznym chaosem – prezentem od Neptuna, ich patrona. Raki, które miały przez ostatnie dwa lata wyjątkowo ciężki okres, przez opozycję Saturna z Plutonem, czeka przyjemna chwila oddechu i duże wsparcie dzięki Jowiszowi.

Podobnie jest z Wagami i Baranami, na które te same planety działały kwadraturą i zmuszały do bezwzględnych porządków w życiu. Po wyjściu Saturna z Koziorożca Wagi odzyskają swoją wenusjańską lekkość i radość życia, a Barany dawny wigor i impet. Te dwa znaki mogą liczyć na wewnętrzne poczucie ulgi, ponieważ na zewnątrz sytuacja się wreszcie uspokoi.

Rok zapowiada się nieźle dla znaku ziemskiej Panny, którą Uran i Pluton będą wspierać harmonijnymi trygonami. Jej efektywność, przedsiębiorczość i pracowitość zostaną wynagrodzone, a Uran pobudzi ją do większej innowacyjności i da odwagę do wejścia w życiowe zakręty, które okażą się nad wyraz korzystne. Tylko trzecia dekada Panien może nie czuć jeszcze rozpędu przez opozycję Neptuna. Strzelca zaś czeka spokojny czas, niosący ukojenie. Rewolty ominą go szerokim łukiem, tylko Neptun może wprowadzić niejasność celów, ale też wyłączenie z nurtu zdarzeń. Żywiołowy i dynamiczny Strzelec może zostać nieco zgaszony, ale zyska, jeśli postawi na relaks, medytację i wewnętrzną refleksję.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Bliźnięta – intelektualiści w ciągłym ruchu

Słowo intelekt wywodzi się z łaciny i oznacza „leżący pomiędzy”. Bliźnięta są niczym most, który łączy człowieka z tym, co faktycznie dzieje się na świecie. (Fot. iStock)
Słowo intelekt wywodzi się z łaciny i oznacza „leżący pomiędzy”. Bliźnięta są niczym most, który łączy człowieka z tym, co faktycznie dzieje się na świecie. (Fot. iStock)
Rozpoznają, obserwują, wnioskują. Bliźnięta istnieją po to, żeby gromadzić wiedzę pochodzącą z zewnątrz. Ten pierwotny wzorzec życia mieści w sobie przeogromną znajomość faktów. Wiedzę przez wielkie W. Jest wielojęzyczny i bywały w świecie. 21 maja Słońce weszło w znak Bliźniąt.

Bliźnięta pilnie uczą się tego, co wymyślili inni i przekazują o tym informacje. Po co to wszystko? Jaki jest tego głębszy sens? Bliźnięta nigdy nie zadałyby takiego pytania, ich głębia nie interesuje. De facto one koncentrują się na faktach jedynie, a to powierzchnia. Tak, one są powierzchowne. Badają to, co na wierzchu. Gdyby jednak ktoś chciałby się zastanowić, po co wysilają się w tym kierunku, niech dowie się, że Bliźnięta stworzone są do tego, żeby być pomiędzy. Jest świat wewnętrzny, ten boski, bliski duszy i zewnętrzny, twardy, bo rzeczywisty. I Bliźnięta te dwie płaszczyzny usiłują połączyć. Baran, jako pierwszy znak Zodiaku, porywczo zdobył ziemię, Byk, jego następca, ogrodził terytorium i nazwał je swoją własnością, skupił się na sobie i tym, co posiada. W tych okolicznościach pojawiają się Bliźnięta, by z tego zawłaszczonego już miejsca nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym. Postanowiły to zrobić najlepiej jak potrafią, czyli intelektualnie. Słowo intelekt wywodzi się z łaciny i oznacza „leżący pomiędzy”. Bliźnięta są niczym most, który łączy człowieka z tym, co faktycznie dzieje się na świecie.

Zawsze w drodze

Bliźnięta władają Merkurym, planetą intelektu i komunikacji oraz trzecim domem astrologicznym, odpowiadającym między innymi za nasz biznes i to, jak porozumiewamy się z ludźmi. Należą do żywiołu powietrza, czyli ich naturalnym środowiskiem są myśli. Nadzwyczaj ruchliwe. Powietrze w wydaniu tego znaku Zodiaku to wiatr, który bez ładu i składu hula sobie to tu, to tam. Bliźnięta dzięki niemu chwytają, pojmują, rozróżniają, a potem przenoszą to wszystko z miejsca na miejsce. Z nimi kojarzą się dłonie (Bliźnięta lubią gestykulować) i język (znają obce języki i skłonność mogą mieć do plotek). I skrzydełka u sandałów, przez które nie usiedzą w miejscu. Takie nosił rzymski bóg Merkury, boski posłaniec, szybki wędrowiec, który przekazywał wieści od bogów do ludzi i z powrotem. Ten pośrednik między górą a dołem ciągle był w drodze. I takie są Bliźnięta, nigdzie nie zadomowione. Mogłyby z powodzeniem mieszkać w wagonie kolejowym czy przyczepie kempingowej. Ich dom ma kółka. One, inaczej niż następujący po nich na kole Zodiaku Rak lub ich poprzednik Byk, nigdzie nie przynależą, nie mają nawet takiego zamiaru ani możliwości. Noszą w sobie bowiem rozdwojenie. To Bliźnięta, mityczni Kastor i Polluks, którzy nie należą ani do świata ludzkiego, ani boskiego. Stąd wynika ich wewnętrzne napięcie i potrzeba bycia w ciągłym ruchu. Bliźnięta są zawsze rozedrgane, mało skoncentrowane, łapiące myśli w locie. Trudno im się zatrzymać, są jak wieczne tam i z powrotem. Dlatego często brak im poczucia celu. Zapytaj Bliźniąt, do czego dążą, a zasypią cię słowami. Ale ty i tak nie poznasz kierunku, w którym zmierzają. Trudno im też podjąć decyzję, są w tym podobne do Wagi, również powietrznej i podwójnej jak one. Znaki tego żywiołu tak się zachowują, bo więcej myślą niż czują. Umysł na jedno pytanie ma odpowiedzi tysiące, serce jedną. Bliźnięta nie mają czasu ani cierpliwości, żeby się w nią wczuć. Wczuwanie się w siebie lub w innych to nie ich domena, tu wykazują się znaki żywiołu wody.

Muszą być „na bieżąco”

Bliźnięta odznaczają się bezimiennością, bo raczej nie sięgają do środka. Nie dręczy ich nocami pytanie – kim są. To nie jest typ medytacyjny, który siedzi i czeka, aż myśli odpłyną niczym chmury w letni lekko wietrzny dzień, by dotknąć błogiej pustki i ciszy. Spokojny umysł i Bliźnięta nie idą w parze. One wolą zgiełk i chaos, z których niewiele się wyłania. Z tego braku wewnętrznej definicji wynika ich ogromna potrzeba nadawania imion rzeczom. To Bliźnięta i Merkury obdarowują świat pojęciami, liczbami, zasadami, teoriami. Mierzą i ważą, ustalają cechy wspólne oraz różne. Są w tym nienasycone, ciągle chcą więcej nazywać i o tym informować. One pragną być w posiadaniu informacji, aż wyrywają się do kontaktów z innymi, by wiedzieć i dalej wiedzę tę przekazywać. Ciągle nową i nową. One uwielbiają godziny szczytu i centra handlowe. Dzieje się, mówią wtedy. W tych warunkach wiecznego pośpiechu i chaosu nie mogą głębiej przeniknąć żadnej sprawy i nawet tego nie zauważają. Oddają się intelektualnym igraszkom i kontaktują się. Mogą żyć z daleka od natury, chyba że z jakiejś pustelni będą mogły nawiązać łączność ze światem. Ich narzędziami, które kochają, są pomocne im maszyny – komputery, telefony, drukarki, nadajniki radiowe, telewizory. Dzięki nim fakty niosą się szybciej. Bliźnięta zawsze bliskie są mediom, one lubią pisać i mówić, przekazując to, co najnowsze i na topie. Inaczej niż zdystansowany do wszystkiego Wodnik ulegają trendom, lubią to, co powszechne. W tym archetypie znajomość świata materialnego osiąga swój szczyt. I coś trzeba z tym bogactwem począć. Co? Rozmawiać. Bliźnięta są towarzyskie, rozgadane, dowcipne. Mówią, przede wszystkim mówią. Bo z tego mówienia mogą wyniknąć nowe fakty. Są bardzo ciekawe świata i jego nowinek. Im jest coś dalsze od psychiki, tym lepiej. Są doskonałe za to w raportowaniu, sprzedawaniu, pośredniczeniu, nadawaniu etykiet.

Skłonność do manipulacji

Bliźnięta są zazwyczaj cwane. Mówi się, że istnieją dwa rodzaje przedstawicieli tego znaku. Jedni jak Kastor są interesowni i obłudni, potrafią oszukiwać, drudzy niczym jego brat Polluks żyją w odrealnionym świecie górnolotnych idei. To artyści żyjący bez planu i w wielkim rozgardiaszu. I jedni i drudzy potrzebują ciągłego pobudzenia i ciekawostek. Musi się dziać i musi być rozmaicie. I muszą być podróże, one wpisane są w ich naturę. Nie sposób odmówić Bliźniętom błyskotliwej inteligencji i ciętego poczucia humoru. Że są złośliwe? Tak. Ostre riposty należą do ich stylu. Godnym ich adwersarzem może być równie złośliwy Rak, Skorpion działa na głębszym poziomie, gdzie Bliźnięta nie zaglądają. Co jeszcze dobrze robią Bliźnięta? Wymyślają. Potrafią na poczekaniu stworzyć intelektualną woltę, mają talent do kłamstwa. Nie tylko Bliźnięta, ale osoby z silnym Merkurym w horoskopie urodzeniowym, mogą swobodnie wykorzystywać intelekt jak chcą. Również do spekulacji i manipulacji. Najlepszy, oczywiście, jest w tym przeinteligentny Merkury w Bliźniętach. Właściwie po co im ta masa informacji? Dla konkretnych korzyści, one lubią pieniądze, i karty kredytowe, i nieprzemyślane, akurat w tym przypadku, zakupy. Bliźnięta to na pewno nie altruistyczne Ryby, które uważają za naiwne. Nie są Bliźnięta też rozmarzone ani uduchowione ani głęboko kochające. Dookoła Bliźniąt wiele jest ludzi, ale czy jest bliskość? W ich życiu króluje nietrwałość, one jej łakną. Nietrwałe najczęściej są też są ich związki, zwłaszcza jeśli w tym znaku jest Wenus czy Mars. Bliźnięta nie są osamotnione, ale samotne bywają. Bycie z drugim człowiekiem odbywa się bowiem na ziemi, a żywioł powietrza porywa Bliźnięta w świat. Są one jak nasiona klonu. Wirują dzięki rozpostartym skrzydełkom, przemierzając przestrzenie. Ciągle dalej i dalej.

  1. Styl Życia

Jak brzmi Droga Mleczna? – wspólny projekt naukowców z Harvardu i NASA

Sonifikacja to proces przekształcania danych na dźwięk. W tym wypadku zmienia się obrazy z teleskopów kosmicznych w melodie. (fot. iStock)
Sonifikacja to proces przekształcania danych na dźwięk. W tym wypadku zmienia się obrazy z teleskopów kosmicznych w melodie. (fot. iStock)
Czy nieuchwytna dla naszych zmysłów kosmiczna muzyka rzeczywiście istnieje? Czyżby pitagorejczycy mieli rację, mówiąc o przenikającej wszechświat harmonii i muzyce sfer, której nasze uszy nie słyszą?

Czy możliwe jest słuchanie galaktyki? Okazuje się, że tak. W nowym kreatywnym projekcie, którego celem jest zwiększenie dostępności obrazów przestrzeni, Kimberly Kowal Arcand, badaczka wizualizacji z Centrum Astrofizyki Harvard & Smithsonian oraz zespół naukowców i inżynierów dźwięku współpracowali z NASA nad przekształceniem obrazów kosmosu w dźwięki i melodie. Zespół badaczy wykorzystał w tym celu nową technikę zwaną sonifikacją danych, która pobiera informacje przechwycone z teleskopów kosmicznych i przekształca je w „muzykę”. Dzięki temu możemy usłyszeć dźwięki poszczególnych mgławic, gwiazd, czy nawet czarnych dziur.

Już teraz dzięki projektowi przekształcono niektóre z najsłynniejszych obrazów kosmosu (np. centrum Drogi Mlecznej). Interpretacje audio tworzy się przez tłumaczenie na nuty i rytmy skryptów danych, które pochodzą z teleskopów. Niektóre wersje łączą dane z kilku teleskopów, m.in. z Obserwatorium Rentgenowskiego Chandra NASA, Kosmicznego Teleskopu Hubble’a, Kosmicznego Teleskopu Spitzera – a ponieważ poszczególne urządzenia przechwytują innego rodzaju światło (np. podczerwień lub promieniowanie rentgenowskie), skutkuje to wytwarzaniem różnych typów dźwięku. Warto mieć na uwadze, że teleskopy dają nam w ogóle szansę zobaczenia, jak wygląda np. Centrum Galaktyki w różnych typach światła (na podstawie przechwyconych przez teleskopy obrazów, astronomowie tworzą wizualne reprezentacje, które normalnie byłyby dla nas niewidoczne).

Poniższa sonifikacja przedstawia region w pobliżu centrum Drogi Mlecznej. Kursor od lewej do prawej obejmuje około 400 lat świetlnych na całym obrazie.

W przypadku tego „muzycznego” projektu danym z teleskopów przypisywane są czasami określone instrumenty muzyczne, takie jak fortepian, skrzypce, czy dzwonki. Dźwięki są zharmonizowane, aby stworzyć przyjemną dla ucha melodię. Co ciekawe, takie czynniki jak jasność obiektu czy odległość również mają przełożenie na dźwięk, wysokość tonu itp. Na przykład jaśniejsze gwiazdy uzyskują intensywniejsze dźwięki, z kolei dźwięk eksplodującej gwiazdy będzie głośniejszy (po czym wycisza się, gdy słabnie fala uderzeniowa). Jak tłumaczy dr Kimberly Kowal Arcand: „To jest sposób zebrania danych i próba przekształcenia różnych części obrazu w dźwięki, które by go wyrażały, a jednocześnie byłyby w połączeniu przyjemne, aby możliwe było słuchanie ich jako jednej mini kompozycji, jednej mini symfonii.”

Chociaż w głównej mierze projekt powstał z myślą o osobach niewidomych i niedowidzących, może służyć każdemu, pomagając w lepszym, pełniejszym odbiorze kosmicznej przestrzeni. – Kiedy pomagasz udostępnić coś społeczności, możesz pomóc w udostępnieniu tego także innym społecznościom… - podkreśla Arcand. Do tej pory zespół wydał dwie części projektu sonifikacji danych.

Źródło: The Harvard Gazette (news.harward.edu) – Gazeta Harwardzka.

Nagrania poniżej:

1. Cassiopeia A. Ta pozostałość po supernowej, oddalona o 11 000 lat świetlnych, ma muzyczne sygnatury przypisane czterem pierwiastkom uwolnionym podczas eksplozji. Kursory przesuwają się od środka na zewnątrz, a kolory i dźwięk reprezentują gruz i inne dane o wysokiej energii.

2. Filary stworzenia. Jest to jeden z najbardziej charakterystycznych regionów galaktyki, w którym wciąż powstają gwiazdy.

Dr Kimberly Kowal Arcand jest popularyzatorem nauki i naukowcem zajmującym się wizualizacją i wschodzącą technologią w obserwatorium Chandra X-ray Observatory NASA, które ma swoją siedzibę w Centrum Astrofizyki Harvard & Smithsonian w Cambridge, Massachusetts. Jest wiodącym ekspertem w badaniu percepcji i rozumienia wizualizacji danych, wielokrotnie nagradzana jako producent i reżyser. Kierowała tworzeniem, dystrybucją i oceną projektów komunikacji naukowej i technologicznej na dużą skalę. Niektóre „kosmiczne nagrania” umieściła na swoim Twitterze. Poniżej kolejne przykłady:

Opis:

1. Gwiazdy i zwarte źródła są konwertowane na pojedyncze nuty, podczas gdy rozszerzone chmury gazu i pyłu wytwarzają ewoluujący dron. Crescendo ma miejsce, gdy dotrzemy do jasnego obszaru w prawym dolnym rogu - supermasywnej czarnej dziury o masie 4 milionów Słońc.

2. Dane z regionu o średnicy około 400 lat świetlnych (regiony, w których rodzą się gwiazdy).

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Technika Pomodoro, czyli jak nie marnować czasu?

Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem pochodzi z Włoch. Pomaga podzielić zadania zaplanowane na dany dzień na mniejsze odcinki, a przy tym zachować wysoki poziom koncentracji. Technika nazywa się Pomodoro – od czasomierza kuchennego w kształcie pomidora. W tej roli może też wystąpić czasomierz w jakimkolwiek innym kształcie i każde inne urządzenie, które można zaprogramować na wydanie dźwięku o oznaczonej porze (budzik, telefon).

Jak to działa?

1. Sporządź listę zadań na dany dzień (możesz ją przygotować wieczorem dnia poprzedniego). Na tym etapie dobrze jest ustalić priorytety i kolejność działań.

2. Przed przystąpieniem do wykonywania pierwszego zadania z listy nastaw czasomierz na 25 minut – tyle właśnie trwa jedno Pomodoro. W tym czasie zajmujesz się jednym zadaniem lub jego częścią (ewentualnie zaczynasz następne). Ważne jest, by przez 25 minut nic poza pracą nie angażowało twojej uwagi.

3. Kiedy usłyszysz dźwięk czasomierza, przerwij pracę i nastaw go na 5 minut – tyle będzie trwała twoja przerwa. W tym czasie nie zajmujesz się pracą, nawet o niej nie myślisz. Zadbaj o chwilę relaksu. Jeśli siedziałaś przed komputerem, porozciągaj się. Jeśli pracowałaś w ruchu, usiądź.

4. Po przerwie nastaw czasomierz na kolejne 25 minut. Wróć do pracy. Potem znów 5 minut przerwy.

5. Po upływie czterech Pomodoro pozwól sobie na dłuższą przerwę (20–30 minut). Zasłużyłaś na to!

Pamiętaj, że jedno Pomodoro jest niepodzielne (zbyt częste przerwy nie służą twojej pracy). Ale nie próbuj też „szarżować” i łączyć jednego Pomodoro z drugim – tak naprawdę skuteczność tej techniki polega właśnie na przerwach!

Osoby korzystające z techniki Pomodoro twierdzą, że podnosi ona ich motywację, zwiększa wydajność i skupienie. Motywacja wzrasta ze względu na podział zadania na niewielkie odcinki – zupełnie inaczej zasiada się do pracy, kiedy nie wybiegasz myślą poza najbliższe 25 minut. To stosunkowo niedługi odcinek – świadomość tego pomaga zapanować nad rozpraszaczami. Chcesz zmobilizować się, wykorzystać go jak najlepiej. Zdziwisz się, ile można w tym czasie zrobić! Prawdopodobnie odkryjesz też, że dzięki zaplanowanym przerwom (czyli kontrolowanemu rozproszeniu) jesteś w stanie pracować w skupieniu znacznie dłużej niż dotychczas!

  1. Psychologia

Zen Coaching – najwięcej dzieje się w ciszy

Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Dla jednych technika, dla innych proces albo wręcz styl życia. Połączenie coachingu z filozofią zen – świadomością, uważnością. Zen Coaching obiecuje spotkanie ze sobą i dostęp do wewnętrznej siły.

Droga, rozwój, budowanie przyszłości... A przecież źródło naszej siły, radości, kreatywności jest dostępne tu i teraz – uważa twórca Zen Coachingu, Norweg Kåre Landfald. Odkrywamy to za każdym razem, kiedy pozwolimy sobie zaakceptować doświadczenie takim, jakie jest w danym momencie. Nie musimy podejmować żadnych szczególnych działań, by cokolwiek zmienić czy naprawić. Wystarczy skontaktować się z własną wewnętrzną istotą – to pozwala stworzyć przestrzeń do zmian. Reszta wydarzy się sama, bez presji, oczekiwań, bez wysiłku z naszej strony.

Zen – wartość dodana

Landfald to prawdziwy człowiek Zachodu, zafascynowany rozwojem technologii. Kształcił się w dziedzinie informatyki, zgłębiał nowoczesne metody zarządzania. Ale też od najmłodszych lat pociągała go tradycja Wschodu, powracało odwieczne pytanie „kim jestem”? Pracując jako konsultant, mediator ds. konfliktów, wreszcie coach i nauczyciel rozwoju osobistego, coraz częściej dochodził do wniosku, że zachodnie ukierunkowanie na cel to za mało. I coraz bardziej zbliżał się ku filozofii zen, jako czystej radości z bycia. Aż znalazł swoisty pomost między Wschodem i Zachodem – Zen Coaching.

Choć idea zrodziła się zaledwie kilkanaście lat temu, to Landfald zdążył już wyszkolić 200 trenerów, z czego 40 w Polsce. Pomagają rozpoznać człowiekowi jego prawdziwą naturę, wraz z jej kluczowymi jakościami – wolnością, miłością, mocą, kreatywnością.

– Podobnie jak w „klasycznym” coachingu chodzi tu o wspieranie ludzi w odkrywaniu ich wewnętrznych zasobów, w znajdowaniu odpowiedzi na ich pytania – tłumaczy Zen Coach, Beata Wasiluk. – Wartość dodana, czyli zen, to obecność, świadomość, uważność, zrelaksowana czujność, dzięki której łączymy się z esencją życia. Ta obecność pozwala na przeżywanie życia w przepływie i spokoju. Wszystko inne przychodzi samo.

To ważne – coaching wzbogacony o wymiar zen jest bardziej „zrelaksowany”, mniej zadaniowy. Nie goni za rezultatem – jego cel jest osiągalny właśnie tutaj, w tym momencie, poprzez zauważenie, przyzwolenie i pełne doświadczenie tego, co przeżywamy w danej chwili.

– Nie ma potrzeby czekać i szukać spełnienia w przyszłości – mówi Beata Wasiluk. – Poprzez poznanie siebie stajemy się bardziej wolni, zyskujemy dostęp do wewnętrznej siły. Rozpoznajemy, jakie potrzeby serca kryją się za naszymi pragnieniami. Zwykle wszystko, czego potrzebujemy, znajdujemy w sobie.

Każda droga jest w porządku

Zen Coaching zakłada, że podstawową potrzebą czy pragnieniem ludzi jest być połączonym z samym sobą – problemy wynikają z przerwania tego połączenia. Zen Coach wspiera w jego odzyskaniu.

Jedną z głównych zasad Zen Coachingu jest tzw. słuchanie z wewnętrznej przestrzeni. Jest w nim otwartość, akceptująca, zezwalająca obecność. Jest cisza, są pytania (np. o odczucia w ciele) i tzw. werbalne odzwierciedlenia – Zen Coach powtarza pewne zdania wypowiadane przez klienta, pomagając mu w ten sposób zyskać nową perspektywę, zobaczyć pewne rzeczy z boku i sprawić, żeby proces, przez który przechodzi, mógł się rozwijać zgodnie z jego mądrością i w jego tempie.

– Miałam kiedyś sesję z Amerykanką, która mówiła i mówiła, bez chwili przerwy. Od czasu do czasu udawało mi się tylko wtrącić jakieś odzwierciedlenie lub pytanie o to, co się dzieje w jej ciele – wspomina Beata Wasiluk. – W odpowiedzi słyszałam „wszystko w porządku”, po czym następował kolejny nieprzerwany potok słów. Nie miałam wtedy dużego doświadczenia w Zen Coachingu, to była moja praktyka – uznałam, że jako coach niczego w tej sesji nie osiągnęłam, nie wiedziałam nawet, jak ją zakończyć, podsumować... Pozwoliłam sobie na długą ciszę, po czym powiedziałam tej kobiecie, że zaczęłyśmy w tym miejscu, a teraz jesteśmy w tym i spytałam, jak się czuje. Tym razem ona długo milczała, po czym stwierdziła, że stało się coś niezwykłego – po raz pierwszy ktoś wysłuchał jej od początku do końca, nie przerywając, nie próbując jej zmieniać. Dzięki temu, że potrzeba bycia wysłuchaną została u niej zaspokojona, miała szansę nastąpić transformacja. Kolejna sesja z nią była już zupełnie inna.

Co ci to daje?

Warszawa, warsztaty wprowadzające do Zen Coachingu. Dunka Tine Vindeløv mówi, że dla niej Zen Coaching to prosty sposób medytacji z drugą osobą. Bo esencją tej metody jest przyzwolenie na to, co się dzieje w danym momencie. Tine twierdzi też, że za wszystkim, co robimy – wyborem takiej czy innej pracy, partnera, wreszcie za naszymi konfliktami, sporami – kryją się pozytywne intencje: – Kiedy je znajdziemy, poznamy prawdziwe pragnienie naszego serca. To ważny krok do samoświadomości.

Jedna z uczestniczek przyznaje, że głównym motorem jej działań jest kontrola, chciałaby kontrolować cały świat. To męczące.

– A co by było, gdybyś rzeczywiście mogła sprawować kontrolę nad całym światem? Co by ci to dało? – pyta prowadząca.

– Byłabym szczęśliwa.

– Czyli chciałabyś być bardziej szczęśliwa. Nie osiągniesz tego poprzez kontrolę całego świata, bo to niemożliwe. A gdybyś oddzieliła tę strategię od samego szczęścia i przyjrzała się mu... Jak możesz osiągnąć szczęście w inny sposób niż poprzez kontrolę?

Jedno z ważnych pytań w Zen Coachingu brzmi „co ci to daje?”. Żeby lepiej zrozumieć, jak działa, ćwiczymy w parach. Jedna osoba mówi o jakimś działaniu, a druga prowadzi ją w tym krótkim procesie samopoznania, pytając o motywację. Możesz przyjrzeć się swojej pracy – żeby odkryć, co spowodowało, że ją wybrałeś. Nawet jeśli jej nie lubisz, odpowiedz szczerze na pytanie: „co ci ona daje?”.

– Intencją tego pytania jest dotarcie do pozytywnej jakości, która wywołuje w tobie ożywienie – tłumaczy Tine Vindeløv. – Jeśli pierwsza odpowiedź brzmi: „pieniądze”, pytaj dalej: „co dają mi pieniądze?”. Może poczucie wolności? W takim razie już mamy pierwszą pozytywną jakość... Jeśli odpowiedziałeś: „mogę za nie kupić ubranie”, zapytaj: „a co mi dają ubrania?”. Może radość, poczucie atrakcyjności?

Mogłoby się wydawać, że rola coacha jest marginalna, a jednak... Zdaniem Wasiluk, to nie metoda czy sztywno rozumiany proces są tu najważniejsze – o rezultatach coachingu decydują tak naprawdę umiejętności coacha: – Im lepszy jest kontakt między mną a klientem, tym większa szansa, że uda się sięgnąć do wewnętrznej mądrości i znaleźć w niej odpowiedzi ważne dla bieżącej chwili.

Inna zasada przyjęta przez Kåre Landfalda to pomaganie poprzez niepomaganie. W Zen Coachingu nie udziela się klientowi rad, niczego się mu nie sugeruje, nie „naprawia” go.

– Bierze się to z założenia, że nie ma kierunku, w którym powinna zmierzać sesja, każda droga jest w porządku – wyjaśnia Wasiluk.

Ciało jak kotwica

Sesja trwa godzinę i można ją przeprowadzić na odległość. – Właściwie większość moich sesji odbywa się przez telefon albo przez Skype’a, najczęściej bez kamery – przyznaje Beata Wasiluk. – Oczywiście, dobrze jest widzieć klienta, żeby móc poznać jego ekspresję, mowę ciała, ale nie jest to najważniejsze. Czasem nawet – żeby skoncentrować się na słuchaniu, na swoich odczuciach – lepiej jest wyłączyć bodźce wizualne.

Sesja zaczyna się zwykle od tego, że klient dzieli się czymś, co wywołuje u niego dyskomfort. Mówi: „nie radzę sobie z…”, „wydarzyło się to i to, i chcę się temu przyjrzeć” albo: „nie rozumiem czegoś”…

– Wczoraj na przykład miałam sesję z osobą, która zaczęła od tego, że nie ma żadnego problemu – opowiada Beata Wasiluk. – Spytałam ją więc: „czego pragniesz?” i wtedy pojawiło się pragnienie, za którym podążyłyśmy. To była bardzo silna transformacja.

Podczas sesji dużo rzeczy dzieje się w ciszy. Wtedy klient wchodzi na głębszy poziom świadomości, przygląda się czemuś, pozwala sobie na bliskie bycie ze sobą. Ale są też pytania, które pomagają prowadzić proces. Chociażby bardzo proste, kluczowe: „co się dzieje teraz?”. No i ciało – jego reakcje, odczucia.

– Ciało jest fantastycznym przekaźnikiem różnych podświadomych treści – mówi Beata Wasiluk. – Na przykład skumulowana energia w gardle może świadczyć o tym, że jakiś temat jest dla nas wyjątkowo trudny, albo że jakaś część nas została stłamszona i bardzo chce się wyrazić. Kiedy to rozpoznamy, damy temu naszą uwagę, możemy dalej zgłębiać temat. Ciało jest doskonałą kotwicą, pozwalającą trzymać się obecnej chwili, a pytanie o nie sprawia, że natychmiast lądujemy w „tu i teraz”.

Zwykle wychodzi się na sesji od czegoś „palącego”, co jest już „na zewnątrz”, po to, by dotrzeć do wewnętrznej blokady. – Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia – wylicza Beata Wasiluk. – Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. To dlatego czas nie gra tu roli, wszystko jest dostępne teraz.