fbpx

Franek, nie do wiary!

Położna prosi, abym podpisał akt pobrania małego. Nie odda jednak Franciszka, jeśli nie przyrzeknę, że napiszę coś o tym zdarzeniu w „Zwierciadle”, bo czyta nasze pismo. Lepiej jednak brzmi Franek niż Franciszek, kiedy ktoś ma trzy dni życia, tylko ssie, płacze i śpi.

– Jaki on podobny do dziadka – próbuje być miła jakaś pani w korytarzu. Chyba jej nie wyszło. Chce się uśmiechnąć, ale tylko się krzywię. A przecież jestem szczęśliwy, że poszło tak gładko, szybko i krzepko – 4,1 kg.

Cztery lata temu namawialiśmy Antosia przez kilka godzin, by się pojawił, nie chciał. A Franek wyskoczył jak z ukropu. Dojeżdżamy do szpitala, żona mówi: „za bardzo boli, nie wysiadam”. Tłumaczę jej, że mogę od biedy przyjąć poród w samochodzie terenowym, w naszym za ciasno, nie dam rady. W końcu jesteśmy na izbie przyjęć, co za ulga. I od tej chwili z zegarkiem w ręku przeszło lub raczej przebiegło 30 minut… Franek ma juz głowę po tej stronie i pluje wodami płodowymi, niesamowite.

Cud. Jeśli taki cud trwa kilka godzin, to się rozmywa. Cud musi stać się nagle. I stał się. A ja po raz drugi przecinam pępowinę, pewnie, jakbym codziennie przecinał wstęgę na wystawie wielkich kuriozów. Niecały miesiąc temu ledwie się podniosłem po ukończeniu 60 lat. Szpetna data. Pamiętam, jak przed laty jakaś młoda panienka powiedziała mi, że z 50-latkiem to jeszcze mogłaby się zadać, ale jak facet przekracza 60 lat, to juz niesmaczne. Poczułem się więc na te urodziny, jakby ktoś dał mi w pysk, i to celnie, a potem odszedł w milczeniu. Podnoszę się teraz z nożyczkami w ręku…

A myślę, na emeryturę, jak dobrze pójdzie, to udam się po osiemdziesiątce. Umrzeć za wcześnie też nie uchodzi. Nie robi się tego kotu, jak pisała Szymborska, dzieciom tym bardziej. Antoś na widok braciszka aż skakał z radości, czekał na niego, czasami wołał: „ja chcę go już!”. Niestety, on prawie wszystko chce natychmiast. Biedak nie wie, że stanie się teraz mała detronizacja. Po chwili radości woła zawiedziony: „a gdzie braciszek drugi?”. Był pewien, że będzie dwóch. Jeszcze tego brakowało. Kiedy byłem młody i głupi, zdawało mi się, że panuję nad swoim życiem. Teraz nieco bardziej rozumny wiem, że miłe zdarzenia i straszliwe ciosy przychodzą niespodzianie. I nigdy z tej strony, z której ich się obawiamy. Deklaruję jednak, ęe na amen kończę bezpośrednią działalność prokreacyjną. Tak mi się przynajmniej zdaje. Kiedy cztery lata temu moja żona zachowała niemal wszystkie ubranka po małym Antosiu, uszanowałem jej sentyment. Jedni wywołują wilka z lasu, inni dziecko. O ileż milsza ta druga wersja. Dziecko, jeśli zdrowe, nie ma prawa być dla rodziców nieszczęściem. A nawet jak im się tak zdaje przed narodzinami, potem zmienia zdanie. Ale dziecko często jest jednak powodem rozpadu związku. Dzieci nadają głębszy sens małżeństwu, o ile ma ono mocne fundamenty. W wielkim pospiechu, w jakim żyjemy, nie buduje się jednak solidnych fundamentów. Mamy za wiele wolności, by budować cokolwiek trwałego. Wyzwolenie kobiet z męskiej dominacji tylko zwiększyło ryzyko rozpadu związku. Teraz juz obie strony próbują realizować się w świecie miliona możliwości, małżeństwo krępuje im ruchy. Dziecko staje się więc zarzewiem nowych konfliktów.

Drastycznie brakuje czasu, wiec rośnie stres codzienny. Wtedy nawet małe różnice przekonań stają się dramatyczne. I tak rodzice dla dobra dziecka kłócą się, skaczą sobie do gardeł i nieraz od słowoczynów dochodzi do rękoczynów. Tak słyszę od znajomych… Zawieszam bokserski worek treningowy i trenuje. By na worku wyładować stres codzienny, dwójka dzieci to juz nie są żarty. Żonie też to polecam dla dobra naszego związku… problem, jak to robić z małym przy piersi. Wyrównał właśnie swoja wagę urodzeniową i teraz, jak mawia mój ulubiony ojciec dyrektor, alleluja i do przodu!