1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. To, dla kogo gotujesz i z kim siadasz do stołu ma znaczenie!

To, dla kogo gotujesz i z kim siadasz do stołu ma znaczenie!

To, dla kogo gotujesz i z kim siadasz do stołu ma znaczenie. (Fot. iStock)
To, dla kogo gotujesz i z kim siadasz do stołu ma znaczenie. (Fot. iStock)
Niektóre potrawy są bogate w związki sprzyjające wydzielaniu endorfin. Jednak składniki odżywcze, minerały i witaminy to nie wszystko. Na samopoczucie wpływają nie tylko substancje chemiczne, ale coś znacznie silniejszego – emocje. To, dla kogo „stoisz przy garach” i z kim siadasz do stołu, może cię zdołować albo uskrzydlić. 

W roku 2007 w opisującym amerykańską odmianę języka angielskiego słowniku Webstera pojawił się termin comfort food. Oznacza on jedzenie przygotowane w tradycyjny sposób, które ma dla człowieka silne konotacje sentymentalne. Jest swoistą teleportacją z kubków smakowych wprost do emocjonalnego raju.

Każda kultura ma oczywiście inny jadłospis comfortfoodowy. Za chwilę nakryjemy nasze stoły białymi obrusami, a na nich postawimy… polską dietę szczęścia. To, co jadamy w święta w domu rodzinnym, zapamiętujemy na całe życie. Zatem wyspecjalizuj się w swoim ukochanym comfort foodzie i – zamiast sterty rupieci – podaruj go bliskim pod choinkę.

Alchemia szczęścia

Badania pokazują, że tłuszcz, który jest nośnikiem smaku, wzmacnia nasze zadowolenie po zjedzeniu potraw z jego zawartością (dlatego kochamy smażone, tłuste i słone). Cukier z kolei pobudza w mózgu ośrodki odpowiedzialne za wyrzut serotoniny – hormonu szczęścia. Jemy słodkie i nam dobrze. To jedno podejście do comfort foodu, drugie to takie, które odwołuje się do pozytywnych skojarzeń oraz poczucia bezpieczeństwa i które pozwala na ukojenie negatywnych emocji. To pokarmy, które przywołują najpiękniejsze wspomnienia.

Mnie bliższe jest to drugie – emocjonalne – podejście, ale idę jeszcze dalej: gdy mówię o diecie szczęścia, myślę o psychologii relacji międzyludzkich, a konkretnie o synergii szczęścia. Synergia oznacza współdziałanie różnych czynników, których efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań. Bardzo silnie odczuwa się to w kuchni. Wiele osób nie lubi, gdy ktoś im się kręci obok garnków. Nie dopuszczamy do pomocy czy wspólnego gotowania. A może w tym tkwi problem nielubienia świąt i oceniania ich jako obciążających psychicznie? Nie gotujemy razem. Dlaczego?

Dziesiątki razy w życiu, gdy jakaś para się rozstawała, słyszałam zdanie: „Na pewno nie gotowali wspólnie”. Nie znalazłam poważnych badań na ten temat, ale pary gotujące razem, razem nakrywające do stołu i sprzątające razem – zwykle są razem. Wspólne gotowanie to silny element diety szczęścia. Gdy gotuje tylko jedna osoba, to tylko ona „odpowiada” za jakość posiłku. Gdy gotujemy we dwoje czy nawet w kilka osób – jest to nasza wspólna odpowiedzialność, wspólny problem i temat do rozmowy. Może w tym roku w ramach zapobiegania przedświątecznemu stresowi warto zgromadzić całą rodzinę i wspólnie coś upichcić? Może to, co wybierze młode pokolenie, stanie się naszym comfort foodem?

Nie daj się zwieść pozorom

Drążę temat i o koncepcję diety szczęścia pytam dietetyczkę i autorkę książek dotyczących zdrowego odżywiania, Agatę Lewandowską. – Dla wielu moich pacjentów dieta szczęścia to nie być na żadnej diecie – odpowiada. – Po prostu jeść, żeby żyć i być zdrowym, bez żadnych reżimowych rozwiązań. Dla innych dieta szczęścia to utrzymanie wagi, którą udało im się osiągnąć. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest jego dietą szczęścia.

Ale ekspertka przestrzega też, że żaden rodzaj pokarmu nie zapewni nam poczucie szczęścia po jednym dniu. – Stosowanie mądrej, zbilansowanej diety już po kilku dniach da poczucie lekkości, nasycenia i ciepła, ale wierzenie, że kostka czekolady nas uszczęśliwi, to absurd – wyjaśnia. – Jest wręcz przeciwnie, bo kostka czekolady często zamienia się w tabliczkę czekolady, a to prowadzi do gigantycznych wyrzutów sumienia i ostatecznie do znaczącego obniżenia nastroju.

Sekret dopaminy

Dieta szczęścia ma wiele twarzy... W kulturze zmagającego się z otyłością Zachodu do czynników wpływających na odczuwanie szczęścia zalicza się odpowiednią wagę ciała. Brytyjski szef kuchni Tom Kerridge wskazuje swoją drogę ku odczuwaniu szczęścia poprzez jedzenie zawierające dopaminę i jednoczesne pozbywanie się nadwagi. „Czym jest dopamina? To kluczowa substancja chemiczna, która towarzyszy sygnałom nerwowym w mózgowym ośrodku przyjemności. Kiedy doświadczasz przyjemnego uczucia – nieważne, czy z powodu jedzenia, śmiechu, seksu, alkoholu, czy hazardu – w mózgu wytwarza się dopamina. Istnieją badania, które wskazują, że niski poziom dopaminy prowadzi do obniżenia motywacji, letargu i apatii, a nawet depresji” – czytam w jego książce „Dieta szczęścia” (Wyd. Zwierciadło).

Dopamina wytwarzana jest w wyniku rozkładu tyrozyny (aminokwasu), którą zawiera wiele różnorodnych potraw. Wysokie stężenie tyrozyny notuje się w tłustym nabiale, jajach, rybach, owocach (jabłkach, bananach, jagodach, winogronach, pomarańczach). Owoce jagodowe, jabłka i banany są tu szczególnie ważne i nie wolno ich zaniedbywać – zawierają działający antyoksydacyjnie flawonoid o nazwie kwercetyna, który zapobiega utracie dopaminy z organizmu. Jak widać, angielskie powiedzenie: „wystarczy jedno jabłko dziennie, żeby lekarze trzymali się ode mnie z daleka” – ma swoje naukowe uzasadnienie.

Tom Kerridge postawił właśnie na dopaminę. Proponuje dietę absolutnie niezbilansowaną, niskowęglowodanową, a wysokoproteinową, zdominowaną wszystkimi rodzajami mięsa oraz warzywami, zwłaszcza zielonymi. Ten jeszcze do niedawna ważący 190 kg brytyjski zdobywca gwiazdki Michelin w ciągu trzech lat stracił 70 kg. To robi wrażenie.

Szczęście poza talerzem

Zaczynam powoli wątpić, czy uszczęśliwianie się za pomocą skupienia na tym, co na talerzu, ma w ogóle sens. Co ciekawe, Agata Lewandowska ma podobne poglądy i wcale nie uważa, że jedzenie to jedyna droga do szczęścia, a nawet twierdzi, że wcale nie najlepsza. – Wielu ludzi chce się po prostu najeść, a dla zażycia szczęścia iść na spacer  i endorfin poszukać w wysiłku fizycznym – puentuje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Kulinarne spotkania „Dr Irena Eris Tasty Stories" na Wzgórzach Dylewskich

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Od czterech lat, każdej jesieni Hotele SPA Dr Irena Eris zapraszają w podróż po regionach, w których są położone, w poszukiwaniu „tasty stories”. Smakowitych, pełnych autentycznych emocji opowieści o lokalnej kuchni, o produktach, które trafiają na stoły hotelowych restauracji oraz o ludziach, dzięki którym można się rozsmakować w prawdziwym jedzeniu.

Poznane historie stają się inspiracją do specjalnych, pełnych atrakcji weekendów, ukazujących kulinarny świat Hoteli SPA i ich bliskich relacji z dziedzictwem kulinarnym. Są one niepowtarzalną okazją do spotkań z lokalnymi producentami i wytwórcami podczas kiermaszu najlepszych produktów, będących wizytówką regionu. Jednocześnie pozwalają na odkrywanie prawdziwych smaków, zbliżenie się do natury, czerpanie z niej, lecz z umiarem i szacunkiem dla środowiska, tego co ma najlepszego do zaoferowania.

Zeszłoroczna edycja „Tasty Stories' na Wzgórzach Dylewskich. (Fot. materiały prasowe) Zeszłoroczna edycja „Tasty Stories" na Wzgórzach Dylewskich. (Fot. materiały prasowe)

„Tasty Stories' to bogactwo lokalnych smaków. (Fot. materiały prasowe) „Tasty Stories" to bogactwo lokalnych smaków. (Fot. materiały prasowe)

Najbliższy, pełen smaków, weekend odbędzie się 23-25 października w Hotelu SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie. Jego ukoronowanie będzie ekskluzywna kolacja, stanowiąca popis umiejętności kulinarnych szefów kuchni i będąca festiwalem najlepszych produktów lokalnych. Autorami wykwintnych dań są szefowie kuchni z Hotelu SPA Dr Irena Eris oraz zaproszeni do współpracy koledzy po fachu. W tym roku zaproszenie przyjęli znamienici szefowie młodego pokolenia Robert Trzópek z Restauracji Bez Gwiazdek oraz Sebastian Olma. Inspirując się nawzajem i odkrywając bogactwo regionów, stworzą oni wyjątkowe menu degustacyjne, w oparciu o sezonowe produkty i charakterystyczne dla danego miejsca, pochodzące z okolicznych gospodarstw i od lokalnych wytwórców.

Daniom towarzyszyć będą specjalnie dobrane do nich wina, o których podczas wieczoru opowie sommelier, przenosząc uczestników oczami wyobraźni i wyrafinowaniem kubków smakowych do świata uprawy winorośli, w pełnej harmonii z naturą i środowiskiem, które są głównym motywem tegorocznej, czwartej już, edycji Dr Irena Eris Tasty Stories.

  1. Styl Życia

Lagom - szwedzki sposób na szczęśliwe życie

Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Lagom, czyli skandynawski sposób na znalezienie złotego środka - umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. To po prostu szwedzki sposób na szczęśliwe życie.

 

Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Kto odwiedził kiedyś naszych północnych sąsiadów, miał z pewnością okazję zauważyć, że lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia: od architektury przez modę i motoryzację po urządzanie wnętrz czy kuchnię. Brzmi znajomo? Oczywiście, wystarczy przecież zajrzeć do Ikei. Dlaczego zatem dopiero teraz ten termin zaczął robić karierę?

Od ekscesu do pokuty

Nie oszukujmy się: od kiedy umiar jest sexy? Wiele z nas uwielbia się obżerać tylko po to, żeby potem katować się detoksami; wydajemy ostatnie pieniądze na szałowe buty, żeby do końca miesiąca jeść tylko ryż; żyjemy od ekscesu do pokuty. Z tego, na szczęście, nikt nie zrobił jeszcze life­style’owego trendu, choć potencjał marketingowy byłby ogromny. Ze skandynawskich pojęć hygge (wym. huga) miało o wiele łatwiejszą drogę do kariery, bo jak nie myśleć ciepło o idei, która kojarzy się z przyjemnością, gorącą czekoladą, puszystym kocem i ogniem w kominku? Filozofia lagom nie wyklucza co prawda ani koców, ani czekolady, ale zgodnie z trendem przyjemność czerpie się właśnie z tego, że – nieco upraszczając –  koc może być wełniany, a niekoniecznie z kaszmiru, a kubek słodkiego napoju wystarczy dla dwojga. Lagom to skrót od frazy „laget om” – wokół drużyny, dla całego zespołu. Na biesiadach w czasach wikingów butlę miodu pitnego podawano z rąk do rąk i każdy pociągał z niej łyk – taki, żeby zaspokoić pragnienie, ale żeby wystarczyło również dla innych. Dbanie o dobro wspólnoty jest przecież również dbaniem o każdego z jej członków. Szwedzkie przysłowie „Lagom är bäst” znaczy dosłownie „odpowiednia ilość jest najlepsza”, ale tłumaczy się je też jako „umiar jest źródłem cnoty”.

Bez przesady

Cnota, powściągliwość, pamiętanie o potrzebach innych – czy ktoś widział coś równie trudnego do wypromowania? Szwedom nie tylko się to udało, ale zrobili z tego pomysł na życie. Pytać Szweda, co to jest lagom, to jak zapytać rybę, czym jest woda. – To droga środka. Jest jak wewnętrzny głos, który mówi ci, żeby nie budować największego domu w mieście, ale przypomina, że nie chcesz żyć w biedzie. Nie powinieneś być bezczelny, ale nie daj też z siebie zrobić popychadła – tłumaczył w brytyjskim „The Telegraph” producent muzyczny Johan Hugo. – Widać to też w naszych wartościach społecznych – przecież od pokoleń jesteśmy socjalistycznym krajem.

– Lagom to część skandynawskiej psychiki – mówi mi Bronte Aurell, autorka książki kucharskiej „The Scandi Kitchen” i właścicielka szwedzkiej restauracji w Londynie. – Umiar widać we wszystkim, co robimy. Moda nie epatuje przesadą – wystarczy spojrzeć na takie marki jak Filippa K, Acne czy sieć H&M. Szwedzki design to lekcja funkcjonalizmu bez kompromisu z estetyką. Ciekawe też, że Szwedzi, niezależnie od figury, z reguły dobrze czują się we własnej skórze, nagość jest czymś naturalnym, a botoksu stosuje się tam o wiele mniej niż w innych krajach Europy.

By żyć lepiej

Dzięki kilku czarodziejom marketingu lagom zatacza coraz szersze kręgi. Ikea i H&M od lat sprzedają lagom na cały świat, ale w Wielkiej Brytanii meblarski gigant dopiero ostatnio zainwestował w program „lagom living”. Rozdał pracownikom i klientom setki kuponów na niedrogie produkty, dzięki którym można oszczędzać wodę i energię, łatwo segregować śmieci i zdrowiej żyć. Naukowcy z Uniwersytetu Surrey monitorują powodzenie tego projektu, a w brytyjskich sklepach Ikea można się zwrócić o radę do „lagom hero”, który doradzi, które gadżety z ich oferty pomogą nam lepiej żyć.

Na Wyspach, zawsze głodnych nowych trendów, powstał też magazyn „Lagom”. Wydawany co pół roku w Bristolu przez małżeństwo, Elliota i Samanthę Stocksów, celebruje ludzi, a nie pusty image. „Interesują nas osobiste historie, które stoją za pokazywanymi przez nas produktami, i motywacje światowych twórców” – głosi ich strona internetowa. Grupa międzynarodowych autorów prezentuje w każdym numerze ciekawe wnętrza, wywiady z artystami i rzemieślnikami oraz pomysły na spędzanie czasu. Bo ten magazyn, jak tłumaczą jego założyciele, ma pokazywać, że można wieść piękne życie w prostocie i harmonii. Proszę nie ziewać – wywiad z grenlandzkim artystą rzeźbiącym w kości był naprawdę ciekawy.

Czy lagom – w sumie znajomy, ale wciąż słabo wypromowany sposób na życie – będzie trendem roku lub kilku lat? Oby. W świecie, w którym ciągle namawia się nas do konsumpcji, lagom oferuje alternatywę. Pierwszy krok to zdanie sobie sprawy z tego, że prawdziwa satysfakcja z życia nie płynie z ilości nagromadzonych dóbr. To dobre nie tylko dla psyche, ale i dla kieszeni. Drugi to wzięcie odpowiedzialności za swój wpływ na lokalną społeczność i na otaczający nas świat. Można zacząć od dbania o środowisko, ale warto na tym nie poprzestawać.

  1. Kultura

W rolach głównych... jedzenie, czyli najpiękniejsze filmy o kuchni

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Podobno nic tak nie odpręża jak gotowanie... albo dobry film. Dla fanów i jednego i drugiego, mamy coś wyjątkowego - listę najpiękniejszych i najciekawszych filmów o jedzeniu, gotowaniu i najmodniejszych restauracjach na świecie!

"Chef's Table"

Londyńska królowa kuchni, nowozelandzki szef kuchni światowej sławy, brazylijski podróżnik i jeden z lepszych kucharzy na świecie - każdy odcinek (a jest ich sporo - na Netflixie dostępnych jest już 6 sezonów serii) poświęcony jest innemu szefowi kuchni z całego świata, który przedstawia swoją historię i kuchnię, której się poświęcił. Oglądając serię "Chef's Table" możemy uczestniczyć w przygotowywaniu najpiękniejszych potraw świata przez profesjonalistów, którzy wprowadzają nas w tajniki gotowania, przyrządzania potraw i opowiadają o swojej miłości do wykonywanego zawodu. Ten serial to uczta dla oczu - przepiękne zdjęcia, świetny montaż, oglądając go aż chce się pobiec do kuchni!

"Cooked"

Jak jedzenie zmienia i kształtuje świat? Serial dokumentalny Netflixa "Cooked" poprzez osobę prowadzącego - Michaela Pollana opowiada o tym, jakie znaczenie ma to co jemy, jak jemy, z kim jemy... Każdy z czterech odcinków opiera się na jednym z żywiołów: ogniu, ziemi, wodzie i powietrzu wykorzystywanych do przekształcania produktów w wysublimowane dania. "Cooked" to też pochwała kuchni jako takiej i zachęcenie do tego, aby gotować w domu częściej i chętniej.

"Jiro śni o sushi"

Film dokumentalny o kimś, kto sztukę robienia sushi opanował do perfekcji. Jiro Ono to (wówczas) 85-letni mężczyzna, który prowadzi swoją restaurację Sukiyabashi w Tokio. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że po pierwsze - znajduje się w podziemiach biurowca, po drugie jest najmniejszą restauracją na świecie (ma tylko 6 miejsc siedzących), która... otrzymała 3 prestiżowe gwiazdki Michelin. Jiro został jednym z najsłynniejszych mistrzów sushi na świecie, a film o nim to także opowieść o wyjątkowej pasji i poświęceniu.

"Podróż na sto stóp"

Choć nie jest to film dokumentalny, a fabuła ostatecznie i tak zostaje sprowadzona do wątku miłosnego, jest to jeden z piękniejszych filmów, w którym jedną z ważniejszych ról odgrywa jedzenie. Helen Mirren wciela się tu w rolę dystyngowanej kobiety, która od lat prowadzi elegancką i odnoszącą ogromne sukcesy restaurację na południu Francji. Pewnego dnia do małego, francuskiego miasteczka przyjeżdża rodzina emigrantów z Indii, którzy otwierają własny lokal naprzeciw wykwintnej restauracji Madame Mallory, którą wyróżniono nawet gwiazdką Michelin. Smaki i zapachy Orientu mieszają się tu z bagietkami, francuskimi serami i owocami morza w przepiękny sposób.

"Julie i Julia"

Film oparty na opowiadaniu, który przenosi nas do dwóch historii - Julii Child, która napisała legendarną książkę kucharską i nauczyła miliony gotować oraz Julie Powell - niespełnionej pisarki, która postanawia wykonać wszystkie przepisy z książki swojej idolki Julii. Pasja do gotowania, przepiękne potrawy i kuchenne zmagania w jednym.

"El Bulli. Kuchnia to sztuka"

Gotowanie jako sztuka - to sformułowanie już dawno nie budzi żadnych kontrowersji. To, że obecnie jedzenie często o wiele bardziej przypomina oryginalną mini-rzeźbę lub inne dzieło sztuki nie budzi już żadnych wątpliwości. Taka też jest kuchnia szefa kuchni bardzo znanej na całym świecie hiszpańskiej restauracji - El Bulli (lokal restauracji otwarty jest jedynie sześć miesięcy w roku, aby przez kolejne sześć, grupa ekspertów pracowała nad stworzeniem nowego menu) , który zmienił gotowanie w prawdziwą sztukę.

"Szef"

Film opowiada historię niejakiego Carla Caspera, który jest szefem kuchni z ogromnymi ambicjami. Gdy Carl traci pracę, zaczyna sprzedawać kanapki kubańskie w foodtrucku, które stają się ulubionym przysmakiem na amerykańskich ulicach. "Szef" to przyjemna opowieść nie tylko o samym jedzeniu, które bez wątpienia odgrywa tu główną rolę, ale także o przezwyciężaniu niepowodzeń, wiary w siebie i ciężkiej pracy, która zawsze popłaca.

"Ramen. Smak wspomnień"

Kto nie kocha ramenu? Ta jedna z obecnie najpopularniejszych zup na świecie doczekała się swojej własnej historii opowiedzianej poprzez przygody młodego, wrażliwego kucharza, który wyrusza w kulinarną podróż. W Singapurze zaczyna coraz mocniej zagłębiać się w azjatyckie potrawy i próbuje poprzez wzorowanie się na dawnych przepisach swojej zmarłej mamy, przypomnieć sobie chwile, które razem spędzili. Spożywanie przeróżnych dań kuchni azjatyckiej będzie tu nie tylko doświadczeniem kulinarnym, ale również podróżą wgłąb relacji rodzinnych i drogą do wybaczania.

 

  1. Kuchnia

Kluski leniwe z masłem palonym - klasyka w nowym wydaniu

Kluski leniwe to przysmak domowej kuchni (Fot. iStock)
Kluski leniwe to przysmak domowej kuchni (Fot. iStock)
Są lekkie, puszyste i rozpływają się w ustach. Dodatek masła palonego sprawia, że tradycyjna polska potrawa kojarzona z barami mlecznymi, staje się daniem, którego nie powstydziłaby się dobra restauracja.

na  3 porcje

  • 300 g tłustego twarogu (najlepiej gładki, śmietanowy)
  • 1 jajko
  • szczypta soli
  • pół łyżeczki cukru wanilinowego - jeśli wolimy na słodko
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • około 1/2 szklanki mąki pszennej
Twaróg wkładamy do miski, dodajemy jajko, mąki (ziemniaczaną i pszenną) oraz sól i cukier (opcjonalnie). Dokładnie mieszamy.

Na stolnicę wysypujemy dość grubą warstwę mąki (2-3 łyżki) i wykładamy na nią masę serową. Wierzch kopczyka również dobrze obsypujemy mąką - to konieczne, bo masa serowa jest dość rzadka i klei się do rąk. Duża ilość mąki pozwoli uformować wałek. 

Gruby wałek  dzielimy na 4 części i formujemy  z nich mniejsze wałeczki. Konieczne jest podsypywanie mąki, by ciasto nie przykleiło się do stolnicy.

Kroimy kluski na ukośne kawałki. Gotujemy wodę w dużym garnku, dodajemy kluski i gotujemy przez kilkanaście sekund od wypłynięcia na powierzchnię.

Odcedzone kluseczki układamy na talerzu i polewamy palonym masłem (poniżej wskazówki, jak je przygotować). Ja lubię również dodatek cynamonu i odrobinę brązowego cukru.

Masło palone powstaje w czasie powolnego podgrzewania masła na patelni. Tłuszcz oddziela się od mlecznej masy, która podczas tego procesu opada na dno i rumieni się, nabierając orzechowego koloru i smaku. Podczas przygotowania masło trzeba cały czas mieszać, żeby się nie przypaliło. Kiedy zabarwi się na brązowo, przelewamy do innego naczynia.

 

 

  1. Kuchnia

Ziemniaki wracają do łask - smaki dzieciństwa

Ziemniaki to cenne źródło witaminy C (Fot. iStock)
Ziemniaki to cenne źródło witaminy C (Fot. iStock)
Ziemniaki to, wbrew pozorom, cenne źródło witamin, a zwłaszcza witaminy C. Oczywiście pod warunkiem, że jej z nich nie wypłuczemy, gotując zbyt długo w nadmiernej ilości wody.

Ziemniaki najlepiej piec w mundurkach, albo gotować w całości w małej ilości wody. Dobrym sposobem jest też przygotowywanie ich na parze.
Smak ziemniaków często przywodzi na myśl beztroskie chwile, zwłaszcza jeśli podamy je w najprostszy możliwy sposób - polane masłem i oprószone solą. Świetnym dodatkiem do ziemniaków jest tak zwany gzik. To prosta potrawa podawana najczęściej w piątek w Wielkopolsce. Tak prosta, że prościej już chyba nie można, ale jest sycąca i  I zawsze w przypadku tak łatwych dań najważniejsze to użyć najlepszej jakości składników – dobrych ziemniaków i smacznego twarogu.

Gzik i pyry

Na 4 porcje: Pyry: 5 ładnych ziemniaków w mundurkach, masło do podania (ziemniaki myjemy szczotką i gotujemy w całości w posolonej wodzie). Gzik: 1 kostka twarogu tłustego lub półtłustego (250 g), 200 ml śmietany i/lub mleka, 1 mała cebula (albo 3 małe dymki), szczypior, sól i pieprz do smaku.

(Fot. Anna Rutkowska, Michał Rutkowski/Mammamija) (Fot. Anna Rutkowska, Michał Rutkowski/Mammamija)

Twaróg rozdrabniamy widelcem, dodajemy śmietanę. Możemy też wlać mleko, gdy uznamy, że jest za gęsty i za suchy. Dodajemy drobno pokrojoną w kostkę cebulę i mieszamy. Do smaku – sól i pieprz. Ziemniaki (rozpołowione widelcem) podajemy z masłem, obok kładziemy gzik i posypujemy go szczypiorem.

Przepis pochodzi z bloga Elizy Mórawskiej, White Plate