1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kompleks? Nikt nie jest doskonały

Kompleks? Nikt nie jest doskonały

Kompleks może być naszym motywatorem do zmiany i działania. (Fot. iStock)
Kompleks może być naszym motywatorem do zmiany i działania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wszyscy mamy kompleksy. Negatywne jest zatem nie to, że mamy jakiś kompleks, tylko że sobie go nie uświadamiamy i że kompensujemy swoje kompleksy, niszcząc samych siebie i innych.

Jagoda ma 45 lat, tytuł doktora farmacji uzyskany w Oksfordzie, własną firmę farmaceutyczną, mieszkanie w ekskluzywnym apartamentowcu, najnowszy model bmw. Właściwie to ma wszystko, co mieć chciała, z wyjątkiem przekonania, że przynależy do tego świata luksusu, w którym od dobrych paru lat się obraca. Pochodzi z prostej chłopskiej rodziny, jej rodzice skończyli tylko podstawówkę, i to w trybie przyspieszonym, na kursach. Choć całe życie ciężko pracowali, niczego się nie dorobili. Bywało, że piątce ich dzieci głód zaglądał w oczy. Jagoda pamięta, jak pragnęła zwykłego cukierka. Miała za to co innego – książki i naukę. Prymuska w podstawówce i w liceum. Kiedy dostała się na medycynę w stolicy, myślała, że złapała Pana Boga za nogi. Na inaugurację roku akademickiego pojechała rozentuzjazmowana, w garsonce pożyczonej od kuzynki i z torebką od sąsiadki. Po uroczystości zapytała dwie stojące obok dziewczyny: „kiedy wracacie do akademika?”. Popatrzyły na siebie i parsknęły śmiechem: „czy my wyglądamy na dziewczyny z akademika?”. Po raz pierwszy w życiu dotarło do niej, że ludzie dzielą się w zależności od tego, skąd pochodzą. Ponieważ nie mogła dorównać koleżankom lepiej urodzonym – nie mogła mieć dżinsów z Peweksu czy butów z Chmielnej – więc zacisnęła zęby, uczyła się języków, czytała, chodziła do kina i teatru. Znajomości nie podtrzymywała, bo w którymś momencie zawsze schodziło na dom, rodzinę, a ona nie miała się czym chwalić. Raz spróbowała skłamać, że rodzice są nauczycielami, ale jej nie wyszło – powiedziała to tak cicho, że kolega nie usłyszał. Zaczęła więc ukrywać swoje pochodzenie. Zmieniła nawet imię ze staroświeckiej Jadwigi na nowocześnie brzmiącą Jagodę.

Kompleks przekuty w zwycięstwo

– Pochodzenie było moim największym kompleksem. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nie mogę zaprzeczać rzeczywistości, że nie zmienię sobie rodziny, domu i życiorysu, ale skrywałam to wszystko jak wstydliwą ranę. Towarzyszyło temu wielkie poczucie winy, bo rodziców bardzo kocham i szanuję. To podwójne życie strasznie dużo mnie kosztowało.

Po studiach w Polsce dostała się na farmację na Oksfordzie. Ten okres to jej wielka życiowa przygoda. Rzuciła się w wir życia naukowego i towarzyskiego. I choć mogła tam skutecznie ukryć swoje pochodzenie, zaczęła wszystkim opowiadać o swoich rodzicach, rodzeństwie, malowniczej wsi pod Łomżą. Nagle to, czego się dotychczas wstydziła, stało się jej atutem, pewną osobliwością, czymś oryginalnym.

– Tam nikt nikogo nie osądzał, wszyscy byliśmy siebie nawzajem ciekawi. Okazało się, że swojej wiejskości nie muszę ukrywać. Co więcej, nieoczekiwanie dla samej siebie zaczęłam się nią chwalić. Parę razy zaprosiłam na wieś koleżanki z zagranicy, do dziś zresztą tam się spotykamy, bo obok rodzinnego domu postawiłam dom letniskowy. Po powrocie do Polski założyłam firmę, wyszłam za mąż (mąż też pochodzi ze wsi), mam wspaniałą 12-letnią córkę, przyjaciół. I tak sobie myślę, że wszystko to zawdzięczam kompleksom. A właściwie temu, że za wszelką cenę chciałam je przezwyciężyć.

Czym skutkuje kompleks?

Już Alfred Adler twierdził, że kompleksy – przede wszystkim niższości – są głównym czynnikiem motywującym ludzkie działania. Jedni mają kompleksy spowodowane brakiem urody, fizyczną ułomnością, inni pochodzeniem czy brakiem wykształcenia, ale – zdaniem Adlera – wszyscy cierpimy na to samo poczucie niższości zrodzone w dzieciństwie, kiedy to byliśmy zależni od dorosłych. Każdy kompleks niższości rodzi potrzebę wyrównania. Taki na przykład Byron miał niesprawną nogę, a był świetnym pływakiem. Dzisiaj można dorzucić: taki Muniek – sepleni, a śpiewa. Albo Janek Mela – po wypadku, bez nogi i ręki, a zdobywa bieguny. Sam Adler jako dziecko był częściowo sparaliżowany, przechodził zapalenie płuc. Możliwe więc, że jego teoria wywodziła się z własnych doświadczeń w przezwyciężaniu chorób.

Psycholog, profesor Katarzyna Popiołek: – Słowo „kompleks” we współczesnej psychologii najczęściej zarezerwowane bywa dla czegoś, czego człowiek nie jest świadomy, co zostało wyparte, stłumione. Gdy to zostaje uświadomione – wówczas mówimy już nie o kompleksie, a o poczuciu niższości, winy i tak dalej.

Z pojęciem „kompleksu” wiąże się pojęcie „kompensacji”. Co to takiego? To rodzaj mechanizmu obronnego używanego do walki z kompleksami. Mechanizmy te chronią nas przed złym myśleniem o sobie, są utrwalonymi sposobami zachowania pozwalającymi utrzymać pozytywną samoocenę. Na przykład ktoś uważa się za słabego fizycznie i kompensuje sobie ten kompleks świetnym obyciem towarzyskim czy głęboką wiedzą. Tak rozwiązywany kompleks nie szkodzi. Wprost przeciwnie – może być źródłem wielu osiągnięć.

Kompleks, czyli „awatar”

Mariusz Treliński, reżyser, który wystawia swoje opery na całym świecie, wydaje się człowiekiem bez kompleksów. – Czy rzeczywiście? – pytam. – Oj, żebyś się nie zdziwiła – odpowiada. – Nie mam ochoty mówić o sobie, ale zapewniam cię, że to, jak mnie ludzie odbierają, nie ma nic wspólnego z tym, co istnieje wewnątrz mnie. Artysta pozbawiony kompleksów to pojęcie sprzeczne. Kompleksy, problemy są budulcem i treścią każdego dzieła sztuki.

Mariusz Treliński (Fot. Wikimedia Commons) Mariusz Treliński (Fot. Wikimedia Commons)

Mariusz przyznaje, że z wiekiem ma coraz większe przeświadczenie, że słowo „rzeczywistość” jest podejrzane, bo cała istota życia rozgrywa się w świecie psychicznym. Wszystkie uczucia – nasza miłość, namiętność, wiara, nadzieja, lęk – wszelkie te podstawowe batalie toczą się poza światem realnym, wewnątrz człowieka.

– Mnie w ogóle byt realny coraz mniej interesuje. Po co zarabiamy pieniądze? Po co walczymy? Co znaczą te nasze minizwycięstwa i przegrane? Tak naprawdę ocena pojawia się w naszej psychice, jest względna i tylko pozornie zależna od realności na zewnątrz nas. Co to jest miłość? To iskra między dwojgiem ludzi, alchemia, która zmienia wszystko, ale to też świat psyche. Z zewnątrz właściwie niepojmowalny.

Im dłużej żyję, tym wyraźniej dostrzegam, że relacje międzyludzkie oparte są na zakładaniu kolejnych masek.
Wysyłam do ciebie awatara, tak jak w grze czy w filmie. Jeśli jestem nieśmiały i delikatny, to wyślę ci mężczyznę muskularnego, który siecze mieczem. Inne figury wysyłam teraz w rozmowie z tobą, inne jak reżyseruję, jeszcze inne jak kocham. W zależności od siły mojego oddechu, potencji konstruuję postać, która ma w sobie siłę lub słabość. Na co dzień żonglujemy serią takich masek, figur, awatarów, które skrywają to, czego się wstydzimy. I to są właśnie kompleksy.
 
– A jak ma się to do szczerości w kontaktach? – pytam. – Zapewniam cię, że za każdym razem jestem szczery, że te wszystkie awatary są szczere. Szczerość jest kolejną maską. Uważam, że nie ma czegoś takiego jak jeden ja, pisał zresztą o tym Gombrowicz. Ale to nie znaczy, że w którymś momencie kłamię czy udaję. Za każdym razem wierzę w takiego siebie. Weźmy Franza Kafkę. Pisarz, który stał się uosobieniem lęku i kompleksów. Tenże wycofany Kafka, tak dobrze znany nam z powieści, w biograficznych opisach przedstawiany jest jako czarujący, pełen energii mężczyzna, dowcipny, uwodzący kobiety. Być może taki właśnie był, tylko wysyłał awatary lęku. To nie jest więc takie proste, że istnieje jakaś jedna prawda o nas. Nie wiem do końca, kim jestem. Ten ekspansywny mężczyzna jest mną i ten złamany też jest mną. Zakładam wiele masek, przy czym użycie słowa „maska” jest o tyle mylące, że przypisuje się jej funkcje zakrywania, więc lepsze jest: „wysyłam awatary”. I wszystkie one są prawdziwe. Budujemy gmachy, a w środku mamy pełno ran, które ciągle się odnawiają i powodują, że jesteśmy pęknięci. W jednym z filmów na Erze Nowe Horyzonty usłyszałem piękne słowa: „Anioły są wśród nas. Po czym je poznać? Po ich wielkiej bezbronności”. To piękne mieć w sobie taką niedoskonałą, pękniętą osobę, która jest bezbronna i świeci nikłym światłem. Ja kultywuję swoje kompleksy, szukam w nich pełni. Ta ciemna strona jest nam chyba potrzebna.

Mariusza Trelińskiego uważa się za kogoś pozbawionego kompleksów także dlatego, że będąc z wykształcenia reżyserem filmowym, zainteresował się operą, nowym dla siebie medium.

– Sam siebie również wprawiłem w zdumienie, gdy zająłem się operą – śmieje się Mariusz. Ale tak naprawdę robię to, na czym się znam, bo muzykę mam we krwi. Ona zawsze była pierwsza. Była podstawą moich wszystkich filmów. W swoim pierwszym manifeście filmowym (kiedy miałem 16 lat) walczyłem o umuzycznienie języka kina. W muzyce zawiera się przekaz ducha daleko istotniejszy niż często ułomne didaskalia operowe. W niej tkwi esencja, wokół której konstruuję operową rzeczywistość. Kompleksy nie zawsze jednak dopingują do działania. Wiele z nich rujnuje nam życie. W naszym otoczeniu nie brakuje osób gotowych na wszystko, żeby tylko mieć najlepsze samochody, największe domy, pokazywać się w prestiżowych miejscach. Albo takich, które zamykają się w domu, izolują, bo czują się gorsze od innych. Jeszcze gorzej, gdy działanie kompleksu niższości jest tak silne, że powoduje skrajnie egoistyczne, społecznie szkodliwe zachowania. Gdy ktoś ma szaleńczą żądzę władzy i upokorzenia innych. Wystarczy przyjrzeć się niektórym politykom, aby ten mechanizm zobaczyć jak na dłoni.

Skąd się biorą kompleksy?

– Z pragnienia bycia doskonałym – odpowiada profesor Katarzyna Popiołek. – Biust ma być idealny, tak samo nogi, oczy i figura. A ideału, jak wiadomo, nie ma. Bardzo często wymagania, które sobie stawiamy, są za wysokie i to właśnie jest źródłem kompleksów. Inne powstają w wyniku zranień w dzieciństwie. Wystarczy, że dawno niewidziana ciocia Basia, składając wizytę w naszym domu, palnie: „ależ ta Ola ma krzywe nogi”. I Ola do końca życia może nie pozbyć się kompleksu krzywych nóg. Czasem zwykły mankament zauważony przez kogoś urasta do rozmiarów potwora, który zaczyna przeszkadzać nam w codziennym funkcjonowaniu i w kontaktach z ludźmi. Im jesteśmy bardziej wrażliwi, niepewni siebie, tym łatwiej przychodzi nam tworzenie kompleksów. A tworzymy ich całe mnóstwo – współczesna psychologia naliczyła ich około 50. Wiele z nich rodzi się w dorosłym życiu jako efekt czegoś, co w socjologii nazywane jest rozbieżnością czynników statusu. Co to znaczy? Otóż każdy człowiek w związku z tym, że zajmuje taką, a nie inną pozycję, powinien spełniać pewne wymagania, bo tego oczekuje od niego otoczenie. Na przykład jeśli jest dyrektorem, oczekuje się od niego, że będzie miał wyższe wykształcenie, doświadczenie, że potrafi współdziałać z ludźmi. Jeśli jest nauczycielem – że będzie kompetentny, sprawiedliwy. Jeśli jest bogaty – że będzie miał obycie i dobre pochodzenie. Często zdarza się, że nie wszystkie te wymagania spełniamy. Na przykład majętny człowiek wstydzi się swojego pochodzenia. I co wtedy robi? Próbuje gwałtownie podbić wymagany przez otoczenie czynnik statusu i żeni się z osobą z nazwiskiem albo wiesza na ścianie obrazy wymyślonych przodków. Im większy stopień rozbieżności, tym ludzie czują się bardziej niepewnie. To, że inni widzą tę rozbieżność, jest dla nich źródłem kary. Gdy potrafią ją usunąć – mają poczucie nagrody.

– Człowiek czuje się pewnie, gdy jego status jest zbieżny, to znaczy, gdy wszystkie wymagania związane z jego pozycją są spełnione – mówi profesor Katarzyna Popiołek. – Gdy w dodatku status ten jest wysoki, jego posiadacz nie przywiązuje wielkiej wagi do zachowań, jakie są mu przypisane. Ktoś bardzo bogaty, kto jednocześnie wie, że ma wiele zalet, wykształcenie i odpowiednie kompetencje, będzie spokojnie podlewał ogród w rozciągniętym podkoszulku, jeździł skromnym samochodem i przyznawał się, że czegoś nie wie, bo nie musi podkreślać swego statusu. On go ma. Osoba niepewna statusu czuje, że nie spełnia wszystkich wymagań, więc bardzo podkreśla posiadanie przysłowiowej fury, skóry i komóry.

Mariusz Treliński niczego nie musi udowadniać. Zrozumiał, że w sztuce najważniejsze jest dać sobie prawo do błędu. Ta postawa otwiera na poszukiwania, bez których nie istnieje rozwój. Tu chodzi o drogę, a nie o sukcesy poszczególnych tytułów. Nie jest więc ważna ocena. Twierdzi – za Rilkem – że jedynym elementem weryfikującym dzieło sztuki jest konieczność jego powstania. Mariusz mówi, że za każdym razem musi odnaleźć w sobie tę podstawową potrzebę, a reszta nie ma znaczenia.

– Próbuję odnaleźć w sobie tę konieczność. Wsłuchać się w wewnętrzny głos, który jest jedynym głosem prawdy. Mam wrażenie, że dzieła sztuki są już uformowane, gotowe, należy je tylko wydobyć na światło dzienne w sposób niezakłócony, niezafałszowany. Chodzi o prostą zgodność z samym sobą – to pojęcie w sztuce i psychologii znaczy to samo.

Kompleks niższości

Najdotkliwszym wśród kompleksów jest chyba kompleks niższości. Pół biedy, gdy ludzie nań cierpiący stają się śmieszni – na przykład nie mając wykształcenia, zamiast się uczyć, wolą udawać, że dużo wiedzą i używają górnolotnych słów. Markowanie, że się ma to, czego się nie ma, bywa bardzo zabawne, ale w sumie niegroźne. Kompleks ten jednak może bardzo zubażać nasze życie. Jeśli ktoś wstydzi się swojego pochodzenia, często zaczyna unikać tych ludzi, którzy patrzą na niego przez ten pryzmat. I w ten sposób ogranicza swoje kontakty do otoczenia, które nie zwraca na to uwagi. Kompleks niższości powoduje, że stajemy się trudnymi partnerami, przyjaciółmi, pracownikami. Bywamy przeczuleni na jakimś punkcie, nadwrażliwi, jeśli chodzi o pewne kwestie. Gdy mowa o czymś, co skrywamy, nagle się rumienimy, zaczynają nam wypadać przedmioty z ręki, złościmy się albo zmieniamy temat.
 
– Żeby było śmieszniej, często kompleks niższości powiązany jest z kompleksem wyższości – mówi Katarzyna Popiołek. – Ktoś, kto czuje się gorszy, chce to poczucie przełamać, stale podkreślając, że jest lepszy i że inni nie dorastają mu do pięt.

Kompleksu wyższości nie można mylić z poczuciem własnej wartości. Ludzie z silnym poczuciem własnej wartości na ogół nie pogardzają innymi, nie afiszują się z tym, co mają i potrafią, bo czują się wewnętrznie mocni. Natomiast osoby cierpiące na kompleks wyższości, tak naprawdę czują się słabe, niepewne, więc usiłują wmówić innym, że są fantastyczne. Tak postępuje macho, który ma poczucie, że wcale nie jest ze stali, więc pręży muskuły, traktuje wszystkich z góry i udaje silnego.

Kompleks Polaków - Inni mają, a my nie

My, Polacy, często prężymy muskuły. Profesor Katarzyna Popiołek: – Nasze narodowe kompleksy są głęboko zakorzenione w historii. Mamy poczucie, że jesteśmy niewinnymi ofiarami losu, bo albo mieliśmy nie najlepiej rządzących królów elekcyjnych, albo zaborców, albo okupantów, wreszcie trudne warunki w PRL-u. A przecież zawsze byliśmy zaradni, staraliśmy się tymi rękami coś robić, natomiast inni nam ciągle przeszkadzali.

Więc to nie my jesteśmy winni naszych niepowodzeń i trudności, tylko inni. Dlatego powinniśmy uzyskać od nich zadośćuczynienie. Niech Europa płaci, niech daje, bo nam się należy, bo cierpieliśmy. Kompleks ofiary rodzi postawę roszczeniową – domaganie się współczucia, rekompensaty, sprawiedliwości. Jednak świat nie jest przecież sprawiedliwy, natura też nie jest sprawiedliwa, więc domaganie się, żeby tak było, jest przyjęciem postawy dziecka. Zamiast koncentrować się na poczuciu krzywdy, lepiej działać.

Drugi nasz kompleks narodowy to kompleks niższości. Rzeczywiście mamy jeszcze pewne zapóźnienia cywilizacyjne w stosunku do świata zachodniego, ale – paradoksalnie – mamy też niezłomne przeświadczenie, że my tę Europę powinniśmy gromko pouczać, zbawiać.

I trzeci kompleks – poczucie permanentnego niedocenienia. Towarzyszy nam przekonanie, że za mało eksponuje się nas na forum światowym, że inni nie doceniają naszych zasług. Jesteśmy na to bardzo wyczuleni, bywa, że przesadnie. A przecież Polska to jeden z wielu krajów, nie można wymagać, żeby był wciąż w centrum uwagi.

Możemy się wyróżnić swoją działalnością, sukcesami, ale my chcielibyśmy, niejako z definicji, lokować się wysoko w ocenach, bo uważamy, że „inni nie zasłużyli, a to mają, podczas gdy myśmy zasłużyli, a nie mamy”.

Kompleksy nie są groźne, o ile nie niszczą nam życia, nie utrudniają funkcjonowania wśród ludzi, nie hamują naszego rozwoju. Najważniejsze, żeby sobie je uświadomić. Bo największe spustoszenia sieją te nieuświadomione. Natomiast wszystkie nasze znajome braki, niedostatki zawsze można przepracować.

Jak? Na przykład powiedzieć sobie: Nikt nie jest doskonały, ja też nie muszę. Może mam za duży nos, ale jestem atrakcyjna, umiem to i tamto, lubię ludzi. Nie muszę się wszystkim podobać. Jeśli moim kompleksem jest nieśmiałość, to wzmacniam wiarę w siebie. Jeśli zdaję sobie sprawę, że czegoś nie umiem, buduję swoje kompetencje. Przyznanie się do swoich słabych stron to podstawa. A my często tego właśnie nie potrafimy.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”

Lektury dla zakompleksionych:

Renata Gut, Maria Piegowska, Barbara Wójcik „Zarządzanie sobą. Książka o działaniu, myśleniu i odczuwaniu”, Difin 2008; Nathaniel Branden „6 filarów poczucia własnej wartości”, Feeria 2006; Matthew McKay, Patrick Fanning „Poczucie własnej wartości”, Rebis 2002.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W drodze poza kanon urody. Jak postrzegamy piękno swojego ciała?

Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Stwórz swój kanon

Waga, wzrost, wiek, sylwetka, rysy twarzy, kolor włosów lub odrostów, kształt dłoni, stóp czy płytki paznokciowej, kształt i wielkość piersi, osławiony stosunek talii do bioder – długo można byłoby wymieniać kolejne potencjalne punkty mapy kobiecego ciała, gdzie może manifestować się nasze niezadowolenie. Ale czy jest ono naprawdę „nasze”? Czy postanowiłyśmy je mieć, by w ten sposób „urozmaicić” sobie życie? Czy może zostałyśmy nim „obdarowane” i wciąż wierzymy w jego zniewalającą nas moc?

W odkryciu części prawdy na ten temat pomóc mogą następujące pytania:

  • Kiedy po raz pierwszy pomyślałyśmy lub poczułyśmy się choć trochę niepiękne?
  • Ile miałyśmy lat?
  • Jakie towarzyszyły temu okoliczności?
  • A jeśli do tej pory to się nie zdarzyło, to czy choć przez chwilę nie zagościł w nas strach o to, że któregoś dnia nasza uroda przeminie?
  • Czego się boimy?
Odpowiedzi powiedzą nam bardzo wiele na nasz temat. Mogą uświadomić nam, do jakich strategii uciekamy się w próbach bezskutecznego doścignięcia kanonu piękna.

A może, przewrotnie, w tej próbie bezskutecznego pościgu ku ideałowi kobiecego piękna tkwi ogromny potencjał? Może to szansa, by poznać swoje przekonania na temat własnego ciała? Wyruszyć w podróż, by odkryć ich źródło oraz sposób, w jaki nas krępują tu i teraz? Zaktualizować bazę danych dotyczących naszego ciała? Rozejrzeć się wokół siebie, odnaleźć osoby, które podobnie jak my, w jakimś szczególnym miejscu, mijają się z obowiązującym kanonem urody, a mimo to uznajemy je za piękne? I, co ważne, również odbieramy je jako swobodne, jeśli chodzi o ów „mankament”, bo zamiast ukrywać się przed światem, eksponują go? To okazja, by zamiast dopasowywać się, zacząć tworzyć swój własny kanon piękna – tworzony przez nas i na nasze potrzeby. Jaki może być pierwszy element naszego własnego kanonu? Co w naszym ciele nas zachwyca, choć w uznanym kanonie piękna nie figuruje?

Wybieraj z istniejącego kanonu

Ze stosunku do własnego ciała pośrednio wynika zawartość szaf. Parafrazując pewne powiedzenie, możemy stwierdzić: „pokaż mi swoją szafę, a powiem ci, co o sobie myślisz, choć pewnie o tym, nie wiesz".

Do naszych preferencji odzieżowych możemy podejść w opisany wcześniej już sposób. Możemy sprawdzić, czy nosimy określony krój bluzek, koszul czy spódnic, bo najbardziej je lubimy, czy może dlatego, że w ten sposób dobrze się maskujemy? Czy dobrze się czujemy w szarych ubraniach, czy może w głębi duszy skrywamy chęć, by założyć karmazynową sukienkę, tylko nie starcza nam odwagi, by zrealizować to marzenie? Mamy okazję, by dowiedzieć się, kto w nas jest ubierany, a kto ubiera? Czy ta para przyjaźni się, a może walczy? Kto w tej parze ma decydujące słowo? Na przykład, ktoś w nas chce dziś wyjść w balerinkach, a ten, kto ubiera, zmusza nas do szpilek, bo przecież inaczej nie wypada. To okazja, by poznać tego, kto kupuje ubrania, które spędzają cały swój żywot w szafie, bo ten, kto ubiera, ma ostatnie zdanie i nigdy nie pozwoliłby nam się w nie ubrać.

Kanon urody zdecydowanie nie musi być odniesieniem, w kontrze do którego budujemy swój własny. Może być również nieocenionym źródłem informacji o nas. Informacji, których właśnie w danym momencie życia potrzebujemy. W rzeczywistości nie zamartwiamy się z powodu pełnego wachlarza cech znajdujących się w kanonie. Przy odrobinie uwagi odkryjemy, że na kolejnych etapach życia, różne, ale nieliczne rzeczy zaprzątają naszą uwagę.

Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Przypuśćmy, że wiemy już kto kogo ubiera i choć ubierająca i ubierana razem świetnie się bawią, wciąż marzymy o minimalistycznych sandałkach – podeszwa i trzy sznureczki z ozdobnym koralikiem. Doszłyśmy do perfekcji w pre­cy­zyj­nym, szybkim wyławianiu z otoczenia kobiet w takich sandałkach. Tylko wzdychamy tęsknie, bo nam wciąż coś nie pozwala ani ich kupić, ani nosić, ponieważ nasze stopy są „nietakie” – zbyt duże, zbyt małe, nieproporcjo­nalne palce itd. Zmienić czy wymienić ich nie sposób, a świadomość, że to tylko nasze przekonanie, na niewiele się zdaje.

To, co możemy zrobić, to wykorzystać kanon i odkryć, co się w danej chwili kryje za tym myśleniem o stopach, ponieważ psychologicznie potrzebujemy „idealnych stóp” jak kania dżdżu. Znajdźmy odpowiedź na pytanie: jak wyglądają idealne stopy, których właścicielka nosi takie sandałki? A może w przyrodzie lub świecie baśni znajduje się zwierzę bądź postać o jeszcze bardziej idealnych stopach? Czy możemy na chwilę wyobrazić sobie, że się nimi stajemy, by odkryć, co jest istotą tych stóp i jaka istotna wartość się z nimi łączy? A wszystko to, by zbadać, w jaki sposób potrzebuję wesprzeć te wartości w sobie, zadbać o nie, czy bardziej świadomie z nich korzystać.

Na te pytania nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. Nawet jeśli wiele kobiet uzna problem stóp za swój, to każda z nas dokona innego odkrycia, ponieważ każda z nas potrzebuje czegoś innego. Hipotetycznie może okazać się, że jeszcze bardziej idealne stopy ma kot (małe, drobne, delikatne, sprężyste), a ich istotą jest lekkość, gracja, wdzięk i precyzja. Pozostanie odpowiedzieć sobie na pytania: jak mogłybyśmy zadbać o poczucie lekkości, gracji i wdzięku w naszym życiu? Czy i gdzie potrzebujemy być bardziej precyzyjne? Finalnie może okazać się, że nie mamy już problemu z kupnem i noszeniem minimalistycznych sandałków lub stracimy całkowicie zainteresowanie nimi, ponieważ istotne było odebranie wiadomości, która dla nas była ukryta w „idealnych stopach”. Kanon urody? Bądźmy przeciw, a nawet za!

Piękna czyli prawdziwa

Nie musimy być biernymi ofiarami kanonu piękna. Możemy przyjrzeć się, w jaki sposób determinuje on nasze myślenie o sobie i działanie – a potem, przebierać, wybierać i decydować. Możemy świadomie sprzeciwiać się mu, budując własny. Możemy odkrywać informację ukrytą we wszelkich niedoskonałościach, które przyciągają naszą uwagę, by się rozwijać i odkrywać nieznane części nas samych.

Możemy również wyjść poza każdy kanon. I z pewnością każdej z nas przydarzyło się to nie raz, nawet jeśli tylko na chwilę. Odwołajmy się do naszego doświadczenia. Czy nieprzerwanie ubolewamy z powodu wieku, długości i kształtu nóg, gdy robimy to, co kochamy? Czy jakikolwiek kanon piękna dyktuje nam swoje warunki, gdy oddajemy się pasji? Czy czujemy się ograniczone przez naszą wagę, wzrost czy sylwetkę, gdy realizujemy marzenia? Czy w ogóle mamy świadomość istnienia jakiegokolwiek kanonu, gdy spędzamy czas z przyjaciółmi i ukochanymi przez nas ludźmi. I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas również wszystkie niedoskonałości, więcej, że nie miał lub nie miała pojęcia, że to w ogóle jest mankament?

Jesteśmy piękne, gdy jesteśmy prawdziwe, gdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Gdy mamy odwagę odkrywać swoje potrzeby i marzenia oraz realizować własne plany. Gdy kochamy i dajemy się kochać. Gdy troszczymy się nie tylko o innych, ale i o siebie, i im także pozwalamy zatroszczyć się o nas. Dbajmy o nasze marzenia i relacje z ważnymi dla nas ludźmi. Ruszmy poza kanon urody – nie ustawajmy w odkrywaniu, kim jesteśmy w ogóle i kim jesteśmy dziś.

Dorota Cendrowska: psychoterapeutka i coach. Od prawie dwudziestu lat zajmuje się pracą z ludźmi. Jest członkiem zespołu psychoterapeutów i coachów PoRozumienie.

  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czym jest i dlaczego warto je wzmacniać?

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, aby być idealnym lub zyskać aprobatę wszystkich dokoła. Adekwatne poczucie własnej wartości polega na zaakceptowaniu siebie takiego, jakim się jest, i zyskaniu wewnętrznego przeświadczenia, że jest się dobrą, godną osobą tylko dlatego, że jest się człowiekiem.

Fragment książki „Poznaj, zaakceptuj i pokochaj siebie”

Poczucie własnej wartości to nasze wyobrażenie o nas samych. Od niego zależy, jak dużą wartość przypisujemy własnemu życiu. W związku z tym kluczami do podniesienia go, są szacunek do samego siebie, przekonanie o swoich zaletach oraz praca nad zdolnością czucia się „dostatecznie dobrze” takimi, jakimi jesteśmy, niezależnie od tego, co się dzieje w naszym życiu.

Wysokie lub niskie poczucie własnej wartości odgrywa zasadniczą rolę w tym, jaką drogę obierzemy w obliczu codziennych wyzwań – sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spełnieni lub przybici i bezwartościowi w różnych życiowych sytuacjach. Nienaruszalna wartość każdej osoby to koncepcja dość trudna do pojęcia. Niewykluczone, że nigdy wcześniej poważnie się nad nią nie zastanawiałaś. Może być spójna z twoim systemem przekonań albo wydawać ci się całkowicie obca z powodu wieloletnich zmagań z niskim poczuciem wartości. Zamiast rozważać zasadność tej koncepcji, zachęcam cię, abyś odsunęła na bok wszelkie wątpliwości i kolidujące z nią poglądy, które uniemożliwiają ci przyjęcie do wiadomości, że i ty posiadasz wewnętrzną wartość. Zastanów się, jak podeszłabyś do niemowlęcia, dziecka lub bliskiego przyjaciela. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że z łatwością dostrzegłabyś ich fundamentalną wartość, lecz jeśli masz niską samoocenę, to może być ci trudno uwierzyć, że ty też jesteś wartościowa sama z siebie.

Gdy cechuje nas niskie poczucie własnej wartości, to mamy skłonność do oceniania siebie według surowszych kryteriów niż resztę świata.

Warto przełamać opory i zwyczajnie zaufać, że ty także posiadasz wrodzoną wartość. Kiedy porzucisz wątpliwości, będziesz w stanie pełniej się zaangażować w realizację zalecanych działań i skuteczniej zastosować proponowane narzędzia do budowania poczucia własnej wartości. W miarę jak twoje poczucie wartości będzie się podnosić, dostrzeżesz, jak niewidzialna zasłona, która uniemożliwiała ci uznanie własnej wartości, zacznie powoli się rozsuwać.

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. Wyobraź sobie, o ile łatwiejsze byłoby życie, gdybyśmy po prostu kochali i akceptowali siebie takimi, jakimi jesteśmy. Wszyscy w taki czy inny sposób skorzystamy na podniesieniu własnej samooceny. Niemniej istnieją pewne szczególne wyzwania, przed którymi stają kobiety usiłujące odnaleźć się w delikatnym procesie budowania fundamentów poczucia własnej wartości. W dalszych częściach przyjrzymy się uważnie niektórym czynnikom wpływającym na kobiecą samoocenę, nauczymy się, jak sobie z nimi radzić i jak przejąć kontrolę nad własnym życiem dzięki pewności siebie i przeświadczeniu o własnej wartości.

Istnieje wiele definicji poczucia własnej wartości i pojęć pokrewnych, lecz ta zaprezentowana poniżej została sformułowana specjalnie w odniesieniu do kobiet. Ważne, abyś podczas pracy z książką miała ją zawsze w pamięci.

Zdrowe poczucie własnej wartości oznacza posiadanie pozytywnego, realistycznego i spójnego obrazu siebie, będącego wyrazem szacunku do własnej osoby, niezachwianej wiary we własną wartość oraz przeświadczenia, że zasługujesz na szczęście i spełnienie mimo niedoskonałości, stereotypów, wyzwań i trudności.

Problemy na tle poczucia własnej wartości bywają trudne do zidentyfikowania, gdyż często idą w parze z innymi zaburzeniami, takimi jak depresja, stany lękowe i nieumiejętność radzenia sobie z gniewem. Niska samoocena może także leżeć u podłoża stosowania substancji psychoaktywnych i uzależnień, a nawet kryć się pod pozorami pewności siebie i szczęścia. (…)

Warto zastanowić się czy źródłem twoich oczywistych życiowych niepowodzeń nie jest przypadkiem głębszy problem w postaci niskiej samooceny?

Niskie mniemanie o sobie może się odbijać na twoim życiu.

Czy potrafisz zidentyfikować jakieś trudności w swoim życiu, które mogą mieć związek z niedostatecznym poczuciem własnej wartości?

Poczucie własnej wartości nie jest stałe. Jego poziom może się zmieniać z biegiem czasu, zależy też od aktualnych doświadczeń, grupy ludzi, z którymi akurat przebywamy, oraz innych okoliczności. Dobrze więc postrzegać je jako kontinuum z niską, negatywną lub niezdrową samooceną na jednym końcu skali i wysoką, pozytywną lub zdrową samooceną na drugim. Naszym celem jest stworzenie podstaw zdrowego poczucia własnej wartości, tak aby było ono spójne, stałe i niezachwiane we wszystkich sferach życia, nawet w trakcie najcięższych życiowych zmagań.

Polecamy książkę "Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie" Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Transpłciowość – co to jest i jak ją zrozumieć? Rozmowa z dr Alicją Długołęcką

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Być kobietą zamkniętą w męskim ciele – to ból, jaki trudno sobie wyobrazić. Czy operacja jest w stanie go zmniejszyć? A może płeć jest tylko rolą? Co to jest transpłciowość? Jak transpłciowość może nam pomóc w zrozumieniu samych siebie? Jak rozróżnić transseksualność od transpłciowości? Rozmowa z dr Alicją Długołęcką.

Transpłciowość to ostatnio popularny temat. Wszyscy byliśmy świadkami głośnego coming outu – olimpijczyk Bruce Jenner został Caitlyn Jenner i od razu pojawił się na okładce „Vanity Fair” jako osoba transpłciowa.
Myślę, że więcej dla świadomości i zrozumienia transseksualizmu robi obecność w naszym otoczeniu osób transseksualnych, które możemy poznać osobiście – w pracy przy wspólnym robieniu jakiegoś projektu czy na własnym podwórku na spacerze z psem, niż taka hollywoodzka historia ze świata, z którym nie mamy nic wspólnego. Dla mnie takie historie za bardzo ocierają się o tabloidową sensację, są zbyt upraszczające i w rezultacie nie pomagają osobom transseksualnym.

Są też filmy i literatura, stawiające transpłciowość w nowym świetle. Choćby dokument „Mów mi Marianna” i książka „Brudny róż” Kingi Kosińskiej, osoby transpłciowej… Obie urodziły się w męskim ciele. Częściej kobiety czy mężczyźni dokonują zmiany płci?
Statystyki prawdopodobnie nie w pełni oddają rzeczywistość. Musimy pamiętać, że osoby wychowywane jako kobiety uczone są spychania kwestii seksualnych na bok, takiej postawy, że to, co związane z seksem, jest mało ważne i że liczą się rzeczy „ważniejsze”. W dodatku, jako badaczka kobiet, z biegiem lat coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nasza seksualność naprawdę jest bardziej płynna, co nie oznacza, że jest zmienna, ale że jest trudniejsza do zaszufladkowania. I pewnie dlatego osoby transseksualne z ciałem kobiecym i wychowywane jako kobiety częściej niż kobiety w męskim ciele określają się jako transgenderowe.

Proszę o wyjaśnienie: czy to coś innego niż transpłciowość? Co to oznacza w praktyce? I czy istnieje rozróżnienie, zestawiając pojęcia „transpłciowość a transseksualność”?
To osoby, które czują, że są mężczyznami, chcą pełnić role męskie i pełnią role męskie, ale nie dążą do radykalnej zmiany fizycznej swojego ciała. Aspekt psychiczny, ta samoświadomość ich prawdziwej płci, musi być dla nich wystarczający i posiadanie męskiego ciała nie jest warunkiem podstawowym. Osoba wychowywana jako kobieta, która czuje się mężczyzną, zanim podejmie decyzję o operacji zmiany płci, staje przed pytaniem: Czy chcę mieć penisa, którego nie będę w pełni czuć i który nigdy nie będzie zdolny do wytrysku? Dla niektórych osób obecność penisa jest warunkiem męskiej tożsamości. Te, które nie poddają się operacji, będą bazować na wyobraźni i używaniu dildo, dla innych obydwie sytuacje i tak nie będą rozwiązaniem i będą się wiązać z nieustającym odczuciem niepełności. Te osoby, które nie poddają się operacji, określają siebie jako mężczyzn, którzy nie mają penisa.

I nie przeszkadza im to czuć się mężczyzną? Co czuje osoba transpłciowa, która nie decyduje się poddać operacji?
Przeszkadza i boli, myślę, że przez całe życie, ale poza ciałem jest jeszcze olbrzymi obszar, który niesie wiele cierpienia i wątpliwości. Bo to też są „szuflady”. Gdybyśmy miały się stać mężczyznami choć na chwilę, nie wiedziałybyśmy, co to dokładnie znaczy, prawda? Jak się ubrać, jak się zachowywać, czy być macho, czy raczej typem wrażliwca, co jest „autentycznie” męskie i co miałoby być męskie w seksie? Osoby w trakcie transpozycji, czyli zmiany płci, pomimo określonej tożsamości psychicznej, muszą dokonywać wielu prób tego, jak chcą i mogą się zachowywać. Budowanie roli jest bardzo trudne. Kiedy ktoś ma ciało kobiety, a czuje się mężczyzną, to odczuwa ogromny brak, kompleksy, podobne do tych, jakie ma wielu mężczyzn w męskim ciele, ale w zmasowanej i silniejszej formie. Mężczyzna transseksualny musi nieustająco wszystkim udowadniać swoją męskość, także kobiecie, z którą żyje. W tej wersji odwrotnej, mężczyzny z ciałem kobiety, jest tak samo, chociaż my – widzowie, obserwatorzy – bardziej koncentrujemy się na tej widowiskowości, czyli fakcie, że taka osoba maluje paznokcie, że jest zgrabna, że ma faceta. Nie uruchamiamy wyobraźni w kwestii tematu, jak czuje się taka osoba. Będę unikała poprawności, że to takie proste, że można zrobić sobie operację i żyć długo i szczęśliwie. Bo tak nie jest. My też, jako osoby czujące się adekwatnie ze swoją płcią biologiczną, mamy kompleksy i poczucie braku w pełnieniu pewnych ról płciowych.

O tym poczuciu braku mówi też autorka książki „Brudny róż”, również reprezentujące osoby transpłciowe, która zdecydowała się na operację zmiany płci.
Operacja zmiany płci czyni z osoby transpłciowej prawie pełną kobietę lub prawie pełnego mężczyznę. Ale to „prawie” robi różnicę. I z tym człowiek musi żyć, a im bardziej osadza się w  swojej właściwej tożsamości, tym bardziej ten brak staje się oczywisty, zrozumiały. Kinga z „Brudnego różu” i Marianna z dokumentu „Mów mi Marianna” nie będą do końca reagować jak kobiety sprawne seksualnie, nie urodzą dziecka, nie będą przeżywać ciąży, inaczej będą odczuwać szeroko pojętą seksualność. Podobnie osoba, która ma ciało kobiece, nie może być do końca mężczyzną. Nie wiemy, jak to jest ważne dla mężczyzny mieć penisa, odczuwać erekcję, w wyniku różnych bodźców i doznań, nie wiemy, co to znaczy mieć wytrysk, orgazm, dążyć do seksu, nie rozumiemy tego. A osoby trasnsseksualne po operacyjnej zmianie płci to rozumieją doskonale, i to boli potwornie. O tym się mało mówi, mało pisze, a to są rzeczy oczywiste, które wynikają, kiedy taka osoba zaczyna funkcjonować wreszcie w swojej upragnionej roli. Może się zachowywać i ubierać zgodnie z płcią, być sobą i znaleźć partnera, ale wciąż w samotności będzie tej cielesnej niepełności doświadczać.

Mamy płeć biologiczną i płeć jako konstrukt kulturowy. W książce „Brudny róż” psycholog zwraca uwagę Kindze, że skoro chce być kobietą, to powinna ubierać się i malować jak kobieta. Jako osoba transpłciowa ma swoim wyglądem przekonać go do swojej kobiecości.
Ale przecież paradoksalnie Kinga mogłaby wyglądać jak stereotypowa lesbijka lub chłopczyca – w trampkach, krótkich włosach, bluzie. Kobieta nie musi wyglądać skrajnie kobieco, żeby w pełni czuć się kobietą. To jest kolejna pułapka. Osoby transseksualne zdają się robić wszystko, żeby być rozpoznawalne zgodnie ze swoją płcią psychologiczną. To, jak prezentujemy publicznie naszą płeć kulturową, można przyrównać do roli w teatrze. Filozofka Judith Butler mówi, że rola płciowa jest rolą teatralną, którą cały czas odgrywamy i staramy się robić to wiarygodnie. Męska rola jest bardziej oczywista i wyrazista, a kobiety dopiero od stu lat eksperymentują ze swoją seksualnością i jej odbiorem. Każdego dnia przekonujemy się, jaką rolą jest kategoria kobiecości. Coś, co było oczywiste w byciu kobietą 50 lat temu, dziś już nie jest, zmienia się pojmowanie i postrzeganie kobiecości. Wyraziste role męskie zaczynają rozpadać się dopiero teraz, na naszych oczach. To jest trochę jak w sztuce – był jakiś styl, schemat, ale ten schemat upadł i jesteśmy w twórczym rozproszeniu. Niektórzy się tego boją i walczą z tym strasznym genderem.

Czy to, że dziś rozmawiamy o transseksualizmie, oznacza, że zrobiliśmy się bardziej otwarci, czy to reakcja na ten kryzys ról?
Osoby transpłciowe i transgenderowe były zawsze. U Indian północnoamerykańskich nazywały się berdache. W niektórych kulturach płeć była wyborem. Jeśli kobieta uznawała, że chce być mężczyzną, musiała zadbać o kobietę, jeździć na koniu na polowania i odwrotnie. W kulturze samoańskiej istnieje trzecia płeć – to są dowody, że płeć jest zjawiskiem kulturowym, umownym, bo wystarczy, że w danej kulturze jest miejsce na pewne modele i one mogą się w niej ujawnić, w innych są tłumione. Nie oznacza to, że takie osoby w nich nie istnieją, one muszą wtedy żyć w ukryciu. Transeksualność jest pewną wrodzoną cechą, która czeka na ujście w danym modelu kulturowym.

Kiedy najczęściej osoba transseksualna odkrywa, że jej płeć biologiczna nie ma nic wspólnego z psychologiczną?
Mogę mówić na podstawie rozmów z osobami o pogłębionej refleksji, bardzo samoświadomymi, a te twierdzą, że to się wie od zawsze. Podobnie jest przy kształtowaniu się tożsamości homoseksualnej, gdy w okresie wczesnego dojrzewania pojawia się u nastolatków taka wątpliwość, czy jestem chłopcem czy dziewczyną. Często sami nie wiedzą, czy chodzi o orientację seksualną czy tożsamość płciową. To jest faza rozwojowa tzw. pomieszanej identyfikacji, występuje między 10. a 14. rokiem życia. Właśnie wtedy dzieci wymagają pewnego rodzaju uporządkowania, autorefleksji, zderzenia się ze swoimi emocjami i tożsamością. I to nie polega na afirmowaniu swojej seksualności czy tożsamości, tylko na autodiagnozie i na tym, żeby młody człowiek był przygotowany na takie odkrycia, ale też na reakcje, z jakimi może się spotkać.

Po zmianie płci często wszystko zaczyna się od nowa. Czy to także czas budowania nowej tożsamości jako osoba transpłciowa?
To raczej odkrywanie swojej prawdziwej tożsamości, co jest o tyle trudne, że taka osoba całe życie miała poczucie, że jest kimś innym, ukrywała swoją prawdziwą naturę, a teraz klamka zapadła. Jej prawdziwe „ja” jest już rozpoznawalne, i w tym sensie odkrywa siebie w świecie, bada, co inni na to, w jakim stopniu jest akceptowana lub nie. A w okresie transpozycji reakcje mogą być różne. Po pierwsze, zmienia się relacja z partnerem czy partnerką, zmieniają się relacje z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. Relacja z rodzicami jest tu najtrudniejsza i najważniejsza, bo pojawia się pytanie, czy nasze istnienie jest autentycznie akceptowane. Każdy z nas potrzebuje zapewnienia, że był chciany na świecie i jest kochany takim, jakim jest naprawdę. Dlatego reakcja rodziców ma swoje egzystencjalne konsekwencje. Jeśli przyjaciele byli prawdziwi, to oni wiedzieli i teraz odetchną z ulgą. Jeśli przyjaciele nie dorośli do zmiany, to niekoniecznie oznacza, że nie byli przyjaciółmi, ale pora się pożegnać.

Drugi obszar to seksualność, czyli nasza reakcja na ciało. Po operacji można przeżywać euforię, choć okupioną cierpieniem fizycznym. To cierpienie nadaje wagę odzyskanej seksualności. I przez pryzmat tego bólu i poświęcenia ciało staje się bardzo ważne, tak ważne, że może utrudniać „zwykłe” funkcjonowanie. Trzeci obszar to relacja psychoseksualna z bliską osobą – może być źródłem cierpienia, zazdrości, poczucia niespełnienia, niepełnosprawności. Przychodzi taki etap, gdy ta osoba jeszcze nie przywykła, nie wypracowała nowego modelu kontaktów fizycznych, a już uświadamia sobie swoje braki – że nie przeżyje orgazmu albo że nie da partnerce prawdziwej rozkoszy. Wtedy trzeba coś pokonać w sobie, z czymś się pogodzić i to jest trudny moment dla związku.

W filmie „Orlando” Sally Potter jest scena, w której Orlando, grany przez Tildę Swinton, budzi się ze snu, staje przed lustrem i widzi, że nie jest już mężczyzną, tylko kobietą. Mówi: „Ta sama osoba, tylko inna płeć”.
Myślę, że obejrzenie tego filmu w bardzo młodym wieku to trochę jak spotkanie osoby transpłciowej. „Orlando” to zamysł intelektualny – bohater może pełnić role męskie, intelektualne, będąc w męskim ubraniu, ale kobiecości doświadcza poprzez zmysły. Choć w męskiej roli zauroczy pewną Rosjankę spojrzeniem, to jednak seks pojawi się dopiero, gdy Orlando staje się kobietą. Chodziło tu o pokazanie płci jako konstruktu, tego, jak o sobie myślimy i jaką rolę odgrywamy. W przypadku transpłciowości to już nie jest gra, to wewnętrzny przymus, całkowita determinacja wynikająca z poczucia własnej nieadekwatności. To coś więcej, ponad rolą i ponad ciałem. To poczucie własnej tożsamości, istoty tego, kim się jest. I to stanowi bazę do zmiany ciała i przyjmowania roli, jaka jest przypisana danej płci. Nie ma teatru, jest esencja życia.

Dr Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. Pracuje w Zakładzie Psychoterapii Wydziału Rehabilitacji AWF w Warszawie, autorka „Zwykłej książki o tym, skąd się biorą dzieci” oraz współautorka „Seksu na wysokich obcasach”.

  1. Psychologia

Krytyka – broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik, propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.