1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Medytacja pisana

Medytacja pisana

Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Notes i długopis to narzędzie do porannego ćwiczenia, które oczyszcza, przynosi spokój i pobudza kreatywność. Zofia Wichłacz praktykuje je od roku i twierdzi, że działa.

Staram się zawsze – zarówno gdy jestem w domu, jak i gdy podróżuję – mieć przy sobie, a właściwie przy łóżku, notatnik i długopis. To taki niezbędnik, potrzebny do wykonania ćwiczenia, które nazywa się „poranne strony”. Zaczerpnęłam je z książki Julii Cameron „Droga artysty”, nawiasem mówiąc, byłej żony Martina Scorsesego. Tytuł jest nieco zwodniczy, nie należy się nim sugerować, bo książka jest adresowana nie tylko do artystów, ale do każdego, kto chce obudzić w sobie kreatywność.

„Poranne strony” to jedno z pierwszych ćwiczeń, jakie proponuje autorka. Polega ono na tym, żeby tuż po przebudzeniu, zanim wstanie się z łóżka, sięgnąć po notatnik i długopis i spisać myśli, jakie przychodzą nam do głowy. To może być opis snu, widoku za oknem, swoich lęków, obaw, stanu, przeżyć, pomysłów. Mamy za zadanie zapisać trzy kartki, bez zastanowienia, przemyślenia, bez cyzelowania myśli, kontroli, oceniania. Piszemy to, co nam w duszy gra, co dyktuje długopis. To ma być trochę taka medytacja pisana, oczyszczenie umysłu. Autorka uważa, że wyrzucenie z siebie strumienia myśli zaraz po przebudzeniu czyści nas z wewnętrznego krytyka, który w ciągu dnia nas się czepia i ocenia. Dlaczego rano? Bo jeszcze nie sięgnęliśmy po telefon, jeszcze nie zainfekowaliśmy się złymi informacjami. Rano lepiej puszcza się kontrolę, podłącza się do prawdziwego „ja”. No i dobrze jest robić to właśnie wtedy, żeby mieć lepszy dzień.
Zapisanie trzech kartek zajmuje od 15 minut do pół godziny. Robię to mniej więcej od roku. Bardzo zależy mi na regularności, choć wiadomo, że nie zawsze się udaje. Ale staram się wracać do tej praktyki i od niej zaczynać każdy dzień. Widzę, że procentuje. Daje spokój, uwalnia głowę, a poza tym… dyscyplinuje.

Właściwie nie przywiązuję wagi do notesu, może być w linię, kratkę, z czystymi kartkami. Najważniejsze jest pisanie. Piszę szybko i tak niewyraźnie, że potem trudno mi przeczytać samą siebie. Nie robię więc tego. Także dlatego, że autorka przestrzega, żeby – zwłaszcza na początku przygody z ćwiczeniem – nie wracać do swoich zapisków, nie analizować. Po zapisaniu notesu pozbywam się go, tak jak wielu rzeczy. Nie jestem typem zbieraczki, lubię porządkować przestrzeń, więc notesów też nie zbieram. Tym bardziej że nie ma w nim żadnych literackich rozprawek, a jest tylko potok słów. Do przemyślanego pisania mam zupełnie inny notes. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Natasza Urbańska i przepustka od Rogera Watersa

(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
Mieszka w szufladzie w domu Nataszy Urbańskiej pośród innych łyżeczek z całego świata. Wyjątkowa, bo od wyjątkowego człowieka.

Długo zastanawiałam się, co wybrać. I nagle mnie olśniło: to takie proste, przecież od lat je zbieram! Jeszcze jako nastolatka miałam słabość do łyżeczek. Zachwycały mnie różnorodnym kształtem, materiałem, z którego zostały zrobione, fakturą. Są ujmujące, szlachetne. Po prostu piękne. No i w życiu niezbędne.

Jako trochę starsza dziewczyna, kiedy już wyjeżdżałam za granicę, lubiłam zaglądać do anty­kwariatów. I zawsze moją uwagę przykuwała jakaś łyżeczka albo cały zestaw. Dopiero teraz to sobie uświadomiłam, że przywoziłam je z każdego miejsca, w którym byłam. Chcąc nie chcąc, bo to nie był mój plan. Każdy wyjazd kończył się jednak szperaniem w sklepach, gdzie dziwnym trafem można było je kupić [śmiech].

Pamiętam, że kiedy wyprowadzałam się z domu rodzinnego, mama wręczyła mi po babciach, prababci z Poznania piękne stare cukiernice z łyżeczkami. Tak więc mam w domu swój bogaty zbiór łyżeczek przeróżnych. Z jedną z nich łączy się niecodzienna historia. Otóż kilka lat temu współpracowaliśmy z liderem grupy Pink Floyd, Rogerem Watersem, przy operze „Ça Ira”, którą napisał. Potem spotykaliśmy się wielokrotnie już prywatnie, zaprzyjaźniliśmy się. I pewnego dnia Roger zaprosił nas do siebie do domu pod Londynem na obiad, który sam przygotowywał. Rozmawiamy w kuchni, między innymi o dzieciach: naszej wtedy półtorarocznej córeczce Kalince, o jego wnuku, mniej więcej w takim samym wieku. I nagle Janusz [Józefowicz, mąż Nataszy – przyp. red.] tonem pełnym zachwytu mówi: „O, jaka piękna!”. To było o łyżeczce leżącej na stole. Rzeczywiście jest bardzo oryginalna. Malutka, okrąglutka, a udaje hardą – uchwyt ma w kształcie karabinu. Roger, widząc nasz zachwyt, powiedział: „No to ja wam ją ofiaruję. I niech Kalina przyjedzie z nią na osiemnaste urodziny mojego wnuka. To będzie jej przepustka”.

Nie używamy jej, oczywiście, jest zbyt cenna. Mieszka sobie na dnie szuflady razem z innymi koleżankami i cieszy oko. No i czeka na osiemnastkę wnuka Rogera Watersa. 

Natasza Urbańska, piosenkarka, tancerka, aktorka, kompozytorka, autorka tekstów. Od lat związana z teatrem Studio Buffo w Warszawie. Wiosną ukaże się trzeci singiel promujący jej nową płytę, która zostanie wydana jesienią tego roku.

  1. Styl Życia

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Niepozorny mebel, łącznik między dawnymi a nowymi czasy. Dla Antoniego Komasy-Łazarkiewicza to przede wszystkim nośnik wielu wspomnień.

W ciągu życia dość intensywnie się przeprowadzałem, zmieniałem kraje i po drodze zdążyłem zgubić większość rodzinnych pamiątek. Na szczęście ta, bardzo dla mnie cenna, ocalała. Uświadomiłem sobie teraz, że towarzyszy mi dzielnie od urodzenia. To niepozorny mebelek, tak zwany stolik palacza, z cynowym blatem. Cynowym właśnie po to, żeby można było bezkarnie strzepywać nań popiół. Okrągły, z charakterystyczną odciśniętą na blasze szachownicą. Jeden z naszych rodzinnych mebli. Najpierw pamiętam go u babci, mamy taty, w Szklarskiej Porębie. Wydaje mi się, że nie mogło go zabraknąć w takim porządnym drobnomieszczańskim domu, z jakiego babcia się wywodziła. Ale jego historia jest dłuższa. Około 100 lat temu trafił, jako część wyprawki, do domu mojej prababci w okolicy Tarnowskich Gór. Stamtąd przewędrował do Rozdroża Izerskiego, gdzie moja babcia prowadziła prewentorium gruźlicze dla dzieci. Potem znalazł się u moich rodziców w Warszawie. Pamiętam, że przez całe dzieciństwo był moim ulubionym stolikiem do jedzenia śniadania, gry w szachy i warcaby. Potem przeprowadził się razem ze mną do mojego pierwszego warszawskiego mieszkania, skąd zabrałem go ze sobą do Berlina. Pewnego razu zobaczyłem tutaj podobny egzemplarz na targu staroci i zapytałem handlarza o jego pochodzenie. Okazało się, że takie stoliki produkowane były przed wojną wyłącznie w jednym miejscu, i to była fabryka w Berlinie. Tak więc dzięki mnie ten stolik wrócił do swojej ojczyzny. Stoi teraz w dużym pokoju i nie służy do strzepywania popiołu, tylko do odstawiania filiżanek. Jest dla mnie nośnikiem wielu wspomnień, takim artefaktem. Przebył przez ostatnie 100 lat wiele kilometrów, drogę w kształcie zamkniętego koła na mapie, która w tym czasie uległa radykalnym transformacjom. Kawał drogi i potężna karta historii. Ciekawe, czy ta podróż dobiegła końca.

Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza) Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)

 

  1. Styl Życia

Poranna i wieczorna praktyka medytacji

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Medytacja poranna

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl. Zazwyczaj przez kilka chwil po przebudzeniu się ciała nie doświadczamy żadnych myśli. W tym początkowym stanie przytomności Świadomość pozostaje pusta, bez zawartości. Myśli pojawiają się w jej obrębie dopiero po krótkim czasie. Spróbuj poprzedniego dnia wieczorem, kiedy kładziesz się spać, odświeżyć tę praktykę w pamięci, obiecać sobie, że przetestujesz ją od razu po przebudzeniu, czyli zwrócisz uwagę na Świadomość. Możliwe, że nie od razu uda ci się uchwycić ten moment przed nadpłynięciem pierwszej myśli. Nie poddawaj się jednak. Nadal próbuj, nadal patrz. Zauważ, że najpierw budzi się ciało, potem dostrzegasz pojawiające się myśli. Na ogół wraz z ich narastającą częstotliwością zaczynasz również odczuwać subtelny lub silny ucisk w ciele albo nawet pewnego rodzaju lęk. Zwróć jednak uwagę na kolejność tego, co następuje. Najpierw nie ma nic, potem wyłaniają się myśli, a wraz z ich wzmożeniem zaczynają się pojawiać emocje czy odczucia z ciała.

Dostrzeżenie tej dynamiki może ci sporo wyjaśnić: myśli nabierają wielkiej siły, kiedy podąża za nimi uwaga. Ten sam mechanizm towarzyszy nam w ciągu dnia, zaobserwowanie go staje się jednak trudne ze względu na pobudzenie umysłu. Dlatego właśnie warto przyjrzeć się temu procesowi wówczas, gdy umysł powoli zaczyna się ożywiać po okresie nocnego wyciszenia. Zatem powtórzmy.

Uchwycić rano po przebudzeniu ten moment, w którym, choć nie ma jeszcze myśli, nie ma jeszcze świata, to jednak coś jest. Wychwycenie tego może okazać się dla ciebie bardzo doniosłym odkryciem. Wykonuj to ćwiczenie tak długo, aż uda ci się za którymś razem intuicyjnie dostrzec czystą Świadomość, bez myśli. Pozostań w łóżku dopóty, dopóki nie zdystansujesz się od myśli i od tego wszystkiego, co pojawia się wraz z nimi. Innymi słowy, przekieruj Świadomość na Świadomość. Dopiero kiedy otworzysz się na tę perspektywę, poczujesz się z nią swobodnie, będzie to znak, że czas zacząć nowy dzień.

Medytacja wieczorna

Analogicznie kontempluj wieczorem, tuż przed zaśnięciem. Zauważ, kiedy kładziesz się do łózka, w jaki sposób ciało i umysł zapadają w niebyt. Zwróć na to uwagę. Jak najpierw rozluźnia się ciało, jak umysł powoli zaczyna się wyłączać. Nie kontroluj niczego, nie próbuj niczego zmieniać. Towarzysz świadomie procesowi zasypiania ciała i umysłu. Może uda ci się również zauważyć samą Świadomość - bez zawartości, bez wrażeń. Połóż się spać z intencją, by zapamiętać sen, by być we śnie w świadomy sposób. Spędź z tą intencją parę minut wieczorem przed zaśnięciem. W tym wypadku interesuje nas nie tyle samo senne marzenie, ile fakt, że Świadomość jest obecna również we śnie. Praktykuj w ten sposób wieczorem i z rana przez najbliższy tydzień.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się - z inspiracji swojego mistrza Mooji'ego - rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości. 

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Psychologia

Słuchanie jest aktem miłości

Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy naprawdę kogoś słuchamy, to ta osoba trafia do centrum naszej uwagi, staje się  ważniejsza niż jakiekolwiek inne nasze potrzeby.

Gdy całkowicie się na kimś koncentrujemy i poświęcamy mu całą swoją uwagę, rozmówca czuje, że dajemy siebie całkowicie. Wtedy w pewnym sensie traci poczucie własnej odrębności i energetycznie zespala się z nami.

Sztuka słuchania w 6 krokach

1. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że przestajemy oceniać. Nasz rozmówca staje się dla nas jak czysta biała kartka. Przyjmujemy tę osobę w danym momencie taką, jaka ona jest.

2. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że kiedy druga osoba mówi, nie planujemy tego, co mamy zamiar powiedzieć. Nie zajmujemy się sobą, swoim punktem widzenia i swoimi emocjami, tylko próbujemy wczuć się w położenie rozmówcy.

3. Prawdziwe słuchanie jest celem samym w sobie.

4. Prawdziwe słuchanie wymaga uważnej obecności. To stan bycia, którego doświadczasz, dając całą uwagę temu, co robisz. W takim słuchaniu nie jest nawet konieczna bliska fizyczna obecność, w ten sposób można też rozmawiać przez telefon. Chodzi po prostu o pełną świadomość tego, co się wydarza podczas rozmowy.

5. Prawdziwe słuchanie polega nie tylko na uważności na słowa, ale także na sygnały pozawerbalne, na przykład ton głosu czy mowę ciała.

6. Po prawdziwym wysłuchaniu, kiedy odpowiadamy tej drugiej osobie, więcej jest w nas empatii i autentyczności. Jesteśmy bardziej w tu i teraz, a więc także bliżej siebie.