fbpx

Zbudujmy zeppelina

W grudniu poleciałam do Brazylii. Zaprosiła mnie tam chilijska kuratorka, która organizuje biennale w Kurytybie. W czwartym miesiącu ciąży, ze śmiesznym wybrzuszeniem z przodu, przetrwałam 12 godzin lotu Londyn – Rio. Odurzenie ciepłym, wilgotnym powietrzem, przesiadka i dalej do stanu Paraná, gdzie mniej wilgotno i trochę chłodniej.

W Casa Della Memoria postanowiłam prześledzić losy polskiej emigracji do Kurytyby. Przybywali już w latach 70. XIX wieku, głównie chłopi, niewyobrażalnie biedni. Listy, które czytałam w konsulacie polskim w Kurytybie, opisywały ciułaninę na papierosy i opłatę rachunków, przerabiane starych spódnic z Polski i twardą walkę o przetrwanie. Brak podstawowych narzędzi, naczyń, ubrań, pustka i bieda. Dokładnie tak, jak Maria Konopnicka opisywała w „Panu Balcerze w Brazylii”: „- Reta! – zawrzasną chłopy. – To my po to ciągnęli tylim światem w te pustynie?”.

Brazylia nie była wprawdzie pustynią, ale została wcześniej skolonizowana przez Portugalczyków, Włochów i Niemców. Dla Polaków zostało niewiele ziemi i to głównie w interiorze. Zastąpili czarnych niewolników, którym prawo do wolności dało zniesienie niewolnictwa w 1888 roku. Rdzenni mieszkańcy nie nadawali się do pracy, więc mordowano ich bezkarnie. Od mojej chilijskiej kuratorki usłyszałam, że traktowano ich początkowo jako źródło pożywienia. Podobno zachowały się zdjęcia kończyn tubylców obracanych na rożnie.

Co zdumiewające, obraz Polski, jaki mają potomkowie polskich pionierów, to kraj:  drewnianych chat z XIX wieku, łapci z łyka i przydrożnych kapliczek. Tak zwany polski memoriał (każda grupa narodowościowa buduje swój memoriał w Kurytybie) to właśnie zespół takich chat z drewnianych bali.  W jednej – „świątynia” Jana Pawła II z kolekcją pamiątek z jego wizyty 6 lipca 1980 roku. Niedaleko stoi pomnik papieża, najbrzydszy, jaki kiedykolwiek mu wystawiono. Karol Wojtyła wygląda na nim jak złośliwy troll z niskobudżetowej produkcji science fiction.
Spotkanie z poetą polskiego pochodzenia też było rozczarowaniem. Zapytał przez tłumaczkę czy czytałam Mickiewicza, a ja, czy czytał Gombrowicza. Nie czytał. Nie słyszał też o Żiżce ani o Baumanie. Miał za to wąsy i czasami walił pięścią w stół. Emigranci, nie tylko polscy, noszą dumnie swoje europejskie nazwiska i nie mówią ani słowa w języku pradziadków. Liczą pokolenia aż do czasów mitycznego przyjazdu do Brazylii i żyją w swego rodzaju skansenie pamięci.

Zmęczyło mnie to. Losy polskich emigrantów nie są emblematyczne dla fali europejskiej kolonizacji, bo nie mieliśmy możliwości sprawnej kolonialnej ekspansji. Natomiast sposób, w jaki pielęgnujemy kulturową nie-pamięć, jest jak najbardziej typowy dla Brazylii.

W Muzeum Paraná doznałam olśnienia. Czeski artysta Vladimir Kozak ruszył z kamerą w interior w latach 50. Filmował bezustannie wszystko, co wydawało mu się interesujące w życiu rdzennych plemion Amazonii. Zachowały się bezcenne zapisy rytuałów przejścia, sceny z życia codziennego, z polowań i tańców. A jednak nie to jest rdzeniem sztuki brazylijskiej teraz. Pracownik muzeum, zaambarasowany zbiorami, poradził, żebym  odwiedziła Muzeum Oscara Niemeyera, bo tam, jak stwierdził, kolekcje są dużo bardziej interesujące. Tam  też odbędzie się biennale.

W Muzeum Paraná odkryłam  też wystawę dotyczącą wczesnego etapu więziennictwa i systemu penitencjarnego, którego twórcami byli oświeceni europejscy przybysze. W jednej części muzeum mieści się stała kolekcja zbiorów Vladimira Kozaka: świetnie nakręcone i zmontowane filmy, misternie wyplatane koszyki, rytualne stroje, ozdoby i biżuteria, a w drugiej można podziwiać finezję systemu kar, środków represji i narzędzia tortur. To dwa ślady europejskiego myślenia o świecie.

W Casa Della Memoria trafiłam  na fotografię: zeppelin Hindeburg nad jednym z placów Kurytyby. Gigantyczny, owalny kształt – groźny i fascynujący – stanowi memento łączności z Europą. Hindeburg przewoził tysiące zamożnych pasażerów z Niemiec do Brazylii i z powrotem. Jako narzędzie nazistowskiej propagandy miał swastyki na tylnych skrzydłach. Zdjęcie było z 1936. Rok później Hindeburg spłonął. Stał się dla mnie symbolicznym wehikułem katastrofy, porażki i zerwania z Europą.

Postanowiłam zbudować jego atrapę. Odwiedziłam Jaime Lernera, słynnego architekta i trzykrotnego burmistrza Kutyryby, który zrobił dla tego miasta więcej niż ktokolwiek. Jamie Lerner to stary Żyd ze Lwowa, ciepły, inteligentny i szybki w myśleniu. Zaczął się śmiać. Zbudujmy zeppelina! Jak urodzisz chłopca nazwiemy go Zepp, a jak dziewczynkę – to nazwiemy ją Lina.