1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Gdy ekskochanek „nie opuszcza” nowego związku

Gdy ekskochanek „nie opuszcza” nowego związku

Warto mieć świadomość swojego „seksualnego CV”. To niezbędne, by stworzyć satysfakcjonujący związek i nie pozwolić, by przeszłość determinowała to, co dzieje się w naszej sypialni teraz. (fot. iStock)
Warto mieć świadomość swojego „seksualnego CV”. To niezbędne, by stworzyć satysfakcjonujący związek i nie pozwolić, by przeszłość determinowała to, co dzieje się w naszej sypialni teraz. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Partner nie chce słyszeć o twoich byłych ukochanych? Nic dziwnego. Wspomnienie eks potrafi rzucać długi cień na obecną relację. A ten wpływ najsilniej zaznacza się w sypialni. O tym, że byli kochankowie w obecnym związku to niemały kłopot, świadczy liczba pacjentów Joanny Twardo-Kamińskiej, którzy właśnie z tego powodu trafili do gabinetu seksuologa.

Kilka plików ze wspólnymi zdjęciami, wspomnienia, nierzadko także bolesne. A w sferze seksu – pewne preferencje, czasem jakieś uprzedzenia, niekiedy poważne blokady. To właśnie zostaje nam po byłych partnerach. Z prowadzonych pod kierunkiem profesora Zbigniewa Izdebskiego badań nad seksualnością Polaków wynika, że średnio mamy w życiu 4,28 partnerów seksualnych. Jakkolwiek ma się ta liczba do naszego doświadczenia, to zapytane przez ukochanego, zaniżamy ją, poniekąd słusznie: wszystko, o czym się powie mężczyźnie, staje się pożywką dla jego wyobraźni. Nie dlatego, że on tak chce – on tak ma. – Nadmiar szczerości w sferze seksualnej nie zrobi dobrze żadnej relacji – tłumaczy seksuolożka Joanna Twardo-Kamińska. – Partner ma prawo do naszej teraźniejszości, ale nie przeszłości.

Zrób tak jak on

Nazwijmy ją Małgorzata. Wykształcona, odważna, samodzielna. Tuż przed trzydziestką. Nie ma problemu z powiedzeniem, o co jej chodzi w życiu. Dlaczego jednak nie potrafi być równie otwarta w łóżku? Małgorzata dziewictwo straciła z Krzyśkiem. Byli razem kilka lat. Seks był fantastyczny, ale, jak to bywa w życiu, w końcu przestał wystarczać. Związek nie przetrwał próby czasu. Dziś Gośka jest z chłopakiem, któremu nadamy imię Michał. Kocha go, ale w łóżku zaciska zęby. Dlaczego? – Z Krzyśkiem za każdym razem miałam orgazm – wyjaśnia. – Michał też próbuje, stara się, ale robi to zupełnie inaczej. I choć mi na nim zależy, zazwyczaj udaję orgazmy. Czemu nie nauczy Michała, jak powinien ją dotykać? Bo Gośka nie chce przenosić starej relacji do nowej sypialni. Woli poczekać, aż Michał w końcu wypracuje jakąś skuteczną metodę…

Joanna Twardo-Kamińska: Kobiety często przyzwyczajają się do jednego sposobu przeżywania orgazmu, i potem mają problem, by dotrzeć na szczyt w inny sposób. Tym bardziej, jeśli szczytowania nauczył je pierwszy partner… Gośka nie powinna mieć jednak oporów przed nauczeniem Michała metod stosowanych przez byłego chłopaka, jeśli były skuteczne. To nie jest zdrada ani wnoszenie bagażu poprzedniej relacji do nowej, to jest znajomość swojego ciała i potrzeb, które po prostu odkryła z kimś innym. Nie musi mówić obecnemu partnerowi, że to coś, czego nauczył ją były. Wystarczy, że po prostu powie: „Wiem, jaka jest moja droga do rozkoszy, wygląda tak. Chcesz spróbować?”. Nie ma sensu rezygnować z czegoś, co działa. Czy jeśli z poprzednim partnerem oglądała film, przytulona na kanapie, z nowym już tego nie będzie robić? Gośka powinna także popracować nad nowymi sposobami i pieszczotami. Najlepiej jeśli zacznie… na własną rękę. Pieszcząc się w samotności, uniknie presji, by spełnić oczekiwania starającego się o orgazm partnera.

Nie umiem inaczej

Monika to też nie jej prawdziwie imię. Ma 27 lat, nie lubi zmian, pochodzi z konserwatywnej rodziny. Tak samo jak jej ekspartner, dajmy na to – Paweł. Miał temperament, ale preferował tylko jedną pozycję: „na pieska”. Monice nie przyszło do głowy, by proponować cokolwiek innego. Dobrze było, jak było. Aż do dnia, gdy Paweł zniknął z życia Moniki, łamiąc jej serce. Jakkolwiek poturbowana emocjonalnie, kiedy tylko nadarzyła się okazja, zdecydowała się na nowy związek. Nie liczyła od razu na wielką miłość. Chciała, by obok niej był ktoś miły, otwarty, z kim pójdzie do kina, na włoską kolację, może do łóżka. O ile dwa pierwsze punkty udało się realizować w sposób satysfakcjonujący dla obu stron, o tyle z trzecim nie było już tak łatwo. Łóżkowy repertuar Moniki wyczerpywała jedna pozycja. Tylko tak potrafiła się kochać. Kilka razy przystała na propozycję zmiany, ale czuła się fatalnie. Nietrudno zgadnąć, że związek zakończył się katastrofą. Monika po raz kolejny została sama, ze zrujnowanym poczuciem własnej wartości, urażoną dumą i przekonaniem, że „jest feralna”.

Joanna Twardo-Kamińska: Problemem Moniki jest uwarunkowanie nie tyle na określone pieszczoty, ile na jedną pozycję. Tak lubił się kochać jej były chłopak, a Monika nie potrafi wyobrazić sobie, że mogłaby zrobić to inaczej. To smutne, bo w ten sposób pozbawia siebie i ewentualnego partnera radości z seksu. Dlaczego trzyma się kurczowo łóżkowych przyzwyczajeń?  Prawdopodobnie wciąż nie przeżyła pełnej żałoby po starej relacji. Fakt, że powtarza to, co robiła z byłym kochankiem, jest najlepszym dowodem na to, że zastygła w bólu. Potrzeba czasu i fachowego wsparcia, by mogła skonfrontować się z prawdziwymi uczuciami, przepracować swoje ograniczenia i zapragnąć zmiany.

Chcę i się boję

Na potrzeby tej historii damy jej imię Bożena, a jej ekskochanka nazwiemy Wojtek. Oboje koło czterdziestki, pracownicy międzynarodowej firmy produkcyjnej. Spotkali się w pracy, przyjechali otwierać nowy zakład w głębi Polski. Co może robić dwoje samotnych, zmęczonych ludzi po pracy w obcym mieście? Iść do łóżka. Seksualnie byli dopasowani jak rzadko. Kto wie, może zostaliby małżeństwem… Niestety, on dostał awans. Wiązało się to z pracą na innym kontynencie. Bożena nie była gotowa na przeprowadzkę. On wyjechał, ona została. Ale każda kolejna próba związania się z kimś kończyła się w chwili, gdy szli do łóżka. I to najczęściej już po pierwszej nocy. – Żaden nie był tak dobry jak Wojtek. Żaden nie wytrzymywał porównania z nim, a ja wolę nie sypiać z nikim, niż mieć kiepski seks. W łóżku trzeba się dotrzeć. Wojtek znał moje ciało i umiał na nim grać jak na czułym instrumencie. Niezdarne próby zaspokojenia mnie podejmowane przez kolejnych kochanków tylko mnie irytowały.

Joanna Twardo-Kamińska: Może się zdarzyć też tak, że choć kontakt między byłymi kochankami został zerwany, to pozostało coś, co uzależnienia. Bożena może podświadomie nie chcieć nowej relacji. To dlatego nikt nie wytrzymuje porównania z Wojtkiem. Ale dziewczyna robi jeszcze jeden błąd. Nie jest mądrze oceniać kochanka po jednej nocy. Mężczyzna, im bardziej jest zaangażowany i im bardziej mu na kobiecie zależy, tym gorzej może wypaść na samym początku. Może mieć niepełną erekcję, przedwczesny wytrysk – to wszystko skutki napięcia. Dopóki nowy kochanek nie poćwiczy, nie dogoni swego poprzednika. Warto też patrzeć na relacje całościowo: bo może w sypialni nie jest na razie idealnie, ale poza nią świetnie…

Już nie chcę

Dajmy na to – Urszula, 35-latka miała. Przez niemal cztery lata miała romans z żonatym facetem. Chciała być lepsza od jego żony, mieć nad rywalką przewagę – dlatego godziła się w łóżku na to, na co nie zgodziłaby się w innej sytuacji. On jednak nie odszedł od żony. Dlatego Urszula odeszła od niego. Tak dziś mówi o tamtych czasach: – Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo trochę mi wstyd. Ale efekty są takie, że teraz w ogóle nie mam ochoty na seks. Żaden i z nikim. Jestem szczęśliwa, że nie muszę go uprawiać. Od roku jestem sama.

Joanna Twardo-Kamińska: Skąd ta awersja do seksu? Tak bywa, kiedy mamy nadzieję, że coś nim ugramy. I właśnie wtedy godzimy się na coś, na co nie mamy ochoty. Do znudzenia powtarzam to wszystkim pacjentkom: seks nie ma być kartą przetargową, nie ma służyć żadnym innym celom poza realizacją potrzeby seksualnej. Urszula traktowała seks jak rodzaj haraczu za to, że ma kogoś. Trudno się dziwić, że z jego zniknięciem prysnęła też ochota na seks, bo kto z nas chciałby dobrowolnie i za nic płacić haracz? Czy awersja Uli sama minie? Może, zwłaszcza jeśli się szczerze zakocha. Ale lepiej, by przedtem poszła na terapię. To pozwoli jej poznać własne potrzeby. I uchroni w przyszłości przed wejściem drugi raz w związek, w którym znów zapomni o sobie i będzie spełniała zachcianki drugiej strony.

Co było, minęło?…

Wizja kogoś, kogo kochamy, w obcych objęciach, potrafi zaboleć. Dlatego tak ważne jest, by do tematu ekskochanków podchodzić z delikatnością i szacunkiem dla uczuć partnera. Dotyczy to w równym stopniu kobiet i mężczyzn. Oni też przecież mają niejeden związek na koncie. Bez sensu robić o to wyrzuty czy obrażać się. Ale kiedy to naszemu partnerowi zbierze się na pikantne zwierzenia z przeszłości, warto dać mu jasny komunikat: „Słuchaj, to, co było, zanim mnie poznałeś, kompletnie mnie nie interesuje. Jedyne, czego wymagam, to być jedyną kobietą, z którą sypiasz, dopóki jesteś ze mną”.

Joanna Twardo-Kamińska, psycholożka, seksuolożka, współpracuje z Poradnią Seksuologiczną i Patologii Współżycia w Centrum Psychoterapii w Warszawie i Centrum Psychoterapii MAGO.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Niekoniecznie jak wszyscy i jak zawsze

To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy to, co w łóżku uważamy za normalne, takie jest, czy tylko takim się nam wydaje, bo do tego przywykliśmy? A co, jeśli to nie sprawia nam radości? O tym, jak rozumiemy w łóżku normalność, opowiada psychoterapeuta Piotr Sarnowski.

Co jest w łóżku normalne? I czy takie ma być, żeby było nam razem dobrze w stałym związku? Zapytała o to Chrisanna Northrup, współautorka książki „Czy to normalne? Seks, związki i statystyka”, kiedy po dziesięciu latach małżeństwa zaczęła się zastanawiać, czy nie mogłoby im być z mężem lepiej, kiedy się kochają. Kluczowa dla szczęścia jest realizacja własnych potrzeb, odnalezienie harmonii wewnętrznej i harmonii w relacji. Czasem bywa to jednak możliwe dopiero wtedy, kiedy przekroczymy to, co uważaliśmy do tej pory za normalne. Jako przykład podam historię powstania związku: dwóch kobiet i mężczyzny. Powstał on, bo pragnęła tego młodsza z kobiet, a nie – jak moglibyśmy się spodziewać – mężczyzna. To ona zgłosiła się do mnie na terapię, bo choć była w udanej relacji z tym właśnie mężczyzną, a i w życiu zawodowym odniosła wiele sukcesów, to odczuwała głęboki psychiczny i tożsamościowy dyskomfort. Miała stany depresyjne, mówiła, że nie wie, kim jest. W taki sposób manifestowała się jej niezaspokojona głęboka potrzeba. Jaka? Czuła się już całkowicie zagubiona od czasu, kiedy zaczęła prowadzić podwójne życie, czyli spotykać się ze starszą kobietą. Kiedy się do tego przyznała, zadałem jej oczywiste w tej sytuacji pytanie, które dla niej jednak było jak uwalniająca z chaosu emocji eureka: „Może pani jest biseksualna?”. Po chwili z ulgą przyznała, że tak. Ponieważ relacja z kobietą i mężczyzną wydawała się zgodna z jej wewnętrzną prawdą, przygotowałem ją do rozmowy z partnerem o jej podwójnym związku.

Chciała od niego odejść czy przekonać go do życia w trójkącie? Rozstawać się z nim nie chciała, ale nie wiedziała, jak on zareaguje. Partner okazał się jednak na tyle otwarty, że chciał poznać tę drugą kobietę. Tak też się stało i między nimi powstała nić sympatii, a wkrótce potem zamieszkali razem. Spotkałem ich już we trójkę kilka lat później, przypadkiem, na imprezie sylwestrowej. Wydawali się szczęśliwi, żyjący w zgodzie.

Czy to jest odpowiedź na pytanie, czy to, co uważamy za normalne, jest drogą do szczęścia w sypialni? To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. A więc kiedy to, kim jesteśmy, co czujemy, myślimy i mówimy, pokrywa się z tym, jak żyjemy. Tracimy radość życia i seksu, kiedy czego innego potrzebujemy, a co innego robimy i mówimy. Normalność to nie jest to, co powszechne albo to, co się nam takim wydaje na skutek wychowania czy nawyków. Normalność to wewnętrzna harmonia i poszanowanie godności człowieka, z którym jesteśmy.

Twoja klientka dopiero w trójkącie uzyskała harmonię i godność. Brzmi niedorzecznie… Bo tak w tym przypadku było, tych troje ludzi życie w ten sposób ukształtowało. Inicjatorka tego trójkąta wyniosła z rodzinnego domu lęk przed mężczyznami, ponieważ miała przemocowego ojca alkoholika. To matka dawała jej poczucie bezpieczeństwa. No i być może ten doświadczony w dzieciństwie trójkąt stał się w dorosłym życiu źródłem jej potrzeby, by do relacji z mężczyzną dołączyć kobietę. Dopiero ta druga kobieta dała jej poczucie bezpieczeństwa. No a jak bez niego mówić o harmonii w związku?

I to jest normalne? Każdy z nas jest inny i ma prawo do niepowtarzalnej ekspresji seksualnej i emocjonalnej, o ile nikogo nie krzywdzi. Każdy z nas ma swój cień. Psychoterapia oczywiście może pomóc – na przykład kobiecie pokonać lęk przed mężczyzną (mimo złych doświadczeń z ojcem) czy mężczyźnie lęk przed kobietą (wyniesiony z relacji z matką). Ale nie zawsze człowiek jest do takiej pracy gotowy, nie zawsze byłby w stanie znieść bolesną retrospekcję i reperację. Dlatego wybór drogi i celu psychoterapii zawsze należy do pacjenta. A moje zadanie jako psychoterapeuty polega na tym, aby pomóc pacjentowi dotrzeć do jego prawdy o nim samym. Idę więc za jego potrzebami, a nie za moimi przekonaniami moralnymi.

Miałeś wielu pacjentów, którzy zrobili coś nienormalnego po to, aby osiągnąć normalność? Tak, bo za nienormalne często uważamy to, co po prostu jest inne lub nietypowe. Jerzy, 44 lata, trafił do mnie ze stanami depresyjnymi, wyraźnie wycofany z życia. Ponieważ często zaczynam diagnozowanie od spraw seksualnych, i tym razem zapytałem o jego potrzeby. Okazało się, że ukrywa je w cieniu, nikomu o nich nie mówi. Tymczasem już Zygmunt Freud pisał, że niezaspokojone potrzeby seksualne powodują nie tylko w emocjach, lecz także w ciele, różnego rodzaju napięcia i prowadzą do emocjonalnych i fizycznych zaburzeń, a nawet chorób. I w tym przypadku ta teoria się potwierdzała, bo Jerzy miał stany depresyjne i coraz bardziej wycofywał się z życia. Ale kiedy w końcu ujawnił mi swoją fantazję, mogłem go uspokoić, że podobnie ma 80–90 proc. kobiet i mężczyzn i że dobrze by było, żeby o tym swoim pragnieniu porozmawiał z żoną. Przyznał wtedy, że właśnie tego najbardziej się obawia. Zacząłem więc przygotowywać go do tej rozmowy. Odgrywaliśmy scenki, podczas których mówił o nich do pustego krzesła, na którym w jego wyobraźni siedziała żona. Szło mu słabo, bo był pewien, że to nie ma sensu, przecież ona się nigdy na to, czego on pragnie, nie zgodzi. Ale kiedy wreszcie się na to zdobył, powiedziała: „dobrze”. Być może dlatego, że fantazją Jerzego był trójkąt, ale tym trzecim miał być mężczyzna.

Miał homoseksualne skłonności? Bynajmniej, miał to, co nazywamy kompleksem rogacza, chciał, aby jego partnerka doświadczyła rozkoszy z innym, bo jemu największą rozkosz dawało patrzenie na to, jak jego żona ją przeżywa. Nie zależało mu za to na tym, by to on sam jej tej rozkoszy dostarczył. No i podczas pewnego wyjazdu za miasto, z dala od domu, ta jego fantazja została zrealizowana. I – jak się spodziewałem – ten jeden raz zupełnie wystarczył. Ustąpiły objawy somatyczne i emocjonalne, a także chęć, by seks w trójkącie powtarzać. To jednak nie znaczy, że wszystkie fantazje seksualne trzeba „dla zdrowia” zrealizować. W tym przypadku to było możliwe i dopuszczalne, bo zaakceptowane przez żonę. A tylko wtedy, kiedy oboje się na to zgadzamy, można się zastanowić nad przekroczeniem tego, co uważaliśmy do tej pory za normę.

I dlatego jako psychoterapeuta czasem pomagasz przy zdradzie? Jeśli dwoje ludzi się na coś zgadza, a to, czego chcą, nie jest ekspresją przemocy czy braku szacunku i nie narusza ich prawdy o tym, kim są – to gdzie tu widzisz zdradę? Powiedziałbym, że przy tych zastrzeżeniach to właśnie realizacja pragnień jest wyrazem wierności sobie i swojej prawdzie. Oczywiście podczas psychoterapii trzeba uważnie przeanalizować każdy przypadek, aby wiedzieć, czy pomoc ma polegać na wsparciu w realizacji pragnień, czy właśnie na tym, o czym mówisz, czyli na zrozumieniu, skąd one się biorą, i dotarciu do tego, co pod nimi ukryte. Zwłaszcza dziś, kiedy seks, jaki uprawia pacjent, może zaskoczyć nawet doświadczonego terapeutę, nie wolno nam trzymać się jednego rozwiązania. No i powiem ci, że normę przekroczył w mojej ocenie inny pacjent, Robert. Ten mężczyzna przez cztery lata był w związku z kobietą, z którą uprawiał codziennie seks; jadł posiłki czy ćwiczył na siłowni, ale tylko dzięki kamerce w telefonie czy komputerze. Bo choć uważali się za parę, nie spotykali się face to face.

Zanim zapytam cię, dlaczego akurat jego uznałeś za nienormalsa, powiedz, proszę, jak się uprawia seks w kamerce przez cztery lata i wciąż ma się na to ochotę! Para, o której mówię, była dobrze zaopatrzona w sprzęt, oboje mieli specjalne trójwymiarowe okulary, które podłącza się do komputera i które dają wrażenie, że ta druga osoba obejmuje, jest razem z nami. Mieli także seksualne gadżety, on między innymi masturbator w kształcie waginy, a ona wibratory, nie tylko w kształcie penisa. Kochali się więc tak, że każde masturbowało się, opowiadając drugiemu o tym, co odczuwa. Realizując jego polecenia i wydając własne.

A dlaczego uznałeś, że akurat cyberkochankowie są poza normą? Nie dlatego, że kochali się przez Internet. Mieszkali w miastach oddalonych o 400 kilometrów. Poznali się na Tinderze i nie tylko chcieli seksu, ale też budowali relację. Super! Mój niepokój wzbudzało co innego, a mianowicie to, że nie spotykali się face to face. Podstawą ludzkich relacji jest właśnie takie spotkanie, które umożliwia bycie blisko za sprawą wszystkich zmysłów, nie tylko wzroku, ale też dotyku, możliwości poczucia swojego zapachu. No i Robert przyszedł do mnie po dwóch latach, bo chciał i jednocześnie nie chciał takiego spotkania. Bał się rozczarowania. Bał się, że ona go nie zaakceptuje, kiedy nadzy staną naprzeciw siebie. No i tego, że może sobie z seksem nie poradzić. Bo czy jej będzie tak świetnie z nim realnym, jak ze sobą samą doprowadzającą się do ekstazy? Ten lęk był tak duży, że pracowaliśmy prawie dwa lata, nim wreszcie odważył się na spotkanie. Aby nie zakończyło się ono klapą, wyznaczyłem mu zadania: miał zrobić im wspólne zdjęcia i przekonać ją, żeby zaczęli pisać do siebie listy. No i nie miał iść z nią do łóżka! Dzięki temu były kolejne randki w realu i po kilku miesiącach zamieszkali razem. A to nie było proste też dlatego, że Robert musiał wyprowadzić się od mamy.

Zabierasz synów matkom i dajesz kobietom z wibratorami? Właśnie tak dążę do normalności. Bo w tym przypadku podstawowym problemem była relacja z matką, a nie kamerki i wibrator. Powiedziałbym nawet, że to dzięki mediom Robertowi udało się stworzyć związek z kobietą. Tak więc i tym razem coś, co mogło wydawać się poza normą, posłużyło zbudowaniu harmonii wewnętrznej tego mężczyzny, a miał wówczas już 38 lat, jak i zbudowaniu dobrej relacji z drugim człowiekiem.

W książce „Czy to normalne?” zaskoczyła mnie informacja, że palcami doprowadza do orgazmu partnerkę czy partnera ponad 70 proc. badanych. I to nie dlatego, że tak muszą, ale że chcą. Każda para dopasowuje seks do swoich potrzeb, a orgazm „zrobiony” palcami może obojgu sprawiać przyjemność. Pogłębiać związek, dawać szczęście. To normalne. A dlaczego tak wiele ludzi kocha się palcami? Moim zdaniem powodem jest to, że jesteśmy wygodni. No i przyzwyczajeni do doświadczania świata dłońmi – bo klawiatura, bo dżojstik.

Pisząc o seksie i rozmawiając z ludźmi, mam wrażenie, że normalne, czytaj „typowe”, są w związku różnice w seksualnych temperamentach. Mężczyzna, który ma inne potrzeby niż jego partnerka, to bardzo częsty klient psychoterapeuty. Inne i niezaspokojone potrzeby seksualne destabilizują relację. Ale nie jest to sytuacja beznadziejna, jak możemy myśleć, zakładając, że libido czy temperament to coś danego nam raz na zawsze i niezmiennego. Autorzy „Czy to normalne?” piszą o metodzie tak zwanej ewolucji potrzeb seksualnych, która pozwala na zgranie się dwojga ludzi mających inne potrzeby i temperament. Okazuje się, że dzięki pracy nad wzmocnieniem intymności, a także poczuciem wartości i pewności siebie u tego z partnerów, który wydaje się mieć słabsze libido, dochodzi często do wyrównania tych dysproporcji. Moim klientom zalecam podobną metodę. Mają, każde osobno, napisać listę swoich potrzeb seksualnych. Potem na terapii zamieniają się kartkami i zakreślają na liście partnera to, co jest do przyjęcia. I zaczynają powoli wcielać to w życie. Miałem niedawno klienta, który był wysoko funkcjonującym właścicielem firmy, ale w sypialni sobie nie radził. Mówił, że żona ma większe potrzeby. Kiedy zaczęliśmy pracę nad tym jego „nieradzeniem sobie”, szybko okazało się, że powodem jest tak naprawdę to, że mężczyzna nie radzi sobie ze stresem. W pracy jest tak zestresowany, że po powrocie do domu nie umie przełączyć się na tryb erotyczny.

Uczyłeś go metod relaksacji, bo miał mniejsze libido niż jego żona? A może trzeba było ją nauczyć, żeby powściągnęła swoje żądze? Nauczyłem go odpoczywać, bo tego nie potrafił. Wiele osób po powrocie do domu nie umie wyłączyć emocji przyniesionych z pracy. W takiej sytuacji, zanim wejdziemy do łóżka, musimy się zrelaksować,a seks warto zaczynać od masażu. Z tym klientem pracowaliśmy także nad tym, jakim mężczyzną chciałby być. Pewnym siebie, z większym libido? Poradziłem mu też, żeby kupił bransoletkę i przez cały dzień nosił ją na prawej ręce, ale przed seksem przekładał na lewą. To miało być dla niego symboliczne przełączenie się z trybu pracy na tryb seksu. No i po kilku miesiącach pracy miał zdecydowanie więcej pewności siebie, a w rezultacie więcej ochoty na seks.

I ładną bransoletkę. Właśnie. 

Piotr Sarnowski, psychoterapeuta, specjalista psychoterapii uzależnień, wykładowca na UKSW.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy. Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny? No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu… Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy. Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic? Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo. Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować? Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks? Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie... A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów? Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić? Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność? Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić. E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Psychologia

„Nie chcę o tym rozmawiać” - o tajemnicach i ciemnych stronach związku mówi Wojciech Eichelberger

</a> Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska)
Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Byłam pewna, że Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta mówiący o wolności jako warunku miłości, powie, że trzeba uszanować „nie” partnera. Sama jednak nieraz odczułam, że przemilczanie nie zbliża do szczęścia. Jak więc zachować się, gdy partner czy partnerka niby Sinobrody mówi: „do tego pokoju w moim sercu nie wolno ci wchodzić!”?

Znajomy postanowił sam wyremontować nowe, duże mieszkanie, ale tego nie robi i stoi ono puste, a on z żoną nadal mieszkają w kawalerce. Żona z nim o tym nie próbuje rozmawiać, choć ją to frustruje, bo to tylko wywołałoby dziką awanturę. Nic nie mogę powiedzieć o tym mężczyźnie, bo go nie znam. Ale na kanwie tej historii możemy pofantazjować na temat ewentualnej ukrytej przyczyny. Może ten mężczyzna nie chce lub nie może wyremontować nowego, wspólnego mieszkania, bo nieświadomie dąży do tego, aby ten związek nie trwał długo? Boi się zażyłości, dłuższej perspektywy we dwoje, bo chce być wierny mamie? Może obawia się rodzicielstwa (większa przestrzeń życiowa często wyzwala w kobietach pragnienie zapełniania jej potomstwem) albo ma uczulenie na farby i wstydzi się do tego przyznać? Cokolwiek jednak by to było, skoro ma moc wyzwalania z pozoru nieuzasadnionych wybuchów złości lub prowokuje do izolowania się, możemy być pewni, że głębokie przyczyny ukryte są w strefie cienia, czyli w nieświadomości. Wszyscy mieszkamy we wspaniałych pałacach umysłu, ale większość z nas używa tylko jednego pokoju. Do pozostałych boimy się nawet zbliżyć, a strych i piwnice budzą w nas paniczny lęk. Rezygnujemy więc z wiedzy i doświadczenia i zaludniamy nasz umysł demonicznymi tworami wyobraźni, skutecznie sami siebie strasząc.

Mówiąc metaforycznie: on nie chce remontować swojego mentalnego pałacu, bo wyobraża sobie, że coś strasznego się tam ukrywa? To najogólniejsza, symboliczna interpretacja powodów jego zachowania. Ciąży na nas kulturowe tabu zabraniające zaglądania szczególnie do piwnic (cielesność, popędy, tj. seks, agresja, potrzeba indywidualnego przetrwania) i na strychy (miłość, duchowość, ekstaza, wolność). To kulturowe tabu każe nam siedzieć w ciasnym pokoju, wznosić oczy do nieba i modlić się, by ktoś nas stąd zabrał. To wielkie i zasmucające marnotrawstwo możliwości, jakie stwarza człowiecze życie. Na szczęście coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że warto wreszcie rozgościć się w swoim dziedzictwie. Odkrywa, że od zawsze mieszkamy w niewymownie pięknym, przebogatym pałacu bez ścian i okien. Przeczuwa, że nie wykorzystują swojego potencjału fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego - i pragnie to zmienić.

Czy jednak czasem trudności i lęki nie są zbyt duże, by warto było zdobywać się na remont? Jeśli chcemy poczuć siebie, być u siebie w pokoju z samym sobą, wyjść z cienia na światło, to tylko ta droga nas tam doprowadzi. Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności. Wtedy często słyszą i mówią: „tylko nie dotykajmy tej sprawy”, „to zbyt bolesne”, „nie chcę o tym rozmawiać” itp. W ten sposób zawężona zostaje przestrzeń, w jakiej ich miłość może się rozwijać. Zamiast poczucia wolności, wsparcia, wspólnego i fascynującego penetrowania możliwości, jakie niesie życie, ich związek staje się polem minowym, po którym poruszamy się  napięciu i lęku. Są jednak tacy, których to kręci, bo dramat i napięcie były ich udziałem od zarania. Każdy jednak, kto chce odpowiedzialnie uczestniczyć w byciu z drugą osobą, ma obowiązek zaglądać do wszystkich nieużywanych komnat, a przede wszystkim do piwnic i na strychy. Bo jeśli na skutek kaprysu losu jakiś zamknięty pokój sam się otworzy, nagromadzona w nim energia cienia może okazać się tak wielka, że osoba, która nie odważyła się na remont, zostanie sama, gdy jej partner ucieknie w popłochu.

Nie rozumiem żony tego znajomego. Gdyby ta sprawa jej nie dotyczyła, to mogłaby odpuścić rozmowy, ale milcząc, mieszka wciąż jak studentka. Najwidoczniej obawia się, że usłyszy: „Nie szanujesz moich granic i słabości, nie rozumiesz mnie, więc: do widzenia!”. A gdyby prawdziwa była nasza hipoteza, że on nie remontuje mieszkania, bo szuka pretekstu, by ten związek zerwać, to jej naciski są wodą na jego młyn. Na dłuższą metę jednak strategia przemilczania neurotycznych ograniczeń partnera jest destrukcyjna. Jeśli ludzie chcą spędzić życie we dwoje, to muszą być otwarci i zażarci w odzyskiwaniu, przewietrzaniu i remontowaniu nierozpoznanych obszarów umysłu. W przeciwnym razie – prędzej czy później – wpuszczą partnera na minę i zagrożą miłości.

A może ona dobrowolnie i szczerze zrezygnowała z większego mieszkania, doceniając uroki mieszkania z ukochanym w kawalerce? Jeśli dobrowolnie dla związku zrezygnowała też z macierzyństwa – to szczęść Boże tej parze. Przyznam jednak, że mój psychoterapeutyczny sceptycyzm każe mi powątpiewać w taką możliwość. Szczególnie w dobrowolną i pogodną rezygnację z macierzyństwa. Ten rodzaj szlachetnego poświęcenia z reguły okazuje się bombą z opóźnionym zapłonem. I jeśli zostaną w kawalerce z nieprzepracowanym problemem, będzie on się potęgował, powodując kurczenie się przestrzeni szczerości, swobody i wolności w związku. Dlatego trzeba rozmawiać, pytać o przyczyny. Robić wszystko, co możliwe, by nie dać się zniewolić neurotycznym objawom, cieniowi partnera. To szkodzi zarówno zniewalanemu, jak i zniewalającemu, który żyje w nieustannym lęku i napięciu, bojąc się swojego cienia – czyli siebie samego.

Ale może to jednak wyraz szacunku dla partnera nie zmuszać go, by zajrzał w swój cień?To raczej współuzależnienie, a nie szacunek. Stajemy się tak sojusznikiem w ukrywaniu drzwi do ciemnych pokoi. Jak żona alkoholika, która pomaga mężowi ukryć konsekwencje jego picia, co pozbawia go szansy na zbudowanie jakiejkolwiek motywacji, by się zmierzył z nałogiem i rozpoczął walkę o swoją wolność i godność. Osoba współuzależniona czerpie bowiem nieuświadomioną satysfakcję z roli nieustannie frustrowanej wybawicielki. Gra w: „Ja cię zbawiam, ale ty się nie dajesz zbawić. Bo jakbyś się dał, to ja bym cię już nie mogła zbawiać i poczułabym się bezużyteczna”.

Naciskać więc, by rozmawiać na trudne tematy i pytać o niezrealizowane plany. Tylko jak? To niełatwe. Na początku związku każdy chce się pokazać z najlepszej strony, ukrywa więc nieposprzątane pokoje i związane z nimi lęki. Gdy po zakończeniu godowego tańca widać, że wnosimy w posagu sporo nierozwiązanych problemów, często wypychamy ze świadomości tę konstatację. Trudno w czas postąpić mądrze. Raczej zaklinamy rzeczywistość, odkładając sprawę w nieskończoność. Tymczasem im szybciej zaczniemy o tym rozmawiać, tym lepiej. Oczywiście w duchu zrozumienia: „Widzę, że z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów masz kłopot z tym, żeby w ogóle zacząć ten remont. Zauważyłam, że gdy próbuję dowiedzieć się, czemu tak się dzieje, to się strasznie bronisz. Więc skoro to jest sprawa, której nie chcesz przede mną ujawnić, to idź do psychoterapeuty i spróbuj z nim o tym porozmawiać. To ułatwi nam życie. Przy okazji pokażesz, że nasz związek jest dla ciebie ważniejszy niż niechęć do zajęcia się swoim problemem. Wiedz, że dla mnie jest ważne, byśmy zamieszkali w dużym, wygodnym mieszkaniu i by mieć faceta, który gdy coś obiecuje, to tak robi”.

To mądre słowa, ale z doświadczenia wiem, że raczej trudno dotrzeć w spokoju nawet do połowy takiej wypowiedzi... Nie ma co liczyć na to, że jej adresat przyjmie ją ze spokojem i wdzięcznością: „Jak dobrze, że mi to wreszcie powiedziałaś!”. Ale jeśli mu zależy na związku, to po rozmowie prawdopodobnie coś ze sobą zacznie robić.

W bajce o Sinobrodym żona sama wchodzi do zakazanego pokoju... Ale ona odkrywa tajemnicę Sinobrodego, nie jego cień. Sinobrody był świadomy tego, co robi – zwodził swoje ofiary i z pewnością żadnej nie kochał. Strefa cienia jest z definicji nieuświadomiona, wymyka się kontroli i działa destruktywnie wbrew naszym najlepszym intencjom. Rozwala związek z ukrycia jak rdza albo w jednym potężnym wyładowaniu, jak grom. Wracając do Sinobrodego, zachował się jednak tak, jakby chciał, by kolejna żona poznała jego tajemnicę. Dał jej klucz do komnaty pełnej trupów poprzednich żon. Tym samym postawił ją przed wyborem. Po tym, co zobaczyła, mogła stać się jego kolejną odrętwiałą z przerażenia ofiarą albo zadufaną w sobie wybawicielką – samobójczynią, która wierzy, że jej miłość go odmieni. Najprawdopodobniej Sinobrody podobnie rozgrywał poprzednie małżeństwa i pozornie nie spodziewał się, że kolejna żona przejrzy jego grę. Lecz w głębi duszy nieświadomie marzył o takiej, która nie ulegnie hipnotycznemu działaniu przemocy ani obezwładniającej zdrowy rozsądek iluzji miłosnej omnipotencji. W ciemnych zakamarkach jego umysłu nie ma bowiem zła – zło jest jawne. Mieszka tam – z jego punktu widzenia przerażająca, bo otwierająca na dobro i miłość – potrzeba ekspiacji i kary. Ludzie zakażeni nienawiścią i chęcią zemsty w swoim cieniu mają dobro. Żyją z obolałym sumieniem, które prowokuje los, by zło się wydało, a cierpienie, które zadają innym, zostało powstrzymane i ukarane.

Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska) Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska)

Jaki z tego morał? Otóż los poprzednich ofiar Sinobrodego uczy, że zła nie da się udobruchać miłosnym oddaniem, nie da się go przeczekać i nie wolno zamykać na nie oczu. Zło trzeba zobaczyć takim, jakim jest, nazwać i ujawnić, a następnie pomóc człowiekowi, który zatracił ludzką zdolność empatii i współczucia, do uznania swojej odpowiedzialności i winy. Wtedy dopiero da on sobie prawo do tego, by przyjąć od kogoś dar miłości i zdobędzie się na symetryczną odpowiedź. W tej właśnie sprawie ostatnia żona Sinobrodego doświadczyła wglądu. Ujawnienie mężowskiej zbrodni trzeba uznać za wyraz jej najgłębszej, mądrej miłości, miłości ratującej jego duszę. Mit o Sinobrodym ostrzega, że jeśli nie odważymy się wkroczyć do mrocznych zakamarków umysłu partnera, to nie tylko pozbawiamy go szansy na przekroczenie jego ograniczeń, lecz staniemy się współodpowiedzialni za kolejne ofiary. Po to, by się tak nie stało, czasami trzeba zaryzykować związek z ukochaną osobą i nie oczekując jej wdzięczności, nie przestawać w głębi duszy kochać ją nadal.

W przypadku, o którym mówimy, wtargnięciem w strefę cienia byłoby powiedzenie: „Rozumiem, że nie chcesz mieć dzieci i nie planujesz być ze mną długo, i dlatego nie remontujesz tego mieszkania?!”. To mocna prowokacja, ale kto wie, być może tylko taka okaże się pomocna. Bo w strefie cienia jesteśmy bezradni, nie potrafimy nazwać tego, co tam się kryje. Wiemy tylko, że nie chcemy tego dotykać. Część partnerów wytrzymuje sytuację konfrontacji z cieniem. Część ucieka i zmienia partnerów na mniej dociekliwych. Pewnej jest, że im później ujawniona jest strefa cienia, tym więcej nagromadzi toksycznej energii i tym trudniej uratować związek.

W bajce o Sinobrodym bracia ratują jego żonę i zabijają go. A wtedy ona dziedziczy majątek męża potwora i znajduje nowego kochającego partnera. Zasłużyła na to. Podczas konfrontacji z Sinobrodym przekroczyła rolę bezradnej ofiary i naiwnej wybawicielki. Wzmocniła się i zmądrzała. Sinobrody reprezentuje agresywny, bezwzględny, wyrachowany, niezdolny do miłości aspekt mężczyzny. Bracia – pozytywny, szlachetny, mądry i opiekuńczy aspekt – potrafią nawiązać bratersko-siostrzaną, czyli bezinteresowną więź z kobietą. Optymistyczne jest to, że tych dobrych mężczyzn jest więcej. Jeśli więc kobieta odkryje groźną strefę cienia w umyśle partnera, poczuje lęk, odrazę, niechęć to powinna natychmiast wzywać braci na pomoc. Pamiętajmy też, że nic co ludzkie nie jest nam obce, że umysł każdego z nas – czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną – zawiera skrypty wszystkich postaci tego mitu. Sinobrody istnieje też w wersji kobiecej – pod postacią, którą można nazwać Sinoustą. Każdy z nas – mężczyźni i kobiety – ma coś nierozpoznanego za kołnierzem. Czasami strefy cienia partnerów dobrze się uzupełniają, jak w związkach sado-maso czy Narcyz – Kopciuszek, a wtedy przez ograniczony czas doświadczamy nawet poczucia przejrzystości i harmonii.

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.

  1. Psychologia

Kobiety w stałych związkach - czego zazdroszczą singielkom?

Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Koniec wolności, rutyna, ograniczenia – owszem, to grozi każdemu związkowi. Ale będąc z kimś „na dobre i złe”, wiesz też pewnie, że to dobre wynagradza zwykle to złe. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz ma kilka wskazówek dla rozczarowanych żon i partnerek.

Od zawsze wiedziałaś, że będziesz mieć dom, męża, dzieci. W twojej rodzinie tak było od pokoleń. Wspólne mieszkanie, dzieci, wspólne konto – tak żyli twoi rodzice, dziadkowie… Kiedy nadszedł twój czas, wybrałaś tego Jedynego, w głębi duszy wierząc, że wasz związek będzie wyjątkowy. Mijają lata, między wami bywa różnie; raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. A wokół ciebie mnóstwo singielek, które idą przez życie same, bez mężczyzny, i twierdzą, że to ich świadomy wybór.

„Wolę być sama niż samotna” – usłyszałaś niedawno na babskim spotkaniu. „Jeśli mam ochotę napić się wina, nie muszę kupować całej winnicy” – to głos koleżanki z pracy, pożeraczki męskich serc i łowczyni cudzych mężów. Roześmiałaś się w duchu na myśl o tym, co by powiedział na to twój mąż, ale ziarenko niepewności zakiełkowało i w głowie pojawiły się niepokojące pytania: Jak bardzo musiałam zrezygnować z siebie dla naszego związku? Czy samej byłoby mi lepiej? Czy on dotrzymał obietnic, które mi składał? Skoro się kochamy, to dlaczego czasami czuję się taka samotna?

Zdaniem małżeńskich terapeutów po roku, dwóch albo trzech latach nawet w najlepszym związku pojawia się poczucie rozczarowania, opuszczenia, odrzucenia. – Jeśli jesteś z kimś w związku, to prawdopodobieństwo tego, że będziesz czasami doznawała stanów dojmującej samotności jest większe, niż kiedy żyjesz sama – twierdzi Zofia Milska-Wrzosińska, psycholożka, psychoterapeutka. – Bo kiedy wchodzisz w bliską relację, otwiera się obszar związany z twoimi pragnieniami, tęsknotami, oczekiwaniami i nadzieją, że zranienia z przeszłości zostaną opatrzone, a to, co bolesne i trudne – ukojone. A to jest niemożliwe.

Czy lepiej żyć razem, czy w pojedynkę? Czy na to pytanie można w ogóle dać jednoznaczną odpowiedź? Czego tak naprawdę zazdrościsz koleżankom – singielkom? Jakie gorzkie prawdy sobie przyswoiłaś?

„Małżeństwo to koniec wolności”

Kochana, odkryłam cudowne SPA na Mazurach, może wybierzemy się tam w weekend? – rzuciła od niechcenia koleżanka. To kusząca propozycja, ale… kiedy ostatni raz po babskim spotkaniu zdecydowałaś się przenocować u przyjaciółki, twój ukochany nie był zachwycony. Nie robił ci wyrzutów, ale wiesz, że nie lubi, kiedy spędzasz noce poza domem. On jest typowym domatorem, nawet razem rzadko wychodzicie. Przyzwyczaiłaś się do tego, ale czasami z sentymentem wspominasz, że kiedyś byłaś duszą towarzystwa; uwielbiałaś imprezy, spontaniczne wyprawy za miasto, a dziś? Przecież w satysfakcjonującym związku życzenia, potrzeby i dobre samopoczucie partnera powinny być dla ciebie tak samo ważne jak twoje własne.

Przypomnij sobie, dlaczego przed laty zdecydowałaś się zrezygnować, a może bardziej – ograniczyć swoją wolność? Może dlatego, że poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, zrozumienia, a także pragnienie dzielenia wspólnych planów i pasji, czyli część MY, stały się dla ciebie ważniejsze niż część JA? Twoja koleżanka singielka w każdej chwili może wyruszyć na koniec świata, nie pytając nikogo o zgodę, ale gdy ma problem, to do ciebie dzwoni w środku nocy. A kiedy, po wysłuchaniu jej szlochów, wracasz do łóżka, złodziej twojej wolności z miłością obejmuje cię ramieniem i zaspany pyta: „Wszystko w porządku?”. Zależy ci na tym wyjeździe do SPA? Może powiedz mu o tym? Małżeństwo to nie więzienie. To od was zależy, ile dacie sobie nawzajem wolności.

„Małżeństwo to zabójca miłości”

Nawet największa miłość kończy się po okresie miodowym – tak twierdzą przeciwniczki trwałych związków. Mówią: „romans – tak, małżeństwo – nie, bo każdy facet zmienia się po ślubie”. Cóż, jest w tym trochę racji. Codzienna rutyna to zabójca pożądania. Nie kochacie się już tak często i z taką namiętnością jak w pierwszych miesiącach po ślubie. Bywają między wami ciche dni. No i twój mąż nie jest już tym dzielnym rycerzem, który nosił cię na rękach. To prawda, ale ty też nie jesteś już tą zakochaną w nim bez pamięci dziewczyną, która spijała z jego ust każde słowo. Specjaliści od terapii par przyznają, że w miarę trwania związku zmienia się dynamika miłości. W miejsce namiętności i intymności – najbardziej „apetycznych” składników – pojawiają się przyzwyczajenie i zaangażowanie. A zakochanie przechodzi w etap dojrzałej miłości.

Obecnie coraz więcej par deklaruje pragnienie funkcjonowania w tzw. wolnym związku, który podobno nie zabija wolności, niezależności, możliwości samorozwoju, i trwa dopóty, dopóki nie wygaśnie „płomienna” miłość. Takie pary trafiają do mojego gabinetu i nierzadko okazuje się, że pod seksualną i emocjonalną swobodą kryje się lęk przed bliskością lub przed odrzuceniem, a także niewyrażona tęsknota za poczuciem stabilności, spokoju i bezpieczeństwa. Małżeństwo nie jest stanem, lecz procesem, w którym pojawiają się okresy bliskości, ale też dystansu, kryzysy, rozczarowania i problemy. Na przestrzeni wspólnego życia zmienia swój kształt, zmienia się intensywność, intymność i motywacja do bycia razem. Obydwoje się zmieniacie, rozwijacie się jako para, ale także każde z osobna. Bywa, że na jakiś czas przestajecie się rozumieć, zamykacie jedno na drugie – po to, by znów wrócić do siebie „z” i „dla” miłości. Kreujecie wspólny świat, doświadczając go jednak osobno – bo miłość łączy, ale czasami też dzieli.

Zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie życie bez niego – mężczyzny, którego wybrałaś „na dobre i złe”. Jak się z tym czujesz?

„Małżeństwo to wybór na całe życie”

Skąd mam wiedzieć, że nie spotkam mężczyzny, w którym się zakocham bardziej niż w moim narzeczonym? – to najczęstsze pytanie, które zadają mi kobiety tuż przed decyzją o ślubie. Niestety, nikt ci nie da takiej gwarancji. Być może, będąc mężatką, właśnie tego najbardziej zazdrościsz singielkom – spotkania miłości życia. Choć w dzisiejszym świecie kolejne małżeństwa wcale nie należą do rzadkości, czasami okazuje się, że drugie czy trzecie również kończy się rozwodem. Zdarza się również, że wybór życia w pojedynkę jest właśnie konsekwencją kolejnej nieudanej próby. A pozamałżeńskie romanse są chwilową ucieczką od owego wyboru na całe życie. No cóż, satysfakcjonujący związek wymaga dojrzałości obydwojga partnerów. A dojrzałość to przede wszystkim umiejętność dokonywania wyboru określonej drogi życia i wykluczenie pozostałych możliwości. Wybór tego jedynego partnera wyklucza wszystkich innych, i rzeczywiście nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy w waszym małżeństwie panuje sielanka, czy akurat macie kryzys, wasza relacja, w odróżnieniu od np. przyjaźni, opiera się na wiążącej umowie, której zasady powinniście ustalić na początku. Niestety, partnerzy kierowani impulsem zakochania naiwnie wierzą, że „wszystko się samo ułoży”. Zależność, wierność, lojalność czy podporządkowanie – to nie są kajdany, ale kwestie do ustalenia.

Kiedy trafia do mnie para na terapię, pierwsze zadanie, jakie mają do wykonania, to narysować siebie i partnera w postaci kółek. Ważne jest, w jakiej odległości kółka znajdują się od siebie, czy się przecinają i co jest zawartością każdego z nich oraz części wspólnej. W niej mieszczą się wspólnie wypracowane zasady dotyczące wolności, niezależności, wspierania się, indywidualnych wyborów, prawa do dystansu i samorealizacji, czyli to wszystko, czego zazdrościsz singielkom.