1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak pielęgnować swoją wrażliwość

Jak pielęgnować swoją wrażliwość

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz 10 wskazówek

1. Zaufaj sobie i postaraj się nie przejmować tym, co mówią inni. 2. Bądź dla siebie współczująca i wyrozumiała, zrezygnuj z perfekcjonizmu. 3. Rozwijaj odporność duchową i siłę. 4. Jak najczęściej postaraj się budzić w sobie wdzięczność i radość, walcz za to z uczuciem lęku przed nieznanym. 5. Korzystaj z intuicji i bądź ufna. Pozwól sobie także na pomyłki i błędy. Uwolnij się od potrzeby kontroli. 6. Wykorzystuj swoją kreatywność i przestań porównywać się z innymi. 7. Pamiętaj o zabawie i wypoczynku, wyczerpanie nie jest wcale wyznacznikiem twojej wydajności, a ta nie świadczy o twojej wartości. 8. Zapewniaj sobie spokój oraz ciszę, słowem: warunki, w jakich funkcjonujesz najlepiej. 9. Zrób wszystko, żeby twoja praca miała sens, przestań wątpić w siebie i myśleć o tym, co powinnaś zrobić. 10. Śmiej się, śpiewaj, tańcz, ruszaj się. Pożegnaj się z myślą, że zawsze musisz być fajna i wszystkim się podobać.

Czytaj więcej w artykule Wrażliwość w pracy: czy osoba wrażliwa może zrobić karierę?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kreacja rzeczywistości, czyli jak pomóc marzeniom się spełniać?

W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
Wystarczy aktywować każdy z ośmiu elementów pełnego spektrum kreacji. Jak to zrobić i na czym to polega - tłumaczy Tom de Winter, nauczyciel praktyk duchowych i terapeuta z Holandii. Od wielu lat na całym świecie prowadzi warsztaty rozwoju, jest jednym z trenerów wyszkolonych przez Drunvalo Melchizedeka.

- Wszechświat jest kompletny - mówi Tom de Winter. - Każdy z nas też. Jedna komórka ciała zawiera wszystkie cechy danego człowieka, powiększona może się nim stać. Bo jest pełnią. Jeśli coś z niej wykluczysz, nie będziesz kompletny, nie stworzysz siebie doskonałego. Podobnie jest z procesem kreowania rzeczywistości. Trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. To co wewnątrz ujawnia się na zewnątrz.

1. Myśli

Zastanów się dobrze, czy jesteś świadomy każdej swojej myśli. Tego, co pojawia się w umyśle przez 24 godziny na dobę. Myśli to energia, substancja. Każda z twoich myśli przejawi się w końcu w rzeczywistości. Stanie się rzeczą. Warto mieć tego świadomość. Najlepiej, by nasze myśli były pozytywne i jasne. Dobrze jest traktować je jak wyrażanie życzeń. Myśli są wytworem umysłu, a ten jest niezwykle kreatywny. Jedno pytanie, a wiele, wiele odpowiedzi, które rodzą chaos w naszym życiu. Kreatywność umysłu może się wydawać potęgą, ale ona nas gubi. Jeśli jesteśmy naprawdę świadomi siebie, naszym umysłem staje się serce. Wówczas myśli wyrażają jego pragnienia. A w miejsce serca pojawia się umysł - nie rządzą wtedy nami sprzeczne emocje. Umysł w momencie kreacji jest cichy, „mówi” serce. Ono się otwiera, gdy jesteśmy świadomi. W tym stanie znika nasze ego, a autentyczne „ja”, ta boska istota w nas, rozrasta się i kreuje rzeczywistość. Żeby tworzyć, trzeba być tu i teraz, w pełni świadomym każdej myśli, która jest w nas. Myśli innej osoby nie możemy zmienić, własne możemy dowolnie wybierać.

2. Uczucia

Kiedy pracujemy, wykonujemy różne absorbujące czynności, nasz mózg pracuje, „produkując” szybkie wibracje fal beta. To jest rzeczywistość, w której żyjemy. Wówczas mało czujemy, bardziej wiemy. Wiedza jest w naszych czasach ceniona, tymczasem tworzenie z przestrzeni serca polega na tym, żeby dotrzeć do autentycznych uczuć. Kiedy relaksujemy się i medytujemy, przechodzimy w stan alfa, wibracje fal mózgowych zwalniają. I tylko wtedy tak naprawdę jesteśmy obecni w danej chwili. Podczas praktyk medytacyjnych możemy obserwować nasze myśli i uczucia, które się pojawiają. I pozwalać im odpływać. Koncentrujemy się jedynie na oddechu tak, byśmy w pewnym momencie doświadczyli stanu pustki. Pełnego wyciszenia, kiedy nie myślimy. Wtedy przychodzą właściwe odpowiedzi na pytania. Mądrość jest w nas, wystarczy się tylko w nią wsłuchać. Przemawia do nas językiem uczuć. Żeby żyć autentycznym „ja”, czyli bezwarunkowo kochać i przeżywać prawdziwą radość, najpierw trzeba przepracować niższe stany emocjonalne. Wyczyścić je. Dlatego powinniśmy przyjmować każde uczucie i myśl, które do nas przychodzą. Najgroźniejszym wrogiem kreacji jest ignorancja. Wszystko to, czego nie chcemy zobaczyć, od czego się odwracamy, a zwłaszcza to, czego nie chcemy poczuć - wraca do nas zwielokrotnione. Gdy doświadczamy trudnego uczucia, przyjmijmy się, poobserwujmy, pooddychajmy do niego podczas medytacji, a odejdzie. W ten sposób uwalniamy się od negatywizmów. Oświecenie jest proste - należy być światłym, nie żyć w ciemności negatywnych uczuć. Proces kreacji zachodzi, kiedy jesteśmy scentrowani, ześrodkowani.

3. Emocje

Istnieje hierarchia emocji.

  • radość
  • lęk
  • gniew
  • depresja
  • apatia

Nie poczujemy autentycznej radości, jeśli nie doświadczymy każdego ze stanów wypisanych pod nią. Po apatii pojawia się depresja (z nimi często występuje poczucie winy i wstydu). Gdy wychodzimy z depresji, wpadamy w złość. Wyrażony gniew skutkuje strachem, ale gdy już przestajemy się bać, czeka nas radość. Żadnego z tych stanów nie wolno ignorować. Jeśli to robimy, projektujemy uczucia na innych. Gdy na przykład wypieramy złość, szybko zauważymy że otaczają nas gniewni, agresywni ludzie. Kiedy boimy się własnego smutku, mamy kontakty z osobami, którzy go okazują. Co inni bowiem są naszymi lustrami. To jest nauka o nas samych. To pomoc, bo umiejętności umysłu doskonale potrafią okłamywać nasze uczucia. One jednak cały czas w nas są. Emocje to tylko energia, którą możemy dowolnie zmienić, jeśli ją rozpoznamy i przyjmiemy. Dlatego dziękujmy za każdą, która do nas przychodzi. Przyjmijmy ją. Jeśli jest trudna, poprzez wyrażenie jej i obserwację, transformujemy ją. Wykrzyczana w sposób nieraniący drugiego człowieka złość, przeradza się w witalną energię pomagającą działać. Kiedy wejdziemy w lęk i poczujemy go, czekają nas przyjemne, radosne doznania. Jeśli nie będziesz się bać, kiedy odczuwasz lęk, nie jesteś sobą. Jeśli nie jesteś sobą, co kreujesz? Nie to, czego pragniesz.

4. Intencja

Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, jaka jest intencja twojego życia? Po co jesteś na tej planecie? Czego chcesz się nauczyć? Czego doświadczać? Prawdziwe odpowiedzi są jasne. Klarowne. Bo płyną z serca. Potrzeba świadomości i ciszy, żeby je usłyszeć.

5. Uwaga

Żeby skutecznie kreować, potrzeba żyć w tej rzeczywistości. Ona jest jedna. Wszystko dzieje się tu i teraz. Od chwili obecnej zależy przyszła. Teraz tworzymy. Nic nie staje się, co by już nie istniało.

6. Oczekiwania

To naturalne, że mamy wobec życia oczekiwania. Właściwie to ciągle czegoś chcemy. Trzeba jednak być bardzo świadomą istotą, żeby czuć czy nasze oczekiwania pochodzą z poziomu duszy, czy z ego. Spełniają się tylko te pierwsze. Jak je rozpoznać? Gdy czegoś pragnie twoja dusza, w brzuchu czujesz jakby tańczyły ci motyle, przepełnia cię czysta radość. Jednocześnie nie racjonalizujesz, nie wymyślasz tysiąca scenariuszy, umysł jest cichy i spokojny.

7. Słowa

One mają moc, energię. Zadbaj o to, żeby były łagodne, pełne dobrych uczuć i nie natarczywe. Ale prawdziwe. Żeby wyrażały to, co czujesz. Słowem możesz zranić albo błogosławić. Energia każdego wypowiedzianego słowa wraca do ciebie. Dlatego warto świadomie wybierać słowa.

8. Świadomość

Dla energii myśli i uczuć nie ma żadnych ograniczeń, nie liczy się czas ani przestrzeń. Możesz czuć emocje osoby, która przebywa na drugiej półkuli. Jak to działa? Zadzwoń do kogoś, kto przyszedł ci na myśl. Przekonasz się, że on także myślał o tobie. Żeby osiągnąć świadomość skalarną, trzeba podczas medytacji skoncentrowanej na oddechu, wejść w stan próżni, kiedy nie myślimy. W tym stanie możemy uzdrawiać. Możemy poczuć czyjś ból czy dyskomfort we własnym ciele i oddychając do tego miejsca, uzdrowić je. Ta druga osoba poczuje to samo. - Wchodząc do próżni, stajemy się Bogami - mówi Tom de Winter. - Możemy uleczyć siebie i kogoś, jeśli ten ktoś wyrazi taką wolę. W niczym nie jesteśmy ograniczeni, bo wszechświat to jedność. Jedność myśli i uczuć. Jest tak, jak czujemy. Nie ma Boga, który tworzy. Jest Bóg, który tworzy przez nas.

  1. Psychologia

Ludzie owładnięci uzależnieniem nie rozpoznają swoich pawdziwych uczuć, regulują je nałogiem

Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Ludzie owładnięci nałogiem po jakimś czasie stają się podobni. Nie rozpoznają już swoich prawdziwych emocji, powód to nałogowe regulowanie uczuć. Jak to wygląda? Kiedy jestem zła albo coś nie spełnia moich oczekiwań, uciekam w jedzonko. W mojej głowie pojawia się olśniewająca myśl, że jak sobie coś zjem, przestanę czuć to, czego nie chcę czuć, i będzie mi fajniej.

Marzymy o wolności, a często jej nie znamy, bo jeśli jesteśmy w szponach nałogu, to znaczy, że nie jesteśmy wolni. Takie twierdzenie nie budzi sprzeciwu, jeśli dotyczy bezdomnych narkomanów. Ludzie myślą: "Dopóki ja w takim stanie nie jestem, to nie ma problemu. Pracuję, zarabiam, żyję jak inni, wszyscy wokół robią to samo".

Wiemy, że można się uzależnić od substancji, od leków, alkoholu, hazardu czy jedzenia, nie dostrzegamy jednak, że również od zachowań i uczuć, na przykład od złości, od bycia ofiarą, zakochiwania się, zakupów. Albo od innego człowieka, męża czy dzieci. Nie zdajemy sobie też sprawcy, że można być uzależnionym od wielu rzeczy naraz. Oczywiście nie wszystkie uzależnienia są jednakowo groźne, uzależnienie od kawy nie zabija.

Ludzie mówią: uzależniłem się od jeżdżenia na rowerze. I nie mają racji - chyba że ktoś przestałby spać albo jeść, albo chodzić do pracy, tylko jeździł na rowerze. Nadużywamy tego słowa, to paradoks, bo przecież kiedy realnie jesteśmy uzależnieni, nie chcemy tego nazwać po imieniu, żeby mieć poczucie, że kontrolujemy sytuację. Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym. Przyczyna wiąże się z dzieciństwem, z tym, jak zostaliśmy wtedy przez najbliższych potraktowani. Czy zbudowano w nas poczucie własnej wartości. Jeśli go nie mamy, nie pomogą czerwone paski na świadectwach ani wysokie stanowiska. Jeśli dziecko nie jest kochane, to potem nie kocha siebie. Jako dorośli nie cieszymy się sobą, bo w dzieciństwie się nami nie cieszono.

Ten brak nam doskwiera, więc jak się na chwilę uda dziurę zapełnić, to przychodzi moment ukojenia. A łatwiej to zrobić przez uzależnienie niż szukać oparcia w sobie. Jeżeli seksoholik czuje napięcie, a nauczył się, że ejakulacja go od niego uwalnia, to powtarza zachowanie przynoszące ulgę. Wydaje mu się, że znalazł łatwy sposób na poprawę nastroju. Po jakimś czasie nie działa to już tak świetnie, ale on pamięta chwile, gdy czuł się jak król życia, i wierzy, że uda się je powtórzyć. To pierwszy etap psychologicznego uzależnienia. Stopniowo zaczynamy ustawiać życie pod możliwość korzystania z nałogu. Psyche współpracuje z nałogiem, pomaga nie widzieć związku między tym, że przestajemy robić zdrowe rzeczy, a zaczynamy robić coraz więcej chorych. To system zaprzeczeń. Nasza inteligencja zaczyna wypracowywać bardzo racjonalne dowody na to, że nie piję, nie ćpam, nie przejadam się, nie kupuję za dużo, że wszystko jest w porządku. Ja również mam swój system zaprzeczeń, stąd moje sprytne racjonalizowanie tego, że tak lubię jeść.

Nałóg wpływa na relacje, spłyca je, czasami je uniemożliwia. Zamiast doświadczeń związanych z ludźmi, mamy doświadczenia związane z tym, jak ukryć to, co robię. Oddalamy się od tych, którzy mają nam za złe nasze uzależnienie, od tych, których krzywdzimy. A w walce z nałogiem człowiek sam jest bezradny, wpada w stare koleiny, choć chce wierzyć, że kieruje swoim życiem.

Trzeba się nauczyć nie reagować automatycznie, zastanowić się, dlaczego lecisz do kuchni po jedzenie. Lepiej doświadczyć tego, przed czym uciekasz, czego nie chcesz doświadczyć. Nałogowe regulowanie uczuć oznacza, że zachowuję się, jakbym mogła sama je regulować, a to nie jest prawda, uczucia płyną, są, jakie są. Jeśli nie świeci słońce, do tego boli mnie głowa i jeszcze ktoś do mnie powiedział "ty raszplo", i ja lecę do sklepu po kieckę, chociaż nie mam pieniędzy, to znaczy, że próbuję regulować trudne uczucia. Daje mi to ulgę, ale można powiedzieć mocno: opuszczam samą siebie. To największe świństwo, że robimy sobie to, co kiedyś nam robiono. Bo prawdę mówiąc, jest nam źle w życiu dlatego, że kiedyś nas odrzucano, nie zauważano, nie słuchano, nie doceniano i myśmy to uzewnętrznili. Zamiast sięgać do siebie, swoich zasobów, sięgamy po używki. W uzależnieniu karmi nas coś z zewnątrz. Zdrowy człowiek ma swoje własne sposoby, żeby się dobrze czuć i używa ich regularnie. Dobre życie daje dobre samopoczucie. Jeśli się miało zbyt dużo złego samopoczucia, szuka się ucieczki, czyli czegoś z zewnątrz, co ma pomóc.

Na szczęście jeżeli człowiek się czegoś nauczył, to może się też oduczyć. Choć to niełatwe. Dopiero teraz potrafię powiedzieć sobie: "Możesz umrzeć, jak nie przyhamujesz z jedzeniem". Wiem, że muszę wprowadzić program odwyku. Każdy uzależniony musi pójść na odwyk. To cholernie nieprzyjemne, ponieważ świadomie mam odmawiać sobie jednej z największych atrakcji. Na szczęście istnieją metody wypracowane przez AA typu "ta chwila": w tej chwili tego nie robię. Przetrzymam chwilę, potem następną, a potem się za to pochwalę i będzie mi łatwiej wytrwać kolejną. Uzależnionym potrzeba też terapii, a najbardziej grupy terapeutycznej, dzięki niej ludzie widza coraz więcej. Przeglądając się w innych, dostają wsparcie. Pomocne w walce z nałogiem są nasze pasje, zainteresowania, słuchanie muzyki, tworzenie, śpiewa, taniec, przytulanie się, bieganie z dziećmi po ogródki, płodozmian zmęczenia i odpoczynku, bliskości innych ludzi i jednocześnie bliskość ze sobą. Chociaż, jak mówił doktor od alkoholików Bohdan Woronowicz, z kiszonego ogórka świeżego już nie będzie. Nałóg pozostanie w nas na zawsze.

Żyjemy w kulturze nałogów, braku i namiastkowego zaspokajania się. Próbujemy zasypać swoje deficyty, odeszliśmy od siebie, od tego, co ważne. Nie przypadkiem ostatnio słyszy się często: "bądź sobą". Nie chodzi o skupienie wyłącznie na sobie. Ważny mam być ja i ty, i oni też. Ważny naprawdę, a nie jako dawca chwilowej przyjemności czy korzyści.

  1. Psychologia

Osobowość bierno-agresywna – jak rozpoznać ten typ

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata  frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji.

Pewnie każdemu z nas zdarzyło się spotkać osobę, która wciąż sprawia wrażenie jakby sama nie wiedziała czego chce. Jednego dnia o czymś z nami rozmawia, twierdząc że to dla niej arcyważne, kolejnego – kiedy wracamy do tematu – zachowuje się jakby wczorajszej rozmowy w ogóle nie było. Czujemy się zdezorientowani, mamy wrażenie, że ktoś próbuje zrobić z nas „wariata”. Taka osoba w pierwszym momencie zapala się do każdego działania, zgadza się niemal na wszystko, przytakuje i przyklaskuje naszym pomysłom, a po kilku godzinach czy dniach sabotuje wszelkie wcześniejsze ustalenia – nie przychodzi na umówione spotkanie, nie odbiera telefonu, nie odpisuje na maile. Można powiedzieć, że stawia bierny opór. W towarzystwie takiej osoby czujemy się przygnębieni, niepewni, spięci, bo nigdy nie wiemy czego się spodziewać.

Jest wielce prawdopodobne, że mamy do czynienia z kimś o zaburzeniu osobowości, które w psychologii nazywane jest osobowością bierno-agresywną. Charakterystyczne jest dla niej wyrażanie negatywnych emocji w sposób zawoalowany, nie wprost, a w tzw. „białych rękawiczkach”! .

Osobowość bierno-agresywną można rozpoznać na podstawie kilku charakterystycznych zachowań, należą do nich między innymi: prokrastynacja (odwlekanie realizacji zadań); niedotrzymywanie danego słowa/zobowiązań; niska efektywność podejmowanych działań; nieuzasadnione przeciwstawianie się poleceniom (choćby przełożonych); zaprzeczanie słuszności ogólnie przyjętych zasad; silna potrzeba niezależności; niechęć do jakiejkolwiek kontroli; absolutne odrzucanie autorytetów, bezpodstawne ich podważanie, szydzenie i kwestionowanie ich kompetencji; krytykowanie i lekceważenie osób o wyższym statusie; kłótliwość, wygłaszanie prowokacyjnych tez czy uszczypliwych uwag pod adresem innych osób; tendencja do obwiniania innych ludzi za własne niepowodzenia; częste skarżenie się na swój los; brak dystansu do siebie; zawiść wobec tych, którym lepiej się wiedzie.

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata (często ten bagaż powstaje na bardzo wczesnym etapie życia) frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. Tak objawia się poczucie krzywdy, niesprawiedliwego traktowania, w końcu bycia niezrozumianym i niedocenianym. Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest jednak zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji. Obawia się, że stawianie jawnego oporu spotka się z gniewem, krytyką, a w konsekwencji odrzuceniem przez otoczenie. Dlatego jedną z form komunikacji ze „złym” światem, innymi ludźmi jest sabotowanie ich (absolutnie uzasadnionych) oczekiwań – wycofywanie się z aktywności, wcześniejszych ustaleń lub ich celowe opóźnianie. Osoba taka zawsze jednak ma gotowe wytłumaczenie, uzasadnienie dla swoich zachowań, np. zaniedbywanie obowiązków tłumaczy ich nadmiarem czy złym samopoczuciem. Często przeprasza za własne zaniedbania, jednak moment po przeproszeniu czuje już złość i wkrótce powtarza nieprzyjemne dla innych zachowanie.

Skąd ta agresja?

Jest wiele teorii opisujących genezę tego zaburzenia osobowości. Nurt psychologii psychodynamicznej źródła upatruje w wewnętrznym konflikcie między posłuszeństwem a buntem w relacji z rodzicami, opiekunami. Skutkiem tej ambiwalencji są trudne emocje gniewu, napięcia, smutku. Z jednej strony dzieci chcą zadowolić, spełnić oczekiwania, a przez to być lubiane, akceptowane i doceniane. Z drugiej strony wymagania i obowiązki wywołują w nich poczucie zagrożenia dla własnej autonomii, czują się traktowane instrumentalnie, wykorzystywane.

W podejściu poznawczym istnieje przekonanie, że umiejętność wywoływania frustracji w innych wymaga solidnych umiejętności poznawczych. Oznacza to, że osoby z tym zaburzeniem doskonale rozumieją potrzeby innych i dążą do tego, by ich… nie zaspokajać. Według jeszcze innej koncepcji zakłada się, że ludzie o osobowości bierno-agresywnej nieustannie odczuwają ból i cierpienie z powodu przekonania, że są ofiarami pozbawionymi możliwości spełnienia swoich marzeń i celów – czują się oszukane i wykorzystane przez tych, którzy – według nich – mają nad nimi kontrolę. Są pewne, że na świecie istnieje duża niesprawiedliwość, i to nieprzyjemne poczucie nasila się szczególnie wtedy, gdy obserwują sukcesy i radość u innych. Ich zazdrość jest tak silna, że zaczynają konsekwentnie podejmować działania, które mają na celu przywrócenie legendarnej sprawiedliwości.

Trudna droga do siebie

Niestety, podobnie jak w przypadku innych zaburzeń osobowości, osoby bierno-agresywne rzadko zgłaszają się na leczenie z własnej woli. Najczęściej dzieje się tak dopiero w sytuacji ekstremalnie kryzysowej, np. gdy zostają zwolnienie z pracy czy też gdy ich związek wisi „na włosku”, bo partner już dłużej nie jest w stanie znosić ich zachowania. Jednak nawet w takim momencie psychoterapia jest traktowana przez nich jako kara, przymus, a psychoterapeuta staje się kolejnym autorytetem do zanegowania, ośmieszenia, deprecjonowania. Dlatego najważniejszym zadaniem fachowca jest przełamanie oporu osoby bierno-agresywnej i skłonienie jej do podjęcia współpracy. Zwykle udaje się tego dokonać w atmosferze zaufania, gdy pacjent czuje aprobatę, zrozumienie swojego rozmówcy. Istotne jest także, by miał poczucie jakiejkolwiek kontroli nad procesem leczenia.

  1. Psychologia

Razem wobec rozwodu – rozmowa z współtwórczynią Akademii Dobrego Rozstania

Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między mamą i tatą – mówi Agata Jarzyna, psychoterapeutka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania.

Dziwne, że nikt wcześniej nie wymyślił ADR!
Pracuję w Komitecie Ochrony Praw Dziecka, który od 40 lat pomaga dzieciom oraz rodzicom w sytuacji kryzysu, jakim jest rozwód, i widzę, że rzeczywiście brakowało dobrych praktyk, procedur, wytycznych, jak robić to skutecznie. Skrzyknęliśmy się więc dwa lata temu – to była inicjatywa oddolna ośmiu organizacji pozarządowych z komitetem jako liderem – żeby rozmawiać o tym, jak wspierać ludzi w rozstaniach. Efektem tych naszych debat była decyzja, żeby stworzyć poradnik, taki elementarz dla rodziców w procesie rozstania, który byłby zbiorem dobrych praktyk około­rozwodowych zebranych w całość.

Poradnik właśnie powstał.
To są tak naprawdę standardy pomocy dziecku w sytuacji rozstania rodziców, którymi powinny się kierować wszystkie podmioty, w tym sądy, policja. Do poradnika włączyliśmy także bajkę terapeutyczną, która ma pokazać emocje i potrzeby dzieci. Je też trzeba przygotować do rozstania.

Wasza pomoc jest jednak skierowana głównie do rodziców?
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. Bo czym jest rozwód? Trzęsieniem ziemi. Ludziom wali się świat, pojawia się mnóstwo emocji, z którymi nie wiadomo co robić, a jeszcze trzeba podejmować trudne decyzje. Rodzice się w tym gubią, nie wiedzą, od czego zacząć.

No właśnie, od czego trzeba zacząć?
Od zadbania o siebie. Mam wrażenie, że społeczny dyskurs dotyczący rozwodów to straszenie rodziców, że poprzez rozstanie wyrządzają dziecku krzywdę. A to nie buduje dobrej atmosfery wokół rozstań. I nie jest prawdziwe. Bo dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między rodzicami. Dlatego naszym celem jest wzmacnianie rodziców i poprzez nich – dziecka.
Rozwodzący się na ogół zaczynają od znalezienia pełnomocnika i sformułowania pozwu. Zanim to zrobimy, proponowałabym skonsultowanie się z partnerem i wspólne stworzenie koncepcji pozwu, w którym zawarty byłby plan opieki nad dziećmi. Nie będzie trzeba rozmawiać już o tym na sali sądowej. Pamiętajmy, że żaden sąd nie zrobi tego lepiej niż my sami.

Poradnik to niejedyna forma pomocy, jaką oferujecie.
Chcemy także zmienić system prawny, żeby procedury były bardziej przyjazne dziecku i rodzicom, żeby procesy nie trwały w nieskończoność, żeby wpuścić na sale rozpraw także perspektywę psycho­edukacyjną, psychoterapeutyczną. Chodzi o to, żeby rozwiązania prawne „widziały” rozwiązania psychologiczne. Chcemy włączyć w ten dialog rodziców. W czasie pandemii napisaliśmy projekt, na który dostaliśmy norweski grant i działamy.

Czyli?
Rozwijamy Akademię Dobrego Rozstania, edukujemy rodziców, jak mogą zadbać o swoje potrzeby, jak przygotować do rozwodu dziecko. Bo rozstanie można przejść destruktywnie, ale też można z niego wyciągnąć wnioski i iść do przodu. Nie chodzi o to, żeby myśleć: „hurra, będzie dobrze”, tylko żeby uświadomić ludziom, że rozwód ma swoją dynamikę, że to trudny proces, dlatego trzeba sięgać po wsparcie. Tworzymy warsztaty dla każdego z rodziców, na których partnerzy mogą zobaczyć perspektywę drugiej strony. Przygotujemy też przestrzeń dla dzieci i nastolatków (bajki terapeutyczne i prezentacje). Będą strefa relaksu z ciekawymi propozycjami do czytania i oglądania, rozmowy z twórcami kultury dla dzieci i młodzieży, filmoterapia. I część samopomocowa, czyli miejsce, gdzie rodzice mogą się dzielić swoim doświadczeniem.

Nie boicie się zarzutów, że afirmujecie rozwody, zamiast ratować pary?
Kiedy jest szansa, żeby uratować związek, to oczywiście przekierowujemy partnerów do terapeuty. Nie propagujemy rozwodów, tylko pomagamy przez nie przejść w pokojowy, nieniszczący sposób. Bo ludzi nikt nie nauczył rozwiązywania konfliktów, dostępu do swoich emocji. Zostawieni sami sobie potrafią uruchomić potężną destrukcję. W ADR mogą znaleźć pomoc, to interaktywna przestrzeń, która ma scalać środowiska pomocowe w jednym miejscu. Ale to oczywiście nie jest tak, że rozwiążemy tu wszystkie problemy rozwodzących się.

Na czym najbardziej wam zależy?
Nasze cele zawarliśmy w manifeście Akademii Dobrego Rozstania. Mówiąc w skrócie, chcemy powiedzieć rozstającej się osobie: „Nie jesteś sama, jesteśmy z tobą, służymy wsparciem”. Chcemy, by efektem naszych działań była zmiana narracji społecznej o rozstaniu, uwolnienie ludzi od poczucia winy i wstydu. Najbardziej zależy nam na zmianie świadomości, czym jest konflikt, rozwód i jak sobie pomóc. Marzą nam się dyskurs specjalistów i wzajemne uczenie się od siebie.

W tym kontekście dużo mówi tytuł waszej konferencji „Razem wobec rozstania”.
Tak, to konferencja dialogu, organizujemy ją 15–16 czerwca tego roku. Bo nie chodzi o to, żeby ktoś wyświetlił prezentację, tylko żeby to był żywy dyskurs specjalistów. A jego efektem ma być badanie jakościowe dobra dziecka w rozstaniu.

Ambitne cele.
Ale to nie wszystko. Przygotowujemy także kampanię społeczną pokazującą perspektywę dziecka i rodziców w rozstaniu. Będą także szkolenia dla biegłych sądowych, pracowników i wolontariuszy naszych oddziałów, komitetów terenowych. Tworzymy sieć Kancelarii Przyjaznych Dziecku, popierających rozwiązania pokojowe, mediacje. Sędziowie otrzymają poradnik edukacyjny, jak kierować rodzinę po pomoc. Zamierzamy też przeprowadzić szkolenia dla pedagogów, bo to kolejna grupa specjalistów, która jest najbliżej dziecka i rodziców, więc może szybko zareagować, ale jednocześnie która nie powinna dać się wciągnąć w konflikt. Bo żeby pomóc mocno skonfliktowanym ludziom, trzeba zachować neutralność.

Co zrobić, żeby dobrze się rozstać?
Jak już powiedziałam, najpierw trzeba zadbać o siebie, o swoją kondycję psychofizyczną, co czasem wymaga wsparcia z zewnątrz. I jednocześnie robić wszystko w kierunku współ­działania i współpracy z partnerem. Czyli dogadać się w sprawie opieki nad dziećmi, zapewnić im kontakt z obojgiem rodziców, nie rywalizować o ich względy. Nie wolno tracić z oczu perspektywy dzieci, ich potrzeb, które niekoniecznie są takie jak nasze. Kolejny warunek to wzięcie odpowiedzialności za siebie, ale też – uświadomienie sobie, że nie mamy wpływu na partnera. I nawet jeśli blokuje rozstanie, utrudnia dogadanie się, to nie ma co z nim walczyć – nie zmienimy go. Możemy działać w obrębie tego, na co mamy wpływ.

Opowiem anegdotę: pewien pan idzie do psychiatry i zalany łzami opowiada, jaka ta żona okropna. A psychiatra na to: „Tu obok jest punkt z tatuażami, proszę się tam udać”. „Ale po co?” – pyta skonsternowany pan. Psychiatra odpowiada: „Żeby wytatuowali panu na czole: »Nie mam wpływu na żonę«”. Ludzie skupiają się na partnerze, punktują, jaki on jest zły, a nie na sobie i dzieciach. Dobre rozstanie to konkretna praca, którą trzeba wykonać dla siebie i dziecka.

Możliwe jest dobre rozstanie z kimś, kto nas skrzywdził?
Już samo zakończenie takiego związku przynosi ulgę. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba zająć się swoim poczuciem krzywdy, rozczarowania, wyjść z roli ofiary, ale także z narcystycznej postawy: „jak śmiałeś mi to zrobić!”. To oczywiście jest trudne, bolesne, ale konieczne, żeby iść dalej.

A jeżeli to ja zawiniłam? Powinnam chyba zrobić więcej dla dobrego rozstania?
Myślę, że dynamika pary, to, jak ona wcześniej funkcjonowała, przekłada się na rozstanie. I jeżeli w tym związku był wzajemny szacunek, kultura, to w czasie rozstania też tak będzie. Ważne, żeby sobie uświadomić, że dalej musimy współpracować, bo mamy wspólne dzieci, że trzeba rozdzielić relacje małżeńskie od relacji z dziećmi.

Na warsztatach robimy ćwiczenie: na kredkę (nasza relacja) nawijamy wstążkę (dzieci). Co się dzieje, gdy kredka pęka? Wstążka dalej ją oplata.

Każdy z partnerów może być w tej dolinie rozstania na innym etapie. Nie dbali o związek i teraz wszystkie te zaniedbania wybuchają ze zdwojoną siłą. Ale nawet jeśli nasza relacja bezpowrotnie pękła, to oplata nas wstążka. W trakcie mediacji ludzie próbują rozliczać się wzajemnie z tego pęknięcia. Ona mówi: „Zajmowałam się domem, a ty mnie zostawiłeś”. On: „Odszedłem, bo byłaś skupiona na swoich potrzebach”. Kiedy już wyleją żale, pojawia się refleksja: „Jednak byliśmy dla siebie ważni, mamy przecież wspaniałe dzieci, więc mimo wszystko się szanujmy. Nie udało nam się w związku, to może uda nam się w rodzicielstwie”. Ale warunkiem jest właśnie dobre rozstanie.

Agata Jarzyna, psychoterapeutka, wiceprzewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania sfinansowanej z funduszy norweskich, z dotacji Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy.

  1. Psychologia

Rozstanie – jak się rozwieść z klasą i we wzajemnym szacunku?

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Rozstanie to zawsze porażka pary. Ale często też jedyne wyjście ratujące każde z nich z osobna oraz ich wspólne dzieci. Pod warunkiem że nie jest niszczące. A takie, niestety, bywa. i trwa latami. Czy można rozwieść się z klasą i we wzajemnym szacunku? Zachęca do tego Akademia Dobrego Rozstania, internetowa platforma edukacyjna powstała z inicjatywy organizacji pozarządowych, terapeutów i prawników.

Urszula i Paweł, wielka licealna miłość, para z 20-letnim stażem. Małżeństwem są od lat pięciu. Na ten krok zdecydowali się dopiero po urodzeniu córeczki, gdy w ich związku pojawił się kryzys. I w pewnym sensie dlatego – ślub miał być ratunkiem. Ale stał się poważnym problemem. Bo od trzech lat nie mogą się rozwieść. Nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Zamierzali rozstać się w zgodzie, dopinali już podział majątku, uzgadniali opiekę nad Zuzią. I wtedy Urszula wytropiła romans męża. Co więcej, dowiedziała się, że nowa miłość rozkwitła, kiedy ona była w ciąży, i trwa w najlepsze, choć mąż zapewniał, że nie ma nikogo. Postanowiła więc wystąpić o rozwód z orzeczeniem winy. Zbiera dowody, zmienia prawników, udowadnia przed sądem, że mężczyźnie, który kłamie w żywe oczy, nie można powierzyć dziecka. Wojna trwa i jej końca nie widać. Urszula i Paweł nie są wyjątkiem. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów.

– Statystyki podają tylko dane dotyczące par żyjących w formalnych związkach, konkubinaty nie są brane pod uwagę, a ci ludzie też się przecież rozstają – mówi psychoterapeutka Karolina Budzik, związana z Akademią Dobrego Rozstania. – Tak więc szacujemy, że w dużych miastach, takich jak Warszawa, nawet co druga para jest w procesie rozwodowym. Ci ludzie zostawieni są sami sobie. Adwokat Robert Ofiara, zaangażowany w tworzenie ADR: – Nie ma opracowanych procedur, nie ma instytucji i miejsc, które by dawały rodzicom wsparcie. Są co prawda powiatowe centra pomocy rodzinie, ale ich działania zależą od inicjatywy urzędników, a nie od systemowych rozwiązań. Rozwodzący się mogą liczyć głównie na oddolne inicjatywy organizacji pozarządowych lub oczywiście na komercyjną pomoc terapeutyczną, na którą nie wszystkich stać. Jeśli natomiast chodzi o system prawny, to jest on niedrożny ze względu między innymi na obłożenie sądów, czas trwania postępowań czy czas oczekiwania na opinie biegłych – standardem jest tu rok. Problem leży też czasem po stronie pełnomocników, którzy nie potrafią należycie ochronić interesów klientów chcących się rozstać. Są zaprogramowani na walkę i sukces, a nie szukają ugodowych rozwiązań. To wszystko wymaga zmian.

Poradzić sobie ze stratą

Większość z rozstających się przechodzi przez ogromny kryzys psychiczny. Nie bez powodu rozwód umieszczany jest jako drugie wydarzenie – po śmierci partnera – na skali najbardziej stresujących w życiu człowieka. Te wydarzenia łączą bezpowrotna utrata czegoś ważnego i podobne etapy przejścia: zaprzeczania, gniewu, targowania się, depresji, w końcu akceptacji. Opisała je Elisabeth Kübler-Ross, badaczka pracująca z nieuleczalnie chorymi i umierającymi.

– Można więc powiedzieć, że partner, z którym się rozstajemy, dla nas umiera, że doświadczamy śmierci naszego związku, nieodwracalnej, ostatecznej – mówi Karolina Budzik.

Zaznacza, że partnerzy zazwyczaj nie przechodzą tych etapów ramię w ramię, równolegle. Jedno na przykład jest zdecydowane się rozstać, a drugie próbuje ratować związek, obiecuje, że się zmieni. W pierwszym etapie, podobnie jak w chorobie terminalnej, kiedy wiemy, że nie da się jej wyleczyć, zaprzeczamy: „Jakie rozstanie! Przecież dobrze nam się układało, to tylko jeden z trudnych momentów”. Ludzie idą na terapię, która zazwyczaj kończy się fiaskiem, bo nierównowaga jest już zbyt duża, na przykład partner pozostaje w alternatywnej relacji.

Karolina Budzik: – Pracujemy wtedy nad tym, co chyba w procesie rozstania najtrudniejsze: żeby zobaczyć perspektywę drugiego partnera, która jest zupełnie inna. Prowadzimy grupy psychoedukacyjno-wsparciowe dla osób w konflikcie okołorozwodowym. Mieszane. Co to daje? Po pierwsze, każdy z uczestników może zobaczyć, jak sytuację rozwodu przeżywają kobiety, a jak mężczyźni. Po drugie, to pomaga uzyskać dystans do swojej sytuacji oraz zrozumieć mechanizmy rozstawania i konfliktu. I w rezultacie dogadać się, zbudować relacje rodzicielskie, bo na ogół w tej rodzinie są dzieci, którymi trzeba się opiekować po rozstaniu. Powtarzam ludziom rozstającym się: rodzicami wspólnego dziecka będziecie do końca życia. Oboje.

Po fazie zaprzeczania pojawiają się silne emocje: złość, gniew, wściekłość. Bywają tak obezwładniające, że ludzie nie są w stanie funkcjonować. Potem przychodzi smutek, żal do partnera, losu, rozpacz, płacz, poczucie straty, rozczarowania.

– Niektóre osoby depresyjnie się wtedy osuwają, czasami ich stan wymaga nie tylko psychoterapii, ale nawet farmakoterapii – mówi Karolina Budzik. – W psychoterapii chodzi o to, żeby zrozumieć kłębiące się w nas uczucia. Żeby zobaczyć, że to one powodują chaos wewnętrzny, nie pozwalają nam pracować i funkcjonować w codziennym życiu. Ale też żeby dać sobie do nich prawo. Dopiero jak te uczucia się wysycą, jak pozwolimy sobie na ich przeżycie i zrozumienie, wtedy możliwy jest kolejny etap – orientowanie się w życiu na nowo, układanie swoich spraw bez partnera. Ostatni etap rozstania to pogodzenie się z losem, uznanie go za fakt i, być może, otworzenie się na nowe związki.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Moje, twoje, nasze

Robert Ofiara na podstawie swojej praktyki wyróżnia trzy kategorie rozwodzących się rodziców: – Pierwsza to ci, którzy chcą się rozstać w sposób chroniący dziecko, ale do końca nie wiedzą, jak to zrobić. Druga to ludzie, którzy wchodzą na ścieżkę konfliktu i chcą go jakoś rozwiązać. Te dwie grupy stanowią największy procent rozwodzących się. Trzecia natomiast, mniej liczna, ale najbardziej hałaśliwa, walczy ze sobą, odcina dzieci od drugiej strony. I tym wszystkim ludziom potrzebna jest pilna pomoc.
Jak podkreślają psychologowie, rozstanie to długi proces. Tymczasem ludzie są niecierpliwi, chcą gotowych cudownych recept. Żeby wszystko odbyło się szybko i bezboleśnie.

– Takich recept nie ma – mówi Karolina Budzik. – Każdy musi przejść tę często trudną drogę i zrozumieć, że stany, które przeżywa, to nie choroba psychiczna, tylko emocje, które są udziałem wszystkich tracących coś ważnego. Jeżeli nie przeżyjemy w pełni emocji związanych z poszczególnymi fazami rozstania, nie zezłościmy się, nie zapłaczemy, tylko będziemy te emocje dusić w sobie, to one mogą odbić się czkawką.

Ludzie rozstają się często z poczuciem uzasadnionej krzywdy. Urszula powtarza, że jej chodzi tylko o orzeczenie winy i sprawiedliwość, którą widać jak na dłoni. Bo gdyby nie romans Pawła, kryzys ich związku dałoby się zażegnać.

– Rzeczywistość na ogół nie jest czarno-biała – mówi Karolina Budzik. – Osoby zdradzone (czasem to mężczyźni) nie widzą, że druga strona ma wielkie poczucie winy, bo nie zachowała się fair i zostawiła partnera. Nie dostrzegają też swojego w udziału w doprowadzeniu do rozwodu. Zazwyczaj to, o co ich pytam, odbierają jako bulwersujące. A pytam, co takiego działo się wcześniej, przed zdradą, że do niej doszło. Być może czegoś zabrakło albo szwankowała komunikacja, bliskość i partner poszukał jej gdzie indziej. Nie mówię tu o winie, bo winę rozstrzyga sąd, ja mówię o perspektywie psychologicznej, o odpowiedzialności, jaką każdy z nas ponosi za związek. Poczucie winy ściąga w dół, nie pozwala nam się rozwijać. Jeżeli przeformułujemy je na poczucie odpowiedzialności, czyli dostrzeżemy, co zrobiłam, a czego nie, to pojawia się możliwość rozumienia drugiego człowieka, a nie szukania winnych. Możemy wtedy wzbogacić się o rozwiązania na przyszłość. Bo jeżeli wiem, co zawaliłam w tamtym związku, to w następnym będę czujna, uważna, żeby tego błędu nie popełnić.

Nieprzepracowane rozstanie takiej szansy nie daje. Kończy się na ogół, jak to określają terapeuci, recydywą rozwodową. Ludzie wchodzą w kolejne związki, często „na zakładkę”, jeszcze tkwiąc po uszy w poprzednich. I te nowe za chwilę też się sypią. Dlatego zdaniem psychoterapeutów potrzebna jest refleksja nad tym, co się z nami dzieje.

Karolina Budzik: – Osoby z poczuciem skrzywdzenia, na przykład żony alkoholików, staramy się uczyć koncentracji na sobie, pokazujemy, że są współuzależnione, bo ich życie kręci się wokół picia i niepicia. Bo często konflikt, nienawistne uczucia, które ich pochłaniają, paradoksalnie, jeszcze mocniej łączą ich z partnerem niż miłość. Stają się osią ich życia i powodują, że sprawy rozwodowe trwają kilka lat.

Bywa, że w takich związkach dochodzi do przemocy. Domagać się zadośćuczynienia czy jak najszybciej je kończyć?

– Za przemoc odpowiedzialny jest sprawca, który powinien ponieść za swoje czyny konsekwencje – mówi Karolina Budzik. – Ale w pracy psychologicznej nad sobą chodzi o co innego: o to, żeby osoba doświadczająca przemocy odzyskała siłę, żeby mogła stać się równorzędnym partnerem, a nie ofiarą. W samym słowie „przemoc” jest przekaz, że to działanie przeciwko mocy tej osoby, że ona nie potrafiła postawić granic, obronić się. I dopiero rozwód przerywa ten koszmar.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Odczarować rozstania

Często rodzice nie zauważają, że wciągają w konflikt dziecko, obsadzając je – zazwyczaj nieświadomie – w roli mediatora, sędziego, pocieszyciela, powiernika, terapeuty. Taki malec czuje się odpowiedzialny za konflikt między rodzicami, niejako staje się rodzicem swoich rodziców (co nazywa się w psychologii parentyfikacją). Psychologowie apelują: dziecko nie może opiekować się rodzicami, trzeba go z tej roli odbarczyć. Dorośli powinni szukać pomocy u psychoterapeuty, bliskich, a nie u dziecka. Nie każmy mu wybierać między tatą a mamą. Ono ma prawo kochać oboje rodziców.

Karolina Budzik: – Za to, jak przebiega rozwód i jak przeprowadzone jest przez ten proces dziecko, odpowiedzialni są rodzice. To nie jest tak, że ono samo sobie poradzi, zrozumie sytuację i się przystosuje. Ważne, żeby widzieć jego perspektywę, rozumieć, co przeżywa. Często mama czy tata własne uczucia przypisują dziecku, myślą, że ono przeżywa rozwód tak jak oni (to się nazywa projekcją i jest jednym z naszych mechanizmów obronnych). Tymczasem dziecko inaczej przechodzi przez tę sytuację i rodzice powinni te perspektywy umieć odróżnić. Oddzielić więź partnerską, która się skończyła, od więzi rodzicielskiej. Bo partnerami mogli być kiepskimi, a rodzicami być może są wystarczająco dobrymi. Dziecko powinno wiedzieć, co się dzieje w rodzinie, bo rozwód jego też dotyczy, na przykład wpływa na zmianę przedszkola w sytuacji przeprowadzki.

Psychoterapeuci z ADR ćwiczą z rodzicami rozmowy z dzieckiem. Chodzi o to, żeby nie ulec pokusie opowiadania z detalami, kto kogo zdradził, zawiódł, oszukał. Takie informacje nie są dziecku potrzebne, to tylko nasza potrzeba.

Bywa, że jedno z rodziców odcina drugiemu możliwość kontaktu z dzieckiem, na przykład matka alienuje syna od ojca. Brytyjscy terapeuci, Karen i Nick Woodallowie z londyńskiego Family Separation Clinic, zauważyli, że proces alienacji nie zachodzi tylko między rodzicami (alienującym i alienowanym), lecz także w umyśle dziecka. Buduje sobie ono wtedy obraz jednego rodzica jako złego, a drugiego jako dobrego, choć nie zawsze taki czarno-biały obraz jest prawdziwy i nie zawsze jego powstaniu towarzyszą konflikty między rodzicami.

Według psychologów to normalna reakcja obronna dziecka na nienormalną sytuację. Rodzice powinni znać ten scenariusz. Obserwować emocje i reakcje dziecka w trakcie rozwodu i być czujnymi, czy nie wchodzi w koalicję z jednym z nich. Twórcy ADR konstatują: ludzie rozstawali się i będą się rozstawać. Najwyższa pora, żeby im pomóc, żeby zdjąć z rozstań odium oceny.

Robert Ofiara: – Chodzi też o to, żeby dzieci nie wchodziły w dorosłe życie z obrazem rodziców plujących na siebie, żeby nie budowały potem związków zagrożonych rozpadaniem się. Ważna jest świadomość ludzi, że dzięki dobrym rozstaniom zyskują komfort życia, że jako rodzice mogą dalej ze sobą współpracować, pomagać sobie. Motywacje do zadbania o dobre rozstanie mogą być różne, ale w każdym przypadku to się opłaca. Po prostu.

Karolina Budzik: – Rozstanie jawi się nam jako bajka o żelaznym wilku. Trzeba je odczarować. Tak, to poważny kryzys. Ale każdy kryzys jest też szansą na transformację, na rozwój i być może na lepsze życie w zgodzie ze sobą. Nadal mocna jest tendencja: dla dobra dziecka się nie rozstawajmy. Niektórzy mówią: „Czekamy z rozstaniem do jego osiemnastki”. I co – ma chłonąć złą relację i z takim posagiem iść w dorosłe życie? W dodatku z poczuciem, że rodzice są razem dla niego, że się poświęcają? W ADR pokazujemy, że samo rozstanie nie jest złe, chodzi o sposób jego przeprowadzenia. I jeżeli nie da się uratować związku, o co zawsze warto zawalczyć, to trzeba ratować siebie i dziecko.