Jak empatycznie i mądrze wychować dziecko?

fot. iStock

Dawniej uważano, że trzeba od małego ćwiczyć dziecko w słuchaniu rodzicielskiego „nie”. Dzisiaj już wiemy, że trenowanie słuchania „nie” powinniśmy zastąpić uczeniem mówienia „nie” – mówi Isabelle Filliozat, francuska psycholożka.

Młodzi rodzice, słusznie odchodząc od autorytarnego wychowania, wpadają w inną pułapkę – nie stawiają granic. I dzieci wchodzą im na głowę. Słychać głosy, że do łask powinna powrócić dyscyplina.

Rzeczywiście, powszechnie uważa się, że teraz dyscyplina nie jest surowa, rodzice wierzą, że nie są autorytarni. Ale prawda jest taka, że są, tylko inaczej niż kiedyś – nie biją, ale zarzucają dzieci gadżetami, posyłają na wiele zajęć dodatkowych, pozbawiając je czasu na zabawę. Problem jednak nie w autorytarnym lub permisywnym (bezstresowym) wychowaniu, tylko w tym, że obydwa te style nie uwzględniają prawdziwych potrzeb dzieci. Bo co robi autorytarny rodzic, gdy dziecko jest niesforne? Zachowuje się tak jak ktoś, komu kipi mleko, a on nakrywa garnek pokrywką. Dziecko ma się uspokoić, zamknąć, słuchać rodzica. Ale mleko cały czas kipi, garnek się przypala. A jak zachowują się permisywni rodzice? Dają się dziecku wyszaleć, wykrzyczeć, niech sobie mleko kipi. A co powinni zrobić?

Wyłączyć gaz.

Oczywiście. Czyli – wyłączyć przyczynę takiego zachowania dziecka. Ale najpierw muszą zrozumieć, dlaczego dziecko rozrabia, dotrzeć do sedna potrzeby, jaka kryje się za jego zachowaniem, i ją zaspokoić. Jestem zwolenniczką empatycznego podejścia do dziecka, wsłuchiwania się w jego emocje, uświadamiania sobie, co kryje się za zachowaniem malucha. Taki przykład: Dziecko płacze, chce włączenia bajki. Mama może powiedzieć: „Nie, wyczerpałeś swój limit” albo „No już dobrze, włączę ci, nie jęcz”. Obydwa podejścia są toksyczne. Mama powinna zobaczyć nie tylko to, że dziecko domaga się bajki, ale też że jest zestresowane, zmęczone, że ma jakiś problem. I niekoniecznie włączać bajkę, tylko je przytulić, porozmawiać, pobawić się, pobiegać z nim. Czyli powinna zrozumieć, gdzie leży prawdziwy problem dziecka, i spróbować go rozwiązać.

Ale dziecko musi też wiedzieć, że czegoś nie wolno, znać granice swojego postępowania.

Zacznijmy od definicji słowa „granica”. Uważa się powszechnie, że granice dają dziecku poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem naukowo dowiedziono, że to nieprawda. Każdy bowiem zakaz wywołuje w mózgu reakcję stresową, sprawia, że serce zaczyna mocniej bić, że wydziela się adrenalina, że jesteśmy zaniepokojeni. Tak działa ludzki mózg. A poza tym zastanówmy się, co jest celem wyznaczania granic. Otóż tym celem jest posłuszeństwo. A powinna być odpowiedzialność. Jeśli zatem chcemy wychować posłuszne dziecko, a nie odpowiedzialne, to stawiamy granice.

Jak wychować dziecko odpowiedzialne? Ostatnio w restauracji obserwowałam rodzinę z kilkulatkiem. Dorośli pytali go o każdy szczegół: czy chce siedzieć tu, czy tam, w sweterku czy bez, dawali do wyboru dania z kilkustronicowego menu. Czy w ten sposób nauczą go odpowiedzialności?

Dawanie dzieciom zbyt dużego wyboru i pytanie ich o wszystko nie jest dobrym pomysłem, bo to wywołuje w nich niepokój, zagubienie, przytłacza je. Rodzice popełniają jeszcze inny błąd – dogłębnie wszystko tłumaczą, tak do poziomu fizyki kwantowej niemalże. Tymczasem dziecko potrzebuje, żeby mu tłumaczyć tyle, ile na danym etapie rozwoju jest w stanie zrozumieć. A wracając do granic – zamiast je wyznaczać, powinniśmy dawać dzieciom informacje na temat świata, przedstawiać procedury postępowania. Chodzi o informację przekazaną w sposób pozytywny, bo co zapewnia dziecku bezpieczeństwo? Przede wszystkim poczucie więzi z figurą znaczącą, czyli najczęściej z matką i ojcem, od których powinno słyszeć pozytywne komunikaty. Dziecku potrzebna jest też wolność, zarówno w sensie prawa do decyzji, jak i ruchu. Oczywiście wolność powinna być progresywna, czyli zwiększać się wraz z rozwojem dziecka, być dostosowana do jego możliwości, mózgu, ciała. Małemu dziecku nie można pozwolić w restauracji wybierać spośród dużej liczby dań, ale też całkowicie zakazywać wyboru. Najlepiej poinformować, że może wybrać z dwóch propozycji. Nie mówimy zatem: „Tylko nie wybieraj frytek”, ale powiedzmy: „Masz do wyboru brukselkę albo fasolkę”. Nie zakazujemy: „Nie wchodź na kanapę”, tylko wyjaśniamy: „Na kanapie się siedzi”. Bo jeżeli czegoś zakazujemy, to jednocześnie stwarzamy pokusę zrobienia tego. Jeżeli natomiast informujemy, objaśniamy, to dziecko zazwyczaj przyjmuje nasze tłumaczenia, bo dzieci dobrze się czują, gdy znają zasady. O tym, że takie wychowanie działa, przekonałam się na własnej skórze – w mojej rodzinie nie było zakazów, a miałam troje rodzeństwa. Pozytywne przekazy sprawiają, że dziecko staje się odpowiedzialne i szanuje prawo.

Dziecko nas testuje, sprawdza. Co zrobić, gdy mimo naszego tłumaczenia, że kanapa służy do siedzenia, kilkulatek zacznie po niej skakać?

To może znaczyć, że potrzebuje ruchu. A więc z uśmiechem na ustach, bez cienia złości bierzemy go na ręce, zdejmujemy z kanapy i mówimy: „Wychodzimy na dwór pobiegać”. Jeżeli nie możemy wyjść na dwór, skaczemy z nim na dywanie albo na skakance. Czyli uwzględniamy potrzeby dziecka ukryte pod tym zachowaniem, pozwalamy mu wyrzucić z siebie nagromadzoną energię, niczego przy tym nie tłumaczymy, bo małe dziecko do końca tego nie rozumie. Jeżeli cały czas wraca do zachowania, o którym wie, że nie jest wskazane, bo zdefiniowaliśmy, że u nas kanapa służy do siedzenia, a nie do skakania, to znaczy, że jest jakiś problem w życiu dziecka. Siadamy wtedy z nim i w spokojny sposób rozmawiamy o tym, co w przedszkolu czy w szkole, bo może jego zachowanie jest skutkiem innych problemów, których nie umie nazwać.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »