1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kulturalny kwiecień

Kulturalny kwiecień

Wiosna! Czas miłości, zabawy i dorastania do lata. Czas słów, które próbują opisać i zatrzymać miłość. I muzyki, która poprowadzi w podróży do wymarzonej Nowej Ziemi.

W jednej z przepastnych szuflad mojego biurka można znaleźć oprawiony w czarny skaj podłużny pamiętnik. A w nim zapisane niebieskim atramentem, nieco już wyblakłe wiersze. Ktoś kiedyś dla mnie je przeczuł i zapisał. I chociaż ta miłość przeminęła – pospiesznie niby wiosna po zbyt długiej zimie – zaklęte w słowa dawne uczucia nadal tam są. A więc – było nie tylko boleśnie, ale też pięknie, czule i bardzo romantycznie. Kiedy dopada mnie zwątpienie i zaczynam myśleć, że żyjąc, tracimy życie, sięgam po ten pamiętnik i po wiersze. Przypominają mi, że przeciwnie – żyjąc, zyskujemy życie, a póki ono płynie, póty przemienia nas i świat i wciąż pozwala kochać. Nic nie jest na zawsze, ale też nie wszystko znika. Ode mnie zależy, ile z tego, co było, pozostanie ze mną. Na pewno warto zachować   piękne słowa i wspomnienia. Dla tych, którzy jeszcze się ich boją albo dopiero szukają swojej miłości, wybrano z kilku powieści autora „Alchemika” wiele cytatów o tym najpiękniejszym i najtrudniejszym z uczuć. Tak powstała niewielka książeczka „Miłość” Paulo Coelho (wyd. Świat Książki, Warszawa 2010). Polecam.

Kiedy kochamy, chcemy wierzyć w bajki. Najlepiej takie, które sięgają głęboko do mitów, archetypów. Do tego, co pamiętamy z dzieciństwa, co zasłyszane podczas leżakowania w przedszkolu czy wieczornego czytania bajek przez dziadka, historii o pięknych królewnach i odważnych rycerzach. I w tym właśnie filmie wszystkie bajkowe nitki splatają się w piękną opowieść. Ona – długowłosa, smukła i uwięziona przez złego ojca. Tyle że nie w szklanej wieży, ale w domu dla psychicznie chorych. On – nieustraszony, piękny rycerz – tyle że w złej sprawie dobywa miecza (hm, tłumaczy go trudne dzieciństwo). Kiedy jednak się spotykają, on bez wahania zmienia barwy z czarnych na białe. Ona z kopciuszka staje się królewną. Jak to w bajkach bywa (a często i w prawdziwej miłości), łączy ich jakaś tajemnica. Coś nieuchwytnego. Wystarczy, że patrzą na siebie. On jest szczęśliwy, że może się nią opiekować. Ona mówi zagadkami, podlewa kwiaty i pięknie tańczy. „Ogród Luizy” (DVD, reż. Maciej Wojtyszko, dyst. TiM Film Studio) to jeden z najpiękniejszych filmów o miłości, jakie widziałam. Mówi, że mimo inności, odrzucenia przez najbliższych możemy kochać i być kochani.

Wychowałam się na „Zaczarowanym ołówku”, „Bolku i Lolku” oraz „Porwaniu Baltazara Gąbki”. I pewnie do tej mojej dziecięcej wrażliwości trafiają i ożywiają ją animowane teledyski zespołu Daft Punk. Kosmiczne wyprawy, obłe budowle, smukli, wielkoocy, niebiescy ludzie. Świat zanurzony w ciepłych pastelach. Odpoczywam przy tej muzyce, myśląc o tym, że zapewne ludzkości uda się w końcu uciec z coraz bardziej dusznej Ziemi i ruszyć w kosmiczną podróż. Tęsknota za wielką wyprawą to chyba ostatnia nieskonsumowana idea, jaka nam została z lepszych dla ludzkiej myśli czasów. Lepszych, bo teraz brak nam pomysłu na to, co dalej? Jaki cel ma ludzkość? Może dlatego niszczymy, zatruwamy, za dużo konsumujemy? Tymczasem już sama koncepcja kosmicznej wyprawy niesie nadzieję, że kolejne pokolenia będą mądrzejsze, że w atmosferze Nowej Ziemi nie zrobią ozonowych dziur. Że więcej będzie miłości do wszystkiego, co żyje, rozwija się, przemienia...

Na utrzymanej w chilloutowym klimacie płycie „Do Not Disturb 3” (CD, dyst. Sony Music Entertainment) znajdziemy nie tylko utwory duetu Daft Punk, ale też zespołów Husky, Oszibarack oraz Sade i Kleerupa. Stanowią one idealny podkład do własnej, zaczętej w wyobraźni ekspedycji w świat gwiazd, pulsarów, białych karłów i tysięcy nieznanych słońc. Do zadumy nad tym, jaka właściwie powinna być ta Nowa Ziemia? A więc…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Psychologia

Potęga nicnierobienia - zamiast liczyć minuty, delektuj się nimi

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Próżnowanie – szczególnie w promieniach słońca i na łonie natury – ma swoje dobre strony. Pozwala doładować baterie, co ma ogromne znaczenie dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Na czym polega „zdrowe” lenistwo?

Carl Honoré – dziennikarz, pisarz, jeden z twórców ruchu Slow i jego rzecznik na całym świecie

Lenistwo czy nicnierobienie w naszym szybkim, uprzemysłowionym świecie jest postrzegane jako grzech. „Powolny” to pejoratywne określenie, synonim do „gnuśny”, „bezwolny”, a także... „głupi”. Dlatego nawet jeśli głęboko w kościach czujemy, że mocne przyhamowanie wyszłoby nam na dobre, boimy się to zrobić. A jeśli się już to zdarzy, zwykle mamy poczucie winy. Tymczasem próżnowanie ma swoje dobre strony. Jest okazją do odreagowania, uspokojenia myśli. Gdy zwalniamy, nasz umysł może swobodnie wędrować, a to jest warunkiem wszelkiej kreatywności. Leniuchując, zapominamy o troskach dnia codziennego i możemy udać się na poszukiwanie odpowiedzi na tak ważne pytania, jak „Kim jestem?” czy „Jaki sens ma moje życie?”. W takich pozornie mało znaczących momentach docieramy do sedna swojej istoty.

Ruch Slow nie nawołuje do robienia wszystkiego w zwolnionym tempie, tylko do robienia wszystkiego z odpowiednią prędkością. Namawia raczej do delektowania się godzinami i minutami zamiast ich liczenia. Do robienia wszystkiego tak dobrze, jak to możliwe, a nie tak szybko, jak to możliwe. Do przedkładania jakości nad ilość. Innymi słowy – jest zarówno „zdrowa”, jak i „niezdrowa” powolność. Podobnie jak jest „zdrowe” i „niezdrowe” lenistwo.

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. Potem musisz zdobyć się na odwagę – by zgodnie ze zmianą przekonań zmienić swoje życie – oraz samodyscyplinę, by nie zejść z obranej drogi. I ćwiczyć, dużo ćwiczyć. Dobrze też brać przykład z ludzi, którzy robią wszystko w swoim czasie i nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia.

Nie musisz nic robić

Większość konwencjonalnych metod psychologicznych i duchowych ścieżek przyjmuje, że uwolnienie negatywnych emocji, które powodują, że życie jest niesatysfakcjonujące, wymaga pracy i wysiłku: głębokiego wglądu w rodzinną przeszłość, przeżycia jej na nowo, przebaczenia i wyzwolenia przez katharsis (albo pewnych kombinacji wszystkich tych elementów). W kontraście do nich podejście niedualne, wywodzące się z dzogczen (buddyzmu tybetańskiego) i zen (buddyzmu, który swą rozwiniętą formę uzyskał w Chinach, Korei, Japonii), zakłada, że spod władzy zakłócających spokój emocji można wyzwolić się przez nierobienie niczego.

Naucz się kontemplować

Praktyka ta jest odpowiednia dla każdego niezależnie od tego, czy kiedykolwiek medytował. Kontemplacja, zwana także „samym siedzeniem”, polega na: odcięciu się od silnych zewnętrznych stymulacji, takich jak towarzystwo innych ludzi, telewizja, książki czy komputer, siedzeniu lub leżeniu we względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym, codziennie około 20 minut. Przede wszystkim zapewnij sobie spokój – to najważniejsze. Możesz siedzieć na krześle, kanapie albo poduszce medytacyjnej. Możesz nawet leżeć na plecach. Jedynym wymogiem jest pozostawanie w jednym miejscu około 20 minut. Wybierz wygodną pozycję i bądź przytomna. Stosując się do tych wymogów, po prostu rób to, co zwykle robisz. Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz. Możesz obserwować oddech, mówić mantrę czy modlitwę, ale nie musisz. Nie jest też konieczne, abyś swoją percepcją podążała za myślami. Oczy możesz mieć zamknięte lub otwarte. Nie ma też znaczenia, czy jesteś skoncentrowana, czy rozproszona. Nie ma możliwości popełnienia błędu.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Kultura

Hey wraca na scenę po dłuższej przerwie

Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Dobra wiadomość dla fanów Katarzyny Nosowskiej i grupy Hey. Po 3,5-letniej przerwie zespół zagra jedyny w tym roku koncert w ramach tegorocznej edycji Festiwalu Jarocin.

Jarocin Festiwal 2021 zamyka line-up. Poznaliśmy już wszystkich wykonawców, którzy pojawią się na tegorocznej imprezie. Wśród nich niespodziewanie pojawiła się grupa Hey, która w 2017 roku ogłosiła koniec działalności i pożegnała się z fanami trasą koncertową Fayrant Tour. Zespół wystąpi na festiwalowej scenie już 17 lipca i będzie to jedyny występ zespołu w tym roku.

My tu gadu, gadu, a Hey zagra po 3,5 rocznej drzemce, jedyny w tym roku koncert. Zapraszamy Was z całego serca do Jarocina! Spotkajmy się! Hey nie wie, co się działo na świecie przez ten czas – nie mówcie nam o tym, nie jesteśmy ciekawi… Chcemy, żeby przez kilkadziesiąt minut było jak dawniej – razem! - poinformował zespół w mediach społecznościowych.

Festiwal Jarocin odbędzie się w dniach 16-18 lipca 2021 roku. Oprócz zespołu Hey, na scenie pojawią się również m.in. Strachy na Lachy, Muchy, Luxtorpeda, Edyta Bartosiewicz, Sorry Boys, Krzysztof Zalewski, Daria Zawiałow i Kwiat Jabłoni. W programie zaplanowano również wyjątkowe jubileusze, w tym 40-lecie zespołu Dezerter, 20-lecie grupy Happysad, 40-lecie debiutu na Jarocin Festiwal formacji TSA oraz 30-lecie wydania albumu „Legenda” zespołu Armia.

  1. Kultura

Rock'n'roll nigdy nie umiera – włoski zespół Måneskin zwycięzcą Eurowizji 2021

Zwycięstwem na tegorocznej Eurowizji zespół Måneskin z Włoch udowodnił, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. (Fot. materiały prasowe Sony Music)
Zwycięstwem na tegorocznej Eurowizji zespół Måneskin z Włoch udowodnił, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. (Fot. materiały prasowe Sony Music)
Zaczynali grając na ulicy. Potem zajęli drugie miejsce we włoskiej edycji programu X Factor, wygrali festiwal w San Remo, a w ubiegłą sobotę również tegoroczną Eurowizję. Swoim energetycznym występem nie tylko zdobyli miano najlepszego zespołu całego konkursu, ale udowodnili też, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. Nazywają się Måneskin – zapamiętajcie, bo będzie o nich głośno.

Są młodzi, piękni i diabelsko zdolni. Ich wyrazisty wizerunek nie pozostawia nikogo obojętnym, a elektryzująca muzyka przyprawia o ciarki na plecach. Włoski zespół Måneskin to idealny przykład tego, jak talentem i charyzmą można podbić świat. Ich brzmienie jest świeże, pełne pasji i wolności, jednak ciężko ich zaszufladkować, przypisać do konkretnego gatunku. Grają alternatywnego rocka z domieszką popu i funku, ale w ich utworach można usłyszeć też elementy punku i rapu. Nie ukrywają, że największą inspiracją są dla nich Arctic Monkeys i Harry Styles. W ubiegłą sobotę utworem „Zitti E Buoni” nie tylko zwyciężyli 65. Konkurs Piosenki Eurowizji, ale też pozdrowili środkowym palcem wszystkich hejterów.

Fot. materiały prasowe Sony MusicFot. materiały prasowe Sony Music

Måneskin w języku duńskim oznacza „światło księżyca”. Zespół powstał w 2016 roku, a jego członkowie znają się jeszcze z czasów szkolnych. Charyzmatyczny wokalista Damiano David, basistka Victoria De Angelis, gitarzysta Thomas Raggi i perkusista Ethan Torchio zaczynali od grania na ulicach w Rzymie, najczęściej na Via del Corso, zbierając pieniądze do futerału gitary. Szybko zostali jednak docenieni przez widownię i jurorów włoskiej edycji programu X Factor, w którym zajęli drugie miejsce. Na kolejny sukces nie musieli długo czekać. Zwycięstwo na kultowym festiwalu w San Remo zapewniło im udział w tegorocznym Konkursie Piosenki Eurowizji. Swój kraj reprezentowali dynamicznym utworem „Zitti E Buoni”, który opowiada o odkupieniu i chęci odwrócenia losów świata przez muzykę. Jego surowość doskonale pasuje do muzycznej filozofii Måneskin. – To rockowa piosenka o mocno gitarowym brzmieniu. Całość jest bardzo energetyczna. Tekst ma takie przesłanie: mówimy "zamknij się" do otaczających nas hejterów i robimy swoje – wyjaśnia wokalista zespołu.

Faworytami byli praktycznie od początku. W notowaniach bukmacherów ich utwór od marca utrzymywał się w pierwszej piątce, a w ostatnich dniach powędrował nawet na miejsce pierwsze. Na duże prawdopodobieństwo sukcesu piosenki wskazywał także Artur Orzech, wieloletni komentator konkursu. Popularność numeru potwierdzają również dane Spotify za okres od marca do maja bieżącego roku. Wykazały one bowiem, że „Zitti E Buoni” było najczęściej odtwarzanym eurowizyjnym utworem w serwisie. I to nie tylko we Włoszech, ale też w innych europejskich krajach. Finalnie Måneskin zwyciężył w sobotnim finale zdobywając łącznie 524 punkty w głosowaniu jurorów i telewidzów, a widowisko, które zaprezentowali porwało widzów nietuzinkową energią. W ten sposób grupa zapewniła swojemu krajowi trzecie w historii zwycięstwo (wcześniej Włosi triumfowali na Eurowizji w 1964 i 1990 roku, natomiast w poprzedniej edycji zajęli wysokie drugie miejsce miejsce).

- Rock’n’roll nigdy nie umiera – wykrzyczał ze sceny wokalista odbierając statuetkę dla zwycięzcy. Trzeba przyznać, że nieposkromieni Włosi rozpoczęli swoją karierę z przytupem. Jak podkreśla dziennik „La Repubblica”, dzięki wygranej na Eurowizji Måneskin stoi teraz „na dachu Europy”. Jednak mimo międzynarodowego rozgłosu, jaki już zdobyli, nie zamierzają spoczywać na laurach. Ich drugi studyjny krążek zatytułowany "Teatro d’ira – Vol. I" w sieci przesłuchano już ponad 100 milionów razy. W wersji fizycznej ukaże się on w najbliższy piątek, czyli 28 maja. Utrzymany w retro klimacie lat 70. album będzie pierwszą częścią większego projektu szykowanego przez grupę. Zespół ma na koncie również EP-kę „Chosen” i album „Il ballo della vita”, który osiągnął status trzykrotnej platynowej płyty. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość muzyki, to jesteśmy zdecydowanie na „tak”.

Drugi studyjny album zespołu Måneskin zatytułowany 'Teatro d’ira – Vol. I' trafi na sklepowe półki już 28 maja. (Fot. materiały prasowe)Drugi studyjny album zespołu Måneskin zatytułowany "Teatro d’ira – Vol. I" trafi na sklepowe półki już 28 maja. (Fot. materiały prasowe)