1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Jak mądrze wybierać filmy dla dzieci?

Jak mądrze wybierać filmy dla dzieci?

fot.123rf
fot.123rf
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak mocno filmy kształtują nasze widzenie świata. Oprócz opowieści ukazują bowiem także stereotypy i role społeczne. Jak mądrze wybierać to, co oglądają najmłodsi, pytamy psycholożkę Annę Jurek oraz Annę Stadnik, organizatorkę festiwalu „Kino w trampkach”.

Czy dorosły widz może się czegoś nauczyć z filmów dla dzieci?

Tak, bo zarówno bajki, jak i filmy z dziecięcymi bohaterami są tak naprawdę kierowane również do nas. Możemy je odbierać na różnych poziomach. Przede wszystkim pozwalają sięgnąć do przeszłości, skonfrontować się z różnymi, często trudnymi przeżyciami – zastanowić się: „Jak ja się wtedy czułam?” albo: „Co bym wtedy zrobiła, gdybym miała swoją dzisiejszą wiedzę o świecie?”. I to może prowadzić do różnych wniosków, np. zmotywować do przepracowania danej sprawy, jeżeli uznamy, że nadal rzuca ona cień na nasze życie. Z drugiej strony bajki czy filmy z czasów naszego dzieciństwa, które były dużo mniej agresywne w swoim przekazie, kojarzą nam się z czymś miłym, pozwalają na powrót do dawnych wspomnień, dlatego tak lubimy oglądać je z dziećmi.

Trzeci aspekt to możliwość wejścia w buty dziecka, zobaczenia, w jaki sposób ono odbiera otaczający świat. Bo siedząc na krześle dorosłego, rzadko chce nam się przesiąść na krzesło dziecka, popatrzeć na świat z jego perspektywy. Oglądając film, stajemy się bardziej empatyczni, nie oceniamy zachowania czy emocji z pozycji dorosłego, tylko patrzymy oczami dziecka. Jest to bardzo ważna lekcja dla dorosłych.

Może się okazać, że dziecko jest bardziej tolerancyjne od nas?

Często tak bywa. Nikt nie rodzi się z uprzedzeniami. Dlatego ja jestem zwolenniczką proponowania dzieciom różnych filmów, z różnych kontekstów kulturowych, żeby pokazać, że nie wszyscy żyją tak jak my. Dzieci są bardzo chłonne i szybciej niż dorośli akceptują inność. Czytałam parę lat temu artykuł o dziennikarzu, który mieszkał w Stanach i nie wiedział, jak powiedzieć córce, że kolega z klasy ma dwóch ojców. I bardzo długo kręcił się wokół tego tematu, chodził, zastanawiał się i w końcu wydukał: „Wiesz, Tom ma dwóch ojców”, a ta dziewczynka na to: „OK, i co?”. I on powiedział, że córka pokazała mu tę najbardziej naturalną reakcję na zasadzie: „I co z tego?”. Pokazywanie dzieciom różnych modeli uczy też nas, dorosłych, że wszystko jest do zaakceptowania, że różnorodność jest czymś naturalnym. I że to częściej my robimy z tego problem niż dzieci. Tylko że my też pokazujemy im pewną wizję świata. Pytanie, jaka jest ta nasza wizja?

No właśnie, w naszej kulturze wciąż funkcjonuje wiele stereotypów. Na przykład podział na role męskie i kobiece. Nadal słyszy się teksty: „Nie zachowuj się jak baba”, skierowane do małych chłopców.

To jest bardzo silny przekaz polskiego macho. I on cały czas funkcjonuje. Taki komunikat działa na dziecko na dwóch poziomach: po pierwsze wdrukowuje przekaz, że kobieta to słabsza płeć, dewaluuje ją, a po drugie chłopiec uczy się w ten sposób, że nie może płakać – tłum emocje, nie pokazuj ich. I później, jak się spojrzy na statystyki, ile jest zawałów wśród mężczyzn, to wszystko się składa w jedną całość – oni od małego są uczeni tłumienia emocji. Dla mnie bardzo ważny w filmach jest rozwój emocjonalny dziecka, jego utożsamianie się z bohaterami. Na takim przykładzie możemy przeanalizować problemy, których nie moglibyśmy omówić tak szczegółowo w realnym życiu. Na przykład sytuacje związane z dyskryminacją – nie zawsze możemy pewne rzeczy pokazać palcem, chociażby co czuje dziecko, które jest wyśmiewane w klasie. Dzięki temu później, jak młody człowiek spotka się z taką sytuacją, to te emocje wrócą, zadziała pamięć ciała.

Pani stosuje w praktyce film jako narzędzie terapeutyczne. Jak to wygląda?

W mojej pracy filmy są dobrym pretekstem do rozmowy, ponieważ z dziećmi i młodzieżą czasami trzeba pracować nie wprost. Łatwiej jest mówić o bohaterze filmowym niż o sobie – rozmawiając o problemie ukazanym w filmie, dzieci analizują czyjeś reakcje, zachowania, ale tak naprawdę często mówią o sobie, o tym, jak one same się czują. I to jest taka bezpieczna forma pracy, ponieważ nie muszą odsłaniać się wprost, mówić o swoich doświadczeniach, emocjach w pierwszej osobie. Poza tym jeżeli problem ukazany w filmie jest podobny do jakiejś sytuacji z ich życia, to wtedy mają poczucie, że nie są w tym odosobnione. No i jest jeszcze jeden ważny aspekt: to, jakie dziecko wybiera filmy czy bajki, może nam wiele o nim powiedzieć – czego na danym etapie rozwoju potrzebuje.

A jeśli wybiera filmy i bajki z elementami przemocy?

To może oznaczać, że już dość mocno oswoiło się z brutalnością – i tu pojawia się pytanie: gdzie i dlaczego? Tego rodzaju filmy wywołują bardzo silne emocje, dlatego warto się zastanowić: Dlaczego dziecko potrzebuje aż tak mocnych bodźców? Mogło na przykład oglądać filmy niedostosowane do wieku albo dojrzałości emocjonalnej i poznawczej, oswoiło się z tym i teraz poszukuje mocniejszych wrażeń. I to jest wtedy obszar do pracy, do spotkania ze specjalistą, bo może dziecko oglądało te filmy samo albo rodzice uważali, że są one do zaakceptowania na ten wiek, a okazuje się, że jednak nie. Ale może też być tak, że dziecko gra w gry komputerowe i jest przez to mniej wyczulone na przemoc. Dlatego nie możemy pozwalać na to, żeby dziecko oglądało wszystko jak leci, bo ono ma bardzo plastyczny mózg i jeżeli pokażemy mu pewne sytuacje za wcześnie, to za szybko je wchłonie. Jeżeli ogląda dużo reklam, to przyzwyczaja się do często zmieniających się obrazów i wysokich dźwięków, a gdy ma tak dużo bodźców, to nie uczy się skupiania uwagi.

Współpracuje pani przy festiwalu dla dzieci i młodzieży „Kino w trampkach”. Tegorocznej edycji przyświecało hasło „Bądź inny, bądź sobą”. Czy łatwo dzisiaj dzieciom być sobą?

Polskie szkoły i przedszkola są bardzo homogeniczne. Dziecko, które jest trochę inne od rówieśników, od najmniejszego musi walczyć. Są różne osobowości, jedne dzieci bardziej chcą być sobą i będą walczyły, ale są też takie, które zostaną stłamszone i będą nosiły ranę w sobie do końca życia. Bardzo się cieszę, że festiwal w tym roku miał taki temat przewodni, bo on się dobrze wpisuje w obecny system edukacji. Raport komisji antydyskryminacyjnej mocno pokazuje, jaka jest polska szkoła, gdzie lepiej się nie wychylać, żeby nie być innym, i to jest widoczne na wszystkich poziomach. Pokazywanie poprzez film, że różnorodność jest atutem, a nie czymś, czego się powinniśmy wstydzić, jest bardzo ważnym przekazem i dla rodziców, i dla dzieci. My w Polsce jeszcze nie jesteśmy wrażliwi na to, że ktoś może być inny, i jak tę inność zaakceptować, ale mam nadzieję, że jednak się tego uczymy.

Czy filmy, które my oglądaliśmy w dzieciństwie, są wciąż aktualne dla współczesnych dzieci?

Jeśli chodzi o filmy animowane, to myślę, że są one dla małego widza równie atrakcyjne jak kiedyś dla nas. Dziecko na początku nie ma jeszcze rozwiniętej estetyki, nie ma takiej potrzeby, że musi się dużo dziać, że muszą być kolory. Niektóre dawne bajki są nawet lepsze, bo pozostawiają więcej niedomówień, są też często lepiej przygotowane pod kątem muzycznym – np. do „Księgi dżungli” z lat 60. ścieżka dźwiękowa została nagrana przez orkiestrę, a nie komputerowo. Martwiłabym się o filmy, bo one szybciej tracą na aktualności, niektóre ekranizacje lektur, takie jak „Awantura o Basię”, dziecko będzie bardziej odbierało jak film historyczny. Ale im bardziej różnorodne filmy pokażemy dzieciom, tym bardziej wysublimowany smak filmowy w nich wykształcimy – jest wtedy szansa, że nie będą oglądały tylko hollywoodzkich produkcji, ale też sięgną po kino artystyczne, po obrazy na wysokim poziomie.

Dlatego pokazujmy najmłodszym różne światy i różne filmy, ale zachęcałabym rodziców czy osoby, które wprowadzają takie filmy do kin, do poprzedzenia ich wstępem, żeby wytłumaczyć, dlaczego pewne rzeczy są pokazywane tak, a nie inaczej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dziecko - najlepszy nauczyciel od wypartych uczuć i emocji

Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Dzieci pokazują nam to, co wyparliśmy w procesie uspołeczniania. Najczęściej jest to złość, ale też smutek, żal, poczucie winy, spontaniczność. Dlatego warto potraktować je jako naszych najlepszych nauczycieli.

Kiedy przychodzi do mnie matka, twierdząc, że ma problem z własnym dzieckiem, wówczas daję jej kilka zaleceń: „Po pierwsze, napisz na kartce, jakich rad udzieliłabyś swojemu dziecku, co byś w nim zmieniła, a potem przeczytaj wszystko na głos, najlepiej przed lustrem. Następnie wprowadź te zmiany w swoje życie i obserwuj, jak dokonuje się cudowne uzdrowienie twojego dziecka. Po drugie, opowiedz komuś bliskiemu na głos, jak postrzegasz swoje dziecko, zrób to szczerze, opisz rzeczy, z których jesteś dumna, ale też zachowania lub cechy charakteru, które cię niepokoją. Kiedy będziesz opowiadała, bądź świadoma, że każde z wypowiedzianych zdań jest częścią ciebie”.

Z moich długoletnich i wnikliwych obserwacji jasno wynika, że dzieci są papierkiem lakmusowym nas samych. Sposób, w jaki do nich mówimy, pokazuje tak naprawdę nasz wewnętrzny dialog, który z czasem staje się również dialogiem wewnętrznym naszych pociech. Ich zachowania odzwierciedlają wprost nasze emocje. Dlatego jeśli widzimy, że dziecko jest niespokojne, to zamiast je uspokajać, krzyczeć, upominać – warto skontaktować się z własnymi emocjami, bowiem dzieciaki stanowią swoiste odbicie tego, co dzieje się w nas samych. Kiedy my się wyciszymy, w efekcie dziecko zarezonuje spokojem.

To, czego nie chcemy widzieć

Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna, który był bardzo zmartwiony negatywnym nastawieniem swojego dziecka. Zapytałam, kiedy ostatnio doświadczył trudnych emocji, i jak by je opisał. Nie potrafił powiedzieć. Stwierdził, że jeśli dzieje się w jego życiu coś trudnego, skupia się na rozwiązaniu problemu. Oczywiście w takim podejściu nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że mężczyzna ten nauczony został całkowitego wypierania trudnych emocji. Niestety, to, co odtrącamy, zawsze upomina się o siebie i to właśnie najczęściej dzieci pokazują nam to, czego nie chcemy widzieć.

Mężczyzna wraz ze swoją żoną rozpoczął świadomą pracę nad zatrzymywaniem się na negatywnych emocjach – nie po to, aby rozpamiętywać to, co trudne, ale po to, żeby przyznać, że istnieją uczucia, które sprawiają dyskomfort i ból. Paradoksalnie przyznanie się do odczuwania trudnych emocji uwalnia nas od nich, i tym samym uwalnia nasze dzieci. Energię, którą poświęcaliśmy na utrzymywanie ich w nieświadomości, możemy spożytkować na kreowanie radosnego życia, w którym doświadczamy całego spektrum uczuć.

To, przed czym się bronimy

Kiedy postanawiamy, że nie chcemy być więcej ofiarą, ponieważ w dzieciństwie doświadczyliśmy cierpienia, zaczynamy zwykle wchodzić w rolę kata, w konsekwencji nasze dziecko najczęściej przejmuje rolę ofiary, pokazując nam to, z czym nie chcemy się skonfrontować. I przeciwnie – kiedy sami zachowujemy się jak ofiara, nasze dziecko zaczyna przypominać kata. Zjawisko to można zaobserwować w przyrodzie. Wielu opiekunów drapieżnych zwierząt opisuje to niezwykłe doświadczenie, że gdy uciekasz przed tygrysem, to on cię goni, a kiedy zaczynasz biec w jego kierunku – ucieka. Natomiast kiedy się zatrzymujesz i kierujesz życzliwe emocje ku zwierzęciu, ono zaczyna bawić się z tobą i do momentu, w którym nie czujesz lęku, jesteś całkowicie bezpieczna, nawet jeśli tygrys jest głodny.

Podobnie jest z dzieckiem. Jeśli mamy kontakt z własnymi emocjami, wówczas maluch otwiera swoje serce nie tylko na nas, ale na wszystkie przejawy życia. Dziecko, które przebywa w towarzystwie rozluźnionego rodzica, nie jest w stanie być „niegrzeczne”.

To, czego możemy się nauczyć

Zaobserwowałam, że nasze dzieci widzimy przez pryzmat nas samych, własnych nawyków, wzorców, które ukształtowała przeszłość. Wśród psychologów słynne jest powiedzenie, że jesteśmy sumą naszych przekonań. Kiedy rozwijamy się, zaczynamy proces podważania tego, co wydawało się wyrocznią. W niewytłumaczalny sposób dzieci zaczynają dostosowywać się do naszych nowych przekonań – tak jakbyśmy naszymi myślami tworzyli dziecko. Oczywiście, nie ma jednoznacznych badań naukowych potwierdzających to zjawisko. Jednak wnikliwy obserwator bez zbytecznych psychologicznych kwalifikacji może doświadczyć tego, o czym piszę, dlatego zachęcam do otwarcia się na to doświadczenie. Daje ono poczucie ogromnej sprawczości, które potem można z powodzeniem przełożyć na inne dziedziny życia.

Dzieci, oprócz tego, że pokazują nam to, czego nie akceptujemy w sobie, są skarbnicą wiedzy i dają nam odpowiedzi na trudne pytania. W związku z tym, że ich umysły nie są jeszcze przesiąknięte szkolną wiedzą, mają ogromny dostęp do intuicji. Wiedza szkolna wbrew pozorom w bardzo dużym stopniu ogranicza nasze horyzonty. Problem polega na tym, że dorośli nie biorą na poważnie dziecięcych rad. W związku z tym, że dzieci często posługują się metaforą, dorośli traktują ich słowa jako fantazję, a to wielki błąd. Dlatego zachęcam do uważnego słuchania naszych pociech i szacunku do ich mądrości, która pochodzi prosto z serca.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Psychologia

Dziecko – „mały terrorysta”, który potrzebuje granic

Lekarstwem na terror dwulatka jest jasne stawianie granic i konsekwencja. (fot. iStock)
Lekarstwem na terror dwulatka jest jasne stawianie granic i konsekwencja. (fot. iStock)
Kiedy nasze dwu-, trzyletnie dziecko wrzeszczy bez opamiętania, rzuca zabawkami, ucieka przed nami albo chce nas ugryźć, czujemy się bezsilni i bezradni. Przecież naprawdę staramy się być dobrymi rodzicami, a tymczasem w domu rośnie mały potwór.

Małgosia za dziesięć minut musi wyjść z domu, żeby odebrać córkę ze szkoły. Odsuwa od siebie nadciągający koszmar – ubieranie synka. Michał ma dwa lata i uparcie walczy o własne zdanie na każdy temat. Kiedy mama lub tata chcą go ubrać, ucieka, krzyczy, wije się jak piskorz i płacze. Gdy dotrą na miejsce, nie chce się rozebrać. A potem nie chce stamtąd wyjść. Nie znosi skarpetek i ciągle je ściąga, za to dla odmiany żąda, aby mu założyć pieluchę. Wszystko chce dostać natychmiast, a jeśli tak się nie dzieje, krzyczy wniebogłosy. O każdej zabawce w domu mówi: moje. Zresztą nie tylko o zabawce, bo komputer czy telefon też są jego. Wspólne zabawy ze starszą siostrą prawie się nie udają, bo Michał niszczy to, co ona zbuduje, maże po jej rysunkach albo chce robić dokładnie to, co Julka, ale jeszcze nie potrafi, więc zaczyna się złościć. Zakupy z nim to wewnętrzna walka: kupić mu kolejnego lizaka i mieć spokój czy nie ulec i skazać siebie, obsługę i klientów na miażdżący ryk. Małgosia coraz częściej czuje się bezsilna albo wściekła w relacji z synkiem.

Życie z dwu-, trzylatkiem to przyspieszony kurs inteligencji emocjonalnej. Dobrze zacząć go od zrozumienia i głębokiej akceptacji faktu, że dziecko nie robi tego wszystkiego przeciwko nam. Ani również przeciwko światu. Ono robi to dla siebie. Dla własnego rozwoju, zrozumienia, kim jest i jakie jest jego miejsce w tym świecie. Czyni to często tak gwałtownie, nie zdając sobie z tego sprawy, ponieważ inaczej nie potrafi. Nie umie jeszcze dobrze mówić, zwłaszcza, gdy się denerwuje. Płacz, krzyk, a nawet rzucanie, kopanie czy gryzienie to są jego sposoby komunikacji. Naszą rolą jest pomóc mu bezpiecznie przejść przez ten proces. Możemy to zrobić, między innymi nazywając uczucia. Dziecka i swoje. Widzę, że się złościsz, bo przerywam ci zabawę. Ja też czuję złość, bo się denerwuję, że nie zdążę odebrać twojej siostry. Takie mówienie nie przynosi może natychmiastowego efektu, ale dorosłemu daje ulgę, a dziecku naukę.

Jeśli zachowanie małego buntownika przekracza granice naszej wytrzymałości (na przykład mamy uczucie, że jego wrzask poraża nasz system nerwowy), zadbajmy o siebie i o niego, ustanawiając w domu miejsce do krzyczenia. Czasami pomaga wspólne krzyczenie - nie chodzi o wrzeszczenie na dziecko, ale o uwalnianie emocji poprzez wydawanie głośnych dźwięków. Jeśli robimy to w prawdziwym kontakcie ze sobą, swoim ciałem i emocjami, dziecko skupia uwagę na nas i uspokaja się. Podobny efekt może przynieść śpiewanie, tańczenie lub jakakolwiek czynność, która odpręża, a jednocześnie nikogo nie krzywdzi.

Lekarstwem na terror dwulatka jest jasne stawianie granic i konsekwencja. Ważne, aby wytłumaczyć dziecku w prosty sposób, dlaczego na coś się nie zgadzamy. A przy okazji przyjrzeć się niektórym swoim przekonaniom. Czy na pewno moje dziecko zawsze musi mieć ubrane skarpetki? Może nic złego mu się nie stanie, jeśli pobiega boso po mieszkaniu? Na pewno sprawi mu to wiele radości. Czy musi jeść to, co ja chcę, czy może poeksperymentować z różnymi potrawami? Czy rzeczywiście szanuję jego granice i odrębność? Z drugiej zaś strony, czy nie obarczam go wyborami ponad jego siły, to znaczy pytam o wszystko i zawsze, na przykład, co chce ubrać, zjeść, w co się bawić, gdzie, kiedy i z kim pójść? To z pewnością przerasta jego możliwości i powoduje zagubienie i frustrację. Dla dwu-, trzylatka dobrym pytaniem jest: chcesz banana czy jabłko, bluzkę z misiem czy pieskiem, zabawę piłką czy oglądanie książeczek. Tym samym może podejmować decyzje, ale w wymiarze ograniczonym odpowiedzialnością opiekunów.

Destrukcyjne zapędy dwu-, trzylatków są normalnym etapem rozwoju. Chcą się dowiedzieć, jak świat jest zrobiony, więc go rozbierają, rozsypują, drą, przewracają i rozrzucają. Dlatego nie oczekujmy, że taki mały człowieczek będzie z nami budował dom z klocków. Chwilę popatrzy, jak my to robimy, a potem z radością go zburzy. Jednak niech to nas nie zniechęca. Budujmy od nowa i pozwalajmy mu niszczyć albo róbmy to razem nim. Za setnym, a może dwusetnym razem dziecko zacznie budować razem z nami. Bo ono się zmienia. Każdy zmęczony i załamany rodzic małego terrorysty może w trudnych chwilach sam sobie powiedzieć, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Kiedy malec zacznie lepiej mówić, będzie mu łatwiej wyrazić swoje uczucia i potrzeby.  Już nie będzie musiał krzyczeć, żeby dostać to, czego pragnie.

  1. Psychologia

Gdy pojawia się zazdrość o nowe dziecko w rodzinie

Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Kiedy pojawia się w domu nowe dziecko, starsze często czuje się odstawione na boczny tor. To zupełnie naturalna reakcja. Niestety, rodzice zazwyczaj odbierają dzieciom prawo do frustracji i wymagają ciągłego zachwytu niemowlakiem. To błąd! Ale do naprawienia…

Spodziewasz się kolejnego maluszka? Nawet jeżeli sama nie byłaś nigdy zazdrosna o młodsze rodzeństwo i wydaje ci się, że dom pełen dzieci to wyznacznik szczęścia, wiedz, że twoje pozytywne nastawienie nie jest gwarantem tego, że nie nadejdą żadne trudności. Noworodek w domu to test dla całej rodziny. Pojawia się kolejny – wymagający troski i miłości − domownik. Co zrobić, aby starsze rodzeństwo zbudowało z nim fajną relację, a pojawienie się malucha nie zachwiało całą strukturą rodzinną? Przede wszystkim nie myśl życzeniowo i nie licz na to, że wszystko samo się ułoży. Wręcz przeciwnie, chuchaj na zimne – zamiast ugłaskiwać rzeczywistość, zmierz się z możliwymi zagrożeniami. Oto, co najgorszego może cię spotkać:

Agresja

Bądź gotowa na hasła typu: „Oddajcie go z powrotem do szpitala. Nie chcę go u mnie w domu!”. Przejawami bezsilności mogą też być: bicie dorosłych, rzucanie przedmiotami, chlapanie jedzeniem, odmawianie wszelkiej współpracy w czynnościach codziennych. To typowe zachowanie dla dziecka, które nie radzi sobie z emocjami.

Głośne zabawy

Starsze dziecko chce nadal mieć prawo do bycia pierwszym. Głośne zachowanie to klasyczny przykład zawłaszczania uwagi dorosłych i wymuszania ich zainteresowania. Nie denerwuj się. Pamiętaj, że noworodek ma inne wymagania dotyczące snu. Będzie spał nawet wtedy, gdy brat czy siostra zacznie mu śpiewać nad uchem lub stukać klockami. Wymagając ciszy w domu, dajesz starszemu dziecku broń do ręki: wie, że krzyk zogniskuje twoją uwagę.

Regres

Kilkulatek odmawia samodzielnego jedzenia, ubierania się, załatwiania do ubikacji lub na nocnik, chce być noszony na rękach, przestaje mówić i wymaga, żebyś rozumiała jego „gaworzenie”? Zachowuje się tak, jakby cofnął się w rozwoju? To proste – podgląda noworodka i, widząc twoje zaangażowanie, też chce taki być. My również podglądamy zachowania ludzi, którym zazdrościmy. To naturalny mechanizm psychiczny.

Choroby

Nadal nie doceniamy psychosomatyki dziecka. Niesłusznie. Pod wpływem silnego stresu (przeprowadzka, brak kolegów, nowe dziecko w rodzinie) maluch szuka rozwiązania i tu może przyjść mu z pomocą ciało. Choroby, a raczej ich niekończący się ciąg, mogą nie być przypadkiem, jeśli zbiegną się z twoją kolejną ciążą.

Co robić?

Nie uciekaj od problemu. Nie traktuj zachowania starszego dziecka jako ataku na ciebie. Spróbuj postawić się w jego sytuacji − niemowlę w domu nie jest dla niego niczym fascynującym. To raczej mało atrakcyjny, męczący, odbierający spokój ducha intruz. Dlatego zadbaj o to, by starszy brat czy siostra czuli się przygotowani na czekające całą rodzinę zmiany. Pokaż na rysunkach, zdjęciach i filmach, czego można się spodziewać po noworodku. A także:

Angażuj starsze rodzeństwo w opiekę

Nie bój się kontaktu dzieci. Aktywność rozładowuje napięcie. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, łatwiej nam to polubić, zrozumieć. Zachęcaj do wspólnych kąpieli czy bujania wózka.

Pozwól na regres

Jeśli o to poprosi, kup starszemu dziecku smoczek, butelkę i rób mleko w proszku. Nawet nie myśl o tym, że go rozpieszczasz. Ty jedynie zapobiegasz powstaniu głębokiej niechęci do młodszego rodzeństwa. Faza regresu bardzo szybko minie, zwłaszcza jeśli przyznasz dziecku do niej prawo.

Tul, całuj i pieść

Jesteś mamą noworodka, więc nie brakuje ci kontaktu fizycznego, ale twojemu starszemu dziecku – tak. Gdybyś miała zrobić dla niego tylko jedną rzecz, to przytul je, kołysz, głaszcz i całuj. Możesz to robić w całkowitym milczeniu. Twój komunikat jest dla dziecka klarowny.

Rób zdjęcia starszemu dziecku

Wyjmij fotografie z okresu noworodkowego, rób zdjęcia rodzeństwu razem i nigdy nie dopuść, żeby fotki noworodka zdominowały waszą przestrzeń rodzinną.

Kup lalkę

Nowe dziecko kosztuje, ale zapobieganie niechęci między rodzeństwem jest bezcenne. Warto więc zainwestować w nowe zabawki. Starsze dziecko wyposaż w lalkę o wyglądzie noworodka, a jak trzeba, to i w wózek, małą wanienkę i wszelkie akcesoria. Chłopcu pomożesz rozładować frustrację, jeśli pozwolisz równolegle z tatą kąpać, przewijać i usypiać „swojego” dzidziusia.

Czytaj mu książki

Historyjki o tym, jak w domu zjawia się okropne młodsze rodzeństwo, ale w końcu udaje się je polubić, będą ogromnym wsparciem dla starszego dziecka, które przestanie czuć się winne, że nie lubi maluszka.

Podkreślaj przywileje

Starsze dziecko widzi tylko jedną stronę swojej sytuacji: ktoś kradnie mu mamusię. Pokaż mu jego przywileje: „Możesz sam wybierać ubrania, sam jeść, sam się myć, możesz oglądać telewizję i masz swoich kolegów”. Warto pokazać dziecku, że jego sytuacja nie jest wcale tragiczna.

Znajdź czas tylko dla niego

Największą bolączką posiadania młodszego rodzeństwa jest fakt, że nie ma się już rodziców tylko dla siebie. Dlatego codziennie wygospodaruj czas na bycie tylko z jednym, starszym dzieckiem. Nawet jeśli będzie się to wiązać z zatrudnieniem niani, warto tak zrobić. Gdy chcesz być tylko ze mną, to znaczy, że mnie kochasz – każdy człowiek to rozumie. Gdy się czegoś spodziewamy i mamy plan, co zrobimy w razie problemów, nie wywołuje to stresu. Dlatego warto opracować strategię, jak się zachowasz, kiedy starsze dziecko zaprotestuje, że niszczysz mu życie.

Działaj zamiast mówić

Słowa to najłatwiejszy rodzaj komunikacji, ale nie w relacjach z dziećmi. W obszarze porozumiewania się z maluchami są wyjątkowo kiepską metodą. Dzieci, jeszcze niezmanierowane, doskonale widzą, że miłość to nie słowa, ale zachowanie. Dlatego najlepiej, żebyś nic nie mówiła, a skupiła się wyłącznie na swoim zachowaniu. „Kochamy cię. Zawsze będziesz dla nas najważniejszy. Za kilka lat zobaczysz, jak wspaniale mieć młodsze rodzeństwo” – takie słowa nie przekonają żadnego dziecka. Jeśli kogoś się kocha, to jest on dla nas całym światem i nie potrzebuje się innych, a „za kilka lat” nie istnieje nawet dla nastolatka. Liczy się tylko „tu i teraz”. Nie myśl więc, że wyjaśniliście sobie, jak się rzeczy mają. Dla dziecka liczą się wyłącznie zachowania dorosłych. Dlatego w tej sytuacji lepiej nic nie mówić, tylko w milczeniu na każdym kroku okazywać zrozumienie.

  1. Psychologia

Nadgorliwe i zbyt dokładne - jak pomóc dziecku, które za bardzo się stara?

Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Skrupulatność, rzetelność, dokładność – to styl pracy z gruntu pozytywny. Ale czy zawsze? W edukacji szkolnej dziecko obarczone nadmiernym perfekcjonizmem, nazbyt dokładne, a nawet nazbyt rzetelne, nie ma lekkiego życia i wymaga solidnego wsparcia domu i szkoły.

Przed dzieckiem, które zaczyna edukację, stawia się wiele rozmaitych zadań. Jednym z nich jest praca w określonym tempie. Gotowość szkolna dziecka to nie tylko dojrzałość inteligencji, poziom abstrakcyjnego myślenia, zasób słownictwa, ale właśnie wykonywanie zadań w określonym czasie. Z tym nasze dzieci mają ogromy problem.

Jeśli twoje dziecko ma problem nadmiernie perfekcyjnego wykonywania poleceń w szkole, postaraj się mu pomóc. W jaki sposób?

1. Przede wszystkim nie prowokuj

•    Nie nagradzaj za perfekcjonizm. Nie zachwycaj się, że pięknie wykonał kolorowankę, nad którą siedział cztery godziny. •    Nie opowiadaj, że najbardziej cenisz prace staranne. Takie uwagi są wskazane tylko dla niektórych dzieci – bałaganiarzy, rozproszonych i chaotycznych; małemu perfekcjoniście wyrządzą tylko krzywdę. •    Zapytaj swoich znajomych i rodzinę, czy ty jesteś perfekcjonistką. Jeśli tak, nie wymagaj od dziecka tego, czego wymagasz od siebie.

2. Zdiagnozuj problem

Najważniejsze to poznać przyczynę – odkryć, co składnia twoje dziecko do poświęcania się, żeby dopracować szczegóły. Etiologia tego zjawiska może być różna i często pozornie zupełnie niezwiązana z tym, co określmy dziecięcym perfekcjonizmem.

Obserwuj życie towarzyskie swojego dziecka. Czy ono jest lubiane? Czy ma kolegów? Tylko pozornie perfekcjonizm i popularność nie mają ze sobą nic wspólnego. W rzeczywistości dzieci nadmiernie skrupulatne często są samotne, czują się odtrącone i perfekcjonizmem rozładowują wynikającą z tego frustrację. Perfekcjonizm pozwala również dzieciom odrzuconym unikać kontaktu z rówieśnikami.

Dzieci popularne towarzysko nie popadają w przesadny perfekcjonizm, bo szkoda im na to czasu.

3. Pomóż, ale mądrze

To będzie bardzo trudne, ale nie pomagaj mu w wykonywaniu prac domowych. Trzymaj się z daleka od jego zeszytów. Uważaj, byś nie wpadła w pułapkę rodziców małego perfekcjonisty: „Jak mam mu nie pomagać, skoro on sam z niczym nie może zdążyć?”. Właśnie niech ma niezrobione, niech nauczycielka zobaczy, że tempo pracy klasy przekracza możliwości twojego dziecka. Jeśli ty będziesz kończyła za dziecko, nauczycielka będzie myślała, że twoje dziecko nie ma problemów z tempem pracy. Jeśli masz wątpliwości co do słuszności tej strategii, zadaj nauczycielce pytania: „Skoro on nie daje rady, to czy ja mam to za niego robić?”.

W domu koniecznie wyznacz dziecku obowiązki. Podlewanie kwiatów, ścieranie kurzy, odkurzanie, nakrywanie do stołu – to zajęcia wspaniale rozładowujące napięcie, wykształcające sprawność motoryczną. Pamiętaj też, że w przypadku dzieci starszych perfekcjonizm może być ucieczką od obowiązków: „Jak mam ci pomóc, skoro jeszcze nie dokończyłem pracy domowej?”.

Egzekwuj obowiązki domowe właśnie u dziecka, które ma problem z pracą w tempie, nie zwalniaj z prac domowych tylko dlatego, że ono pracuje wolno.
Mały perfekcjonista potrzebuje też ćwiczeń ukierunkowanych na usprawnienie motoryki drobnej. Ciastolina, plastelina, masa solna, szycie, wszelkie nawlekania przedmiotów drobnych na drucik czy igłę, układanie puzzli, majsterkowanie, a nade wszystko prace kuchenne. Jedno samodzielne obranie marchewki zastępuje kilka godzin rysowania szlaczków.

Zadbaj o jego dłonie. Dzieci mają coraz mniej okazji do wypracowania koordynacji ruchów. Nie skupiaj się na tym, żeby dokończyło. Wręcz przeciwnie – postaw na sport. Wszelkie gry z piłką znakomicie rozwijają dzieci ruchowo.

W domu wciąż wymyślaj zabawy na czas. Kto szybciej założy buty, kto szybciej zbiegnie na dół, kto szybciej zmieni powłoczkę na jaśku. Nie mów dziecku, czemu to służy, ale pamiętaj, że w ten sposób dyskretnie wysyłasz dziecku informację, że czas jest równie ważny jak styl wykonania zadania.

4. Poszukaj pomocy

Nie ukrywaj przed szkołą tego problemu, nie maskuj go. Obowiązkowo poinformuj nauczycielkę, że twoje dziecko nie może nadążyć z wykonywaniem poleceń, bo skupia się na idealnym wykonaniu graficznym. Pokaż zeszyty z niekończonymi pracami. Zapytaj, jak ona chce rozwiązać ten problem. Czasem wystarczy tylko pół linijki szlaczka (zamiast całej) i perfekcjonista wykona zadanie równo z innymi dziećmi.

Poproś nauczycielkę, żeby nie szafowała poleceniem „dokończyć w domu”; brzmi ono niewinnie, a twojemu dziecku zabiera trzy godziny dzieciństwa. Ustal, żeby nagradzała twoje dziecko za zadania o innym charakterze niż te, w których istotą jest perfekcyjne wykonanie.

Dowiedz się od pani, w czym twoje dziecko jest dobre. Jeśli tylko w dokładności, masz odpowiedź, dlaczego na tym się skupia – perfekcjonizm chroni je przed wykonywaniem zadań, w których nie czuje się pewnie. Być może słabo liczy, ma problemy z czytaniem, nie rozumie poleceń…

5. W ostateczności… poproś o radę psychologa

Jeśli twoje dziecko nie chce podejmować żadnych innych zadań poza ponadprzeciętnym wykonywaniem prostych, ale żmudnych zadań, skonsultuj się z psychologiem. Nie popadaj od razu w przerażenie, że to cechy autyzmu wczesnodziecięcego. Tak nie musi być. Pamiętaj, że strach przed kolegami, matematyką, czy nawet czytaniem na głos, może przyjąć formę ucieczki w perfekcjonizm.

  1. Psychologia

Jak wychować nastolatka? Doceniać, a nie oceniać

Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Wiele problemów w kontaktach z nastolatkami bierze się z mylnych wyobrażeń dorosłych na temat potrzeb i marzeń dorastającej młodzieży. Jak przejść od rodzicielskiego „widzimisię” do prawdziwego poznania własnych dzieci – pytamy promotora uważności w wychowaniu i edukacji Michała Zawadkę.

Jest wiele pomysłów na wychowanie nastolatków, jeden z nich to uważność. Do tej pory oznaczało to dla mnie, że mam usiąść w ciszy, koniecznie z prostym kręgosłupem i obserwować, jak oddycham. Ty rozszerzasz definicję uważności o codzienne relacje z dzieckiem. Sądzisz, że to sprawdzi się w domowej edukacji?
Uważność w relacji z nastolatkiem jest nie tylko skuteczna, ale i niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Kiedy ominiemy ten obszar, to będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z odczuciami młodych ludzi.

Wiele osób twierdzi, że współczesny nastolatek ma gigantyczne ego, nic mu się nie chce, więc dlaczego mamy się z nim obchodzić jak z jajkiem i jeszcze dopytywać, jakie emocje w nim buzują, co chce zrobić, co go gryzie...
Często dostaję od rodziców taki właśnie portret ich dziecka: leniwe, nieambitne, przemądrzałe. I jeśli tak je widzą, to takiego młodego człowieka wychowają. Przemawia za tym chociażby tzw. efekt Rosenthala, który mówi o tym, że ludzie dostrajają się do naszych wymagań i sposobu, w jaki ich traktujemy. Założenie, że pokolenie dzisiejszych nastolatków jest leniwe i nadęte, ma odzwierciedlenie w metodach wychowawczych, co więcej, staje się też  filtrem, przez który interpretujemy ich zachowania i słowa – bardzo często zakłamującym rzeczywistość.

Jesper Juul twierdził, że dzieci dobrze się czują, gdy włącza się je w projekty i działania dorosłych, jednak nie znoszą być projektem dla swoich rodziców. Jak zatem wprowadzić uważność do codziennych relacji, ale nie robić z tego wychowawczego projektu i nie narazić się na śmieszność?
Jesper Juul sam na to odpowiada: wychowanie to nie tresowanie dziecka, a relacja, do której potrzebne są dwie strony. Zatem nie róbmy z nastolatka królika doświadczalnego, wypytując go o dziwne rzeczy, a wprowadźmy uważność dla wszystkich i w stosunku do wszystkich w rodzinie – dzieci wtedy staną się uczestnikami projektu, a nie projektem. W moim przekonaniu uważność w wychowaniu to świadome skupienie się na dziecku w każdym obszarze: słuchania, akceptowania, oczekiwań, zasad, wspierania, dawania przykładu, dzielenia pasji czy zainteresowań.

Szkoła w Polsce pokazuje coś odwrotnego. Systemowo wypuszcza młodych, którzy nie mają pojęcia, co zrobić ze swoimi emocjami.
Jeśli ich tego nie uczy, to znaczy, że nie jest nowoczesna. Bo nowoczesne szkoły wprowadzają rozwój osobisty, ja też pracuję nad tym od lat i wierzę, że dam radę taki program lub przynajmniej odpowiednie książki do szkół wprowadzić. Tylko czym innym jest zmiana programu edukacji i dodanie szeroko rozumianego rozwoju osobistego i społecznego, kompetencji miękkich, a czym innym jest wychowanie i podstawowe kształtowanie młodego człowieka. Jestem przeciwny przerzucaniu odpowiedzialności na szkołę. To z domu powinno się wynosić kulturę, uważność, zasady i poczucie własnej wartości.

Mam wrażenie, że budowanie poczucia wartości sprowadza się do przyzwolenia na ignorowanie zasad, na przykład nastolatek zaspał do szkoły, a my mówimy mu: „w porządku, nic się nie stało”...
Wręcz przeciwnie. Odpowiedzialność to ważny temat i zależy od przykładu, jaki dają rodzice. Proponuję, żeby rodzic od teraz patrzył na każde zachowanie swojego nastolatka przez pryzmat intencji: czy on na pewno łamie zasady celowo? Za łatwo oceniamy nasze dzieci, zamiast zrozumieć. Kiedy przechodzimy do ataku, nie ma miejsca na dialog i wychowanie. Na deptaku w Sopocie widziałem, jak ojciec wrzeszczał na nastoletnią córkę i wyzywał ją od „ciamajd i głupich”. Wiesz, co takiego sprawiło, że odbierał jej godność i publicznie upokarzał? Wypadł jej z ręki lód, a on z tego powodu wylał na nią cały swój zakorzeniony wstyd przed światem.

Dlaczego rodzice wciąż reagują tak przesadnie? Czy dlatego, że jak wynika ze statystyk, ponad połowa z nich przynajmniej raz w życiu dostała tak zwane porządne lanie od własnych rodziców?
Na pewno, ale nawet ci rodzice,  którzy nigdy nie byli bici, zostali wychowani w panicznym lęku przed „co ludzie powiedzą” oraz w przekonaniu, że autorytet buduje się siłą i narzuceniem własnej woli. Ogromna część rodziców, z którymi spotykam się na warsztatach, ma duży problem z mówieniem dobrze o sobie. Są nauczeni, że są tym, co o nich sądzą inni, i to przekazują swoim dzieciom. Badania Instytutu Carnegiego w Waszyngtonie – już sprzed ponad 100 lat – pokazują, że sukces zależy od trzech rzeczy: wiedzy, umiejętności i nastawienia, przy czym wiedza i umiejętności to tylko 15 proc., reszta to nastawienie.

Czyli jeśli ja jestem słaba, niepewna siebie, to moje dzieci będą skazane na klęskę?
Ode mnie tego nikt nie usłyszy, ja na pierwszym miejscu stawiam akceptację, również siebie jako nieidealnego rodzica, bo idealni nie istnieją. To daje możliwość rozwoju i dawania dobrego przykładu dzieciom bez poczucia winy. Czyli nawet rodzic z niskim poczuciem własnej wartości ma szansę wychować pewnego siebie człowieka. Wystarczy, że proces wdrażania uważności w relacjach zacznie przechodzić równolegle ze swoim dzieckiem.

A czy uważność w pewien sposób nie knebluje ust rodzicom? Czy nie będą się bali powiedzieć czegoś, żeby nie urazić dziecka?
Nie, uważność niesie prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem. Stawianie ustalonych i zrozumiałych przez obie strony wymagań się w to wpisuje. Mój syn Makary miał sześć lat, kiedy podczas gry w „Pytaki” wylosował pytanie: „co jest najważniejsze, żeby dobrze wychować dzieci?” i sam odpowiedział: „Zasady, bo wtedy dziecko jest bezpieczne”.

Co się stanie, jeśli wszyscy postawimy sobie za cel bycie uważnym wobec dzieci i kilka razy dziennie będziemy pytać, jak się czują, jak zamierzają poradzić sobie ze smutkiem czy pokazywać, że trzymanie kubka z ciepłą herbatą w zimnych dłoniach to rozkosz? Wychowamy ludzi, którzy dostrzegają rzeczywistość: w sobie samych i wokół siebie. W pędzie za życiem nie będą mijać samych siebie. Pedagogika nie powstała wczoraj, bazuje na osiągnięciach wielu mądrych ludzi, których lubię cytować, więc odpowiem słowami twórcy popularnej platformy społecznościowej poświęconej relacjom i parentingowi „Faithful Man” Matthew L. Jacobsona:

„Za każdym dzieckiem, które wierzy w siebie, stoi rodzic, który uwierzył w nie jako pierwszy”
Ten cytat przypomniał mi, że moja mama nie tylko nigdy mnie nie uderzyła, ale gdy się stroiłam przed wyjściem, zawsze powtarzała, że to niepotrzebne, bo mądremu we wszystkim ładnie. Ciekawe, czy ja przekazałam to córce. Muszę spytać... Czy możesz podać przykład zachowania, które nazwałbyś uważnością w relacji?
Proszę bardzo, oto najprostszy: kiedy twoja córka wraca ze szkoły, nie pytaj, co ma zadane, co dostała, tylko, co u niej słychać, jak się czuje, co ją dziś zainteresowało. Zapytaj o jej emocje, kolegów, powiedz, że cieszysz się, że już jest. Niech poczuje, że to ona jest w tej relacji ważna. Tymczasem badania pokazują, że zagajenie o pracę domową czy oceny stanowi 80 procent pytań rodziców do dzieci. I potem rodzice żyją wyobrażeniami na temat swoich dzieci, zamiast wiedzą o nich – stąd biorą się problemy.

Niby takie proste... Może rodzice powinni odbyć obowiązkowe szkolenia?
Oj tak. Ja na przykład prowadzę program „Prawo jazdy na rodzica”, poświęcony w całości uważności na siebie i dziecko w dziesięciu obszarach, coś w stylu „dekalogu świadomego wychowania”. Na szczęście wielu rodziców, gdy coś nie gra w ich relacjach z dzieckiem, poszukuje pomocy i na przykład pisze do mnie. Klucz do powodzenia leży w zmianie podejścia również do siebie jako rodzica. W uważności chodzi o to, żeby, zadając dorastającemu dziecku pytania, odciąć się od własnych odpowiedzi i słuchać, co ono mówi. Uważność to zmiana oceniania na docenianie.

Ale jeśli w domu nauczymy dziecko, że liczą się starania, to jak ono odnajdzie się w cywilizacji, która nagradza wyłącznie efekty?
Dobre efekty osiągają ludzie z wysokim poczuciem własnej wartości. Rozbierzmy ten zwrot na wyrazy: poczucie – własnej – wartości. Zatem „poczucie” jest pierwszym krokiem dobrej samooceny. Chodzi o to, żeby tu i teraz być świadomym tego, co odczuwamy, co nas otacza, co ma wpływ na nas i na co my mamy wpływ. „Własnej” oznacza świadomość pewnej niezależności i „własności samego siebie”, poczucia sprawczości, zdolności do podejmowania decyzji, mierzenia się z wyzwaniem: czuję dumę, popełniam błędy, pozwalam sobie na chwile słabości, marzę bez pytania, czy mogę… Oraz „wartość”, czyli świadomość, że daję sobą wartość i że jestem wartościowy dla siebie. Szerzej opisuję to w „Wartościowniku dla rodziców”.

W książce jest też test wiedzy o swoim dziecku. Czytając go, zdenerwowałam się, bo nie umiałabym odpowiedzieć na wiele pytań...
Wielu rodziców pisało mi nie tylko o zdenerwowaniu, ale i często o łzach. Podczas tego pozornie prostego testu zdali sobie sprawę, jak wiele chwil w relacjach z dziećmi jest tylko ich „widzimisię”, założeniem czy wyobrażeniem. Właśnie w tej przestrzeni pomiędzy „wydaje mi” się a „wiem” kryje się większość problemów młodych ludzi. Jedyne, co trzeba zrobić, to wypełnić tę lukę uważnością.

Michał Zawadka
, trener, ekspert komunikacji, autor książek motywacyjnych dla dzieci i młodzieży, zwany współczesnym Januszem Korczakiem.

Uważność od zaraz

  •  Zmień ocenianie na docenianie.
  •  Słuchaj z intencją zrozumienia.
  •  Zadając pytania, zapomnij o swoich odpowiedziach.
  •  Daj sobie i dziecku prawo do błędu.
  •  Kieruj się intencją.
  •  Buduj relacje z dzieckiem na wiedzy, nie na wyobrażeniach.
  •  Pamiętaj, że wartość twojego dziecka jest w nim, a nie w opiniach o nim.
Polecamy: 'Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia', Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream Polecamy: "Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia", Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream