1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„Nie musisz się kochać, ale chociaż po sobie nie depcz”. Deprecjonowania siebie można się oduczyć – przekonuje psycholożka Joanna Heidtman

Karolina Morelowska-Siluk i Joanna Heidtman (Fot. Krzysztof Opaliński)
Karolina Morelowska-Siluk i Joanna Heidtman (Fot. Krzysztof Opaliński)
„Powiedziałabyś komuś bliskiemu, że jest beznadziejny, i nie dziwisz się, że go zwolniono?” „No skąd” – odpowie każda z nas. „To dlaczego mówisz tak do siebie?” – pyta psycholożka dr Joanna Heidtman. Na szczęście deprecjonowania siebie można się oduczyć.

Jestem beznadziejną matką”, „Nie nadaję się na przyjaciółkę”, „Najgorszy pracownik roku” – to zdania, które często padają z ust kobiet. Kiedy się do czegoś zabieramy, musimy robić to perfekcyjnie. Same skrajności, ekstrema. Czy my, kobiety, nie znamy złotego środka?
Jakoś nie mam chęci używania określenia „złoty środek”, bo niby gdzie on jest? Kto ma go określić? Pasuje mi tu raczej słowo „urealnienie”. Rzeczywiście my, kobiety, miewamy z tym problem.

Urealnienie, czyli co?
Urealnienie jest miarą dojrzałości. Człowiek jest złożony, jest równocześnie i piękną, i bestią. Mamy momenty sukcesów i spełnienia, ale też chwile niepowodzeń oraz frustracji. Są momenty zadowolenia z siebie i rozczarowania sobą. Są chwile, kiedy nam idzie, i te, kiedy nic nam nie wychodzi. Są dni dobre i złe. Nawet nasza fizjologia kobieca nam to uświadamia – w kobiecym cyklu jest czas, kiedy czujemy się piękne, pełne energii, błyskotliwie i atrakcyjne, ale i ten, kiedy czujemy się po prostu kiepsko. I wspomniane urealnienie jest świadomością, że jest i to, i to, a nie albo to, albo to. I z tego się składamy.

Ekstrema, o których mówisz – w odczuwaniu i zachowaniu – dotyczą dzieci… To jest ten etap rozwoju. To dzieci są albo pełne euforii, albo przeżywają koniec świata. Natomiast człowiek dojrzały wie, że końca świata (zazwyczaj) nie ma, ale nie jest też maniacko rozentuzjazmowany.

Co sugerujesz?
Zastanawiałam się nad tym, czy w przypadku kobiet może rzeczywiście częściej uruchamiać się taka polaryzacja w patrzeniu na siebie. Od wyidealizowanego wizerunku aspiracyjnego aż po deprecjację, a właściwie autodeprecjację, czyli pozbawianie siebie wartości. I tak, sądzę, że coś w tym jest. Być może nie chodzi tu nawet o płeć jako taką, tylko, niestety, o dawne, ale wciąż żywe modele wychowawcze. Dziewczynkom stawia się od samego początku ekstremalne, wyśrubowane oczekiwania, na przykład dotyczące samokontroli. Często mamy wyuczony jej bardzo wysoki poziom.

To te wszystkie hasła o tym, czego dziewczynce nie wypada?
Właśnie. Jest bardzo dużo wymogów dotyczących naszych zachowań. To może powodować, że w świadomości dziewczynki, potem dziewczyny, a w końcu kobiety – pozostają dwa wrażenia. Pierwsze, że zawsze jestem niewystarczająca, niedokończona, niewłaściwa, mam dużo do poprawienia, czyli długa praca przede mną. Wątek, który pojawił się w kampanii Martyny Wojciechowskiej – „I am enough” (Jestem wystarczająca) – nawiązywał chyba właśnie do tego. Mamy wyidealizowane „ja”, do którego zmierzamy, ale ono – jak ta fatamorgana – wciąż jest w oddali. To generuje bardzo dużo napięcia, powiedziałabym, że sprzyja procesowi stopniowego odchodzenia od samej siebie. Widzę to w pacjentkach, które do mnie przychodzą – zdążając ku tej fatamorganie wyidealizowanego „ja”, czasem są tak daleko od siebie, że już nie mają pojęcia, kim są, czego chcą, co czują.

A drugie wrażenie?
Jest związane ze wspomnianą autodeprecjacją. Jeżeli coś nam się nie udaje, to mamy skłonność, by przekreślać siebie na dobre. O tym bardzo ciekawie pisze amerykański psycholog Martin Seligman. Mówi on o wyuczonym sposobie wyjaśniania niepowodzeń. Wiadomo, że porażki są częścią życia. Ale sposób, w jaki „opracowujemy” taką porażkę, nie jest wrodzony, my się go uczymy. Uczymy się go od naszych opiekunów, rodziców, potem nauczycieli – znaczących innych. I ten styl, który często jest nam przekazywany, wygląda następująco – kiedy dziecko się przewróci, coś strąci, coś na siebie wyleje, słyszy: „Bo ty to zawsze musisz się przewrócić”, „Bo ty to nigdy nie możesz usiedzieć w miejscu”, „Bo z ciebie taka fajtłapa” itd. Co tu mamy? Trzy rzeczy – zobacz – już ekstrema – „zawsze”, „nigdy” i „to ty”. Seligman nazywa to autodestrukcyjnym sposobem wyjaśniania niepowodzeń. I on z nami zostaje.

Wyjaśnijmy – kiedy zaliczamy jakąś wpadkę, doświadczamy porażki, to nie ma możliwości, żebyśmy pozostały wobec tego całkowicie bezrefleksyjne, żebyśmy przeszły dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Nie możemy nie odnotować tego niepowodzenia i jednocześnie jakoś go sobie nie wyjaśnić. Zdaniem Seligmana można to zrobić konstruktywnie albo destrukcyjnie. Sposób destrukcyjny to natychmiastowe uruchomienie tych trzech słów: „zawsze”, „nigdy” i „to ja”.

Natomiast ten drugi, konstruktywny sposób zawiera takie określenia: „tym razem”, „w tym momencie”, „tylko ta jedna sprawa” i „być może rolę odegrały też jakieś zewnętrzne okoliczności”. Okoliczności nie w sensie niekorzystnego biometu, ale na przykład takiego wyjaśnienia: „Miałam dużo na głowie, spieszyłam się i nie zdążyłam się przygotować do tego wystąpienia”. To jest coś zupełnie innego niż zadnie: „Nie nadaję się do żadnych przemówień”.

Rozumiem, że Seligman uważa, że kobiety mają wyuczony właśnie ten autodestrukcyjny sposób wyjaśniania.
Prowadził na ten temat rozliczne badania i rzeczywiście opisuje, że kobiety statystycznie częściej wykazują ten sposób tłumaczenia zdarzeń.

Jak to uzasadnia?
Pisze o tym, że mamy tendencję do tak zwanego przeżuwania naszych niepowodzeń. Tam, gdzie mężczyzna powie: „OK, nie wyszło, próbuję jeszcze raz”, kobieta będzie analizować, puszczać sobie ten film w myślach znowu i znowu, sprawdzać, w czym zawiodła, co mogła zrobić inaczej, co z nią jest nie tak. Na skutek tego bardzo osłabia swoją samoocenę. To z kolei rujnuje jej motywację do działania. Jak pisze Seligman, czasem ten schemat, powtarzany wciąż i wciąż, może prowadzić nawet do depresji. Więc sprawa jest poważna, ale… dobra wiadomość jest taka, że sposób wyjaśniania niepowodzeń jest wyuczony, więc można go zmieniać! Jednak najpierw trzeba oczywiście odnotować, że taki schemat jest naszym udziałem.

Powiedziałaś o słowach: „zawsze”, „nigdy”. Czy po wielu latach pracy i z kobietami, i z mężczyznami masz wrażenie, że one padają częściej z kobiecych ust? Bo ja mam takie wrażenie.
Może być tak, jak mówisz, to byłoby tylko potwierdzeniem tego, co pisze Seligman, i tego, że dziewczynki otrzymują inne niż chłopcy komunikaty od swoich opiekunów. Ponieważ oczekiwania wobec nas są na starcie ekstremalne, przez co nasze „ja” aspiracyjne jest tak wyidealizowane, to niepowodzenie właściwie przekreśla nas jako osobę.

Myślę teraz o tym „ja” aspiracyjnym. Sądzę, że mężczyźni też je mają, ale ono funkcjonuje w bardzo wąskim zakresie, który dotyczy określonych, nielicznych obszarów życia, zwykle jest to związane z ich życiem zawodowym i może jeszcze z takimi sprawami jak sport.

Natomiast kobiety mają chyba zdecydowanie więcej tych obszarów objętych reżimem „ja” aspiracyjnego. Czy mężczyźni masowo zastanawiają się nad tym, że muszą być idealnymi mężami, partnerami, idealnymi przyjaciółmi? U nas ten przymus bycia idealną działa, tak sądzę, na każdym polu – supercórka, idealna matka, żona, która sprawdza się zawsze, godny pracownik, świetna przyjaciółka, bardzo dobra synowa…
Tak, rzeczywiście. Przyjmijmy założenie, że mężczyźni nastawiani są bardziej na sprawy i zadania, a co za tym idzie – na rywalizację w tych sprawach i zadaniach, kobiety zaś są zdecydowanie bardziej zorientowane relacyjnie. I teraz zauważ, że tych ról relacyjnych jest zdecydowanie więcej niż spraw i zadań. Ponadto w relacjach jest się zdecydowanie bardziej wystawionym na obserwację i ocenę, która w ogóle nie jest obiektywna. W rywalizacji na sprawy i zadania możemy znaleźć jednak jakieś obiektywne kryteria – ktoś więcej zarobił, ktoś ma lepszą pozycję, wyższe stanowisko, ktoś pierwszy dobiegł do mety itd. Natomiast w relacjach kryteria są zawsze subiektywne, no bo co to znaczy supercórka, świetna matka albo dobra synowa? Może to zależy od tego, jak subiektywnie oceni ją jej teściowa? Albo sąsiadka? I już mamy gotowe pole do poczucia winy, do kwestionowania samej siebie, bo tu nie ma mowy o sprawach i zadaniach, ale o mnie samej.

I stąd już bardzo krótka i prosta droga do tego, by myśleć o sobie: „jestem beznadziejna”.
Ta nieobiektywność jest jak gwóźdź do trumny. Możesz mieć kłopoty z dorastającym synem, bo kto ich nie ma. Ale przyjdzie wspomniana teściowa i powie: „Słuchaj, ty sobie nie radzisz. Jaka z ciebie matka? Zobacz, jak on się zachowuje!”. Czyli ktoś, mając inne pojęcie o tym, co znaczy być „dobrą matką”, czuje się uprawniony, żeby nas ocenić.

Zastanawiam się nad określeniem „wystarczająco dobra”. Mam poczucie, że ono nam się z jednej strony bardzo podoba – myślimy sobie: „Uff, fajnie, wreszcie ulga, tak powinno być, wedle tej zasady będę teraz działać” – ale z drugiej strony mam obserwację, że nam to bycie „wystarczająco dobrą” gdzieś w głębi duszy kojarzy się jednak z bylejakością. Za daleko od aspiracyjnego „ja”… Idea jest fajna, ale sama jej nie czuję. To hasło miało się kojarzyć pozytywnie, a nie wiem, czy nie kojarzy się jednak pejoratywnie.
„Wszystko” albo „bardzo dużo” zależy tu jednak od tego, jakie standardy nam kiedyś zarysowano. I chyba zależy też częściowo od typu osobowości. Bo jak do zarysowanego standardu dołożymy na przykład skłonność do perfekcjonizmu, to idea, że coś we mnie może być wystarczająco dobre, będzie mi totalnie obca, z kosmosu. I to oznacza, że życie takiej kobiety będzie ekstremalnie trudne, w nieustającym napięciu. Bo relacje są żywe, nie podlegają naszej kontroli w stu procentach, nie można ich sobie ułożyć jak kredek kolorami w piórniku.

Mam taką smutną refleksję, że może, aby móc kupić tę „wystarczająco dobrą” ideę bycia – tak na serio, całym sercem – trzeba się… wystarczająco zestarzeć. Gonimy tego aspiracyjnego króliczka, męczymy się po to, żeby dopiero, tak trochę po jungowsku, w tej drugiej połowie życia przebudzić się i powiedzieć sobie: „No, zaraz, może jednak warto odpuścić”. Wracam do dojrzałości, bo zbliżenie tych spolaryzowanych ekstremów jest wyrazem dojrzałości. Obyśmy ją, drogie kobiety, osiągnęły jak najwcześniej. Bo nie ma co czekać do pięćdziesiątki z dużym plusem!

Jakie pytania poleciłabyś nam sobie zadać, od czego zacząć, żeby się dłużej nie męczyć w tych kajdanach ekstremów?
Często proponuję jedno ćwiczenie. Słyszysz swoje wewnętrzne: „muszę”, „powinnam”, „jestem beznadziejna”? Po pierwsze, zapytaj, czyj to jest głos. Kto to mówi? Zazwyczaj jest to osoba, która cię wychowywała, której nakazy i zakazy uwewnętrzniłaś, będąc dzieckiem. Po drugie, skoro posiadasz wiedzę o tym, że życie bywa trudne i są w nie wpisane niepowodzenia, to kim chcesz dla siebie być w tej podróży przez życie? Kimś, kto wspiera, czy kimś, kto jeszcze ci dokłada – pogania, obwinia? Chcesz się wspierać? Czy chcesz odbierać sobie siły?

Często pytam: „Powiedziałabyś przyjaciółce, która straciła pracę, że jest beznadziejna od A do Z, i wcale nie dziwisz się, że ją zwolniono?”. „No skąd” – odpowie każda z nas. „To dlaczego mówisz tak do siebie?!” – dopytuję. Nie musisz się kochać, ale chociaż po sobie nie depcz. Tego wyuczonego deptania po sobie naprawdę da się oduczyć. Kwestia praktyki. Wypracowania nowego nawyku. Bo tę umiejętność bycia rozumiejącą, czułą, wybaczającą, tłumaczącą i wspierającą masz w małym palcu, każdego dnia stosujesz ją wobec innych. Przenieś ją na siebie.

Dr Joanna Heidtman, psycholożka, socjolożka, psychoterapeutka. Wiedzę i doświadczenie zdobywała m.in. na University of South Carolina i Cornell University. Wspólnie z Karoliną Morelowską-Siluk są autorkami podcastu „Bądź dla siebie ważna”.

<!--jt:related class="left" src="https://zwierciadlo.pl/js/tiny_mce/plugins/jtinfobox/img/related.png" />

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze