1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jest we mnie gracja i seks

Jest we mnie gracja i seks

Joga, taniec orientalny, taniec afrykański, medytacja. Program tych warsztatów zrodził się z połączenia kilku fascynacji i doświadczeń różnych kultur. Fundamentem zajęć jest ruch, w tym joga kundalini. – Ona jest parasolem wszystkich filozofii. To niebywałe, co joga daje ciału i duszy – mówi terapeutka Justyna Durmaj. – Ale inspiracja przyszła do mnie z tańca orientalnego, któremu się poddałam.

Początkowo prowadziła zajęcia oparte tylko o elementy różnych form ruchu, w nawiązaniu do tego tańca. Nazywały się „Pokochaj swoje ciało, pokochaj siebie całą”, bo ich głównym celem była akceptacja siebie i swojego ciała. – Widziałam, jak duży kłopot mają z tym kobiety, jak są wewnętrznie poblokowane i bardzo potrzebują czegoś, co uwolniłoby ich energię – mówi Justyna. – Ale doszłam do wniosku, że sam ruch to za mało.

Uległa fascynacji rytuałami i tańcem afrykańskim, potem dołączyła do tego pracę z oddechem i medytację. – Istota jest w jedności – mówi – w wybraniu z różnych tradycji tego, co w nich najlepsze. Wymyśliła program, w ramach którego spotyka się z kobietami, by zobaczyć, co się dzieje w ciele, w emocjach, czego potrzebują. – Pracujemy z ciałem, ćwiczenia skoncentrowane są na tańcu. Dążymy do tego, by wydobyć z siebie coś, co najlepsze – piękno i grację. Nazwa „Dzika Gracja” oddaje efekt tej pracy: samopoczucie i wygląd uczestniczek po zajęciach. To inspiracja, żeby żyć lepiej – w radości i harmonii.

Cztery pokoje

– Człowiek jest jak dom z czterema pokojami – Justyna Durmaj przedstawia swoją ulubioną teorię. – Te pokoje to Emocje, Duchowość, Ciało i Umysł. Ważne, by utrzymać je wszystkie w równowadze i harmonii. Przynależą im cztery żywioły: ogień (Emocje), woda (Dusza), powietrze (Umysł) i Ziemia (Ciało).

– Opracowałam odpowiednie medytacje i ćwiczenia, by zestroić w sobie pokoje i związane z nimi żywioły – mówi Justyna. – Harmonia we wszystkich daje radość i pozwala uwolnić życiową energię. Także tę bardzo potężną siłę, jaką jest seksualność. Aby móc ją z siebie wydobyć i korzystać z niej, trzeba najpierw docenić swoje ciało. Na przykład tak ważny dla energii seksualnej, a często odrzucany, brzuch. Na zajęciach Justyny uczestniczki dążą do tego, by popatrzeć na niego łaskawie. Odkrywają, jak miło jest go dotknąć, pogłaskać, pogadać z nim. Skupiają się na kolejnych częściach ciała, żeby je zauważyć, zaakceptować i wyeksponować swoje kobiece atrybuty: biodra, pupę, piersi.

– Warto się z nimi komunikować, dostrzec, że są

– mówi Justyna. – Na co dzień o nich nie pamiętamy lub wręcz ich się wstydzimy się, nie lubimy. Przez wewnętrzną rozmowę z ciałem, uwalniamy blokady, napięcia, często nawet ustępuje ból, który dokuczał – karku, ramion czy głowy. Czy budzimy uśpioną zmysłowość? Jak najbardziej!

Czuły masaż

Często uczestniczki warsztatów same inicjują pracę  nad seksualnością. Mają rozmaite problemy związane z tą materią: na przykład przestaje istnieć ich życie seksualne. Albo nie wiedzą, jak wskazać partnerowi swoje potrzeby, co z kolei wiąże się przede wszystkim z nazwaniem i odnalezieniem ich w sobie...

– Nie jest łatwo, bo na nasze postrzeganie seksualności wpływają potężne mechanizmy, na przykład religia – mówi Justyna. – W mentalności chrześcijańskiej seksualnośc jest bowiem oddzielona od sacrum, niesłusznie zepchnięta w stronę cielesności, czegoś grzesznego, słabego.

A takie właśnie myślenie powoduje blokady! Inny kreator naszych wyobrażeń: media. Przez to, co serwują, popadamy w schematy i kompleksy – orgazm ma być taki a taki, a seks ma trwać tyle i tyle. Bzdura! W ramach źle pojmowanego spełnienia seksualnego ludzie ulegają  uzależnieniom, zaczynają traktować seks jak tabletki, które trzeba brać, bo dobre, bo wszyscy to robią. A przecież seks to połączenie energii duchowej i cielesnej z osobą, z którą chce się nią dzielić i to pod każdym względem. To misterium, nie pięciominutowy akt. Podczas zajęć wprowadzam ćwiczenia mięśnia Kegla jako coś naturalnego, nawet gdy nie nastawiamy się akurat na seksualność.

Mówię: A teraz poćwiczymy naszego Kegla – dla jakości własnych i wzajemnych doznań. Przypomnijmy sobie: mamy taki mięsień! Siadamy i napinamy pośladki ze zwróceniem na niego uwagi. Pamiętamy o naszym przyjacielu Keglu. Uczestniczki leżą na brzuchu prawie jak na plaży, pracują pośladkami, napinają je, co wywołuje salwy śmiechu. Obserwują swoje odczucia i bieg energii... Ćwiczmy sprężystość miednicy, bo dla seksualności to ważny fragment organizmu. Albo mówię do nich z czułością: masujemy nasze jajniczki! Nauczyła mnie tego nauczycielka tańców afrykańskich, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Bo mówiąc o sferze seksualnej, używamy zwykle języka medycznego albo wulgarnego. Na moich zajęciach są piersiątka i jajniczki. Nazywając czule, zdrabniając, obłaskawiamy swoje ciało i akceptujemy je. To pierwsza rzecz, jaką możemy dla siebie zrobić – nadać ciepłe nazwy intymnym częściom ciała. To się im należy.

Wiek, płeć, tusza?

Nie mają znaczenia. Żyjemy w świecie, w którym panuje kult młodości. Nie wiek, lecz osobowość i potrzeby są istotne – mówi Justyna. – Na zajęciach tańca orientalnego widuję nastolatki sztywne i poblokowane w pasie lędźwiowo-krzyżowym oraz panie, które mogły być ich matkami i babciami – elastyczne, z pełną świadomością ciała, emanujące seksapilem. Ważne, jak patrzymy na życie – czy ono jest dla nas prezentem. Są osoby, które w wieku 55 lat stwierdzają, że czas umierać, ale i takie, które w tym czasie odkrywają w sobie nową energię do życia, otwierają się na nie. Czasem nawet wtedy, gdy doświadczyły czegoś niedobrego, np. straciły kogoś bliskiego lub przeżyły zdradę partnera – po momencie blokady doszła świadomość, że życie wciąż trwa. Dojrzali ludzie, którzy mają dzieci już na studiach, a nawet wnuki, właśnie w tym momencie pragną zmian.

 

– A seks to bardzo potężna energia, centrum kreatywności w człowieku – twierdzi Justyna. – Widzę, jak świadomość ciała otwiera przed ludźmi nowe możliwości, jak pięknieją. Ba! Stają się nawet szczuplejsi. W czym tkwi tajemnica? W tym, że za uruchomieniem energii seksualnej idzie wzmocnienie albo nawet odnalezienie własnej wartości. I wówczas człowiek postrzega siebie inaczej, przestaje mu być potrzebna bariera w postaci warstwy tłuszczowej, którą często nasz organizm tworzy sobie jako płaszcz ochronny, pod którym nas ukrywa. Te wałeczki tłuszczu przeszkadzają nam, to taki psychiczny i często fizyczny pasożyt. Trzeba go pogonić odpowiednią dietą.

Kanał szczęścia

Zanim zasiądziemy do sesji ćwiczeń, możemy wykonywać szereg drobnych gestów, potrzebnych, uruchamiających dobrą energię, przypominających o aspektach ciała, o których w ogóle nie myślimy. Organy wewnętrzne traktujemy po macoszemu, a warto je docenić. Masować się można przecież nawet podczas rozmowy w kawiarni, np. głaskać po brzuchu, przypomnieć sobie, że on jest. Albo na przystanku, czekając na autobus. Zmarznięte ręce doładować ciepłem płynącym ze splotu słonecznego. Wykonać pierwszy ruch ku sobie, czyli pogładzić się po dłoni. Sami dla siebie jesteśmy nieodkrytym bogactwem.

Jeśli nie okażemy sobie czułości, to jak mamy pozwolić na to komuś innemu? 

Ósemki i kółeczka

Ósemki to bardzo skuteczne ćwiczenie pracy z ciałem – kojarzą się z nieskończonością, harmonią. Kiedy wykonujemy je w poziomie i pionie, ciało zaczyna płynąć, czujemy energię i jej ruch ku górze. Ósemki należy robić w swoim tempie i rytmie, z zamkniętymi oczami, by lepiej skomunikować się ze swoim ciałem, przez około 5 minut.

– Na zajęciach ósemki ćwiczymy z muzyką – dodaje Justyna. – Wtedy pada hasło: „Odpalamy orgazmotron”– pochodzi z mojej kolekcji tańców orientalnych. Muzyka jest romantyczna, wolna, spokojna. Ćwicząc w domu, można sobie dobrać podobną – ważne, żeby dobrze się czuć w jej dźwiękach.

W uwalnianiu energii seksualnej bardzo pomaga praca z miednicą, a na jej elastyczność świetnie wpływają tzw. kółeczka afrykańskie. Najpierw przesuwamy się w przód, w tył i na boki, potem łączymy ten ruch w maleńkie kółeczka wykonywane samą miednicą, na ugiętych w kolanach nogach. Najlepiej robić to przy dynamicznej muzyce nasyconej rytmem bębnów i do czasu aż poczujemy rozluźnienie i wzrastającą temperaturę. Kontynuujemy ćwiczenia miednicy poprzez intensywne wypychanie bioder w przód i na boki, stojąc w rozkroku na prostych nogach, czy podrzucanie w tył pośladków poprzez zaciskanie mięśni, przy jednoczesnym zginaniu nóg w kolanie.

Rzeźbić dłońmi partnera

To bardzo piękne i zmysłowe ćwiczenie dla par. Prowadzi do odblokowania, wytworzenia intymności i otwarcia się na dotyk. Stajemy naprzeciwko siebie, zamykamy oczy i na zmianę prowadzimy dłonie po ciele partnera, od czubka głowy aż do stóp – tak, jakbyśmy chcieli wyrzeźbić sylwetkę drugiej osoby. Robimy to z wielką uważnością, nie omijamy żadnego elementu postaci. Uświadamiamy sobie ciało swoje i partnera, doświadczamy sacrum współistnienia.

– Coraz mniej ze sobą przebywamy, coraz mniej się dotykamy. A szkoda. Zadbajmy o dotyk. I uwaga! – mężczyźni też bardzo go potrzebują. Warto przełamać ich opór, głaskać i przytulać. Wzajemny masaż, ósemki w parze, kółeczka arykańskie, harmonizacja miednicy przez intensywne ruchy... – to bardzo skuteczne formy działania, chociaż mężczyźni nadal uważają je za babskie i nie chcą przyjąć faktu, że także mają miednicę. Na szczęście to się powoli zmienia.

Otwarcie serca

Praca z biustem, ćwiczenia z klatką piersiową, to często trudne wyzwania, ale jak wielka przyjemność, kiedy poczujemy elastyczność swego ciała.

Na stojąco, choć na początku łatwiej na siedząco, wykonujemy klatką piersiową znak V, przesuwając ją na boki i do góry, wypychając do przodu i dla równowagi wyginając kręgosłup – podobnie jak w tzw. kocim grzbiecie. Ważne, żeby ruch był zsynchronizowany z oddechem. Odblokowuje to kręgosłup na odcinku związanym z czakrą serca – bo tam tłamsimy często uczucia takie jak zranione serce, ból emocjonalny, a to może promieniować i wywoływać nawet fizyczny ból na wysokości karku czy płuc.  

Dzienniczek przyjemności

– Ogromną rolę w moim programie spełnia docenienie i szukanie pozytywnych aspektów życia, wszystkiego tego, co sprawia nam przyjemność – mówi Justyna. – Namawiam uczestniczki do prowadzenia dzienniczka przyjemności. Na koniec zajęć muszą powiedzieć, co miłego zrobią dla siebie jeszcze tego samego dnia, a co zamierzają wprowadzić i systematycznie kontynuować. Zauważone, utrwalone na piśmie radości wzmacniają nas w codziennym życiu. Bardzo zachęcam do prowadzenia takiego dzienniczka.Najlepiej od zaraz!   

Doładowanie czakr

To ćwiczenie jest formą medytacji ładującej czakry, czyli centra energetyczne naszego ciała, z odpowiednio przypisanymi im kolorami. Wypracowujemy w ten sposób harmonię czakr. Ćwiczenie połączone jest z wizualizacją: należy usiąść w skupieniu, głęboko oddychać, zatrzymywać myśli na kolejnych czakrach i wyobrażać sobie, że każdą napełniamy odpowiednim kolorem.

  • Czakra korony – potrzebuje  bieli
  • Czakra trzeciego oka – fioletu
  • Czakra gardła – niebieskiego
  • Czakra serca – różowego i zieleni
  • Czakra splotu słonecznego – żółtego
  • Czakra seksualna – pomarańczowego
  • Czakra podstawy – czerwieni

Justyna Durmaj psycholożka, terapeutka, twórczyni warsztatów "Dzika Gracja".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Dojrzały seks – mądrzejsza i głębsza forma miłości

Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Jest przejawem mądrości, głębszego sposobu kochania. Teraz ważniejsza od ilości staje się jakość zmysłowych doznań.

Eros, syn bogini nieba, jest niebiański i czcić go powinny państwa i ludzie zwyczajni, bo on do pracy nad sobą zmusza, on udoskonala tych, którzy sami kochają, i tych, co sobie miłość zyskać potrafili – pisał Platon w „Uczcie”. Moc Erosa do dziś nie straciła na sile i uniwersalności. Wciąż nas porywa, sprawia, że pragniemy drugiego człowieka bardziej niż czegokolwiek. Ślepniemy na jego wady i go idealizujemy. Uzależniamy się od jego bliskości i chcemy spędzać z nim każdą chwilę. I przeżywamy stany wielkiego, gwałtownego szczęścia. Ale to jedna strona. A druga? Eros jest rozedrgany, miotany skrajnymi emocjami, w których od miłości do nienawiści czasem tylko jeden krok. Jest niepohamowany i dziki. Świetnie się sprawdza jako łóżkowy „zapalnik”, lecz nie rozumie, że drugi człowiek to odrębna istota, która może chcieć czegoś innego, potrzebować własnej przestrzeni. Jest zaborczy i zazdrosny, nie tylko o czyn, ale nawet spojrzenie, gest, myśl. „Miłość takie rzeczy z ludźmi wyprawia, że nieszczęśliwym każe się martwić rzeczami, którymi by się nikt nie martwił, a szczęśliwym chwalić każe takie, którymi się cieszyć nie warto” – to też Platona.

Eros i Philos

Dziś już wiemy, że to kwestia skomplikowanej „kąpieli chemicznej”, wręcz „chemicznego jaccuzzi”, w którego oparach wirują komórki mózgowe – organizm zakochanych produkuje fenyloetyloaminę, hormon sprawiający, że uzależniają się od przyjemności, jaką niesie obecność kochanej osoby. Wzbudza też uczucie całkowitego odrealnienia: zakochani bujają w obłokach, świat wydaje się im piękniejszy, znikają problemy... I podejmują różne dziwne decyzje. Dodatkowy efekt: wyostrzeniu ulegają zmysły, a więc kontakt fizyczny sprawia im ogromną przyjemność. Co więcej, seks jest wtedy szczególnie obfity i satysfakcjonujący, bo w stanie zakochania obie płcie spotykają się w miłości, także fizycznej. Kobiecy organizm produkuje wówczas nieco więcej testosteronu, a to zwiększa apetyt na seks. Z kolei „zmiękczony” działaniem wydzielanej obficie dopaminy mózg mężczyzny skłania go do zachowań pełnych ciepła i czułości, tak bardzo lubianych przez partnerkę.

– Na początku związku seks rodzi się z pożądania – mówi Anna Gawkowska, psycholożka i terapeutka. – Pierwsze miesiące iskrzą od libido, co zaspokaja apetyt na przygodę, potrzebę ekscytacji i silnych przeżyć. Przyspieszone bicie serca, pożądanie, popęd, ekscytacja, motyle w brzuchu, drżenie rąk i nóg… Przyjemne, intensywne i odrywające od zmartwień szarej, nudnej rzeczywistości. Łatwo się od takiego stanu uzależnić i zacząć go gloryfikować. Mało w nim jednak świadomości, refleksji i przeżycia na poziomie duchowym.

To cudowne preludium, ale tylko preludium. Bo kiedy partnerzy są ze sobą dłużej, wszystko się zmienia. Stan zakochania jest stanem wyjątkowym i nietrwałym. Naukowcy uważają, że po mniej więcej dwóch latach (u szczęśliwców ten okres wydłuża się czasem do czterech) mózg uodparnia się na fenyloetyloaminę, pożądanie słabnie, a z nim miłość zmysłowa. Ale może to i lepiej? Eros ustępuje wtedy miejsca (według typologii Platona) Philosowi – mądrzejszej i głębszej formie miłości. Gdy kochanków łączą już nie tylko szalone porywy serca, namiętność i przekonanie, że bez tej drugiej osoby świat przestałby istnieć, pojawiają się inne wartości – może mniej intensywnie przeżywane, lecz równie, lub nawet bardziej, satysfakcjonujące.

– Na tym etapie związku partnerzy są ze sobą nie dla chwili przyjemności, lecz dla obopólnego pożytku – mówi Gawkowska. – Nie tylko się kochają, także szanują siebie i swoją odrębność. Zaczynają się przyjaźnić, ale zmysłowość i erotyka nadal działają między nimi, tyle że gdzie indziej tryska źródło potrzeby zbliżenia: w zażyłości, bliskości, intymności, przywiązaniu, cieple i bezpieczeństwie. To wcale nie jest gorsze niż pierwsze porywy serca, bo ten rodzaj seksu zaspokaja głębsze potrzeby: pozwala nasycić się kontaktem. Jest wypadkową mocnej więzi i bliskiej relacji, mniej sprowadza się do cielesnej przyjemności – jest bardziej znaczący.

Ciepło i zaufanie

W dojrzałej relacji umiemy ze sobą rozmawiać, rozumieć się i rozwiązywać problemy, więc nie przenosimy ich do sypialni i seks nie musi już być używany jako oręż w walce czy moneta przetargowa. Partnerzy poznali się i dotarli, przestają wstydzić się siebie nawzajem, zachowują się swobodnie, bo w pełni akceptują swoją fizyczność. Dobrze znają swoje potrzeby, oczekiwania, czułe miejsca, mapy rozkoszy. A wtedy łatwiej sprawiać sobie nawzajem przyjemność. Odmienność takiego seksu polega między innymi na tym, że chociaż mniej „pełnego” kontaktu seksualnego, to więcej kontaktu w ogóle – i to jest wspaniałe. Nagle to, kto zrobi zakupy, może być rodzajem gry wstępnej… Takie podejście doskonale służy kobietom, dla których seks jest ukoronowaniem związku: rozmów, wspólnej codzienności, usłyszanych od partnera komplementów, ale także... wyniesionych przez niego śmieci czy zmytych po kolacji naczyń. W zorganizowanym kiedyś konkursie na najpiękniejsze zdanie miłości pierwsze miejsce zajęło: „Ty śpij, kochanie, ja ją przewinę”… Potrzeba bliskości z partnerem jest u kobiet tak wielka, że chętnie oddadzą za to nieco namiętności.

– Najważniejsze, że nie musimy niczego cenzurować ani nikogo udawać, co często się zdarza na początku związku – podkreśla psycholożka. – Wzajemne zaufanie pozwala nam czerpać dodatkową przyjemność z seksu. Może już nie jest tak dziki i nie uprawiamy go tak często, ale osiąga inny wymiar. Mądrzy szczęściarze uczą się delektować codzienną bliskością i akceptują fakt, że ekscytacja musi kiedyś opaść. Bo ile można się spalać w poszukiwaniu nowych podniet, przeprowadzaniu coraz bardziej ryzykownych eksperymentów… – Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy – uważa Anna Gawkowska.

Dojrzewa relacja, a wraz z nią dojrzewają również kochankowie. Nie są już tak łapczywi i stale siebie głodni. Młodzi ludzie mają zwykle problem z nasyceniem się partnerem, bo jeszcze nie potrafią tego zrobić, a amplituda ich emocji jest duża – miłość przeplata się z nienawiścią, a to bywa czasem bardzo męczące. Ponadto wydaje się im, że są nieśmiertelni, że cały świat do nich należy, że nic się nie kończy – więc nie dbają zanadto o relację. I kiedy napotkają na jakiś problem, często zamiast go rozwiązać… zrywają ze sobą i zaczynają nowy związek, wchodzą w inną relację, bo to wydaje się najłatwiejsze. Mądry kochanek zdaje sobie sprawę, że nowy partner nie odmieni jego życia, dopóki sam nie zmieni czegoś w sobie.

Ani młodzi, ani gniewni

– Młodzi idą na ilość: mężczyźni przechwalają się, ile to mieli partnerek, a kobiety, ilu facetów się w nich kocha – mówi psycholożka. – Kiedy dojrzeją, wolą jeden wypróbowany związek niż sto przygodnych partnerów. Teraz ważniejsza staje się jakość. Dojrzały seks jest nastawiony zarówno na branie, jak i dawanie. Młodzieńczy bywa bardziej egoistyczny.

Dorosły człowiek znajduje w sobie już tak mocne oparcie, że nie musi się wciąż gimnastykować i potwierdzać swoją wartość poprzez zewnętrzne objawy typu: „mam superdziewczynę, która uważa mnie za superkochanka i chce ze mną być”. Potrafi związać się z kimś dla czystej przyjemności bycia z tą osobą.

– Dla łóżkowej satysfakcji bardzo ważne jest to, że w miarę dojrzewania rozprawiamy się ze swoimi zahamowaniami – tłumaczy Gawkowska. – Każdy ma swoje kompleksy, granice, które zostały nam świadomie lub nieświadomie wpojone przez środowisko, w jakim dorastaliśmy. To wszystko ulega weryfikacji pod wpływem doświadczeń i kolejnych związków. Badamy teren i odkrywamy obszary, na których czujemy się bezpiecznie i komfortowo. Przekonujemy się, że sfery „zakazane” nie są wcale takie straszne i takie zakazane. Rozwijamy się i zmieniamy. Kobieta w wieku dojrzałym czerpie z seksu więcej korzyści niż wtedy, kiedy wchodziła w świat erotyki. Zwłaszcza, że aby pokonać zahamowania, potrzebuje współpracy, pomocy, doświadczenia i czułości partnera. A z tym bywa czasem problem, bo akurat wtedy, kiedy ona pragnie być delikatnie i z wyczuciem przeprowadzana przez kolejne bramy, jej partnerem najczęściej jest równolatek – jurny i buzujący od testosteronu młody mężczyzna, który możliwie najkrótszą drogą „dochodzi do bazy”. Jeśli przy okazji zapomni zadbać o przyjemność i komfort kobiety, pokonywanie zahamowań może okazać się trudne.

– Dojrzały seks daje to, do czego służy: pragnienie przyjemności, bliskości i cielesnego bycia ze sobą – podkreśla psycholożka. – Przestajemy traktować łóżko jako zaspokojenie pozaseksualnych potrzeb, nie szukamy za jego pośrednictwem dowartościowania.

Zdrowa, świadoma swoich atutów i wad osoba może być sama albo z kimś w dobrym związku. Uprawia seks, bo chce, a nie dlatego, że musi. Nie uważa też, że ten dobry jest wyłącznie spontaniczny, spada nagle i znienacka. Wie, że planowanie miłosnego zbliżenia może przedłużać rozkosz i zwiększać na nią apetyt. Ma też zupełnie inny stosunek do eksperymentów niż kilka czy kilkanaście lat wcześniej, kiedy chciała spróbować wszystkiego, co nowe i ma w dodatku walor zakazanego owocu. Eksperymenty niosą dużą dawkę ekscytacji, zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Oba rodzaje są pobudzające i sprawiają, że człowiek czuje, że żyje. Dojrzały kochanek mniej ich jednak potrzebuje. Już zasmakował wielu przyjemności, rozkoszy, poznał swoje czułe miejsca i granice. Już wie, co lubi i z całej palety możliwości wybiera to, na co ma ochotę. A jeśli jest coś, czego do tej pory nie zasmakował, a pragnąłby, łatwiej poprosi o to kochankę, bo jest pewien jej miłości, życzliwości i akceptacji. Wie, że nawet nieudany eksperyment nie wpłynie na stałość czy jakość ich relacji i że w każdej chwili uszanowane zostanie jego „nie”. To dodaje mu odwagi.

  1. Psychologia

Co nam przeszkadza osiągnąć sukces? Czy wiemy dokąd zmierzamy?

Marzymy o sukcesie, a często nie wiemy dokąd tak naprawdę zmierzamy... (fot. iStock)
Marzymy o sukcesie, a często nie wiemy dokąd tak naprawdę zmierzamy... (fot. iStock)
Gdybym powiedziała wam, że moim celem jest być bogatą… robić to, co kocham i mieć szczęśliwy związek – co byście odpowiedziały? Kiedyś wyznaczyłam sobie takie cele, wiem, że mogły się wydać wtedy szalone, jednak to, co najbardziej mnie zaskakuje, to życie, które sprawiło, że się spełniły.

Duża liczba kobiet prowadzi życie grzecznych dziewczynek – potulnie wsłuchują się w czyjeś polecenia i wykonują je, starając się przypodobać pracodawcom i wyrzucając sobie, że są niedostatecznie dobre, aby osiągnąć sukces zawodowy, o którym marzą. Warto zdać sobie sprawę, że sukces tak naprawdę jest kwestią podjęcia decyzji. Co nam w tym przeszkadza? Uwarunkowane przeszłością przekonania.

Kiedy rozmawiam z klientami o ich marzeniach zawodowych, większość z nich nie jest mentalnie gotowa, aby wyobrazić sobie życie swoich marzeń lub pracę, która da im poczucie spełnienia. To bardzo ważny początek – podjęcie decyzji o zmianie we własnej głowie i wyobrażenie sobie konsekwencji tej decyzji, czyli tego, jak zmieni się życie nasze i bliskich, kiedy tego dokonamy. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to połowa drogi do celu.

Z czym ci się kojarzy sukces?

Dlaczego to pozornie proste zadanie przysparza wielu osobom trudności? Z powodu skojarzeń związanych z sukcesem. Dlatego na początek warto jest napisać na kartce – bez zastanowienia – z czym kojarzy ci się sukces. Wiele kobiet marzy o wysokim stanowisku, ale jednocześnie mają poczucie, że wtedy będą niedostatecznie dobrymi matkami lub partnerkami albo że nie będą miały czasu dla bliskich, ponieważ będą musiały pracować do późna. Niektóre kobiety uważają, że nie nadają się na kobiety sukcesu, ponieważ są za mało przebojowe lub za mało wykształcone.

Te wszystkie myśli są swoistym strażnikiem chroniącym nas przed działaniem. Tak naprawdę to, co myślimy o spełnieniu zawodowym, jest naszym dialogiem wewnętrznym, czyli niczym innym jak opinią, którą usłyszeliśmy wielokrotnie w dzieciństwie od tych, którzy mieli wpływ na nasze wychowanie. Pocieszający jest fakt, że w każdej chwili możemy zmienić swój dialog wewnętrzny poprzez koncentrację na tym, co nas wspiera, na ludziach i wydarzeniach, które potwierdzają, że prawda jest tym, w co wierzę, a nie tym, co ktoś przed wieloma laty mi wpoił.

Ciało da podpowiedź

Przygodę z sukcesem należy zacząć zatem od rozpoznania dialogu wewnętrznego oraz od kontaktu z własnym ciałem. Jeśli powtarzam sobie w głębi duszy, że jestem za słaba lub za stara, ciało będzie to potwierdzało. Kondycja naszego ciała jest szansą na rozpoznanie wzorców, według których działamy, i oczywiście na ich świadomą zmianę. Bo jak to jest, że niektóre kobiety wchodzą do jakiegoś pomieszczenia i od razu zwracają uwagę innych? Pociągają pewnością siebie, swoim magnetyzmem. Taki magnetyzm można w sobie rozwinąć również poprzez kontakt z ciałem. Obecność w ciele najłatwiej można wykształcić poprzez koncentrację na okolicy pępka, kiedy bowiem skupiamy się na centralnym punkcie ciężkości, zwiększa się osobista obecność, ruch staje się bardziej dynamiczny, wzrasta pewność siebie...

Bajka o sobie

Kiedy już rozpoznamy swój wewnętrzny głos, warto napisać bajkę ze sobą w roli głównej. Wielu osobom propozycja ta wydaje się infantylna, jednak z doświadczenia wiem, że narzędzie to ma niezwykłą moc transformacji podświadomości – niejednokrotnie byłam świadkiem nagłych zmian życiowych u osób, które podjęły się takiego zadania. Sama również ich doświadczałam po napisaniu bajki o sobie – w zadziwiający sposób to, co się wydarzało, pasowało do nowo napisanego skryptu. Aby stworzyć sobie takie życie, o jakim marzymy, musimy nauczyć się zauważać, kiedy zaczynamy tracić swoje pragnienia z pola widzenia, jeśli bowiem nie potrafimy określić i poczuć, czego dokładnie chcemy, nigdy to się nie ziści. Niezwykle ważne jest, aby pragnienie sukcesu rodziło się z radości kreacji własnego życia – najważniejszą wskazówką w drodze do celu jest kierowanie się radością. Tylko w ten sposób, gdy już osiągniemy ten cel, da on nam poczucie spełnienia na poziomie emocji.

To ty wyznaczasz kierunek

Zachęcam was, idźcie odważnie za swoimi pragnieniami i nie próbujcie w sposób racjonalny przekonywać siebie, co jest możliwe, a co nie. Niech wasze pragnienia będą jak latarnia morska, która wskazuje kierunek. Dokonajcie świadomego wyboru, bądźcie cierpliwe i niech drobne sztormy nie pozwolą wam stracić z oczu światła latarni.

Dorota Hołówka: prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Zdrowie

Problem bezczynnych nóg. Czy skłonność do powstawania żylaków jest dziedziczna?

Żylaki zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. (Fot. iStock)
Żylaki zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. (Fot. iStock)
Po naszych przodkach najchętniej dziedziczylibyśmy fortunę, tymczasem dostaje się nam np. słaba wydolność żył… Ale nie załamujmy się. Dlaczego warto siedzieć z nogami na stole i jak używać encyklopedii do spania – mówi Dariusz Kuś, specjalista chirurgii ogólnej.

Czy żylaki siedzą w naszych genach?
Niestety tak. Skłonność do powstawania żylaków kończyn dolnych jest dziedziczona. Ale, na szczęście, możemy do pewnego stopnia ten determinizm genetyczny kontrolować – przez odpowiednie nawyki czy dietę.

Jak wygląda mechanizm powstawania żylaków?
Żylak to po prostu utrwalone nadmierne rozszerzenie żyły. Ale żeby zrozumieć, jak dochodzi do jego powstania, trzeba wiedzieć, jaką funkcję żyły pełnią…

Odprowadzają „zużytą” krew do serca.
Właśnie. To proszę sobie wyobrazić, jaką pracę muszą wykonać, aby przepchnąć krew od kostek do klatki piersiowej. To jest ponad metr wysokości bardzo rozbudowanego systemu naczyń mającego pokonać siłę grawitacji. Pomaga im w tym oczywiście praca serca i skurcze mięśni. Do tego w żyłach co kilka centymetrów znajdują się zastawki, które nie pozwalają cofać się przepchniętej krwi. Czasem jednak to nie wystarcza. Dzieje się tak szczególnie, kiedy za rzadko używamy pracy nóg – bo mięśnie to pompa. Kiedy nie chodzimy, nie biegamy, pozostawiamy nogi w bezruchu podczas pracy czy podróży, zwalnia to przepływ krwi i żyły w nogach zaczynają się za bardzo wypełniać krwią.

Rozciągają się?
Właśnie. Zastawki robią się niewydolne, pękają i krew spływa ściągana w dół siłą grawitacji – to tak zwany refluks żylny. Pod skórą zaś widzimy poszerzone naczynia krwionośne. Pierwszym objawem, że z krążeniem w nogach coś się dzieje, są zwykle niegroźne, choć brzydkie pajączki naczyniowe. Na szczęście, zanim z tego zrobi się żylak, a z żylaka problem medyczny grożący komplikacjami, potrzeba lat.

Czym grożą żylaki?
Zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. Dlatego gdy żylak już powstanie, należy zgłosić się do chirurga...

…który go wytnie? A to nie zostawi blizny tak szpetnej jak sam żylak?
Po pierwsze, może wcale nie wytnie. Małe żylaki i pajączki naczyniowe można zamknąć na przykład laserem. Inne rzeczywiście usuwamy, ale dbając o efekt kosmetyczny.

Jak długo trwa rekonwalescencja?
Czasem tylko kilka dni, czasem tydzień, dwa. Zawsze po takim zabiegu trzeba nosić uciskowe rajstopy albo pończochy.

Po co?
Bo jak usuniemy żyłę, to krew, która przez nią płynęła, musi sobie znaleźć inne miejsce przepływu. Uciskiem kierujemy ją do żył położonych głęboko w mięśniach.

A głębokie żyły wytrzymają nową porcję krwi?
Wytrzymają. Zresztą tamtędy płynie aż 90 proc. krwi żylnej. Żyły są trochę jak system rzek. Małe strumyki, potoki łączą się w coraz większe i w końcu powstają duże rozlewiska. W nodze od kostki do pachwiny jest prawdziwa Wisła – to położona podskórnie żyła odpiszczelowa. Jest też oczywiście i Odra – żyła odstrzałkowa, która biegnie podskórnie po tylnej powierzchni łydki, kończąc się na wysokości kolana. Przed każdym zabiegiem robimy specjalne USG dopplerowskie, które ocenia stan i morfologię żył oraz przepływ krwi i wydolność zastawek.

Siedzenie z nogami do góry chroni nas przed żylakami?
Zakładanie nóg na stół z pewnością jest zdrowe. Gdy podniesiemy nogi do góry, to krew spływa z żył jak na zjeżdżalni, jest jej łatwiej pokonać grawitację. Dlatego polecam podkładanie encyklopedii pod nogi łóżka, a w każdym razie stosowanie specjalnych trójkątów pod materac lub ruchomego stelaża łóżkowego. Dla właściwego odpoczynku żył wystarczy, by stopa była 5–10 cm wyżej niż kolano.

  1. Moda i uroda

Technomodelowanie – nowe zabiegi i kosmetyki do ciała

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dla osób, które chcą zrzucić zbędne kilogramy, trzymają dietę i trwają w treningu, mamy dobrą wiadomość - nowe technologie przychodzą im z pomocą. W tym sezonie pojawiło się kilka zabiegów, które zaskakują możliwościami - bezpiecznie, szybko i skutecznie pomagają ujędrnić ciało, wymodelować sylwetkę, pozbyć się celullitu.

Target Body, Klinika Strzałkowski, autorska metoda usuwania opornej tkanki tłuszczowej

Target Body to zabieg na ciało opracowany przez ekspertów z Kliniki Strzałkowski. W metodzie tej połączono trzy technologie służące modelowaniu sylwetki, a całość wymaga jedynie dwóch wizyt w gabinecie.

Podczas pierwszego spotkania wykonywana jest karboksyterapia, podczas której „zmiękcza się” tkankę tłuszczową. Zbieg ten polega na ostrzykiwaniu skóry medycznym CO2 - poprawia to ukrwienie, przyspiesza lipolizę i usprawnia drenaż. Dzięki temu tłuszczyk staje się bardziej podatny na działanie zimna wykorzystywanego w dalszym etapie zabiegu.

Po tygodniu robiona jest kriolipoliza Cooltech. Technologia ta w bezpieczny i bezbolesny sposób schładza tkankę tłuszczową na wybranym obszarze do minus 8 stopni C (przez 70 minut), co powoduje zniszczenie komórek tłuszczowych, które są następnie usuwane z organizmu w naturalnych procesach metabolicznych. W czasie tej samej wizyty stosuje się również falę uderzeniową Liposhock – technologia ta pomaga organizmowi szybszej metabolizować rozbite komórki tłuszczowe i dodatkowo niszczy je mechanicznie poprawiając efektywność kriolipolizy nawet o 20 proc!

Zabieg pozwala pozbyć się tzw. opornej tkanki tłuszczowej, która nie poddaje się diecie czy ćwiczeniom.

Przed każdym zabiegiem lekarz lub kosmetolog przeprowadza szczegółowy wywiad zdrowotny w celu wykluczenia ewentualnych przeciwwskazań do zabiegu. Cena za jeden obszar 990 zł.

HI-EMT, Barberian Esthetic, elektromagnetyczna stymulacja mięśni z jednoczesną redukcją tkanki tłuszczowej

Technologia HI-EMT polega na elektromagnetycznej stymulacji mięśni. Skoncentrowane pole elektromagnetyczne przenika przez tkanki skórne i tłuszczowe aż do poziomu mięśni zapewniając ich intensywne i ciągłe skurcze. W wyniku zabiegu, w zależności od dobranego programu, następuje wzmocnienie mięśni i redukcja tkanki tłuszczowej (brzuch, uda, ramiona), a w wybranych przypadkach również intensywny wzrost mięśni (pośladki). Wskazaniem do zabiegu jest nie tylko chęć pozbycia się nadmiaru tkanki tłuszczowej z poszczególnych partii, ale też wzmocnienie i odbudowa osłabionych mięśni brzucha, pośladków, ramion, ud, talii, czy ujędrnienie brzucha po ciąży albo potrzeba przyrostu masy mięśniowej np. w przypadku deficytów czy zaników mięśniowych w przypadku kontuzji czy powikłań pochorobowych (niedowłady). Przed każdym zabiegiem lekarz lub kosmetolog przeprowadza szczegółowy wywiad zdrowotny w celu wykluczenia ewentualnych przeciwwskazań do zabiegu. Cena: pojedynczy zabieg 899 zł Cena pakietu 4 zabiegów 1797 zł.

HIFU, Klinika Miracki

HIFU (ang. High Intensity Focused Ultrasounds) to technologia z wykorzystaniem wysokoenergetycznych fal ultradźwiękowych, która zrewolucjonizowała branżę medycyny estetycznej - pozwala na intensywny lifting i ujędrnienie skóry, z jednoczesnym efektem wyszczuplenia.

Dużą zaletą technologii HIFU jest jej nieinwazyjność. Podczas zabiegu do skóry przykładane są specjalnie dobrane głowice, które emitując energię ultradźwiękową, rozgrzewają w kontrolowany sposób tkankę do temperatury 65-75 stopni C. Ciągłość naskórka nie zostaje naruszona, a zabieg nie wymaga rekonwalescencji – po wyjściu z gabinetu można od razu wrócić do codziennych czynności, choć skóra będzie lekko zaczerwieniona i nieznacznie obrzęknięta.

Oddziaływanie fali ultradźwiękowej na skórę właściwą, komórki tłuszczowe oraz powięź mięśniową powoduje proces mikro termokoagulacjiw skórze zaczynają zachodzić głębokie procesy regeneracyjne. Przegrzana tkanka rozpoczyna intensywne namnażanie kolagenu i elastyny, włókna obkurczają się, nadając przy tym skórze jędrności, zaś komórki tłuszczowe, jeśli deponujemy energię na odpowiedniej głębokości, zostają rozbite – wyjaśnia doktor Krzysztof Miracki z Kliniki Miracki.

Po zabiegu liftingu ultradźwiękowego dany obszar twarzy lub ciała staje się bardziej napięty, ujędrniony lub wyszczuplony, a co najważniejsze efekt tej rewitalizacji jest długotrwały. Zregenerowana skóra zazwyczaj długo nie wraca do poprzedniego stanu, a proces starzenia na obszarze poddanym zabiegowi ma wolniejszy przebieg. Dzięki terapii HIFU skóra ulega intensywnej przebudowie termicznej, a finalne efekty zabiegu można zaobserwować po 2-3 miesiącach – czas ten wynika z naturalnego cyklu regeneracji skóry i produkcji włókien kolagenowych. Do uzyskania oczekiwanych rezultatów zazwyczaj wystarczy jeden zabieg, jednak często pacjenci decydują się na powtórzenie terapii, aby zintensyfikować efekty. Cena uzależniona jest od obaszaru, na którym wykonywany jest zabieg.

Kosmetyki ujędrniające do stosowania w domu

Eisenberg, Body Refining - Serum wyszczuplające do ciała

Eisenberg, Body Refining Serum wyszczuplające do ciała, 419 zł/150 mlEisenberg, Body Refining Serum wyszczuplające do ciała, 419 zł/150 ml

Produkt opracowany na bazie najnowszych badań klinicznych idealny zwłaszcza do walki z miejscową kumulacją tłuszczu i opornym cellulitem. Formuła zawiera wyciągi roślinne z Bupleurum Chinese, kofeiny i kakaowca właściwego, które stymulują lipolizę oraz koenzym A przyspieszający proces spalania kwasów tłuszczowych i ich eliminację. Kombinacja składników naturalnych, w wyjątkowej formule, jest sposobem uzyskania silnego efektu lipolitycznego (symultaniczna aktywacja w kilku kierunkach) i zwiększonej eliminacji kwasów tłuszczowych. Pozbycie się kumulacji tłuszczu i cellulitu w obrębie stref problematycznych, czyli ramion, brzucha, bioder, pośladków, ud i kolan. Efekt* eliminacji nadmiaru wody i tkanki tłuszczowej widoczny już po 2 tygodniach! Serum powinno być aplikowane dwa razy dziennie na ramiona, brzuch, biodra, pośladki, uda, kolana; ruchami kolistymi aż do całkowitego wchłonięcia przez minimum 56 dni, przed zastosowaniem ulubionej pielęgnacji do ciała. *badania kliniczne prowadzone pod kontrolą dermatologiczną.

Nuxe Body, ujędrniający krem do ciała

Nuxe, Body Reve de The, tonizujący krem ujędrniający 129 zł/200 mlNuxe, Body Reve de The, tonizujący krem ujędrniający 129 zł/200 ml

Preparat o bogatej konsystencji, ma formułę zapewniającą podwójne działanie – ujędrniające i przeciwstarzeniowe. Tonizujący krem zawiera ujędrniający duet łączący zieloną herbatę i ekstrakt z żyta. Skóra odzyskuje elastyczność i jędrność.

Elancyl, My Coach dermokosmetyk antycellulitowy

Elancyl, My Coach! 128 zł/200 ml (w aptece i sklepie internetowym dermo-cosmeshop.pl)Elancyl, My Coach! 128 zł/200 ml (w aptece i sklepie internetowym dermo-cosmeshop.pl)

Skutecznie wygładza nierówności, działa ujędrniająco i antycellulitowo, co zostało potwierdzone w badaniach klinicznych. Zawiera 89 proc. składników naturalnego pochodzenia. Mikroalga Tisochrysis Lutea, kofeina i ekstrakt z bluszczu intensywnie stymulują proces spalania kwasów tłuszczowych, blokują ich syntezę oraz przyspieszają drenaż - odpływ limfy z tkanki tłuszczowej. Pochodząca w wulkanicznych Wysp Kanaryjskich Mikroalga Tisochrysis Lutea aktywuje aktywne u sportowców beżowe adipocyty, dzięki czemu nawet tak zwyczajne czynności jak taniec, wchodzenie po schodach czy spacer są aż 4 razy bardziej skuteczne w wyszczuplaniu sylwetki.
Lekka konsystencja żelu-kremu o odświeżającej nucie zapachowej szybko się wchłania nie pozostawiając filmu na powierzchni skóry. Wystarczy aplikacja raz dziennie, najlepiej w trakcie zalecanego minutowego masażu.

  1. Zdrowie

Dzienniczek zdrowia na nadgarstku. Na czym polega idea life-trackingu?

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Zamiłowanie do nowoczesnych gadżetów (np. zegarków lub telefonów z funkcją pomiaru aktywności) okazuje się przydatne w diagnozowaniu chorób i motywowaniu się do regularnego dbania o siebie. Na czym polega idea life-trackingu i jakie parametry organizmu warto monitorować, sprawdza dziennikarka Ewa Pągowska.

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto przynajmniej nie sprawdził, jak działa aplikacja do analizy snu, zapisywania przyjmowanych kalorii, śledzenia aktywności fizycznej czy cyklu miesiączkowego. Miłośnicy gadżetów sięgają po wagi, które poza masą ciała pokazują jego skład, a nawet prędkość fali tętna (pozwala ocenić stan naczyń krwionośnych) czy elektryczne szczoteczki do zębów monitorujące czas i sposób szczotkowania. Specjalne aplikacje odbierają informacje od urządzeń pomiarowych, przedstawiają je w atrakcyjny sposób i przechowują dane. Coraz więcej osób kupuje też urządzenia, które można nosić na sobie, jak specjalne opaski na rękę czy smartwatche, mierzące tętno i liczące kroki.

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. W rzeczywistości jednak rzadko wykorzystujemy te możliwości. Pora to zmienić i wycisnąć z nowych gadżetów jak najwięcej korzyści.

Eksperci od własnego ciała

Kiedy amerykańska matematyczka i statystyczka dr Talithia Williams była w ciąży z trzecim dzieckiem, nie zgodziła się na wywołanie porodu, mimo że jego termin już minął. Chciała urodzić naturalnie i na własną prośbę opuściła szpital. Była przekonana, że data narodzin dziecka została źle wyznaczona. „Terminy porodu są obliczane na podstawie standardowego 28-dniowego cyklu, a moje cykle są różnej długości – czasem trwają 27, a czasem nawet 38 dni i mam dane, które to potwierdzają” – tłumaczyła lekarzowi. Wiedziała, że ma rację, bo wcześniej przez 6 lat obserwowała swoje cykle i mierzyła temperaturę, a wyniki pomiarów skrupulatnie zapisywała.

Williams przytacza tę historię podczas wykładu na konferencji TED, by przekonać słuchaczy, że dzięki codziennym pomiarom parametrów mogą stać się ekspertami od swojego ciała. Zaznacza jednak, że nie chodzi jej o lekceważenie lekarzy, tylko o współpracę z nimi – połączenie wiedzy na swój temat z wiedzą na temat całej populacji, którą dysponuje lekarz, bo taki mariaż pozwala podjąć najlepszą dla zdrowia decyzję.

Zgadza się z tym kardiolog dr n. med. Łukasz Kołtowski, który jest zafascynowany zastosowaniem nowych technologii w medycynie i prowadzi na ten temat bloga. – Podczas rozmowy i badania lekarz może jedynie uzyskać coś w rodzaju fotografii naszego obecnego życia. Wprawdzie zadaje pytania o to, co było wcześniej, ale ze względu na ograniczony czas wizyty nie jest w stanie zbudować sobie pełnego obrazu – mówi. Wyjaśnia, że kiedy np. 30-letnia pacjentka ze smartwatchem na ręce skarży się na zawroty głowy i niepokój, prosi ją o pokazanie zapisów tętna z zegarka. – Oczywiście nie traktuję ich jak twardych danych medycznych, ale dzięki nim mogę zbliżyć się do diagnozy, np. nabrać podejrzenia, że kobieta ma tachykardię (przyspieszenie akcji serca), bo badania kliniczne pokazały, że smartwatche są dość dobre w jej wykrywaniu.

Co warto sprawdzać?

Co konkretnie warto mierzyć i zapisywać, żeby nie popaść w przesadę i hipochondrię? Kobiety z pewnością powinny monitorować swój cykl. Większość wizyt u ginekologa zaczyna się przecież od pytań o datę pierwszego dnia ostatniej miesiączki, jej intensywność, długość i regularność cykli. Rzetelne informacje na ten temat pozwalają lekarzowi wyciągnąć pierwsze wnioski.

Według kardiologa dobrze jest też sprawdzać, ile kroków stawiamy w ciągu dnia. Dla naszego zdrowia o wiele lepsze jest bycie cały dzień w ruchu niż wykonywanie intensywnych ćwiczeń przez pół godziny i spędzanie reszty doby w pozycji siedzącej czy leżącej. Lekarze m.in. namawiają do przechodzenia 10 tysięcy kroków dziennie – żeby wyrobić tę normę, zwykle trzeba być w ruchu przez dużą część dnia. Badania pokazały, że taka aktywność pozwala obniżyć ryzyko wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych. – Zalecam też monitorowanie snu – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski. – Chodzi o to, by dowiedzieć się, ile dokładnie śpimy, bo chociaż różne aplikacje wiele nam obiecują – np. wykrycie fazy REM czy NREM – to jednak ciągle jeszcze są mniej wiarygodne niż badania snu przeprowadzane w warunkach szpitalnych. Może kontrolowanie liczby przespanych godzin wydaje się mało atrakcyjną funkcją aplikacji, ale namawiam do jej przetestowania.

Dodaje, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak często zarywa noce i jaki to ma wpływ na ich funkcjonowanie. Jeśli zestawią sen z innymi parametrami, np. poziomem nastroju czy aktywności fizycznej, mogą być naprawdę zaskoczone.

Śledzenie snu i liczby kroków można polecić każdemu, ale już kontrola innych parametrów powinna być dopasowana do konkretnej osoby, jej stanu zdrowia i celów.

Monitoring organizmu

Z monitorowania większej liczby parametrów najbardziej skorzystają ci, którzy chcą „wziąć się za siebie” i wyrobić zdrowe nawyki, oraz ci, którzy mają różne niepokojące objawy, ale nie znają ich przyczyny. Przyda się też pacjentom, którzy cierpią na choroby przewlekłe lub są nimi zagrożeni. W przypadku dwóch ostatnich grup odpowiedź na pytanie „co mierzyć?” jest stosunkowo prosta – często wystarczy śledzić to, o co pyta lekarz, np. tętno, ciśnienie, temperaturę czy masę ciała. Do tego celu dobrze jest wybrać specjalistyczne produkty, np. aplikacje przygotowane z myślą o konkretnej grupie pacjentów.

– Jest na przykład aplikacja dla cukrzyków, w której można wpisać, ile planujemy zjeść, ile insuliny przyjęliśmy i jakie potem było stężenie glukozy we krwi. Co ciekawe, ta aplikacja uczy się organizmu pacjenta i zaczyna mu podpowiadać, ile insuliny powinien sobie podać. Badania kliniczne pokazały, że potrafi dobrać dawkę lepiej niż chory – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski.

Osoby, które często czują się przygnębione, mogą skorzystać z tzw. trackerów nastroju. Co wieczór opisywać swoje samopoczucie i to, co robiły w ciągu dnia. Po pewnym czasie są w stanie zobaczyć, że np. w te dni, kiedy spacerowały, miały o wiele lepszy nastrój niż wtedy, gdy były na imprezie, że najgorszy humor miały zawsze w sobotę, a prawdziwy dół po poniedziałkowym zebraniu. Wypełnianie dzienniczka nastroju jest jedną z metod, które wspierają leczenie osób z depresją. Zapiski pozwalają zobaczyć chorym, co wpływa na ich samopoczucie, ale także to, że ich stan się poprawia – a to działa terapeutycznie.

Ci, którzy nie wiedzą, co jest przyczyną ich różnych dolegliwości, np. bólu głowy, stanów podgorączkowych czy osłabienia, mogą zacząć monitorować niepokojące ich objawy, by móc później podzielić się informacjami z lekarzem.

– Takie zapisy często dostarczają bardziej obiektywnych informacji niż słowa i opinie pacjenta, bo przecież my wszyscy bardzo często podświadomie wypieramy różne informacje o sobie. To, co nam się wydaje na nasz temat, i to, co naprawdę się z nami dzieje, często bardzo się od siebie różni – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski i podpowiada, że dobrym pomysłem może być nie tylko monitorowanie częstotliwości występowania objawu, np. bólu głowy, ale także tego, co bywa jego przyczyną. Czasem dzięki temu udaje się wyeliminować problem, jeszcze zanim dotrzemy z nim do lekarza.

– Jeśli wiemy, że powodem bólu głowy jest zbyt mała ilość wypijanych płynów – możemy zacząć notować, ile w ciągu dnia pijemy. Miałem nawet pacjenta, który kupił specjalną butelkę, która pokazywała, ile już wypił – mówi ekspert.

Jeśli nie uda ci się znaleźć konkretnej aplikacji, bo masz dość oryginalne potrzeby i chcesz np. zobaczyć zależność między czasem spędzanym na rozmowach z szefem a liczbą przespanych godzin albo między kłótniami z córką i napadowym objadaniem się – możesz skorzystać z aplikacji-szablonów jak np. Nomie, które wypełnia się dowolnymi parametrami.

Motywacja i świadomość

Jak widać, life-tracking może ułatwić diagnozę i być jak system wczesnego ostrzegania dla osób chorych, ale najciekawszy i chyba najmniej oczywisty jest jego motywacyjny charakter. Odpowiedni program czy urządzenie śledzące pomaga bowiem osiągnąć różne, także zdrowotne, cele. I robi to na kilka sposobów.

Po pierwsze może być impulsem do działania, np. rzucenia palenia. Niby wszyscy wiemy, że papierosy źle wpływają na zdrowie, a jednak niektórzy łudzą się, że negatywne konsekwencje nie dotyczą ich tak bardzo jak reszty palaczy. Jeśli jednak zestawią liczbę wypalanych papierosów z aktywnością w ciągu dnia czy poziomem ciśnienia tętniczego – mają szansę zobaczyć czarno na białym, że nałóg ich także nie oszczędza. Dla niektórych bywa to wystraczająco silny impuls do zmiany.

Jeśli jesteśmy już zmotywowani, by wprowadzić w życie program naprawczy – sięgnijmy po trackery, by dowiedzieć się, skąd właściwie startujemy. Jak pisze Robert E. Franken w „Psychologii motywacji”: „zanim zmienimy jakiś sposób postępowania, musimy go sobie uświadomić. Wymaga to monitorowania własnego zachowania. (…) Jeśli analizujemy nasze działania, to łatwiej nam wyznaczać cele, które prowadzą do stopniowej poprawy”.

Świadomość tego, gdzie była nasza linia startu, pomaga też dostrzec postęp. Osoby, które zaczynają ćwiczyć i dołączają do jakiejś grupy treningowej, często po krótkim czasie zaczynają się porównywać z innymi i frustrować tym, że są gorsze. Tymczasem powinny raczej porównywać swoje obecne wyniki z wcześniejszymi. Dzięki temu ich samoocena będzie wzrastać. Zamiast myśleć: „Jestem leniwy i bez kondycji”, zaczną widzieć siebie jako wytrwałych i aktywnych, bo będą mieć na to dowody. Psycholodzy nie mają wątpliwości, że wzrost wiary w siebie znacznie zwiększa szanse wytrwania w postanowieniach. Motywująca może być nawet sama świadomość, że informacje o tym, co robimy, za chwilę będziemy musieli gdzieś zapisać. Badacze z University of Pittsburgh dowiedli, że notowanie w aplikacji tego, co się zjadło, jest skuteczną strategią odchudzania, a po zaprzestaniu diety pomaga utrzymać prawidłową wagę.

Warto więc poświęcić trochę czasu, by znaleźć aplikację, która pozwala na śledzenie dokładnie tego, co chcesz, i osiąganie tego, na czym najbardziej ci zależy.