Jak ekologia wpływa na nasze życie, jak my wpływamy na ekologię?

Ekologia
Tylko rozsądek i szacunek do przyrody, są w stanie opóźnić katastrofę ekologiczną. (Fot. iStock)

Nawet jeśli dziś proekologiczne wybory są modą, to w masie mogą być skuteczne – mówi fizyk, ekolog i autor publikacji o zmianach klimatycznych Marcin Popkiewicz. Tym, co robimy, wpływamy na postawy innych, decyzje władz, kreujemy trendy. Każda indywidualna decyzja ma znaczenie.

Czy nie mieszamy „małej” ekologii z dużą? Czy nie jest tak, że decyzja jednego koncernu trującego środowisko może znaczyć więcej niż jedno duże miasto nieużywające plastiku? Nie popadliśmy w obsesję z bezradności?
Nie, dlaczego? Tajemnica tkwi w systemie. Każdy ma w nim swoją rolę, a decyzje indywidualne nas wszystkich mają duże znaczenie. To zrozumiałe. Nie jem mięsa, jeżdżę rowerem, a nie samochodem, nie latam samolotem, tylko wybieram pociąg nie dlatego, by napawać się myślą, że oto ratuję świat. Gdybym z upodobaniem i radością jeździł samochodem, pewnie chciałbym, żeby wszędzie były cztery pasy ruchu i masa darmowych miejsc parkingowych. Jeżdżąc na rowerze, oczekuję przygotowania innej infrastruktury: ścieżek wśród zieleni. Zmieniając siebie, promieniujemy dookoła, wpływamy na postawy społeczne i na słupki sondażowe: politycy patrzą, czego chcą ludzie, na jakie propozycje są gotowi głosować. Im więcej rowerzystów i wegetarian…

…tym politycy są bardziej skłonni do przyjmowania rozwiązań proekologicznych.
Dokładnie tak. Już są miasta, które skutecznie promują chociażby ten przykładowy ruch rowerowy, dajmy na to Kopenhaga. Jest coraz więcej miejsc na świecie, gdzie nowe budynki są wyłącznie prawie zeroenergetyczne, czyli niezużywające energii na ogrzewanie, z obowiązkowymi panelami słonecznymi na dachu albo ogrzewane tylko pompami ciepła – to ostatnie rozwiązanie weszło w życie w tym roku w Wiedniu.

Podziały polityczne przestają mieć znaczenie?
Te rozwiązania są zwykle przyjmowane nie dlatego, że wśród decydentów znaleźli się jacyś wizjonerzy, ale zostały wymuszone przez społeczeństwa – również poprzez styl codziennego życia. Bez zmian zasad na polu gry nie wygramy zdrowego życia przyjaznego planecie. Indywidualne wybory i zachowania mogą być w jakiejś mierze modą, ale w swojej masie mogą być także skuteczne. Są kraje, w których nie do pomyślenia jest palenie śmieciami w piecach czy usuwanie filtrów spalin w samochodach. Decyzja „Robimy miasto bez samochodów” może być podejmowana „od lewaka do prawaka”, bo obie grupy wyborców na przykład jeżdżą na rowerach z prostego powodu: mając wygodną i bezpieczną infrastrukturę rowerową, szybciej docierają do pracy niż samochodem. A infrastruktura rowerowa z prawdziwego zdarzenia (czyli taka, która pozwala na bezpieczny dojazd pierwszoklasisty rowerem do szkoły) powstaje wtedy, gdy liczba rowerzystów staje się znacząca. Suma indywidualnych postaw przekłada się na system.

Każda codzienna decyzja konsumencka jest głosem. Przesada?
Kupując steki, głosuje pan w sklepie na producentów mięsa, a hodowle zwierząt są nie tylko niehumanitarne, ale krańcowo szkodliwe dla Ziemi – wysokoemisyjne. Kupując samochód, też pan głosuje, kupując bilet albo na samolot, albo na pociąg – dokonuje pan wyboru. To, czy będziemy kupować kolejne tony węgla do kopciucha, czy zainstalujemy w domu pompę ciepła, wentylację z odzyskiem ciepła lub panele fotowoltaiczne, też ma znaczenie.

No właśnie, ludzie lubią mieć wybór. Ortodoksyjni ekolodzy chcą go zakazać.
Jeżeli zachowamy status quo, wkrótce nie będzie żadnego wyboru. Ktoś chce latać samolotem – proszę bardzo. Ale opodatkujmy bilety wysoko zgodnie z zasadą – zanieczyszczający płaci.

Nie lecieć samolotem na wakacje? Niektórzy również w pracy muszą latać…
Co znaczy „muszą”? Ilu naprawdę „musi”? Biznesmeni będą w stanie za to zapłacić. Oczywiście, rozumiem, że to jest w jakiejś mierze niesprawiedliwe, tzn. biedniejsi…

…mniej zamożni…
Mniej zamożni nie będą latać, a bogaci będą. Ale co to znaczy w praktyce? Opodatkowujemy wysoko bogatych i mamy pieniądze na różne inne rzeczy dla tych mniej zamożnych. Poza tym mówiłem o systemie. Skoro ci mniej zamożni także chcą podróżować, zaraz pojawią się jacyś dobrze kombinujący przedsiębiorcy i wynalazcy, którzy zrobią samoloty na wodór albo zbudują hyperloopa – nowy środek szybkiego transportu. Nie chcemy przecież latać, ale podróżować. Zatem powtórzmy: zmiany zasad gry stymulują proekologiczne innowacje. Opodatkujmy wysoko czerwone mięso i za to sfinansujmy dzieciakom w szkołach dobre wegańskie jedzenie. Niech się przekonują od małego, że to nie musi być papka z tofu, tylko smaczne potrawy.

Naprawdę nie podróżuje pan samolotami?
Nawet na konferencje naukowe, gdy jestem zapraszany – jeżeli jest to związane z koniecznością przelotu – odmawiam.

Pańskie dzieci nigdy nie zobaczą zatem Nowego Jorku, kangurów w Australii ani rafy koralowej…
Miałyby lecieć samolotem, który niszczy rafy, bo zwiększa efekt cieplarniany i zakwasza oceany, po to, by zobaczyć te rafy? Niesmaczne błędne koło. Kiedy dorosną, same będą podejmowały decyzje. Nie będę im tego zabraniał, nie powiem: „Po moim trupie”, i nie wydziedziczę. Na razie jeździmy na wakacje pociągami i autobusami. Nie wypoczywamy w szałasie pod domem. Byliśmy w Chorwacji, nurkowaliśmy, przemieszczaliśmy się na zasadzie slow z przystankami m.in. w Wiedniu, Zagrzebiu i Splicie. W gruncie rzeczy podróżując w ten sposób, zobaczymy dużo więcej, niż teleportując się samolotem z jednego lotniska na drugie.

Co dzisiaj jest pana zdaniem najbardziej destrukcyjne, groźne dla przyrody i planety?
To długa lista. Od utraty bioróżnorodności, w tym wycinki lasów, poprzez plastik w środowisku, erozję gleb, po zanieczyszczenia atmosfery i zmiany klimatu. To ostatnie jest najprostsze do wskazania: w Polsce z powodu zanieczyszczenia powietrza – smogu – umiera corocznie około 60 tysięcy osób. Można jeszcze dodać wciąż rosnącą populację – na początku XX wieku na Ziemi było ok. 1,5 miliarda ludzi, obecnie jest jakieś 7,7 miliarda, do połowy stulecia będzie ok. 10 miliardów. Do tego nasze gospodarcze zafiksowanie na wzroście PKB – rosnąc o typowe dla minionych dekad 3–4 proc. rocznie, do 2050 roku światowa gospodarka urosłaby trzykrotnie. Gdyby wszystkie sektory rosły w sposób zbliżony, mielibyśmy trzykrotnie większe zużycie zasobów, energii i wpływ na środowisko. Poprawa efektywności zupełnie nie nadąża za tak obłędnym tempem wzrostu.

ekologia
Za najlepsze miastem do życia na świecie uznano w 2018 roku Wiedeń. To miasto w połowie jest obszarem zielonym, wodę pitną w 95 proc. czerpie z Dolomitów i ma 1350 km ścieżek rowerowych. (iStock)

Prawa zwierząt – temat na topie. Moda?
Historycznie rzecz biorąc, nasze poglądy na kwestie praw innych ewoluowały, prawda? Były czasy, gdy jakiekolwiek prawa miało kilka procent szlachty czy arystokracji, a chłopi czy niewolnicy to towar, przedmioty, które można było sprzedać. W czasach piastowskich, kiedy zabiło się własne dziecko, nikt złego słowa nie powiedział, bo stanowiło ono własność rodziców. Kiedyś praw nie miały kobiety i mniejszości etniczne. Zatem normy się zmieniają, widać, że wrażliwość się zmienia, a granica tego, co akceptowalne, się przesuwa. Myślę, że obejmowanie prawami zwierząt jest kolejnym etapem. To proces, który trwa i nie dokonuje się od razu. Ale zdecydowanie poprawia „moralny wizerunek” ludzkości. Dekadę wstecz byłoby w naszym kraju nie do pomyślenia, żeby sprzedawca żywych karpi, publicznie zarzynający je tępą gilotyną, dostał wyrok trzech miesięcy więzienia bez zawieszenia, jak to miało ostatnio miejsce… Coraz więcej osób uświadamia sobie, że zwierzęta mają układ nerwowy taki jak my, cierpią tak jak my. Świadomość tego czyni nas ludźmi. Minimalizacja cierpienia jest oczywistością. Nie powinniśmy tolerować hodowli wyglądających jak obozy zagłady dla zwierząt. I znowu – liczy się udział rozumiejących to osób. Ten udział rośnie. Skądinąd w Polsce jemy trzykrotnie więcej mięsa, niż powinniśmy ze względów zdrowotnych. Nie mówię już o tym, jak przemysłowe hodowle zatruwają środowisko: ile produkują ścieków, ile gazów cieplarnianych, ile zużywają wody, ile terenów potrzebują – na świecie karczuje się pod hodowle miliony hektarów lasów, ziemia ulega erozji. Jest przelicznik mówiący, że w perspektywie czasu i ekosystemu jeden hamburger to mniej więcej jedno wycięte drzewo. Wszystko się łączy, to jeden duży układ życia.

Kiedy rozmawialiśmy ostatni raz kilka lat temu, był pan pesymistą. Coś się od tamtego czasu poprawiło, jeżeli chodzi o przyrodę?
Niestety, jesteśmy dalej na drodze ku zderzeniu z rzeczywistością. Emisje gazów cieplarnianych rosną – w ostatnim roku o trzy procent. Próg wzrostu temperatury przyjęty w porozumieniu paryskim – półtora stopnia, dwa stopnie Celsjusza – to jest granica, za którą sytuacja geopolityczna może się rozsypać, będą wojny o wodę i masowe migracje. Co gorsza, przekroczenie tego progu spowodowałoby, że na Ziemi zapanowałyby temperatury, jakich nie było od ponad miliona lat. W rezultacie zaczną się uruchamiać sprzężenia zwrotne systemu klimatycznego, takie jak emisje metanu i dwutlenku węgla z wiecznej zmarzliny, zanik lodu morskiego w Arktyce, destabilizacja pokładów hydratu metanu w dnie oceanicznym, pożary lasów i inne, które same z siebie mogą doprowadzić do znacznie większej zmiany klimatu. Badania sprzed kilku tygodni sugerują, że jeśli temperatura wzrośnie o cztery, pięć stopni, znikną stratocumulusy i znowu nastąpi gwałtowny wzrost temperatury powierzchni Ziemi o blisko osiem stopni Celsjusza. W sumie kilkanaście stopni cieplej. To byłaby inna planeta. Dla porównania w czasie apogeum epoki lodowej średnia temperatura powierzchni Ziemi była niższa raptem o cztery stopnie. Jesteśmy na progu przepaści. Jak już się leci w dół, nie można się zatrzymać. Ważne zatem, by nie przekroczyć granicy.