1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Porozmawiaj z nimi

Porozmawiaj z nimi

Co nam powiesz o północy mały yorku o sercu lwa, kocie bez butów, ale w ostrogach? Albo ty, nieśmiała fretko? Pewnie, że aby z nimi pogadać, wcale nie trzeba czekać na tę jedyną noc w roku

Przyjrzyjmy się tym pyskom, dziobom, ogonom, oczom, uszom – w nich wypisane są… emocje. Tak, prawdziwe emocje, bo naukowcy wreszcie potwierdzili to, co ludzie przyjaźni braciom mniejszym wiedzieli od dawna: zwierzęta mają bogate życie uczuciowe. I dlatego to, że przemówią w Wigilię, nie jest wcale bujdą – wszak ludowa intuicja nigdy się nie myli.

Zakochany kundel a nauka

Skoro przed potęgą zwierzęcych uczuć ugiął się skostniały od dogmatów świat nauki, to coś jest na rzeczy. Badania są nadal w toku, ale kilku zjawisk możemy być już pewni. Udowodniono na przykład, że niektóre zwierzęta, takie jak szympansy, delfiny czy słonie, mają samoświadomość. Część z nich jest nawet istotami moralnymi i umie rozróżniać dobro od zła. Wiemy też, że obecność zwierząt domowych miewa zbawienny wpływ na ludzkie zdrowie – na przykład jako lekarstwo na niedomagające serce. Wykazali to pracownicy Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, badając losowo dobraną grupę osób hospitalizowanych z powodu chorób układu krążenia. Pacjentom, którzy mieli kontakt z psami, czyli kilka razy w tygodniu mogli je głaskać i przytulać, poziom stresu spadł aż o 24 procent. Z kolei według chorwackich i amerykańskich badaczy, dzieci, które mieszkają z psami, są bardziej empatyczne i zorientowane prospołecznie niż te, które wychowują się bez nich. Posiadanie w dzieciństwie kota lub psa daje też większą pewność siebie w dorosłym życiu.

Najciekawsze eksperymenty dotyczą jednak wspólnego przeżywania uczuć, a konkretnie tzw. neuronów lustrzanych. Tak nazwano część mózgu, która – wszystko na to wskazuje – pozwala nam zrozumieć zachowanie drugiego stworzenia przez wyobrażenie sobie, że to my sami zachowujemy się w ten sposób, czyli przez psychiczne wejście w jego skórę. Już dziś badacze dysponują danymi, które przekonują, że ludzie nie są jedynymi wyposażonymi w rzeczone neurony istotami. Na przełomie lat 80. i 90. włoscy naukowcy znaleźli je u małp. I podejrzewają, że są odpowiedzialne właśnie za ich empatię.

Cóż, my  to wiemy od dawna! – powiedzą wszyscy właściciele czworonogów. Oni bezbłędnie wyczuwają nastroje swoich pupili, potrafią stwierdzić, kiedy są smutne, zawstydzone, obrażone, a kiedy tęsknią.

„Zwierzęta przeżywają całe bogactwo uczuć, wśród nich te, które Darwin uznał za emocje uniwersalne: złość, radość, smutek, wstręt, strach oraz zaskoczenie” – pisze Marc Berkoff w książce „O zakochanych psach i zazdrosnych małpach. Emocjonalne życie zwierząt”, naukowiec, który od ponad 30 lat bada namiętności oraz moralność zwierząt. „Jeśli niektóre z nich łatwiej nam zaobserwować niż inne, prawdopodobnie wynika to z subtelności danego uczucia niż ekspresyjności konkretnego stworzenia. Bo gdy zwierzęta się cieszą, przeżywają Radość przez wielkie R, zaś kiedy są smutne, ich Żal jest wielki jak wielkie Ż. Czasami łatwiej jest dostrzec i zrozumieć emocje zwierząt niż uczucia ludzi, ponieważ zwierzęta nie ukrywają tego, co czują. Zwierzęce emocje są surowe i w pełni uzewnętrznione – każdy może je zobaczyć, usłyszeć, powąchać i poczuć. Każdy może też je rozpoznać. Dla niektórych, jak mój listonosz, jest to nawet zawodowa konieczność” – dodaje.

Wilk – istota społeczna

Może więc, żeby ułożyć sobie dobre życie ze zwięrzętami, wystarczyłoby z nimi szczerze pogadać?

Kirsten Helming, która co roku gości w Polsce ze swoimi warsztatami na temat porozumiewania się
ze zwierzętami, twierdzi, że „wspólny język” to energia, obraz, jaki do nich wysyłamy, musimy tylko mocno skupić się na przekazie. Zarówno tym, który chcemy skierować do czworonoga, jak i tym, jaki on stara się nam przesłać. – A zwierzęta nigdy nie kłamią – mówi. I dodaje, że tego właśnie moglibyśmy się od nich nauczyć.

Uznanie, że nasze pupile mogą odczuwać emocje, że mogą być naszymi nauczycielami pociąga za sobą pewne konsekwencje. Skoro odczuwają ból, ale i smutek, strach czy tęsknotę, może należałoby tak postępować, żeby do części z nich się nie przyczyniać…

(...)

Więcej w numerze 12/2010

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jakie korzyści daje jazda konna?

Konie uczą między innymi sztuki porozumiewania się, ale też stanowczości i cierpliwości. (Fot. iStock)
Konie uczą między innymi sztuki porozumiewania się, ale też stanowczości i cierpliwości. (Fot. iStock)
Wydaje się, że na koniu nic się nie robi − wystarczy siedzieć. Ale to pozory. Robi się dużo, lecz i koń robi mnóstwo dla nas. Trenuje nie tylko naszą sylwetkę, ale i umysł. Uczy stanowczości i time managementu. Co jeszcze możemy zyskać w tej relacji?

Jazda konna wydaje się dyscypliną lekką i przyjemną. Wystarczy wdrapać się na siodło (w stajniach są ułatwiające to schodki), chwycić za wodze albo grzywę, i gotowe. Kto zaliczył choć jedną lekcję, wie, że lekko i przyjemnie jest, ale dopiero po wielu godzinach ćwiczeń. Najpierw trzeba przezwyciężyć lęk wysokości, znaleźć równowagę i nie spaść, gdy zacznie kołysać i trząść. A potem jeszcze przekonać zwierzę, które waży czasem nawet pół tony, żeby poruszało się w takim kierunku i tempie, jak chcemy. Następnego dnia mocno czujemy zakwasy przywodzicieli, mięśni głębokich brzucha i tych, o których istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy. Jeśli zdarzy się upadek –  dochodzą siniaki i obolałe ego. Na szczęście zalety jazdy konnej są w stanie zrekompensować wszystkie te trudności. Wzmocnione mięśnie (zwłaszcza brzucha, nóg, ramion i pleców), lepsza kondycja i lepsze samopoczucie (endorfiny). Ale do korzyści fizycznych i psychicznych dochodzą jeszcze te społeczne.

Czego uczą konie

Wiele sportów uprawiamy w samotności: narty, pływanie, gimnastyka w domu. Jest trochę sportów w parach, jak taniec i tenis, czy wręcz zespołowych, ale w każdym teamie są tylko ludzie. Tu partnerem jest dużo większy od człowieka koń, z którym nie tylko trzeba się jakoś komunikować, ale też skłonić go do współpracy. Kto oglądał „Zaklinacza koni”, „Wicher” albo oldschoolowy serial „Karino”, wie, o czym mowa.

Ewa Hadała-Mikołajczuk, instruktorka jazdy konnej i trenerka wyznaje, że dopiero ucząc się jazdy konnej, poznała świat zwierząt, wcześniej prawie nie miała z nimi kontaktu. − Stwierdziłam, że całkiem nieźle sobie z nimi radzę, co dodało mi wiary w siebie. Nie podejrzewałam, że będę z takim zaangażowaniem jeździć na lekcje do stajni – mówi. Skupiona na nauce, odkryła, że jazda konna sprawia jej ogromną przyjemność, do tego była chwalona za sposób, w jaki sobie radzi na koniu i z koniem. A to sztuka.

− Koń ma inteligencję trzyletniego dziecka − tłumaczy Ewa Hadała-Mikołajczuk. – To oznacza, że sporo rozumie, ma niezłą pamięć, ale to jednak trzylatek. W dodatku dużo od nas silniejszy − dodaje. Teraz sama prowadzi jazdy dla dzieci i współorganizuje warsztaty, na których konie pomagają ludziom zdobywać różne kompetencje, np. menedżerskie czy rodzicielskie i ogólnie być uważnym w relacjach z innymi. Swoimi uczniami stara się tak kierować, by byli w stanie skłonić konia do współpracy. Namówić, nie zmusić − bo to spora różnica. − W tej parze to człowiek decyduje o kolejnym kroku, ale nie wymusza tego siłą − podkreśla.

Konie uczą sztuki porozumiewania się, ale też stanowczości i cierpliwości. Efekty nie przychodzą od razu, czasem trzeba nawet kilkunastu treningów, żeby koń zaczął nas słuchać. Co nie znaczy, że będzie tak zawsze, bo też ma swoje upodobania i humory. Są wierzchowce bardziej skłonne do współpracy, inne lubią postawić na swoim.

Precyzyjne komendy oraz umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach (np. gdy koń się przestraszy) – to kolejne miesiące nauki. Ale opłaca się zainwestować czas w tę relację. Satysfakcję, jaką czujemy, gdy duże, silne, a czasem przestraszone albo uparte zwierzę z radością zaczyna wykonywać nasze polecenia, można porównać do zejścia poniżej czterech godzin w maratonie…

Zarządzanie sobą i czasem

Jazda konna to sport dla ludzi bystrych i wrażliwych, którzy potrafią zatroszczyć się o siebie. Takie odniosłam wrażenie, nie tylko sama jeżdżąc konno i obserwując treningi mojej 12-letniej córki Igi, ale też słuchając Ewy Hadały-Mikołajczuk. A jeśli ktoś nie dba o siebie − konie go tego nauczą, a dodatkowo wzmocnią inteligencję.

− Samo czyszczenie, siodłanie, a potem rozsiodływanie i zakładanie derki wymaga zapamiętania wielu sekwencji ruchów. I zapanowania nad czasem − wylicza instruktorka. – Jedną z ważniejszych rzeczy, których uczą się dzieci, jest właśnie świadomość czasu. Na jazdę muszą przyjść odpowiednio wcześnie, by zdążyć przygotować konia, potem punktualnie wyjść na ujeżdżalnię. Po zejściu z konia też jest szereg czynności do wykonania. To bywa trudne dla młodszego pokolenia, które zwykle nie nosi zegarków, tylko sprawdza godzinę w telefonie.

Każda kolejna lekcja to nauka koncentracji, uważności i empatii. Z czasem zaczynamy zwracać coraz większą uwagę na to, jak się ubrać, jak rozciągnąć po jeździe, kiedy zjeść, żeby obiad nie przeszkadzał nam w galopach. Ale też tego, że spocony koń na mrozie może się przeziębić, więc trzeba go przykryć, że nie można go karmić w dowolnym momencie i czymkolwiek, że należy zwracać uwagę, czy nie kuleje, nie ma przeciętej skóry albo nie jest brudny. Empatia, uważność, porozumienie, nawiązywanie relacji… – mogłabym wymieniać bez końca. Najfajniejsze jednak jest, że to, czego nauczyliśmy się podczas treningu, nie zostaje wykasowane z naszego mózgu. Zyskujemy większą pewność siebie, jesteśmy w lepszym kontakcie ze sobą i światem – po prostu mądrzejsi. A przypływ endorfin po galopie w lesie to tylko skutek uboczny. Nieziemsko przyjemny dodatek do tego sportu.

Coaching z końmi

Od zwierząt możemy się wiele nauczyć. Nie tylko o nich, ale i o sobie. Dlatego coraz więcej coachów i trenerów wykorzystuje konie do szkoleń. Ich uczestnicy na ogół nie potrafią jeździć, ale też nie muszą. Ze zwierzęciem pracują z ziemi: obserwują zachowania w stadzie, ale także próbują nawiązać kontakt z koniem. Warto spróbować.

  1. Styl Życia

Tydzień tygrysa - za co kochamy te zwierzęta?

 Jeszcze 120 lat temu ogromne obszary Azji zamieszkiwało ok. 100 000 tygrysów, dziś populacja światowa liczy jedynie około 3900 osobników. (fot. iStock)
Jeszcze 120 lat temu ogromne obszary Azji zamieszkiwało ok. 100 000 tygrysów, dziś populacja światowa liczy jedynie około 3900 osobników. (fot. iStock)
29 lipca przypada wyjątkowy dzień - Dzień Tygrysa, jednego z najpiękniejszych i najdzikszych kotów zamieszkujących naszą planetę. Specjalnie na jego cześć, WWF Polska ogłosiło tzw. Tydzień Tygrysa, podczas którego na różnych kanałach medialnych Fundacji będą pojawiały się artykuły, posty, filmy i zdjęcia przybliżające wszystkim ten wspaniały gatunek.

Choć na co dzień niewiele mówi się na temat tych wyjątkowych zwierząt w innym kontekście, niż ich niezwykle ciężka sytuacja wynikająca z nieodpowiedzialnej gospodarki człowieka, okazuje się, że jest wiele powodów, dla których powinniśmy mówić i dbać o nie w o wiele większym stopniu niż dotychczas.

Jak podaje WWF Polska tygrysy są gatunkiem, który chroni słabszych i należy do tzw. gatunków parasolowych - ochraniających inne zwierzęta i niosących im pomoc. "Terytorium zajmowane przez dorosłego samca ma zazwyczaj powierzchnię aż kilkuset kilometrów kwadratowych, w związku z czym jest także domem dla wielu innych zwierząt – często zagrożonych wyginięciem. Dobrym przykładem jest Sumatra, gdzie wszystkie nosorożce sumatrzańskie i orangutany żyją na terenach zamieszkanych przez tygrysy. Z kolei w lasach Dawna Tenasserim w Mjanmie (dawna Birma) tygrysy dzielą terytorium m.in. ze słoniami indyjskimi. Chroniąc królestwa tych wielkich kotów, zapewniamy przetrwanie także innym dzikim zwierzętom" - analizuje WWF Polska.

Tygrysy biorą także udział w walce ze zmianą klimatu oraz pomagają chronić niezbędne do życia zasoby, takie jak np. woda. "Dzięki ochronie naturalnych siedlisk tygrysów, dbamy o zachowanie i utrzymanie w dobrym stanie rzek, mokradeł i zbiorników wodnych. Z wody pochodzącej z obszarów występowania tygrysów korzysta aż 830 milionów ludzi" - wskazuje WWF Polska.

W wyniku nieodpowiedzialnej, rabunkowej gospodarki człowieka, liczba tygrysów żyjących na wolności spadła o ponad 95%. (fot. iStock) W wyniku nieodpowiedzialnej, rabunkowej gospodarki człowieka, liczba tygrysów żyjących na wolności spadła o ponad 95%. (fot. iStock)

Ponadto, postrzegane często jako zagrożenie dla ludzi, tygrysy - wręcz przeciwnie, stanowią niekiedy źródło ich "utrzymania". Przykładem może być m.in tygrysica Machali, która odegrała kluczową rolę w odbudowie populacji tygrysów bengalskich pochodzących z północnych Indii, obszaru Parku Narodowego Ranthambore, zdobywając przy tym dużą popularność wśród turystów odwiedzających park. Machali otrzymała tytuł jednego z najczęściej fotografowanych tygrysów w historii. "Szacuje się, że dzięki Machali park zarobił ponad 130 mln dolarów (opłaty za wstęp do parku, zakwaterowanie odwiedzających i inne usługi oraz podatki). Ta niezwykła tygrysica zapewniła tym samym miejsca pracy dla ok. 3 000 przedstawicieli lokalnej społeczności, a żadne z nich nie było związane z nieetyczną rozrywką, jaką oferują komercyjne ogrody czy farmy tygrysów. Ponadto obszary chronione, w których żyją tygrysy są chętnie odwiedzane przez turystów, co sprawia, że mieszkańcy przyległych terenów mogą prowadzić działalność zarobkową opartą na turystyce" - podaje WWF Polska.

Gatunek ten jest niezwykły pod wieloma względami i stanowi nieodłączny element kultury azjatyckiej. Jak wskazuje WWF Polska, ich społeczne znaczenie jest podkreślane w wyznaniach i opowieściach ludowych większości krajów, w których występują. "Te dzikie koty stanowią nieodłączny element jednej z najstarszych cywilizacji na Ziemi. Chroniąc tygrysy, ratujemy nie tylko przyrodę, ale też tradycyjne kultury, święte miejsca i tożsamość rdzennych ludów Azji, nierozerwalnie związane z dzikimi kotami. Tygrysy powinny dalej inspirować kolejne pokolenia, a nie być tylko wspomnieniem na dawnych obrazach czy rzeźbach."

  1. Styl Życia

Dorota Sumińska: "Mówię dość. Dość zabijania"

Dorota Sumińska jest lekarką weterynarii, a z zamiłowania również psycholożką zwierząt. (Fot. Albert Zawada)
Dorota Sumińska jest lekarką weterynarii, a z zamiłowania również psycholożką zwierząt. (Fot. Albert Zawada)
Tyle lat już mówię i piszę o niedoli zwierząt, pewnie ze 30 lat gadam o tym potwornym, straszliwym cierpieniu i tak niewiele się zmienia… Została we mnie tylko kropla nadziei – mówi Dorota Sumińska. Z tej kropli wyrosła jej najnowsza książka „Dość...”, przejmujący manifest w obronie zwierząt.

Napisała pani: „Jestem suką. Psem w ludzkiej skórze. Kozą, kurą, gęsią i owcą. Jestem świnią, ale nawet o tym nie wiem. […] Każdy, kto godził się na moją mękę, by zjeść kawałek mojego skatowanego ciała, będzie kiedyś musiał przeżyć moje życie. Życie każdej mojej siostry i brata”. To powstało tutaj, w tej sielance? Sosny, piękny ogród, psy machają ogonami, koty mruczą, za płotem Puszcza Kampinoska…
Tak.

Przeprowadzka na wieś była wyborem czy koniecznością?
To było zrealizowane marzenie – marzenie, by nie mieszkać w mieście. Nie jestem „mrówką” dobrą do mrowiska, choć miałam w szkole takie właśnie przezwisko – Mrówka. Mieszkałam w 12-piętrowym, ogromnym bloku z kilkuset mieszkaniami. Nasze było na parterze i kiedy sobie myślałam, ile mam nad głową, to brała mnie chęć ucieczki.

Zwierzęta też pewnie głosowały za i były argumentem za wyprowadzką.
Całe życie są dla mnie jednym wielkim argumentem. Są nieodłączną częścią mojego życia. Oczywiście, mieszkając w mieście, w 45-metrowym mieszkaniu, miałam mniej zwierząt. Tylko pięć psów i pięć kotów, choć miałam więcej siły, bo byłam dużo młodsza. Myślę, że wspólnie, razem ze zwierzętami, marzyłam o tej przeprowadzce. Od zawsze było jasne, że one są częścią mojego życia, a ja jestem częścią ich życia.

Tylko częścią.
Oczywiście. Zwierzęta żyją albo lepiej powiedzieć – powinny żyć, przede wszystkim dla siebie, nie dla człowieka.

Ilu dzisiaj ma pani współlokatorów? Choć tak naprawdę to może pani jest współlokatorką.
No pewnie! Ich, czyli zwierząt, jest więcej, dlatego razem z mężem mieszkamy raczej u nich, nie one u nas. „Stan liczbowy” dzisiaj bardzo nam maleje: starzeję się, a biorę zwierzęta wymagające specjalnej troski – schorowane, bardzo stare. Jest sześć psów – poza jednym młodym, który przyszedł do nas sam, wszystkie są staruszkami i postanowiłam, że ze względu na moje siły, jak odejdą, kiedy pojawi się wakat, to nie będę brała kolejnych. Mam z tym problem, dużo wyrzutów sumienia, ale nie mogę inaczej, jest mi coraz ciężej to wszystko ogarniać. Koty są mniej absorbujące, bywa ich 15.

Spore stadko.
Tak. Nie można ich zostawiać ani na chwilę samych – jest ich za dużo, są zbyt różne, mają potrzeby, których nie mogłyby realizować, gdyby nikogo nie było w domu. Dzień jest podporządkowany ich obecności. Musimy wymieniać się z mężem zajęciami.

Jak łączy pani te obowiązki i podróże? Bo podróżuje pani dużo: Borneo, Sri Lanka, Amazonia…
Wyjazdy to takie przerywniki w życiu, kiedy mogę naprawdę odpocząć. Więc urywam te dwa tygodnie i wyjeżdżamy. Mam najlepszą na świecie ekipę, która zostaje ze zwierzętami. Inaczej denerwowałabym się tak, że wcale bym nie odpoczęła. Albo w ogóle nie wyjechała. W podróżach jestem zachwycona naturą i serce mi pęka z powodu tego, co się dzieje, a dzieją się rzeczy straszne. Uważam, że władcy tego świata naprawdę zajmują się sprawami, które są głupstwem w porównaniu z tym, co się dzieje z klimatem, ze stanem przyrody. Mam porównanie, bo zaczęłam podróżować dawno, kiedy świat wyglądał inaczej, a bywałam w tych samych miejscach. I tam wygląda to już jak koniec świata. Chce mi się płakać. Pozostają naprawdę resztki tego, co opisywał mój ulubiony pisarz z dzieciństwa Arkady Fiedler.

Jakie zwierzę z rodzinnego domu zapamiętała pani jako pierwsze? Kiedy spostrzegła pani, że nie wszystko, co żyje, to ludzie?
Właściwie było i jest dużo tych „pierwszych zapamiętanych” i nie wiem, które było naprawdę najwcześniej. Pierwsze wypowiedziane przeze mnie słowo to nie „mama” albo „tata”, tylko „woś”.

Woś?
Woś. Wąż. Mój tata, weterynarz, straszył wężem czy żmiją rodzinę podczas przyjęć. Ale, oczywiście, te najsilniej zapamiętane zwierzęta to psy. Były najbliżej. Pamiętam nawet ich zapach…

Rola rodziców w wyborze życiowej drogi…
…była i dobra, i zła. Mam do nich dużo żalu, szczególnie do ojca, i jestem im za wiele rzeczy nieskończenie wdzięczna. Choćby za to, że zarazili mnie pewnym rodzajem wrażliwości na naturę, chęcią obcowania z nią. To, co złe: myślę, że urodziłam się w czasach, kiedy wszyscy się wszystkiego bali. I bardzo długo nie wierzyłam w to, że można realizować marzenia, że trzeba być odważnym, że trzeba mówić to, co się myśli. Jednocześnie świat, w którym się wychowywałam, był światem dość okrutnym, choćby w osobistym wymiarze, który jest taki, że i mój dziadek, i moja babcia, i mój ojciec – to wszystko byli… myśliwi! Mam do nich żal o to, że tak późno odkryłam, że to jest straszna, potworna rzecz.

A może powinna mieć pani żal do rodziców o wykształcenie tej wrażliwości na los zwierząt. Łatwiej byłoby żyć bez niej…
Ale przecież człowiek nie żyje wyłącznie dla siebie. Jesteśmy gatunkiem społecznym. Tworzymy kulturę, cudowne dzieła umysłów i rąk, dlatego nie możemy nie zauważać tego, co zostało nam dane w prezencie, czyli natury. Choć jako dziecko byłam dumna z tego, że mój dziadek jest myśliwym i ma broń, uwielbiałam patrzeć na zwierzęta i nie mogłam patrzeć na ich śmierć. Nie kleiło mi się to w całość. Myślę, że ten rodzaj wrażliwości jest rodzajem zachwytu. Dlatego bardzo często artyści, malarze i inni, ci, którzy muszą i potrafią patrzeć, zachwycać się i wiedzieć, zaczynają wyraźniej dostrzegać także nieszczęście.

Lekarzem weterynarii została pani ze względu na ojca.
Tak. To był tak naprawdę jedyny powód. Chciałam jakoś zbliżyć się do nieobecnego ojca. Nieobecni „rosną”, stają się czasem mitycznymi postaciami. Chciałam „dogonić” ojca, spotkać go. Rozstałam się z nim na długo, kiedy miałam sześć lat, bo rodzice się rozwiedli. Praktycznie go nie znałam, poznawałam potem.

I przegoniła go pani – w końcu została pani bodaj najbardziej znanym weterynarzem w Polsce. Jest pani gwiazdą.
Absolutnie się tak nie czuję.

Wrażliwość, o której pani mówiła, często jest postrzegana jako cecha kobieca.
No tak. To stereotyp, ale pewnie kobiety muszą takie być ze względów naturalnych: opiekowanie się potomstwem i tak dalej. W mojej rodzinie kobiety były jednak jednocześnie bardzo silne, poczynając od prababci, prostej Tatarki, którą „kupił” sobie pradziadek. Wielki mezalians, ale ta niepiśmienna kobieta szybko zaczęła rządzić panem hrabią. Żelazna, silna. Więc może rzeczywiście mam coś po niej. Ale wrażliwość można obudzić w każdym. Niestety, jestem przekonana, że człowiek z natury jest zły. Dużo łatwiej jest być złym niż dobrym. Bo nie wystarczy nie robić nic złego. Nie można tolerować zła. Łatwo być obojętnym, nie zwracać na nic uwagi. Myślę, że to częściowo wykształca się w najważniejszym etapie – między pierwszym a czwartym rokiem życia. Dziecko wtedy uczy się dobra i zła. A ma w tym czasie kontakt głównie z matką. Stąd może ta „kobieca natura wrażliwości”.

Czterolatki nie przeczytają pani książki.
Ale mają rodziców, którzy mogą mówić im prawdę. Oczywiście, w taki sposób, jaki dziecko będzie w stanie bezpiecznie znieść. Rodzice mają uczyć sobą. Teraz nie mają czasu i dzieci się tak trochę hoduje, nie wychowuje. Tak było wtedy, kiedy ja byłam dzieckiem i chyba wbrew pozorom niewiele się zmieniło. Dziecko ma nie sprawiać kłopotu i mieć dobre oceny w szkole. Uczy się dziecko tabliczki mnożenia, czytania, gramatyki, ale nie uczy się go żyć i czuć.

Pani książka „Dość...” jest manifestem – brutalnym, mocnym, ale jednocześnie jest też wyrazem bezradności. Może zmienić podejście ludzi do zwierząt? Ma pani taką nadzieję?
Każdy ma nadzieję, kiedy coś robi, że osiągnie jakiś cel, że jego praca będzie przydatna. Ale ta nadzieja jest we mnie coraz słabsza. Czasu jest coraz mniej, ludzi – coraz więcej i coraz bardziej ci ludzie nie chcą wiedzieć. Zamykają oczy. Choć mamy dużo łatwiejszy dostęp do informacji.

Do „informacji” o tym, jak są zabijane zwierzęta, o tym, że rzeźnie są obozami zagłady dla zwierząt, że tuczarnie są ośrodkami tortur – po lekturze „Dość...” można mieć problemy z zasypianiem. Może to za silne? Zbyt szokujące?
A jak o tym mówić?

Nie wiem. Pozostając w poetyce książki, można powiedzieć, że to taki skowyt bezradności. „Poczuć, jak to jest być prefabrykatem do produkcji wędlin, maszyną do mleka gwałconą sztywną rurką, matką, której dzieci są zabierane na rzeź tak często, że aż jej to obojętnieje” – może część czytelników powie: „To dla mnie za mocne, za głośne. Ja wiem, że tak jest, ale mówić o tym tak, to już przesada…”.
Nasz gatunek wpadł w czarną dziurę, udomawiając drapieżniki. Przy okazji sami też zaczęliśmy uznawać się za mięsożerców i z lenistwa (bo zbieranie owoców i zbóż jest trudniejsze niż zarżnięcie zwierzęcia) staliśmy się mordercami. Gdyby naprawdę zaczęto się przykładać do tworzenia zamienników mięsa, do produkowania białka z probówki albo gdyby zacząć na serio traktować białko z owadów, mielibyśmy szansę za parę lat być zupełnie gdzie indziej – człowiek mógłby nie zabijać, można by „wygaszać” populację zwierząt hodowlanych. Byłoby to proste. Ale, oczywiście, w przemyśle mięsno-spożywczym pracuje rzesza ludzi, mamy miliardy zwierząt hodowlanych, to cały system. Zmiana w wyobrażalnym czasie jest nierealna.

I dr Sumińska krzyczy z bezsilności. Nie boi się pani, że wpadnie w szaleństwo?
Wie pan, może to już się trochę stało. Nie mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Choć chyba nikt nie jest ciągle szczęśliwy. Na pewno jestem zgorzkniała. Owszem. Zmęczenie materiału… Im jestem starsza, tym więcej wiem i, oczywiście, powtórzę – czuję się też bardziej bezradna. 20 lat temu przyszła do mnie dziewczyna z jakiejś fundacji i z wypiekami zaczyna mówić: „Pani Doroto, ja byłam w rzeźni, widziałam, jak się zabija krowy, przecież jak ja wszystkim opowiem, co tam widziałam, jak to wygląda, to nikt nie będzie jadł mięsa, to oczywiste…”. Naiwna była. Choć każdy tak by pomyślał. Ale potem dusza w człowieku umiera. Ludzie świadomość cierpienia zwierząt odrzucają, odpychają od siebie, bo tak jest wygodniej. Może szkoda, że rzeźnie nie są w centrach miast i nie mają szklanych ścian. Mogę powiedzieć, że nienawidzę ludzkości, choć kocham człowieka. Tyle lat już mówię i piszę o niedoli zwierząt, pewnie ze 30 lat gadam o tym potwornym, straszliwym cierpieniu i tak niewiele się zmienia… Została we mnie tylko kropla nadziei. Bo ludzkość jako zbiorowisko jest straszna.

Każdy otwiera lodówkę sam. Jednoosobowo podejmuje decyzję.
Tak. Ale ile jest tych lodówek? I wszyscy mówią: „Jeśli inni tak robią, to i ja będę, bo przecież moja indywidualna decyzja niczego nie zmieni: rzeźnie nie zostaną zamknięte” – tak właśnie myśli większość „dobrych” ludzi. I to okropne. Powinniśmy zmienić ten sposób myślenia. Dość!

Dorota Sumińska
, pisarka, lekarka weterynarii, psycholożka zwierzęca z zamiłowania, wegetarianka z przekonania. Od 20 lat prowadzi w radiu program „Wierzę w Zwierzę”. We wrześniu ukaże się jej książka „Dość. O zwierzętach i ludziach, bólu, nadziei i śmierci” (Wydawnictwo Literackie).

  1. Styl Życia

Ewa Zgrabczyńska o zawodzie opiekuna zwierząt

Ewa Zgrabczyńska (fot. Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta)
Ewa Zgrabczyńska (fot. Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta)
W walce o przewożone nielegalnie drapieżniki dała pokaz siły i konsekwencji. A jednak dla wielu osób kierowanie ogrodem zoologicznym to nie zajęcie dla kobiety. Czym bycie opiekunem zwierząt różni się od innych zawodów – wyjaśnia dyrektorka poznańskiego zoo Ewa Zgrabczyńska.

Jesienią żyliśmy historią tygrysów przejętych na polsko-białoruskiej granicy. Okazało się, że misja ogrodów zoologicznych już nie polega wyłącznie na ekspozycji zwierząt.
Bardzo ważne jest to, że jako ogrody zoologiczne odeszliśmy od działania ku uciesze gawiedzi. Do tej pory liczyło się dobranie wyjątkowo egzotycznych gatunków po to, by jak najwięcej ludzi przychodziło je oglądać i za to płaciło. Dzisiaj ogrody zoologiczne spełniają rolę swoistej Arki Noego. Są przede wszystkim ratunkiem dla zwierząt zagrożonych wyginięciem, przygotowują programy reintrodukcji, czyli przywracania tych zwierząt ich środowiskom naturalnym. Druga bardzo ważna rzecz to edukacja przyrodnicza. Ogród zoologiczny powinien być miejscem uczącym szacunku do życia w każdej jego postaci. Wizyta w zoo to żywa lekcja biologii, dlatego ogrody powinny krzewić idee ochrony zwierząt i środowiska naturalnego. Jako trzeci element naszej misji mogę wskazać ocalenie najcenniejszych przyrodniczo gatunków, także tych chronionych konwencją waszyngtońską, przed działaniami przestępczymi. Walczymy z nielegalnymi hodowlami, przemytem, zubożaniem populacji zwierząt wolno żyjących, bo często bywają odławiane z natury, po to by trafić do sprzedaży na czarnym rynku. Niestety na przykład w Azji wciąż handluje się preparatami z ciał zwierzęcych, w związku z przesądami lub pseudomedycznymi opiniami. Ratujemy zwierzęta przed takim losem.

Jaki czekał właśnie wspomniane tygrysy... Na szczęście ich historia poruszyła serca i sumienia. 
Czasem niestety musi się wydarzyć katastrofa, żebyśmy przejrzeli na oczy. Historia ratowania tygrysów z transportu śmierci z jednej strony ujawniła bezduszność i okrucieństwo ludzi, ale z drugiej zrobiła dużo dobrego dla uświadomienia, co we współczesnych czasach dzieje się ze zwierzętami. Pokazała też, jak bardzo można zaangażować społeczeństwo w akcję ocalania zwierząt i jak istotna jest kwestia edukacji. I że trzeba przeprowadzić zmiany w prawie, jak choćby bezwzględny zakaz widowisk cyrkowych z udziałem zwierząt. Przyzwolenie na funkcjonowanie instytucji takich jak cyrk czy minizoo, jest niedopuszczalne. To często przykrywki dla pseudohodowli i dla działań przestępczych: rzeźni i ferm zwierząt egzotycznych przeznaczonych do sprzedaży w Rosji czy w Azji.

Takie zdarzenia budują w wyobraźni obraz pani pracy jako przygody. Sądzę jednak, że na co dzień wygląda ona inaczej...
Praca w zoo jest bardzo złożona, choćby ze względu na to, że zwierzęta to żywy zasób, często nieprzewidywalny. Nie kończy się jej o określonej godzinie, jak w biurze, gdzie możemy wyłączyć komputer i zacząć prywatne życie. Osoby pracujące w ogrodach zoologicznych są bardzo związane ze swoimi podopiecznymi. Kiedy zwierzę choruje lub wymaga dodatkowej opieki, trzeba spędzić dodatkowe godziny w pracy, czasem to dzieje się nieoczekiwane: w nocy, w weekendy, w święta... Pracownicy zoo mają swoje rodziny ludzkie, ale też te zwierzęce, i jest to szczególny związek. A kiedy zwierzęta w pewnym momencie odchodzą, jest to po ludzku, emocjonalnie ciężkie.

Jak w tej pracy odnajdują się kobiety?
To praca w niekorzystnych warunkach atmosferycznych – na ogromnych wybiegach jest zimno. Trzeba wywozić setki taczek z gnojem, wymienić ściółkę, dać podopiecznym jeść, pić. Kobietom bywa więc trudniej ze względu na to, że są słabsze fizycznie. Ale nie tylko, bo na przykład zgodnie z kodeksem pracy muszą natychmiast zrezygnować, jeśli są w ciąży, ze względu na ryzyko chorób odzwierzęcych. Z drugiej strony kobiety są wręcz bardziej predestynowane, żeby zajmować się zwierzętami, mają niezwykłą odporność psychiczną, empatię, opiekuńczość, troskę, intuicję. Wrażliwość kobieca bywa bardzo wysoka, doskonale sprawdza się w opiece podstawowej, przy zwierzęciu chorym, wymagającym specjalnej troski. Niemniej świat zrównał płcie, więc kobieta i mężczyzna w ogrodzie zoologicznym stają przed tymi samymi wyzwaniami, muszą być równie dyspozycyjni i nie mamy prawa różnicować obowiązków pod względem płci. Trzeba też pamiętać, że jest to praca w budżetówce, a zatem nisko opłacana i naprawdę potrzeba dużo hartu ducha i odwagi, żeby mimo to poświęcić jej życie osobiste. Łatwiej jest osobom, które ją po prostu kochają. Bo opiekun zwierząt to jeden z tych zawodów, który wymaga powołania. Przy tym, jak już mówiłam, to bardzo ciężka praca fizyczna. Tu każdy daje z siebie wszystko.

Każdy, czyli dyrektor też. Podobno po objęciu stanowiska poprosiła pani o przydział na roboczy strój?
Trafiłam na taki moment, kiedy, zresztą nie tylko w Polsce, niewiele dyrektorów zoo to kobiety. I wcześniej nie było takiej praktyki, żeby dyrektor w stroju roboczym pracował ramię w ramię z pracownikami. A ja jestem zoologiem z pasji, pół życia spędziłam na badaniach naukowych w terenie, dla mnie najważniejszy jest bezpośredni kontakt ze zwierzęciem. Po drugie mam świadomość odpowiedzialności, którą ponoszę, w tym prawnej. A pracujemy ze zwierzętami niebezpiecznymi i zdarzają się trudne sytuacje, chociażby z tygrysami – nie wyobrażam sobie że mogłoby mnie tam nie być. Albo kiedy wichura przewraca ogrodzenie przy wilkach i zwierzęta mogą się wydostać... Dyrektor w takim momencie nie może być w garniturze a dyrektorka w garsonce i na wysokim obcasie, tylko zasuwa jak cała reszta brygady.

Ewa Zgrabczyńska (fot. Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta) Ewa Zgrabczyńska (fot. Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta)

Z czym musi się pani mierzyć najczęściej? 
Z podejściem władz do funkcjonowania zoo, skostniałą strukturą urzędów. Często mam kłopoty ze względu na postawę nonkonformistyczną, bo życie i dobrostan zwierząt są dla mnie wartością nadrzędną. One zostały powierzone mojej opiece i te opiekę traktuję arcypoważnie, dlatego dyskutuję sztywne przeszkody urzędnicze albo interpretacje przepisów. A w przepisach dotyczących zwierząt i ich ochrony na terenie Polski jest dużo luk legislacyjnych. Pewne sytuacje nie zostały przewidziane, chociażby konieczność tworzenia azylów czy problem zwierząt pochodzących z konfiskat z przemytu. Ich skala jest ogromna. Wychodzę z założenia, że przepisy konstruują ludzie, więc kiedy przepis jest martwy lub nie uwzględnia specyfiki sytuacji, powinno się wystąpić o jego zmianę. Bywa też tak, że mam kłopot związany z tym, że jestem kobietą, bo społeczeństwo jest nadal patriarchalne. Mężczyzna na tym samym stanowisku, bezpardonowo walczący o swoje racje jest traktowany jak „facet z jajami”, budzi szacunek. Kobieta w tej samej roli dostaje łatkę „emocjonalnej baby, która ma jakiś problem”. Bardzo często miewam odczucie, że gdybym była mężczyzną, moje działania wzbudzałyby większy respekt i nie byłyby dyskutowane. Nie ukrywam, że w wielu momentach spotykałam się wręcz z zachowaniami o charakterze mizoginii. A moim zdaniem siła i motywacja jest kobietą. Jesteśmy dobrymi szefami i dobrymi wojowniczkami, a jest o co walczyć!

Między innymi o ochronę środowiska przyrodniczego, dobrostan egzotycznych zwierząt. Czy powinniśmy w ogóle wkraczać w ich świat?
Wkroczyliśmy w ten świat już dawno i to w sposób niszczycielski. Nie trzeba nawet szukać problemu w industrializacji, wystarczy codzienne zużycie plastiku i substancji chemicznych w naszych gospodarstwach domowych. Kupujemy produkty pochodzące z oleju palmowego, zdobywanego przez niszczenie naturalnych środowisk wyspowych na Archipelagu Malajskim, nie gasimy światła po wyjściu z pomieszczeń, nadużywamy sprzętów AGD, tworzymy elektrośmieci. Dodajmy do tego globalne skażenie środowiska, nadmiar chemikaliów w rolnictwie, wycinanie lasów, choćby – w sposób grabieżczy – Puszczy Amazońskiej, pożary wzniecane przez człowieka, gazy cieplarniane, zatrucie mórz... Grzechów populacji ludzkiej nazbierało się tyle, że staliśmy się dla środowiska wrogiem i intruzem.

Jaki jest zatem nasz podstawowy obowiązek wobec natury?
Ograniczyć niszczycielską działalność tzw. zwykłego człowieka. Mordowanie słoni dla kości słoniowej czy rzeźnie tygrysie wynikają tylko z naszej próżności. Podobnie jak zabijanie zwierząt dla futra, które może być tylko okryciem ciała zwierzęcia, nie człowieka. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że podcinamy gałąź, na której siedzimy, bo nie jesteśmy gatunkiem, który może funkcjonować w oderwaniu od dziedzictwa przyrodniczego. Nie mamy w tej chwili planety B, za chwilę okaże się, że brak dbałości o naturę unicestwi nas samych. Świadomość tego powinna doprowadzić do samodyscypliny, do zastanowienia się, czy naprawdę muszę jeść tyle mięsa w różnych postaciach, czy mogę je ograniczyć do minimum, co będzie też znacznie zdrowsze. Czy muszę puszczać fajerwerki w sylwestra? To są wybory, których dokonujemy każdego dnia i ta skala osobista jest moim zdaniem równie ważna jak ta globalna. Nie ma co się zastanawiać, czy powinniśmy wkraczać w ten świat czy nie, bo myśmy weszli w niego z butami i to butami bardzo brudnymi...

Jako ludzie możemy wiele nauczyć się od zwierząt. Jak pani zdaniem powinniśmy się do tego zabrać?
Wystarczy odkryć trochę zwierzęcia w naszej ludzkiej naturze. Bo zwierzęta są zdolne do ogromnej empatii, do współpracy, wzajemnej pomocy, szczególnie gatunki socjalne. Zwierzę nie niszczy i nie przekształca środowiska naturalnego tak silnie jak człowiek. Jestem wielkim przeciwnikiem rozumienia słów „czyńcie sobie ziemię poddaną” jako przyzwolenia na wykorzystywanie jej na potrzeby człowieka. Interpretuję je jako obowiązek szacunku do życia i sprawowania opieki nad wszystkim, co żyje wokół was.

  1. Styl Życia

Rozumieją, czują, tylko nie mówią. O przyjaźni ze zwierzętami

Dzięki zwierzętom możemy poczuć swoją prawdziwą naturę, połączyć się ze źródłem życia, współczuciem, spokojem i wewnętrzną harmonią. (Fot. iStock)
Dzięki zwierzętom możemy poczuć swoją prawdziwą naturę, połączyć się ze źródłem życia, współczuciem, spokojem i wewnętrzną harmonią. (Fot. iStock)
W Nowej Zelandii zwierzęta uznane są za istoty czujące, a ich właściciele zobowiązani są do zapewnienia im odpowiednich warunków do życia. Bo są równie ważne jak my. Bawią, wzruszają, obdarzają miłością, a my często nie zdajemy sobie do końca sprawy jak wiele się od nich możemy nauczyć.

 

„Tippi z Afryki” to znany film o powrocie do raju. Tippi Degré, francuska biała dziewczynka, córka fotografów przyrody, żyje w przyjaźni z dzikimi zwierzętami. Umorusana trzylatka z roztrzepanymi włosami kołysze się na grzbiecie potężnego słonia, przyciska do piersi ogromną żabę, trzyma za łapę potężnego pawiana, bawi się z małym krokodylem, całuje kameleona. Spokojnie siedzi obok geparda i uśmiecha się do obiektywu. Z gekonem na głowie.

Tippi wyjaśnia, jak rozmawia ze zwierzętami. Mówi do nich głową, oczami, sercem, duszą i widzi, że ją rozumieją – i odpowiadają. Robią jakieś gesty albo patrzą na nią i słowa pojawiają się w ich oczach. I wtedy rodzi się przyjaźń. Na przykład Abu – ukochany słoń. Siedzieć za jego głową z nogami przyciśniętymi do wielkich uszu to dla dziewczynki największe szczęście. Abu waży pięć ton i mógłby ją zmiażdżyć jednym ruchem, ale gdy miała roczek, był jej niańką, chodził za nią wszędzie. „Słonie płaczą słonymi łzami. Jak my”. Albo strusie. Są bardzo silne i niebezpieczne, na końcu łap mają ostre pazury, którymi bronią się zaatakowane przez drapieżnika, mogą rozpłatać mu brzuch i zabić. Gdy Tippi wchodzi na grzbiet strusia, ten zamiera w bezruchu, żeby dziecko nie spadło. Na grzbiecie strusia jest wygodnie, miękko i ciepło. I jeszcze przyjaźń z Cyndią, córeczką pawiana: Wszędzie łaziłyśmy razem, nawet wymieniałyśmy się smoczkami! Byłyśmy z Cyndią nierozłączne, najlepsze przyjaciółki na świecie!. Z lwiątkiem: Długo bawiliśmy się razem. Raz nawet wspólnie ucięliśmy sobie drzemkę, a on przez sen ssał mój palec.

Rodzice Tippi powtarzali jej, że nie trzeba się bać, tylko uważać. Żółta kobra może zabić, a pytona można pieścić i drapać pod brzuszkiem – mówi Tippi. Dziewczynka chciałaby, abyśmy wiedzieli, że zwierzęta pochodzą od dobra.

W filmie „Mój przyjaciel Hachiko” z Richardem Gere’em w roli głównej motyw oddania i wierności pokazany jest w sposób przejmujący. Opowiedziano w filmie historię, która wydarzyła się naprawdę. Pies codziennie odprowadzał swojego pana na stację kolejki, gdy ten udawał się do pracy. Po śmierci mężczyzny pies przez dziewięć lat (tyle, ile jeszcze żył) czekał na tej stacji, dokładnie w tym samym miejscu, ku zdumieniu mieszkańców miasteczka, którzy wkrótce wystawili mu pomnik. Mamy także w Polsce taką historię. W 2001 roku odsłonięto w Krakowie pomnik psa Dżoka, kundelka, którego właściciel w tragicznych okolicznościach zmarł na serce w pobliżu ronda Grunwaldzkiego. Pies przez rok czekał tam na swojego pana; koczował na środku ronda. Do powstania pomnika Dżoka (piesek znajduje się wewnątrz rozłożonych ludzkich dłoni i wyciąga do nas lewą łapę) przyczyniło się wiele organizacji i znanych osób. Pomysł żarliwie wsparli mieszkańcy Krakowa. W Internecie można obejrzeć i przeczytać wiele wzruszających historii o zwierzętach, na przykład o psach, które pokonują tysiące kilometrów, aby odnaleźć nowy dom swoich właścicieli. Opowiadamy historie o zwierzętach często i chętnie, na przemian wzruszeni i rozbawieni. Być może jednak nie wiemy jeszcze, że one są tutaj na Ziemi dla nas. Wiedzą, że potrzebujemy pomocy.

Bliskie i równie ważne

W Polsce przez dziesięciolecia świat dzikich zwierząt przybliżała nam profesor Simona Kossak. Mieszkała w leśniczówce w Puszczy Białowieskiej. Przyjaźniła się z dzikiem, z rysiem, z krukiem. Mówiła o cudownym świecie zwierząt w swoich radiowych audycjach. Podkreślała, jak wiele zwierzętom zawdzięczamy: że w kontakcie z nimi możemy poczuć swoją prawdziwą naturę, że łączą nas ze źródłem życia, współczuciem, spokojem i wewnętrzną harmonią. Dzisiaj z ogromną wrażliwością o dzikich zwierzętach pisze Adam Wajrak.

Laureat Nagrody Nobla, austriacki przyrodnik, profesor Konrad Lorenz, powszechnie znany jest z opowiadań o zwierzętach, z którymi mieszkał pod jednym dachem. Żyjemy w rodzinie różnych stworzeń, bliskich i równie ważnych – pisał w swoich publikacjach. Kiedy spoglądam za gęsiami, które lecą nisko nad wodą i znikają za zakrętem rzeki, ogrania mnie nagle zdumienie, że są mi tak bliskie. Pozostaję w zażyłych stosunkach z ptakiem żyjącym na wolności i fakt ten napawa mnie szczególną radością, odnoszę wrażenie, jakbym doznał małego zadośćuczynienia za wypędzenie z raju.

A tak pisał o ptasich małżeństwach. Ulega się wzruszeniu, obserwując zadziorną miłość kawek. Cały czas w maksymalnie imponującej postawie, nie więcej niż metr od siebie, wędrują tak przez życie. Sprawiają wrażenie, jakby byli z siebie ogromnie dumni; kiedy tak kroczą sztywno ramię w ramię, pióra na głowie mają mocno zjeżone, co powoduje, że czarne aksamitne czapeczki i jasnoszare jedwabiste grzbiety prezentują się pięknie i okazale. Wobec siebie są bardzo czuli. Każdy znaleziony smakołyk samiec podtyka samiczce. Samiczka przez wiele minut – u ruchliwych ptaków to bardzo długo – czesze małżonkowi wspaniałe jedwabiste, długie pióra grzbietowe, podczas gdy on z lubieżnie półprzymkniętymi oczami podsuwa jej kark. I co najpiękniejsze, czułość ta wraz z latami wiernego małżeństwa nie maleje, lecz rośnie. Kawki to ptaki, które żyją prawie tak długo jak ludzie. Zaręczają się już w pierwszym roku życia, a w drugim pobierają, ich związek trwa więc wiele lat, może nawet dłużej niż ludzkie małżeństwa. I nawet po wielu latach samczyk karmi swoją samiczkę tak samo czule, a ona wydaje te same ciche, drżące z wewnętrznego wzruszenia miłosne tony jak pierwszej wiosny, która była zarazem pierwszą wiosną ich życia (cyt. za Konrad Lorenz „Rozmawiał z bydlętami, ptakami, rybami... Opowiadania o zwierzętach”).

Są jak ludzie

Z wieloma ludźmi rozmawiałam o ich domowych zwierzętach. Niemal wszyscy podkreślali, że ich zwierzęta są pełnoprawnymi członkami rodziny. Są jak ludzie – wszystko rozumieją, wszystko czują, tylko nie mówią. Czy na pewno? Rysownik Szymon Kobyliński zapewniał mnie: Naturalnie, że mówią! Dobierają słowa, żeby nas o czymś przekonać, zwrócić uwagę, rozbawić. Wyczuwają nas na odległość. Cieszą się zawsze tak samo, nieważne, czy nie było nas w domu godzinę, czy trzy dni. Akceptują nas i kochają miłością bezgraniczną bez względu na wiek, wygląd czy stan posiadania. Gdy umierają (nigdy zdychają), opłakuje się je tak długo jak najbliższych przyjaciół. Pan Szymon kochał swoje wspaniałe psy, ale równie barwnie opowiadał o przygarniętej z lasu dzikiej, leśnej, brązowej, tłuściutkiej myszy, przypominającej bobra w miniaturce, o jeżach, sikorkach, a nawet o niedźwiedziu brunatnym, który gościł w jego wiejskim domu kilka tygodni. Opowiadał, jak kłócił się z kawką, słuchał zwierzeń żaby. My z żoną rozumiemy język zwierząt – mówił. – Po intonacji głosu kawki zawsze wyczujemy strach, zaciekawienie, wściekłość, pieszczotę. Gdy szczeka pies, nawet obcy, wiemy, czy się nudzi, czy dzieje mu się krzywda, czy się cieszy. Wystarczy się wsłuchać, wczuć. Zwierzęta rozumieją, co do nich mówimy. Jesteśmy z nimi na ty i prowadzimy świadome, długie rozmowy.

Pamiętam opowieści profesora Zbigniewa Religi o jego ukochanej suczce Bambie, która nauczyła go… dobroci. Śmiał się, że Bamba żyje w zgodzie ze wszystkimi, nawet z kotami. Biegnie za kurą, kura przystaje, więc i Bamba przystaje. Krzysztof Daukszewicz opowiadał o swoich psach, kotach, o żółwiu, kanarku, papudze. O sroce znalezionej na Mazurach: Wypadła z gniazda. Chcieliśmy ją przysposobić do życia w rodzinie. Cztery tygodnie uczyliśmy ją chodzić, latać, karmiliśmy robakami. Na jeden dzień wyjechaliśmy, zostawiając ją pod opieką przyjaciół. Krzyczała, wołała nas, a gdy przez kilka godzin się nie pojawialiśmy, zmarła z rozpaczy, z wycieńczenia. Nie mogliśmy dojść do siebie. Nigdy więcej eksperymentów z zostawianiem zwierząt.

Szympansy wspaniałomyślne, a delfiny ze świadomością własnego istnienia

Szympansy mają cechy, które do niedawna przypisywaliśmy wyłącznie ludziom. Są empatyczne i altruistyczne. Badacze z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maksa Plancka w Lipsku dowiedli, że są skore do pomagania innym nawet wtedy, gdy wymaga to od nich znacznego wysiłku i wiedzą, że za pomoc nie dostaną żadnej nagrody. W jednym z eksperymentów za każdym razem wybierały takie opcje, które były korzystne dla innych. To nieustanne zwracanie uwagi na potrzeby członków stada sprawia, że związki uczuciowe, jakie tworzą w klanie, są niezwykle silne. Przekonali się o tym pracownicy warszawskiego zoo, przyglądając się dwóm szympansom, które spotkały się po latach. Samiec i samica rzuciły się sobie w ramiona. Szympansy tworzą także zażyłe relacje ze swoimi ludzkimi opiekunami. Gdy ich tracą, popadają w apatię, leżą w klatce osowiałe, odmawiają jedzenia. Tęsknią, cierpią.

Specjaliści od delfinów Stephanie King i Vincent Janik z University of St. Andrews donoszą, że zwierzęta te nie tylko myślą i czują, ale także – co naukowcy dowiedli ponad wszelką wątpliwość – zwracają się do siebie konkretnymi imionami! Co więcej, wygląda na to, że wśród delfinów imiona są dziedziczone. Samce, które po osiągnięciu dojrzałości opuszczają rodzinę, dostają imię po matce. Natomiast młodym samicom stado nadaje nowe imię, aby nie myliło się z imieniem matki. To niejedyne odkrycie, które dowodzi inteligencji tych zwierząt. Posiadają umiejętność abstrakcyjnego myślenia, a ich język jest co najmniej równie skomplikowany jak nasz (jego podstawą są gwizdy, kląskanie, postukiwanie i niesłyszalne dla nas zakresy fal dźwiękowych – na przykład ultradźwięki). Delfiny potrafią godzinami rozmawiać ze sobą, mówiąc niewątpliwie całymi zdaniami. Zdolność do tworzenia skomplikowanych sekwencji dźwięków idzie w parze z umiejętnością logicznego myślenia.