fbpx

Ja, kierowca

Corbis

Kobiety prowadzą spokojniej i mniej twórczo. Mężczyźni bardziej wierzą w swoje siły i pewniej czują się na drodze. Ale niezależnie od płci budzi się w nas czasem agresywny władca szos. Jak go wygonić zza kółka?

Równouprawnienie na drodze? Jak najbardziej. Zwłaszcza jeśli oznacza odrzucenie stereotypów w stylu: „baba za kierownicą równa się nieszczęście”. Dziś już nikogo nie dziwi widok kobiety wiozącej swojego męża i dwójkę dzieci na wakacje czy drobnej brunetki za kierownicą ciężarówki. Co nie oznacza, że kobiety w niczym nie różnią się w tej dziedzinie od mężczyzn. Wprost przeciwnie. Według policyjnych statystyk, nadal jeżdżą bardziej asekuracyjnie niż mężczyźni, ale bezpieczniej. Bo czy tego chcemy, czy nie, na ulicach rządzi nami bardziej biologia niż rozum.

Ryzykanci kontra grzeczne dziewczynki

Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni?

– Często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”, bo im samochód nie gaśnie – śmieje się Jolanta Szulecka, instruktorka nauki jazdy, właścicielka Ośrodka Szkolenia Kierowców „Mustang” w Warszawie. – Najzabawniejsze, że auto nie gaśnie, bo ja im pomagam. Ale oni w to nie wierzą. Miałam kiedyś ucznia, który był tak przeświadczony o swoich umiejętnościach, że po szóstej godzinie jazdy poprosił mnie o egzamin. To niebezpieczne, gdy samoocena i samopoczucie nie przekładają się na rzeczywistą sprawność – komentuje.
Mężczyźni mają też o sobie jako o kierowcach zwykle lepsze zdanie niż kobiety. Panie są bardziej pokorne. Po zdanym egzaminie jeżdżą przez jakiś czas z duszą na ramieniu, czują się dość niepewnie, nie lubią zostawać same w samochodzie. Mężczyźni zaś cieszą się, że pozbyli się instruktora, nikt i nic ich nareszcie nie ogranicza. Mogą na przykład puścić sobie muzykę, którą lubią, i w drogę…

– Różnimy się przede wszystkim pod względem stosunku do ryzyka – mówi Szulecka. – Mężczyzna podejmie je od razu, zaryzykuje. Kobieta nie. On pójdzie na żywioł, ona się dwa razy zastanowi, zanim się na coś porwie. On będzie dumny, że w trzy godziny dojechał z Warszawy do Gdańska, choć wielokrotnie był na granicy ryzyka. Ona wybierze jazdę bezpieczną, choć o godzinę dłuższą.

Jednego panie mogłyby panom pozazdrościć: radości za kółkiem. Mężczyźni na ogół jeżdżą swobodniej, żywiołowo, spontanicznie, czyli bardziej twórczo. Kobiety też lubią prowadzić auto, ale robią to bardziej schematyczne i zachowawczo. Jeżdżą tak, jak je nauczono na kursie. Rzadko interpretują przepisy, raczej się do nich stosują. Nie kombinują, jak wykonać „bandycki”, lecz skuteczny manewr na drodze, żeby na przykład ominąć długi korek. A nawet jeśli wymyślą jakiś sposób, rzadko zdobywają się na jego realizację.

Jeśli ktoś jedzie pod prąd i jeszcze na nas trąbi, to na sto procent za kierownicą samochodu nie siedzi kobieta. Tylko mężczyzna może wpaść na taki pomysł i mieć odwagę wykonać manewr w stylu: przejedzie kawałek po chodniku, kawałek pod prąd, potem wymusi pierwszeństwo i… ominie korek. Kobieta będzie grzecznie stała. I to wcale nie dlatego, że jest bardziej praworządna, raczej dlatego, że jest mniej pewna siebie. Czegoś się przecież trzeba trzymać…

– Kulturowo kobiety nie były wyznaczone do podejmowania decyzji, tylko do poddawania się decyzjom mężczyzn – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, psycholożka i terapeutka. – Dziś wciąż jeszcze wiele pań robi prawo jazdy „do szuflady” albo jeździ tylko po zakupy, ewentualnie zawozi dzieci do szkoły. I tyle. Nadal uważamy, że droga to domena mężczyzn. Nic dziwnego, że kobiety czują się za kierownicą mniej pewnie. Więc kiedy zdarzy się w drodze sytuacja stresowa, myślą gorączkowo: „O Boże, co ja mam robić?!”. Po czym postanawiają: „Zrobię, jak każą przepisy”.

– Na łamanie przepisów pozwalają sobie czasem kobiety, które się bardzo dobrze czują za kierownicą – przyznaje Jolanta Szulecka. – Ale i tak robią to z ogromnym poczuciem winy.

Mężczyzna jest przewodnikiem stada, samcem, więc w trudnej sytuacji od razu włącza mu się myślenie: „nieważne przepisy, ja muszę to jakoś rozwiązać”. Jedno trzeba przyznać: rzeczywiście w sytuacjach stresujących mężczyźni statystycznie mają lepszą orientację w terenie niż kobiety. Jest to związane z różnicami w organizacji mózgu. Są też bardziej zdecydowani, szybciej potrafią oszacować sytuację i podjąć błyskawiczną decyzję.

– Powtarzam moim uczennicom, że w samochodzie nie możemy być stuprocentowymi kobietami – przyznaje Szulecka. – Musimy wykrzesać z siebie parę męskich cech: nauczyć się szybkiego podejmowania decyzji, zaplanować trasę i strategię jazdy, a nie w ostatniej chwili zastanawiać się: „co ja robię na tym skrzyżowaniu?!”. Kobieca tendencja do zastanawiania się nad posunięciami uniemożliwia szybką reakcję. Trzymanie się przepisów zwalnia z kolei z obowiązku szukania wyjścia i dokonywania natychmiastowych wyborów. Łatwiej jest zadziałać według reguł, niż je na szybko ustalić. Bo wtedy nie trzeba samej oceniać sytuacji, kalkulować ryzyka, po prostu twórczo rozwiązywać problemu…

Prawdą jest jednak, że choć mężczyzna szybko decyduje, to nie zawsze dobrze. Gdyby się pokusić o zajrzenie w statystyki, więcej wypadków powodują mężczyźni niż kobiety. Panie są wprawdzie mniej twórcze za kierownicą, ale bardziej odpowiedzialne, a to przekłada się na bezpieczeństwo. Być może jeżdżą z mniejszą swadą, bo na tylnym siedzeniu wiozą dzieci?

 

Anonimowi, wściekli i źli

Jest jednak coś, co łączy obie płcie: skłonność do agresji. Teoretycznie agresja jest domeną mężczyzn, ale na drodze panie wcale im nie ustępują. Różnią się tylko sposobem jej okazywania. Ta męska jest bardziej raptowna. Mężczyzna opuści szybę i zwymyśla drugiego kierowcę. Pokaże parę obraźliwych gestów, ciskając przy tym przekleństwa. Czasem wjedzie komuś przed nos i gwałtownie zahamuje, a nawet zatrzyma samochód i pójdzie się kłócić. Może też uciec się do przemocy fizycznej. Kobieta z kolei unika bezpośredniej konfrontacji. Raczej błyśnie światłami, użyje klaksonu, zajedzie drogę, a jeśli jest bardzo zdenerwowana – pokaże trzeci palec. Jednak nie zrobi nic, co by zahaczało o bezpośrednią przemoc.

Dlaczego na drodze zachowujemy się agresywnie? Bo jesteśmy anonimowi, choć niekoniecznie za zaciemnionymi szybami. W samochodzie jesteśmy odcięci od tego, co na zewnątrz, dlatego nasze frustracje mają większe pole do popisu. Im mniej nas widać, tym czujemy się bardziej anonimowi i mamy mniejszą kontrolę nad swoimi zachowaniami.

– Możemy mignąć światłami, oślepić innego kierowcę, zatrąbić, najechać na tylny zderzak, zahamować przed maską i… bezkarnie pojechać dalej – uważa Zaryczna. – Nikt przecież nic z tym nie zrobi, nie będzie nas gonić, nie zapisze naszych numerów. Najwyżej będzie klął pod nosem. Ta anonimowość napędza nas i nakręca. Podobnie jest w internecie: tu też rodzi bezkarność i sprawia, że pozwalamy sobie na pisanie o innych krytycznie, a nawet bezlitośnie.

Coś w tym jest. Kiedy jedziemy komunikacją miejską, gdzie mamy bezpośredni kontakt z otaczającymi ludźmi, zachowujemy się bardziej „cywilizowanie”. Bo tu ktoś może odpowiedzieć, oddać zniewagę, popchnąć, ale przede wszystkim tu stoi się z innymi twarzą w twarz, patrzy komuś w oczy, a to poskramia reakcje. Natomiast karoseria jak rycerska zbroja oddziela kierowcę od innych, skrywa, chroni, pozbawia cech charakterystycznych. Dzierżąc kierownicę, dzierży władzę, a więc rośnie w siłę i znaczenie.

Gdy inni kierowcy działają na nerwy…

Brak kultury za kierownicą, agresja innych uczestników ruchu i nieprzepisowa jazda sprawiają, że jedna trzecia kierowców miota przekleństwa, jedna trzecia wykonuje obrazowe gesty, a pozostali… deklarują,
że są wobec tego obojętni. Ponad 20 proc. przyznaje się też do używania klaksonu.


Źródło: „Kultura i agresja na drodze”, raport Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, 2004 r.

Ale to nie prowadzenie samochodem przemienia kierowcę z doktora Jekylla w Mr Hyde’a. Agresja i frustracja są już w nim zanim zatrzaśnie drzwi auta. Bo a to szef go zdenerwował, a to żona zrzędziła, koleżanka w pracy rozczarowała – wtedy nie wybuchnął, stłumił odruch, a złość… wsiadła z nim do samochodu.

– Z władzą i anonimowością nie trzeba mieć cech psychopaty, żeby pozwolić sobie na niepokojące zachowania czy dojście do głosu zduszonym emocjom, których normalnie człowiek do siebie nie dopuszcza– tłumaczy psycholożka.

Wzbieranie i uzewnętrznianie trudnych emocji wzmagają trudne warunki na drodze. Mniej prawdopodobne, że uczestnicy ruchu będą się agresywnie zachowywać, gdy nawierzchnia jest gładka, pogoda sprzyjająca i wszystko idzie sprawnie. Taka jazda może wręcz relaksować. Ale na polskich drogach to raczej rzadkość. Prędzej spotkamy się z korkami w godzinach szczytu, dziurami w asfalcie, fatalnie zorganizowanymi objazdami, bezmyślnie postawionymi tablicami informacyjnymi i pieszymi przemykającymi na czerwonym świetle lub w miejscach niedozwolonych.

– Nawet największa wściekłość przechodzi, jeśli są ku temu warunki – mówi Zaryczna. – Ale gdy do już kiepskiego nastroju dodamy jazdę w korku, gdzie wszyscy trąbią i zajeżdżają drogę, to nie ma co liczyć na poprawę humoru. Czujemy się bezsilni, a to jeden z najtrudniej tolerowanych stanów emocjonalnych. I przepis na wybuch agresji gotowy.

Jak nie dać się emocjom?

  • Nie oceniaj. Na drodze o wiele częściej czyha pokusa wcielenia się w surowego sędziego. Momentalnie ocenić przytomność umysłu, a czasem nawet poziom inteligencji innych uczestników ruchu, a może nawet dać im nauczkę. Zwłaszcza drogowym ślamazarom. W ten prosty sposób można podreperować swoją samoocenę. Tylko skąd pomysł, że mam prawo oceniać, a potem karać lub nagradzać innych?– Trochę winne są media lansujące pogląd, że za kierownicę powinni wsiadać najlepsi – mówi Szulecka. – Kierowcy chcą, by wszyscy włączyli się w ten nurt sprawnej, szybkiej, agresywnej jazdy.Nie wolno hamować biegu, spowalniać; każde wyłamanie się budzi sprzeciw. A przecież trzeba tolerować słabszych. Człowiek, który jedzie wolniej, nie musi być zaraz idiotą, może: mieć zwyczajnie gorszy dzień, być zmęczony, nie znać okolicy i szukać ulicy, w którą ma skręcić. A może nie spojrzał na znak i nie jest pewien pierwszeństwa, a nie chce ryzykować. Bądźmy raczej wdzięczni za to, że zachowuje się ostrożnie, bo jeśli spowoduje wypadek, my także na tym możemy ucierpieć. A więc dbając o swoje, dba także o nasze bezpieczeństwo.
  • Nawiąż bezpośredni kontakt. Jolanta Szulecka mówi swoim uczniom, że jeśli chcą się z kimś identyfikować, niech omijają grupę agresorów. Lepiej się utożsamiać z tymi, którzy nawiązują przyjazny kontakt, uśmiechają się, wpuszczają na pas lub dziękują za wpuszczenie. – Na szczęście od lat obserwuję, że uprzejmość polskich kierowców rośnie, a grupa tych agresywnych zmniejsza się – twierdzi instruktorka. – Częściej myślimy: dziś ja kogoś wpuszczę, jutro ktoś wpuści mnie.Sama, gdy chce wjechać przed innego uczestnika ruchu, nawiązuje z nim kontakt wzrokowy, podnosi dłoń i prosi o wpuszczenie na pas. „Przysuwa się” odrobinę do drugiego samochodu, z włączonym kierunkowskazem, by kierowca wiedział, o co jej chodzi, ale nie zajeżdża mu drogi. I dziękuje z góry. – Niezwykle rzadko spotykam się z negatywną reakcją – komentuje.
  • Bądź życzliwy. Jeśli potraktujesz drugiego kierowcę „z góry” i krzykniesz np.: „baranie, jak jedziesz?!”, to wcale nie znaczy, że tamten dojdzie do wniosku, że chyba rzeczywiście powinien się poduczyć, lecz zareaguje podobnie i odkrzyknie: „sam jesteś baran, zapisz się na kurs!”. Zaciśnięcie pięści, inwektywy, agresja sprawiają, że w odpowiedzi dostajesz dokładnie to samo. Podobnie jest z uśmiechem. Życzliwość wybija agresji broń z ręki.
  • Nie pozwól, by udzieliły ci się negatywne emocje. – Zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś wyskoczył z samochodu, pieklił się, pokazywał trzeci palec – wspomina instruktorka. – W takiej sytuacji nie należy się podłączać do jego wściekłości i nakręcać samemu. Lepiej po prostu poczekać, aż uzna, że pora zakończyć występ.A gdy spotkamy pirata drogowego? Wtedy nie ma czasu na perswazje. Co zrobić?
  • Zejdź agresorowi z drogi. Nie wiadomo, czy pirat drogowy jest pijany, wściekły czy zwyczajnie agresywny – zresztą to bez znaczenia. Trzeba zadbać o bezpieczeństwo swoje, pasażerów i auta. Może ta osoba ma powody, żeby się tak zachowywać? – Może to ktoś, kto ma obok siebie rodzącą kobietę i pędzi do szpitala? Nie wiesz przecież, czemu się tak spieszy – mówi Małgorzata Zaryczna. – Spróbuj sobie wyobrazić trzy powody, dla których tak pędzi. Im śmieszniej, tym lepiej, bo to rozładuje napięcie.