fbpx

Lekcja wilczego języka

Lekcja wilczego języka
fot. Robert W. Mysłajek

 

Od lat tropi i bada wilki, nauczyła się nawet naśladować ich wycie. Wywalczyła całkowitą ochronę tych zwierząt w Polsce. – Przypięto im łatkę agresywnych i krwiożerczych i bez pardonu zabijano. Tymczasem wszystkie zalety, za które kochamy psy, są typowymi cechami wilczymi – mówi Sabina Pierużek-Nowak

 

Adam Wajrak, dziennikarz przyrodnik, mówi o niej tak: – W sprawie ochrony wilków i rysi czy powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego musiała dyskutować z leśnikami i myśliwymi. A to tacy faceci, którzy często uważają, że miejsce kobiety jest w kuchni i przy dzieciach. Z Sabiną mieli jednak kłopot, bo nie dość, że jest piękną kobietą, to okazywała się dla nich trudnym przeciwnikiem w dyskusji. Umiała im w rozmowie przywalić. I to z sensem.

Podziwia ją też prof. Włodzimierz Jędrzejewski, dyrektor Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk: – Jest świetnym naukowcem i równie dobrym działaczem ochrony przyrody. Bardzo skutecznym. Ma ogromną charyzmę i mnóstwo energii, a to sprawia, że ludzie chcą jej słuchać. Mieliśmy wiele wspólnych inicjatyw, które dzięki jej udziałowi zawsze kończyły się powodzeniem. Także dlatego, że Sabina umie być pragmatyczna, obrać dobrą strategię i rozumie potrzeby ludzi. Nie ucieka od nich tak jak wielu przyrodników i ekologów, którzy pomijają fakt, że ochrona przyrody może czasem komuś przynieść uszczerbek.

Jak to wszystko możliwe w przypadku kogoś, kto przez wielu, nawet przez własną matkę, jest uważany za dziwaka? No bo czy dziwakiem nie wydaje się ktoś, kto jako metody badawczej używa wycia? Kto uczy się czegoś, co można nazwać „wilczym językiem” (poza wyciem to także inne dźwięki – poszczekiwania czy warknięcia). Kto nawet w dużym stopniu ten język opanował. Kto, mieszkając w zapadłej wsi, od 20 lat segreguje śmieci, stara się nie wymieniać domowych sprzętów – naprawia je, zamiast kupować nowe, by zmniejszyć liczbę odpadów. Kto mieszka w malutkim drewnianym domu, choć stać go na większy, bo uważa, że wielkie domy są nieekologiczne i nieekonomiczne.

Krwiożercze szkodniki?

20 lat temu mieszkała w Katowicach i chodziła do liceum. Ze wszystkich przedmiotów najbardziej lubiła biologię, zdecydowała się więc ją studiować. – Zaczyna się wtedy emocjonalnie patrzeć na świat roślin i zwierząt – mówi. – A ochrona przyrody staje się najważniejsza i nie da się spokojnie patrzeć na jej degradację. Biolodzy przyrodnicy wiedzą, że człowiek jest dużo silniejszą stroną niż zwierzęta i rośliny. Dlatego chcą pomóc słabszym.

Foto: Robert W. Mysłajek

Magisterkę napisała z botaniki. Zatrudniła się w Głównym Instytucie Górnictwa, ale nie czuła się tam dobrze. Rok później znalazła pracę w zespole Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody w Katowicach. Zajmowała się tam m.in. kontrolą rezerwatów. Awansowała. Jednak spodziewała się dziecka i nie chciała, by dorastało na bardzo wtedy zatrutym Śląsku. Przeniosła się więc w Beskidy, w okolice Bielska-Białej, by pracować naukowo. Intrygował ją naturalny las, którego na Śląsku nie było. Ważnym elementem takiego lasu są drapieżniki, np. wilki. I to one tak ją zafascynowały, że postanowiła zająć się nimi naukowo.

– O wilkach w Polsce niewiele wówczas wiedziano – mówi. – Przypięto im łatkę zwierząt niebezpiecznych, krwiożerczych, mających szkodliwy wpływ na las i żyjące w nim zwierzęta. Traktowano je jak szkodniki i bez pardonu zabijano. Pokutował też pogląd o dużej agresji panującej w wilczych watahach, także dlatego, że pierwsze badania nad zachowaniami wilków prowadzono w wolierach, w ogrodach zoologicznych, w których gromadzono przypadkowe, obce sobie osobniki. Wewnątrz takiej woliery zwierzęta czuły się jak w więzieniu i walczyły ze sobą o dominację. W wolno żyjących watahach panuje dużo większa harmonia. Wszystkie zalety, za które kochamy psy, są typowymi cechami wilczymi, bo pies jest po prostu udomowionym wilkiem. Wilcze szczenięta adorują rodziców jak psy swoich panów. Radośnie witają się z nimi po powrocie z polowania. Podkulają ogony, skomlą, chodzą na ugiętych łapach, przewracają się na grzbiet. Nawet gdy już podrosną, często udają malucha, żeby zasłużyć na objaw czułości i kęs pokarmu od rodzica. W każdej chwili są gotowe do szalonych zabaw i wspólnych wypraw. Starsze potomstwo z oddaniem pomaga przy chowie młodszego rodzeństwa. Każdy młody wilk próbuje założyć własną rodzinę. Potrafi przebyć setki, a nawet tysiące kilometrów w poszukiwaniu partnera i terytorium dla wilczej grupy.

Wilki różnie reagują, spotykając człowieka. Mogą uciec albo zastygnąć w bezruchu i z zainteresowaniem nas obserwować. W ludziach budzi to na ogół instynktowny lęk. Dlatego ci, którym się to przydarzyło, opowiadają, że wilk stał, bezczelnie na nich patrzył i wyglądał agresywnie. To mylna ocena. Wilk widzi dużo gorzej niż człowiek, ma znacznie lepiej rozwinięty węch i to nim nas rozpoznaje. Jeśli wiatr wieje w naszą stronę, drapieżnik nie wyczuwa naszego zapachu i nie od razu wie, z kim ma do czynienia. Gdy w końcu zorientuje się, że spotkał człowieka, odchodzi.

Foto: Adam Brzoza

Inwentaryzacja w lesie

Do niedawna, bo jeszcze w latach 90., na wilki można było w Polsce polować. Sabina Pierużek-Nowak uświadomiła sobie, że tych zwierząt jest u nas tak mało, iż dalsze polowania i nieustające „cywilizowanie” kolejnych dzikich miejsc grożą wilkom wyginięciem. W Bielsku-Białej rodził się wtedy silny ruch ekologiczny. Gdy poznała jego przedstawicieli, postanowili razem założyć organizację zajmującą się ochroną przyrody. W 1990 roku zarejestrowali Pracownię na rzecz Wszystkich Istot, dziś jedną z najważniejszych organizacji ekologicznych w Polsce. Została jej szefem. Celem numer jeden stowarzyszenia było wówczas utworzenie parku narodowego w całej polskiej części Puszczy Białowieskiej. To był jedyny sposób, żeby skończył się rabunkowy wyrąb drzew, na który przyzwalały władze, choć przyrodnicy z całej Europy uważają puszczę za skarb jako ostatni nizinny las naturalny na kontynencie.

Pracownia zorganizowała akcję zbierania podpisów pod petycją domagającą się od rządu powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego. Jej działacze ustawili na placu Zamkowym w Warszawie ogromny pień dębu wyciętego w puszczy. Akcja miała uświadomić ludziom, że w okolicach Białowieży wyrzyna się masowo drzewa liczące 200 i więcej lat. Pod petycją podpisało się kilkaset tysięcy osób. Niedługo potem obszar parku został dwukrotnie powiększony, wprowadzono też zakaz wyrębu drzew starszych niż 100 lat.
– Choć ta akcja była pracą zespołową, to do jej sukcesu bardzo przyczynił się udział Sabiny – mówi Adam Wajrak.

W tym samym czasie z grupą współpracowników zorganizowała kampanię na rzecz objęcia ochroną gatunkową wilka, rysia, głuszca i cietrzewia. Jej efektem było objęcie tych zwierząt – z wyjątkiem wilków – pełną ochroną prawną.

Foto: Robert W. Mysłajek

Po tej kampanii rozstała się ze stowarzyszeniem, uznała bowiem, że medialne akcje i protesty są coraz mniej skuteczne. Że w ochronie gatunków postrzeganych tak źle jak duże drapieżniki bardziej pomogą badania naukowe, ochrona ich siedlisk oraz edukacja społeczeństwa – przekonywanie ludzi, że dbałość o przyrodę nie musi utrudniać nam życia. Przekonywanie zwłaszcza tych, którzy drapieżniki uważają za zagrożenie dla własnej egzystencji, np. hodowców owiec – że wilków nie trzeba zabijać, bo można w inny sposób skutecznie bronić przed nimi owczych stad.

W 1996 roku założyła Stowarzyszenie dla Natury „Wilk”, działające na rzecz ochrony drapieżników, którym kieruje do dziś. Z oficjalnych szacunków wynikało wtedy, że w Polsce żyje ponad 1000 wilków. Myśliwi, dla których to zwierzę było cennym trofeum, kwitowali postulaty ochrony słowami: „co tu chronić, skoro wilków jest tak dużo?”. Tymczasem naukowcy alarmowali, że szacunki są zawyżone i wilkom grozi wyginięcie. Nie można do tego dopuścić, bo odgrywają ważną i pożyteczną rolę w ekosystemach leśnych.

Sabina Pierużek-Nowak poprosiła wtedy ówczesnego ministra ochrony środowiska, myśliwego zresztą, prof. Jana Szyszkę o rozmowę na temat ochrony tych zwierząt. Zapytał, czy wygłosiłaby o tym prelekcję dla studentów i dziennikarzy. Zgodziła się. Dwa miesiące później minister wprowadził pełną ochronę wilka. Od tamtego czasu Polska należy do krajów, które najlepiej chronią ten gatunek. Jego populacja rośnie, czego zazdroszczą nam np. Niemcy, którzy mają ponad-dziesięciokrotnie mniej wilków. Są nam wdzięczni, ponieważ nasze wilki, żyjące głównie we wschodniej Polsce, zaczęły się przemieszczać do zachodnich regionów kraju, a stamtąd wędrują dalej, za Odrę.

Choć wilk został objęty ochroną, ciągle brakowało wiarygodnych danych o jego populacji. Działacze stowarzyszenia postanowili więc we współpracy z Zakładem Badania Ssaków PAN w Białowieży policzyć te zwierzęta.

– Wiele osób mówiło, że nie sposób przeprowadzić takiej inwentaryzacji we wszystkich polskich lasach – opowiada prof. Jędrzejewski. – Ale Sabiny to nie zniechęcało. Jeździła do leśników w całej Polsce i przekonywała ich, by pomogli w liczeniu. Wykonała ogromną pracę. I dzięki niej ta inwentaryzacja się udała.

Foto: Robert W. Mysłajek

Osiągnięcie było tym ważniejsze, że potwierdziły się obawy przyrodników: wilków było niemal dwa razy mniej, niż wynikało z szacunków.

Wyć jak wataha

Sabina Pierużek-Nowak spędza dużo czasu, tropiąc wilki. Często robi to samotnie. Przeniosła się do innej wsi, z której ma bliżej do lasów, gdzie żyją. Gdy znajduje ich ślady, potrafi za nimi iść do upadłego, do ciemnej nocy, nie bacząc na to, że trzeba jeszcze wrócić do domu. W Polsce wilki nie żyją na otwartych przestrzeniach, ale w gęstych lasach. Na dokładkę są płochliwe, a doskonały węch pozwala im unikać ludzi. Dlatego nie da się ich tak obserwować jak np. ptaki. Najpopularniejszą metodą badania wilków jest odnajdywanie ich tropów i innych śladów obecności. Wiele się z nich można dowiedzieć – np. czy wilki będą mieć wkrótce młode. Koncentracja tropów czy odchodów w jednym miejscu pokazuje, że wataha w nim osiadła, przygotowując się do rozrodu. Wilcze odchody to źródło wiedzy m.in. o strukturze genetycznej populacji.

– W badaniach wykorzystujemy też wycie, bo gdy wilki na nie odpowiadają, możemy ocenić liczebność grupy czy potwierdzić obecność szczeniąt – opowiada Sabina Pierużek-Nowak. – Jeśli wycie kończy się niskim poszczekiwaniem, to znaczy, że zwierzęta boją się o młode i chcą wystraszyć intruza.

Z tych badań wyszło także, że sama ochrona gatunkowa wilkom nie wystarczy. Tworzą bowiem tak nieliczne skupiska, że nie powinny być odizolowane od siebie, bo mogłyby nie przetrwać. Dlatego tak ważne jest, żeby wilki mogły swobodnie wędrować z jednego kompleksu leśnego do drugiego. To dotyczy także wielu innych rzadkich zwierząt. Stowarzyszenie Wilk i Zakład Badania Ssaków PAN podjęły się kolejnego zadania: ochrony tzw. korytarzy ekologicznych – głównych tras, którymi wędrują dzikie zwierzęta między dużymi kompleksami leśnymi. Najpierw je zlokalizowano – dzięki temu w miejscach, gdzie korytarze są przecinane, np. przez powstające autostrady, buduje się dziś przejścia dla zwierząt. Stowarzyszenie czuwa, by przy wydawaniu pozwoleń na budowę tras ekspresowych i autostrad uwzględniać korytarze. – Z początku drogowcy byli temu bardzo niechętni – mówi prof. Jędrzejewski. – Kiwali głowami: „po co takie pieniądze na coś takiego wydawać?”. Ale Sabina przekonała drogowców, że warto je budować.

Jej rodzina zaakceptowała to, co robi, choć matka czasem daje jej do zrozumienia, że jest dziwna, inna, że klasyczna kariera zawodowa daje pewniejszą przyszłość. A jednocześnie pęka z dumy, gdy piszą o jej dziecku w prasie albo pokazują je w telewizji. – Za to moja córka od małego widziała, że to moja pasja, że jestem dzięki niej szczęśliwa – mówi Sabina. – Teraz jest już dorosła, ale jako nastolatka towarzyszyła mi czasem w przyrodniczych wyprawach. A mój obecny partner nie tylko rozumie to, co robię, ale mnie w tym wspiera. Jeśli uważam, że coś jest ważne, staram się to realizować bez względu na trudności. Mając u boku kogoś takiego, przychodzi mi to jednak znacznie łatwiej.