Ania Rusowicz: „Wzrastam przez porażki”

Najnowsza solowa płyta Ani Rusowicz nazywa się "Przebudzenie". (Fot. Honorata Karapuda, stylizacja Chichi Ude)

Długo broniła się przed śpiewaniem. Uważała, że jej głos jest niemodny, że śpiewa jak starsza pani w kościele, kogo to będzie interesowało…? Dziś Ania Rusowicz wydaje czwartą płytę i jest silniejsza, pewniejsza siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Zdradza, co ją uwalnia ze strefy dyskomfortu i jak pomaga jej w tym psychologia

 

Kiedy odnalazłaś w sobie głos, który powiedział ci, że masz śpiewać, że to twoje powołanie? Najpierw po szkole wybrałaś farmację, potem psychologię.
Uciekałam od śpiewania, przecież doskonale zdawałam sobie sprawę z obciążenia jakie dźwigam. Jako osoba z rodzinnymi muzycznymi koneksjami czułam, nie byłabym dobrze widziana czy pożądana w środowisku. U nas takie historie traktowane są podejrzliwie, wiedziałam, że jak pojawię się w branży to będzie to okupione walką o własne miejsce. Już na starcie nie miałam czystej karty, każdy miał wobec mnie jakieś stereotypy czy oczekiwania. Choć z drugiej strony mam to swoje arystokratyczne pochodzenie, czyli coś za coś.

Ale jednak zdecydowałaś się na ten krok. Dlaczego?
To mąż powtarzał mi do znudzenia, że mam śpiewać, że tym się powinnam zajmować. W tym czasie mieszkaliśmy w małym mieszkanku w Bydgoszczy, a ja mu tłumaczyłam, że muszę mieć fach w ręku, że rodzice oczekują ode mnie skończenia szkoły, zdobycia porządnego zawodu. Nie chciałam ich zawieść. A tu mąż, który mówi: ale ty się nie nadajesz do takiego zawodu, ty masz śpiewać, masz talent. Na co ja odbijałam piłeczkę, że mój głos jest niemodny, że śpiewam jak babcia Ania, jak starsza pani w kościele, kogo to będzie interesowało? Ale w końcu przyszedł taki dzień, postanowiłam zaryzykować, choć wtedy akurat nikt nie wierzył w moją debiutancką płytę. Udało się ją wydać przy współpracy z Kubą Galińskim, a wytwórnia uznała, że jestem wystarczająco bezczelna, by mnie wypuścić na rynek. Ale nie wydarzyło się to szybko. Od Bydgoszczy do wydania debiutu minęło dziesięć lat i to był dla mnie bardzo trudny czas: nic mi nie szło, nie układało się, nie było planu, no martwa woda.

Psychologia pomogła ci w życiu?
Bardzo. To jest moje drugie powołanie, bo to też jest moja natura. Psychologiem też trzeba się urodzić, to jest rodzaj misji. Pewnie gdybym nie śpiewała to zajęłabym się psychologią na poważnie, zwłaszcza że pewien czas to był właśnie mój plan na życie. Za to dziś prowadzę warsztaty psychologiczne, które nazywam psychologią sceny, dla osób, które chcą występować i śpiewać publicznie. I zawsze powtarzam uczestnikom, że w tym zawodzie selekcja naturalna jest bezlitosna i że naprawdę nie każdy musi śpiewać. Widzę po ich reakcjach, że to brzmi jakbym zabierała im ich marzenia, bo przecież wszyscy chcemy żeby nas słuchano i oklaskiwano. Ale nie chcę nikogo oszukiwać. To kwestia szczęścia i selekcji, i mnie także zajęło chwilę zrozumienie, że tak właśnie jest.

Skąd pomysł na takie warsztaty?
Sama sobie je wymyśliłam, z racji tego, że już trochę czasu spędziłam na scenie i mam ten temat dobrze zbadany. Wiem, jakie mechanizmy obronne tu działają, jak wielkie znaczenie ma głowa, nasze wyobrażenia, to co sobie sami mówimy. To jest tak ważny obszar pracy artysty! No i jest coś magicznego w scenie, która choć znajduje się jedynie parę centymetrów nad ziemią to jednak sprawia, że człowiek zachowuje się inaczej. Jakby wkroczył na inny, bardziej grząski grunt.

Co scena wyciąga z człowieka?
Scena jest okrutna, pokaże wszystko, każdą słabość, największe wady, ale i zalety. Podczas warsztatów interesuje mnie, dlaczego ktoś chce występować na scenie, jakie potrzeby ma to załatwić. Jedna z uczestniczek powiedziała, że w dzieciństwie tata częstą ją ośmieszał. Dziś boi się podejść do brzegu sceny. Często proszę także uczestników, by narysowali swój głos. Ludzie rysują tak piękne rzeczy. Psychologii i muzyki nie da się rozdzielić, pominąć, jest z nami podczas tworzenia muzyki.

Jak ty reagowałaś na scenie?
Na początku to była tragedia, bałam się odezwać. Są ludzie o osobowościach histrionicznych, które na scenę wchodzą i są. W ich przypadku nie chodzi o pewność siebie, tylko o potrzebę bycia w centrum uwagi, to ich sposób na porozumiewanie się ze światem: krzyczę więc jestem. A u mnie ta ewolucja od pozycji pochylonej do wyprostu trochę trwała. Ale faktycznie zależy to od tego jakimi jesteśmy ludźmi i co ze sobą na tę scenę wnosimy, jaką przeszłość i doświadczenia.

W październiku ukazała się twoja nowa płyta, czujesz, że jest inna?
Ta płyta mi bardzo dużo dała, bo jestem jej producentką i wydaje mi się, że mam „czuja”.

Czyli wiesz, czego chcesz.
A wiesz, że to problem? Bo nie lubimy ludzi, którzy wiedzą czego chcą. Za to ja dokładnie wiem, czego chcę w mojej muzyce. Zawsze miałam producenta, który ma spełniać rolę buforu psychicznego, ale przy tej płycie doszłam do wniosku, że tego nie potrzebuję, bo wszystkie pytania i odpowiedzi są we mnie. Przecież wiem jak się robi muzykę, nikt mnie nie musiał jej uczyć, mam to w sobie, ale dużo czasu zajęło mi, żeby to zrozumieć. Dziś wiem, że jeśli chodzi o moją muzykę, to ja jestem pytaniem i odpowiedzią. Ja wiem, finalnie jak to ma wyglądać i jak ma brzmieć.

(Fot. Honorata Karapuda, stylizacja Chichi Ude)

Płyta ma tytuł „Przebudzenie”. Z czego chcesz nas wybudzić, Aniu?
Tytuł wskazuje, że można przebudzić się z transu czy ze snu, który śnimy każdego dnia, albo z czegoś większego, bo nagle dotarły do nas jakieś idee, których wcześniej nie widzieliśmy. Coś nas olśniło, coś nas zmieniło w środku. I tego chcę, chcę przebudzić wszystkich, żeby zobaczyli, że żyjemy w iluzji, bańce, nieprawdziwym raju, który sobie stworzyliśmy na Instagramie czy Facebooku. Tymczasem czas już zdać sobie sprawę, co jest prawdą a co nie.

Brzmi boleśnie.
Bo to ma być rodzaj wyrwy, to ma być gwałtowny i zdecydowany akt. Wiosna nie pyta pąków, czy mogą się rozwinąć, tylko to jest traumatyczne doświadczenie, a nie błogostan, szarpnięcie, które powoduje dyskomfort w naszym ciele. Dlatego też ta płyta jest taka energetyczna, ona ma obudzić.

Gdy spojrzeć na doniesienia ostatniego roku, wieści o kryzysie klimatycznym, zmieniającym oblicze świata jaki znamy, to rzeczywiście dobry moment.
Bo przebudzenie musi mieć związek z prawdą. Wiemy, że ludzie nie lubią prawdy, zwłaszcza tej serwowanej między oczy, wolą kłamstewka. A tu trzeba się ocknąć, bo być może w niedalekiej przyszłości staniemy wobec zupełnie nowych warunków życia i nie będziemy już śnili snu, który śnimy teraz. Warto więc przebudzić się przedwcześnie, bo wówczas mamy jeszcze pole manewru, możemy coś zdziałać, a jak się obudzimy za późno to skutki mogą być dla nas fatalne.

Co dla ciebie było takim wyrwaniem ze strefy komfortu, przebudzeniem?
Mnie moje przebudzenie wytrąciło ze strefy dyskomfortu. Gdy urodziłam syna doświadczyłam naprawdę trudnych i ciężkich momentów. Może wynikało to z tego, że gdy byłam jeszcze w ciąży, wszyscy mi powtarzali, że jak urodzę dziecko to piosenki będą się pisać same i będę miała mnóstwo tematów na piosenki. Uwierzyłam w idylliczny obrazek, że dziecko śpi, a ja oddaję się twórczym uniesieniom. Tak oczywiście nie było, za to doznałam strasznego kryzysu twórczego. O ile w ciąży nagrałam płytę „niXes” i to były takie kosmiczne uniesienia, bo czułam że mam wszechświat w sobie, to gdy się urodził Tytus – nic. Miałam w sobie pustkę i czarne myśli, że już nie uda mi się utrzymać z muzyki, wydawało mi się, że to mój koniec. Dziś zdaję sobie sprawę, że ten zastój twórczy spowodowany był ogromnym zmęczeniem i deficytem snu. Ale nie sądziłam, że tak będzie, wydawało mi się, że skoro jestem muzykiem to powinnam usiąść i coś napisać, ale wszystko co przychodziło mi do głowy, gdy już znalazłam pięć minut dla siebie, wydawało mi się banalne. Za to coraz bardziej zamykałam się w samej sobie i dopiero poczułam się lepiej podczas upragnionych wakacji.

Poleciałaś z rodziną do Nowego Orleanu.
Tak, całe życie marzyłam o Nowym Orleanie. Tam mnie wysłała moja intuicja, mój wewnętrzny wiedźmiński głos, którego staram się zawsze słuchać, bo nigdy mnie nie zawiódł. I głęboko w to wierzę, że jeśli ten głos nie zostanie uciszony to mnie dobrze poprowadzi.

To było jak wyjście z letargu macierzyństwa, z tej strasznej strefy dyskomfortu, jak zaczerpnięcie świeżego powietrza. Okazało się, że świat nadal istnieje, że są piękne miejsca, które można odkrywać z dzieckiem. Byłam tak pochłonięta macierzyństwem, że na początku nawet wyjście do supermarketu było jak podróż na inną planetę. Czułam lęk, jakbym nie była przystosowana do normalnego funkcjonowania w rzeczywistości. I dopiero gdy wyjechałam do Nowego Orleanu, zobaczyłam, że jest świat, są podróże, nowe doświadczenia. I tymi doświadczeniami, obrazami, dźwiękami, jedzeniem i nowymi ludźmi się nakarmiłam. Teraz już wiem że jeśli czuję jakiś dołek to mam się nie przymuszać, tylko wyjechać po inspirację i doświadczenie. Gdy mąż mówi, że gdy przyjdą gorsze czasy zaczniemy oszczędzać, to mu odpowiadam, że wtedy dopiero zaczniemy wydawać, bo będę musiała wyjechać, żeby móc wygenerować nową energię.

Ile trwał ten letarg?
Dwa lata. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak ważne dla naszego umysłu są wakacje, ale też jak ważne jest, żeby wziąć urlop od siebie. A takie wakacje to też praca, bo to karmienie się doświadczeniem, które później przelewamy na papier i muzykę.

Co cię zachwyciło w Nowym Orleanie?
Dla mnie to miasto jest źródłem inspiracji, to centrum muzyki, światła i kolorów. Mieszkaliśmy w turkusowo-żółto -różowym pensjonacie, gdzie codziennie spotykaliśmy otwartych, przyjaznych ludzi. To jest miasto, gdzie każde spotkanie z drugim człowiekiem jest przygodą, gdzie nie ma tego dystansu między ludźmi i gdzie czujesz, że jesteś ważna dla tej drugiej osoby. Podczas spacerów z wózkiem na Bourbon Street spotykałam cały czas gościa, tancerza, który nocował w aucie, codziennie się witaliśmy. Zapytałam go raz, czemu mieszka w aucie, na co on mi odpowiedział, że całe życie marzył, żeby mieszkać i występować w Nowym Orleanie.

W tym mieście muzyka gra od rana do późnych godzin nocnych, od klubów i knajpy po place przy kościołach, co noc możesz posłuchać świetnych muzyków, którzy występują za grosze, bo żyją muzyką. Wróciłam stamtąd i nie mogłam się zgrać z polskimi realiami świata muzycznego, to zupełnie inna perspektywa. Po takim doświadczeniu marzy się, by zostać obywatelem świata i móc mieszkać w różnych miejscach, korzystać z kultur, różnorodności, doświadczeń. Ale tego nie przeskoczę.

Ale wiele rzeczy przeskoczyłaś w swoim życiu.
O tak, można by o mnie film nakręcić.

Stałaś się silniejsza, pewniejsza siebie?
To chyba rodzaj karmy. Czasem żałuję, że nie mam łatwiej w życiu, ale chyba właśnie tak jest, że trzeba trochę pocierpieć, żeby uczynić siebie silniejszą i jest w tym jakiś rodzaj konsekwencji, przyczyny i skutku. Te porażki i cierpienie dają nam rozwój duchowy, a to dla mnie najważniejsze, czuję, że tak właśnie wzrastam, poprzez porażki. Nie chodzi mi o eksponowanie siły, to mój duch ma być silny. Chcę mieć w sobie siłę człowieka, który sporo przeszedł i coś już wie, bo życie zaskakiwało go tak wiele razy, że zna odpowiedź. Nie miałam wpływu na cierpienie, jakiego doświadczyłam, musiałam sobie z tym poradzić. Dziś za to dziękuję, bo inny los nie przyczyniłby się do tego, gdzie jestem i kim jestem.

Okładka płyty „Przebudzenie” (Fot. Honorata Karapuda, stylizacja Chichi Ude)

Ania Rusowicz, rocznik 1983, córka Ady Rusowicz i Wojciecha Kordy. Studiowała farmację i psychologię, ale w międzyczasie związała się z zespołem Dezire, z którym już w 2006 roku wystąpiła w eliminacjach krajowych do 51. Konkursu Piosenki Eurowizji. W 2011 roku nagrała debiutancką płytę „Mój Big-Bit”. Na koncie ma również solowe płyty „Genesis” i „Retronarodzenie”. Właśnie ukazała się jej najnowsza płyta „Przebudzenie”. Jest mamą dwuletniego Tytusa