1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak zwiększyć poczucie szczęścia - ćwiczenia

Jak zwiększyć poczucie szczęścia - ćwiczenia

Poczucie szczęścia to stan, na który możemy sami wpływać. (fot. iStock)
Poczucie szczęścia to stan, na który możemy sami wpływać. (fot. iStock)
Ćwiczenia, tak jak każda nowa rzecz w życiu, mogą być początkowo trochę niewygodne, jednak zachęcam, aby przez tydzień wytrwać w ich wykonywaniu. Każda zmiana początkowo jest dla nas niekomfortowa, ale im więcej i częściej będziemy wykonywać daną rzecz, tym łatwiej przejdzie ona w nawyk. Podobnie jest ze szczęściem.

Ćwiczenie 1: Prowadzenie dziennika wdzięczności

Codziennie wieczorem zastanów się przez chwilę za co jesteś wdzięczny, co doceniasz w swoim życiu. Może jest to praca, która pozwala Ci się realizować, może obecność ważnej dla Ciebie osoby. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie.

Badania pokazują, że wyrażanie wdzięczności podnosi poczucie własnej wartości, hamuje gniew i poczucie krzywdy. Co więcej, zbliża nas do innych ludzi i pomaga uzyskać wsparcie w trudnych sytuacjach.

Ćwiczenie 2: Co dobrego się dziś wydarzyło?

Zastanów się co dobrego spotkało Cię danego dnia. Być może dobrze poradziłeś sobie z jakimś zadaniem, być może znalazłeś wyjście w trudnej sytuacji, być może zachowałeś spokój w stresującej sytuacji, może ktoś dał Ci kwiaty albo był dla Ciebie miły. Pomyśl przez chwilę co dobrego przyniósł dany dzień. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie. A następnie przy każdym zdarzeniu zapisz dlaczego tak się stało, np. "koleżanka pomogła mi przygotować prezentację, ponieważ jestem osobą, którą wspierają inni ludzie".

Każde z tych ćwiczeń to zachęta do zmiany podejścia do życia. Zamiast skupiać się na tym co nam nie pasuje, czego mamy za mało, można zacząć dostrzegać rzeczy dobre, wartościowe, które są obecne w naszym życiu. Bo szczęście to nie tylko to co życie nam daje, ale także to czego nie zabiera.

Karolina Wicenciak: coach szczęścia, trener, psycholog, praktyk i mistrz NLP. Autorka licznych artykułów na temat szczęścia i jakości życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Porozmawiajmy o szczęściu – karty emocji Katarzyny Miller

Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Szczęście to...

Dobrostan psychiczny, poczucie spełnienia, bycia na swoim miejscu, na właściwej drodze, sensu i celu życia. To całkowita akceptacja siebie i świata. Cudowny, a zarazem jeden z najbardziej tajemniczych i nieodgadnionych stanów. Jak mówią badania, można czuć się szczęśliwym, jednocześnie będąc smutnym, doświadczając straty czy tęskniąc za czymś. Poczucie szczęścia jest bowiem czysto subiektywnym doznaniem, każdy może odczuwać je na swój sposób. Jest spersonalizowane i właściwe tylko osobie, której dotyczy, niczym odcisk jej palca. Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. Można czuć się szczęśliwym dzięki czemuś, ale też pomimo czegoś.

Po co nam to uczucie?

Informuje nas o tym, że realizujemy swój potencjał, swoją życiową misję. Że jesteśmy w zgodzie ze swoimi potrzebami, celami i wartościami. Daje nam siłę, by żyć, ale też by kochać i zachwycać się światem. Pozwala nam na akceptację wszystkiego, co się nam przydarza. Uwalnia nas od trosk, frustracji i złości. Przynosi wewnętrzny spokój.

Zadania

  • Czy czujesz się szczęśliwy? Tu i teraz? W tym właśnie momencie? Z tym, co masz, kim jesteś, co osiągnąłeś? Z ludźmi, którzy cię otaczają? Jeśli nie – jak sądzisz, co ci w tym przeszkadza?
  • Dążenie do szczęścia stało się dziś trendem, wręcz przymusem. To o tyle błędne podejście, że szczęście jest niejako produktem ubocznym naszych działań i rozwoju wewnętrznego. Nie warto do szczęścia dążyć, lepiej skupiać się na tym, by wykorzystywać w pełni szanse, jakie nam daje życie i realizować swój potencjał, a kto wie – może wtedy szczęście samo do nas przyjdzie.
  • Choć szczęścia nie można przywołać pstryknięciem palców, można jednak robić rzeczy, które nas uszczęśliwiają. Podróżowanie, gotowanie, pomaganie innym, poświęcanie się swoim pasjom, spędzanie czasu z tymi, których kochasz – co to byłoby w twoim przypadku?

Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje?

Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Relacja, podobnie jak drzewo, rośnie długo. Przez ten czas pojawia się rodzaj powiązania, którego nie sposób osiągnąć w romansie. Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje – pytamy Michała Dudę, psychoterapeutę pracującego w nurcie psychologii zorientowanej na proces.

Czy chęć bycia szczęśliwym jest dobrą motywacją do wejścia w związek?
Nie wiem, ale faktem jest, że tego ludzie szukają w relacji. Kiedy szczęście staje się założeniem, oczekiwaniem – najczęściej ma wypełnić jakiś brak, coś zastąpić, nadać sens. Czy tak się potem dzieje? Różnie bywa.

Co kryje się pod oczekiwaniem szczęścia?
Wydaje mi się, że najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć romans, coś romantycznego, wyjątkowego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego.

Nie można mieć rodziny i romansu jednocześnie?
Zwykle od romansu się zaczyna, a później – podczas tworzenia domowej rzeczywistości – on się gdzieś gubi i pojawia się tęsknota za odnowieniem uczucia z początku znajomości, zakochania. Chcemy czuć, że kochamy, a nie tylko o tym wiedzieć. Niektórzy, jeśli nie odnajdą tego w swoim związku, szukają poza nim, w innej lub innych relacjach. Dzięki temu znowu przez moment mogą się poczuć szczęśliwi. Ale później, gdy alternatywna rzeczywistość zderza się z tą zwykłą, nierzadko okazuje się, że to, co mieli wcześniej, było w sumie całkiem dobre w porównaniu z tym, do czego uciekli. Dość powszechnie wydaje nam się, że szczęścia doświadczymy dopiero, gdy zdobędziemy coś, co nam je zapewni. W dążeniu do tego przeżywamy jedynie momenty zadowolenia i ciągle nam czegoś brakuje – zarówno w sferze rodzinnej, jak i romantycznej związku. A szczęścia nie przeżywa się ze względu na coś. Jeśli ludzie się kochają, a nawet po prostu lubią, szczęśliwe chwile na pewno przyjdą. Czasem wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.

A może romantyczna wizja związku od początku skazana jest na porażkę?
Niektórzy od początku konstruują relację z innego miejsca niż romantyczne. Związek jest wtedy bazą do mierzenia się z przeciwnościami losu, ma pomóc we wszystkim tym, co trzeba w życiu zdobyć czy osiągnąć. Ludziom, którzy dokonali tego wyboru, daje to poczucie stabilności, bezpieczeństwa, osadzenia, jakiejś prawdziwości. Mają bowiem przekonanie, że to, kim są jako para, odzwierciedla się w materialnej rzeczywistości. Są osoby, które świadomie chcą tak żyć i taka relacja może przez długi czas całkiem dobrze funkcjonować. Życie takich małżeństw czy związków ma swój rytm, obowiązki, a ich wypełnianie jest na tyle absorbujące i stresujące, że uwaga skupiona jest na rzeczach do zrobienia. Tworzy się przestrzeń, z której korzysta rodzina, ale w relacji niewiele się dzieje.

W pewnym momencie odczuwalny staje się istotny brak, który każda ze stron czymś sobie wypełnia. Na przykład mężczyzna grzęźnie w grach komputerowych, a kobieta spotyka się z koleżankami, z którymi omawia swoje bolączki – oboje potrzebują odreagować i robią to w osobnych przestrzeniach. Brakuje im spotkania z drugą bliską osobą, wzajemnego przepływu uczuć, energii skierowanej na siebie nawzajem.

W kręgach psychologiczno-rozwojowych mówi się o pracy nad związkiem. Może jest konieczna, żeby odczuwać szczęście, a nie brak w różnych aspektach bycia razem?
Kiedy słyszę o pracy nad relacją, to mi się ciężko robi. Stwierdzenie „popracujmy nad tym, żebyśmy byli szczęśliwi” – jest sprzeczne samo w sobie. Czy szczęście może zostać wypracowane w pocie czoła? Kiedy ludzie się w sobie zakochują, szczęście spada na nich i wrzuca w trochę odmienny stan świadomości, który sprawia, że wydarzenia nabierają rozpędu, mają własną energię i chcą się dziać dalej. Toczą się w innej, równoległej, własnej przestrzeni. Dwie osoby przeżywają przygody trochę poza czasem, poza prozą życia, i to jest ekscytujące, bardzo wciągające. Nie można tego wykreować intencjonalnym działaniem, bo wtedy powstaje kopia, a nie oryginał. Świadomie można tylko tego chcieć i decydować się w tym być.

Romantyzm, który daje szczęście, wydaje się czymś nieuchwytnym. Nie dość, że nie mamy na niego wpływu, to jeszcze nieoczekiwanie znika.
Nie do końca tak musi być. Na jakimś poziomie on cały czas jest obecny, ale niekoniecznie przez nas przeżywany. Romantyczne przeżycie jest trochę jak sen. Atmosferę ze snu trudno przenieść do tej rzeczywistości, w której lądujemy, gdy otwieramy oczy i mamy sprawy do załatwienia. Tracimy kontakt ze snem, ale to nie znaczy, że on zniknął. Cały czas pod spodem jest, tylko nasza uwaga przenosi się na zadania i cele. W takim nastroju bardzo ciężko jest być romantycznym. Moim zdaniem strategie coachingowe średnio sprawdzają się w przypadku związków.

Pozytywna wiadomość jest taka, że skoro romantyzm nie znika, tylko nie skupiamy na nim uwagi, to możemy znowu ją tam skierować.
Możemy, jeśli nie zapomnimy.

Może wystarczy trochę świadomości, pracy…
Praca jest zupełnie innym stanem umysłu. Czy da się coś zrobić, żeby być naprawdę w relacji? To prawda, że relacje budują się długo, ale nad romantyzmem w związku się nie pracuje, można z nim tylko utrzymywać kontakt, poddać mu się, dać się ponieść. W relacji się jest, a bycia się nie robi. Żeby być w relacji, trzeba porzucić myślenie o pracy. Wspólna praca to jeszcze nie związek. Praca często oddziela, koncentruje na osobności. A szczęśliwym w relacji można być tylko razem.

Może więc dla tego „razem” da się coś zrobić?
Można być wobec siebie otwartym, szczerym. Można rozmawiać ze sobą o tym, co nam się wzajemnie po drodze przydarza, i tworzyć więź. Jeśli pojawiają się sprawy, o których ludzie ze sobą nie rozmawiają, bo są bolesne lub trudne, to one ich rozdzielają. Każdy trochę się odsuwa i zaczyna żyć osobnym życiem. Krok po kroku para się od siebie oddala. Jeśli chcemy coś dla relacji zrobić, pilnujmy, żebyśmy na bieżąco adresowali do siebie to, co czujemy, myślimy, i to, co się z nami dzieje, i starali się wzajemnie zobaczyć i usłyszeć. Jeśli komunikujemy się tylko z miejsca wzajemnych oczekiwań i pretensji, też się rozdzielimy, i nie będzie to praca nad związkiem.

Oczekiwania do szczęścia raczej nie prowadzą.
Mam taką swoją, bardzo uproszczoną klasyfikację sposobów przeżywania relacji. Pierwszy sposób, nazwijmy go „boję się”, występuje wtedy, gdy ludzi przeraża bycie w relacjach i są w nich przez unikanie. Drugi: „potrzebuję, muszę” – jest symbiotyczny i kontrolujący. Potrzeba relacji jest tak znacząca, że człowiek chce się koniecznie do kogoś „przyssać”, mieć go pod kontrolą. Wynika to w dużym stopniu z lęku przed byciem samemu. Trzeci sposób na relację nazwałem „nie potrzebuję, nie muszę”. Życie w niej polega na tym, że ludzie żyją obok siebie, każdy robi swoje. Jeśli im się coś razem przydarzy, jest OK, ale nikt za tym specjalnie nie goni. Czwarty sposób wymaga zostawienia za sobą zarówno swojej zależności, jak i niezależności. Dopiero kiedy się już nie musi być w relacji, ale też nie ma się tego poczucia osobności, można zobaczyć, że ktoś obok jest. Jeśli czujemy, że ktoś istnieje i ja istnieję dla niego, wtedy można poczuć się razem. A dopiero, kiedy poczujemy się razem, możemy mówić o szczęściu w relacji.

Powiedzmy, że osoby, które boją się relacji, to „jedynki’, symbiotyczne i kontrolujące to „dwójki”, a niezależne, działające i obawiające się konsekwencji niedziałania to „trójki”. Łączy je to, że każdej z tych postaw można doświadczać indywidualnie. Bycie „czwórką” to jedyna postawa, której doświadcza się tylko wspólnie – nie można być „czwórką” w pojedynkę.

W poprzednich modelach nie ma szansy na przeżycie szczęścia?
Jako „dwójki” odczuwamy coś w rodzaju szczęścia, jeśli mamy kontrolę nad partnerem. Jako „trójki”, trochę narcystyczne, jesteśmy zadowoleni, jeśli uda nam się osiągnąć swoje cele, a partner nas za to podziwia i nas w tym wspiera. W przypadku związku dwóch „trójek” nawet we wspólnym działaniu jest sporo rywalizacji. Można jako para realizować wiele rzeczy, ale nie czuć, że jest się razem. „Dwójki” są szczęśliwe, kiedy na siłę trzymają kogoś w swoim świecie, „trójki” – jak ktoś z nimi jest, ale niekoniecznie one z kimś są. Dopiero „czwórki” są szczęśliwe, kiedy są razem.

Czy zanim dojdziemy do „czwórki”, mamy wcześniejsze modele do zaliczenia?
Często się taką drogę przechodzi, ale wtedy też dzieje się to naturalnie, tego się nie wypracowuje. Każda z tych pozycji ma swoje ograniczenia i limity. I chociaż kolejna wydaje się być rozwiązaniem dla poprzedniej, nie jest satysfakcjonująca na dłuższą metę, bo tak naprawdę wciąż jesteśmy sami, a druga osoba jest uprzedmiotowiona. Spełnia funkcje względem mnie i mojego osobnego poczucia szczęścia. To jest coś innego, niż czuć szczęście razem.

Jeśli tego szczęścia nie czujemy, w pewnym momencie pytamy: co jest nie tak ze mną? lub: Co jest nie tak z tą drugą osobą? Często idziemy do psychologa, żeby to naprawić.
Najważniejsze „nie tak” dotyczy tego, że nie jest się w relacji. Na przykład celem „dwójki” jest jej indywidualny pomysł, jak wspólne życie ma wyglądać. Brak szczęścia wynika z tego, że nie udaje się jej tego zrealizować. Podstawową trudnością w relacji jest otworzyć się na relację. Być z tą drugą osobą, a nie nią zarządzać. Kiedy się uda kimś zarządzić, jest po relacji. Szczęście nie jest możliwe, kiedy ja jestem zadowolony, ale kosztem drugiej osoby.

To bardziej układ, w którym dążymy do uzyskania korzyści.
Tak. Dość częsty jest układ „ dwójki” z „trójką”. Pierwsza drugą chce okiełznać, a druga chce się wyzwolić. Żyją tak przez jakiś czas, mając nadzieję, że spełni się ich indywidualny sen. „Dwójka” ma nadzieję, że „trójka” wreszcie się nawróci, czyli da się usidlić, a „trójka” czeka, aż „dwójka” ją pokocha „taką, jaka jest”: wolną, niezależną, wspaniałą. Ten rodzaj uwikłania wzajemnie się nakręca. Obie te strategie są bez sensu, choć występują powszechnie i mogą długo trwać.

Czy można powiedzieć, że szczęście w relacji nie jest tożsame z przyjemnością?
Myślę, że ludzie częściej stwierdzają, że byli szczęśliwi, niż że są. Dopiero z perspektywy czasu zauważają, jakie dobre chwile ich łączyły. To widać przy rozstaniu – łatwiej rozstać się z tym, co było trudne, niż z tym, co było fajne. Są momenty szczęścia, które przeżywa się na bieżąco, i się o tym wie, ale są też takie, które wydają się zwykłe, a one są przecież szczęśliwe. Często najszczęśliwsza jest właśnie niedoceniana codzienność. Zdarza się, że kiedy przeżywamy romans, to chcemy, żeby się przekształcił w cudowną codzienność. Potem, gdy żyjemy w codzienności, tęsknimy za romansem. Choć oba te miejsca mogą być źródłem szczęścia, nam może się wydawać, że szczęście jest tam, gdzie nas nie ma.

Każdy dzień nie może chyba być szczęśliwy.
Próba utrzymania dowolnego stanu, jakikolwiek by był, jest odchodzeniem od rzeczywistości. Codzienność składa się z wielu odmiennych momentów, a przechodzenie przez nie daje poczucie, że jest się w czymś dobrym i prawdziwym. Mam takie powiedzenie, że drzewo rośnie długo. Ono się odnosi też do relacji. W wyniku jej trwania, kiedy doświadczamy perypetii, mierzymy się z wyzwaniami – pojawia się między nami pewien rodzaj powiązania. Tego się nie da osiągnąć romansem. Jeśli relacja ma się przekształcić w coś, co ma wymiar szczęścia opartego na wspólnym życiu, to trzeba zacząć to codzienne życie żyć. Ekscytacja tego nie załatwi, to nie jest kwestia pigułki szczęścia, tylko codziennego bycia w tym, co się wytwarza każdego dnia między ludźmi. Pierwsze uczucia, pierwsze spotkania – to fundamenty, na których buduje się dalej. Wtedy tworzy się połączenie, które daje szczęście. To jest zupełnie inna jakość niż zakochanie.

Warto wspomnieć, że dla wielu samo znalezienie drugiej osoby, z którą przez lata na co dzień dobrze czujemy się w tej samej przestrzeni, może być sporym wyzwaniem. Ten ktoś nas nie drażni, nie irytuje swoją obecnością, po prostu nam nie przeszkadza. To jest duża i niedoceniana wartość, a żeby na kogoś takiego trafić, trzeba mieć szczęście.

Droga do szczęścia wiedzie przez kryzysy?
Relacja, jak każdy byt, ewoluuje, i ta ewolucja dzieje się przez coś, co się jej przydarza. Obydwu osobom albo jednej z nich. Zazwyczaj któraś ze stron bardziej czuje impuls do nowego, a wtedy druga najczęściej obstawia to stare i w końcu dochodzi do konfliktu. Jeśli osoba oporująca w końcu nie pójdzie za zmianą, ludzie przestają być razem. Po prostu. Nie da się zatrzymać czasu, życie musi się zmieniać, musi iść naprzód. Jeśli jedna osoba potrzebuje zmiany, dotyczy to też relacji. Oczekiwanie, że ktoś zatrzyma się w miejscu, powoduje, że relacja traci energię, gnuśnieje w starych wzorcach. Ludzie potrzebują się rozwijać czy choćby adaptować do ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Dlatego na przykład nie da się w nieskończoność być w fazie romansu. On mija i pojawia się nowa forma dla relacji i trzeba w nią wejść. Relacje mają naturalne fazy, ale nie przechodzi się w nie gładko. Transformacja zawsze oznacza emocjonalne komplikacje.

Jeśli udaje się nam przejść razem do następnego etapu, dotykamy szczęścia?
Kiedy ludziom uda się pogadać ze sobą, zrozumieć się, zobaczyć nawzajem w tych trudnych sytuacjach i odzyskać kontakt – to jest to szczęśliwy moment. Nie wiem, czy superradosny. Ale jest to spotkanie, które daje poczucie szczęścia. Przeżywanie tego razem jest kluczowe.

Michał Duda, psycholog, psychoterapeuta; współzałożyciel Instytutu Psychologii Procesu; pracuje w ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Styl Życia

Szczęście po brytyjsku – siła małych przyjemności

Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Dla Anglików szczęście tkwi w szczegółach: spacerze z psem, keksie z marmoladą, pogawędce o deszczu i jajkach na miękko. Koniecznie ze złocistą grzanką. 

Cecil John Rhodes, XIX-wieczny brytyjski polityk i przedsiębiorca, zwykł mawiać, że urodzić się Anglikiem to jak wygrać główną nagrodę na loterii życia. I większość Brytyjczyków się z nim zgadza. Rhodes był wprawdzie gorliwym rzecznikiem imperializmu, jednak radość, jaką czerpią oni z codzienności, niewiele ma wspólnego z królewską pompą i mocarstwowym przepychem. Angielski klucz do szczęścia ma niewielkie rozmiary, ale sporą skuteczność.

Bill Bryson – urodzony w Stanach Zjednoczonych, a zakochany w Wielkiej Brytanii autor książki „Zapiski z małej wyspy”, twierdzi, że jej mieszkańców bardzo łatwo jest uszczęśliwić. „Coś niezwykłego – oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych! (...) Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru. Jeśli naprawdę wystawić ich na pokuszenie – częstując ich tortem albo pralinkami z bombonierki – to zaczną się wahać i martwić, że to niezasłużony luksus, jakby powyżej pewnego poziomu każda przyjemność była czymś nieprzyzwoitym. – Och, nie powinienem – mówią”.

Podstawą angielskiego podejścia do życia jest umiarkowanie i powściągliwość, z której wynika także upodobanie do drobnych codziennych radości.

Chłodno, nieprawdaż?

Jedną z nich są z całą pewnością monologi, dialogi i wszelkie rozważania o pogodzie – na całym świecie uważane za banalne. Tylko angielska gazeta może opublikować prognozę brzmiącą: „Przewidywania: sucho i ciepło, ale chłodniej i popada” (cytat z „Western Daily Mail")! Zwykło się uważać, że gdyby nie zjawiska atmosferyczne, dwóch Anglików nie miałoby szans nawiązać ze sobą jakiejkolwiek relacji. Brytyjczycy, w odróżnieniu od Amerykanów, nie przepadają za mało znaczącymi pogawędkami zwanymi small talk; wyjątek czynią właśnie dla rozmów o pogodzie. Bliscy przyjaciele prowadzą oczywiście ważne dyskusje na głębokie tematy; z nieznajomymi spotkanymi w windzie lub pociągu omawia się tylko zachmurzenie czy deszcz, bez wstępowania na grząski grunt bardziej osobistych kwestii.

Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock) Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock)

Jak wynika z badań dr Gillian Sandstrom z Uniwersytetu Essex, jest to całkiem zdrowe i rozsądne rozwiązanie. Psychologowie już dawno orzekli, że najbardziej satysfakcjonują i uszczęśliwiają nas intymne rozmowy na ważne tematy, zaś zdawkowe pogawędki noszące pozorne znamiona wzajemnego zainteresowania mogą wywoływać poczucie pustki i rozczarowania. Zachwyt lub ubolewanie nad warunkami atmosferycznymi skutecznie wypełniają krępującą ciszę, pomagają przełamać lody i pozwalają poczuć się zauważonym, a jednocześnie nie naruszają niczyich granic, co byłoby dla Brytyjczyków nie do zniesienia. Mogą też, choć oczywiście nie muszą, stanowić niezbędny wstęp do poważniejszej konwersacji. Takiej, która przyniesie prawdziwe zadowolenie, a odbędzie się... przy herbacie.

Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock) Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock)

A cup of tea, a pint of beer

Drugim po pogodzie popularnym stereotypem związanym z życiem na Wyspach jest tamtejsze umiłowanie dla gorącego naparu. I tym razem tkwi w nim nie tylko sporo prawdy, ale także sekret angielskiego dobrego samopoczucia. Filiżanka złotego płynu, podawanego najczęściej z mlekiem i cukrem, skutecznie gasi pragnienie, rozgrzewa, wzmacnia i poprawia koncentrację. Oprócz pozytywnego wpływu na ciało wykazuje także, a może przede wszystkim, doskonałe działanie na psychikę: stanowi okazję, by zwolnić, zebrać myśli, porozmawiać w skupieniu z kimś bliskim. Podobnie dzieje się w wypadku obfitego angielskiego śniadania oraz wieczornego spotkania przy piwie.

Jak wykazali naukowcy z Wydziału Psychologii Eksperymentalnej na Uniwersytecie w Oksfordzie pod kierunkiem prof. Robina Dunbara, regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia.

Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock) Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)

Zwierzaki w zamku

Brytyjczycy uwielbiają zwierzęta i są do nich bardzo silnie przywiązani. Szacuje się, że w kraju liczącym około 66 milionów mieszkańców żyje około 8 milionów psów i drugie tyle kotów, a także milion domowych królików, milion kanarków i papug, pół miliona chomików i świnek morskich. Wszystkie te stworzenia traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny i obdarzane miłością i atencją. Poza bezwarunkowym uczuciem zwierzaki odwdzięczają się Anglikom pozytywnym wpływem na ich samopoczucie – wiadomo, że posiadanie pupila łagodzi efekty stresu, pomaga w walce z depresją, zmniejsza poczucie samotności i mobilizuje do większej aktywności fizycznej. Dla wielu Brytyjczyków dom jest tam, gdzie ich zwierzęta – to przy nich pozwalają sobie na pokazywanie zwykle głęboko skrywanych uczuć, niczego nie udają i są po prostu sobą, zgodnie ze słynną w całym świecie angielską dewizą my home is my castle – mój dom jest moim zamkiem, moją twierdzą; miejscem, w którym czuję się prawdziwie bezpiecznie. Mały czy duży, wystawny czy skromny – to już zdecydowanie mniej istotne, tym bardziej że popisywanie się nie leży zupełnie w angielskiej naturze – nie tylko jeśli chodzi o rozmiary nieruchomości. Brytyjczycy czują się nieswojo, jeśli ktoś zmusi ich do chwalenia się swoim statusem i osiągnięciami albo sam popisuje się swoimi. Nie oznacza to, że brakuje im zmysłu rywalizacji, jednak za swoją narodową filozofię przyjęli stoicyzm: niewzruszony spokój, którego nic nie powinno warunkować. A już na pewno nie rzeczy materialne.

Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock) Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock)

Mogło być gorzej

Wielu obcokrajowców to niczym niezmącone opanowanie zwykło określać mianem angielskiej flegmy; w rzeczywistości jest to raczej godna podziwu zdolność do przyjmowania zmiennych kolei losu z pogodą ducha, tym bardziej że niezbywalną cechą charakteru większości Anglików jest także poczucie humoru. To ono sprawia, że życie, które nie rozpieszcza nikogo, można odczuwać jako znośne, a nawet całkiem przyjemne. Łączy się z nim niestrudzony, uparty brytyjski optymizm, odczuwany wyraźnie w codziennej mowie dzięki chętnie stosowanym zdaniom, jak: „Mogło być gorzej” albo „Niby nic, a cieszy”. „Ta osobliwa postawa Brytyjczyków kiedyś była dla mnie zagadką” – pisze Bill Bryson. – „Stopniowo jednak sam przestawiłem się na ich sposób myślenia i od tej pory jestem szczęśliwy jak nigdy. Siedziałem kiedyś w przemoczonym ubraniu w zimnej kawiarni na brzydkiej nadmorskiej promenadzie i kiedy podano mi herbatę plus bułeczkę z rodzynkami, powiedziałem: Och, jak cudownie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na dobrej drodze”.

Anglicy kochają ironię; mają też na tyle silne poczucie własnej wartości, by śmiać się z siebie samych. Psychologowie od dawna zaś dowodzą, że osoby opierające swój humor na autoironii są szczęśliwsze, mają większą pewność siebie i ogólnie lepsze samopoczucie. Drugim ważnym składnikiem angielskiego humoru jest sarkazm.

– W ogóle bym powiedziała, że tutejsze szczęście opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips – śmieje się Kasia Redding, warszawianka od lat mieszkająca z mężem Anglikiem w hrabstwie Herefordshire na wschodzie kraju. Sarkazm można wprawdzie uważać za uszczypliwość, jednak naukowcy twierdzą, że i on może przyczyniać się do poprawy nastroju. „Sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji” – przekonywał Oscar Wilde, a według amerykańskich badaczy jego zastosowanie w komunikacji wzmaga kreatywność zarówno mówiących, jak i słuchających, co może przekładać się na wzrost poczucia własnej wartości (Li Huang, Francesca Gino, Adam D. Galinsky, The highest form of intelligence: Sarcasm increases creativity for both expressers and recipients).

Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock) Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock)

Wesołość w reakcji na przeciwności – nawet ta podszyta ironią i sarkazmem – to chyba najważniejsza brytyjska strategia w poszukiwaniu szeroko pojętego dobrostanu. Jak podkreśla w książce „Atlas szczęścia” brytyjska dziennikarka mieszkająca w Danii – Helen Russell, determinacja Anglików, by pozostać radosnym (jolly), opiera się na jak najlepszym wykorzystaniu sytuacji, w której postawił ich los.

Szczęście po brytyjsku

Brytyjczycy, w tym Anglicy, należą do najszczęśliwszych ludzi na świecie; co więcej, badania wskazują, że z roku na rok są coraz bardziej zadowoleni z życia. Według World Happiness Report przeprowadzanego na zlecenie ONZ, w 2019 roku znaleźli się na wysokim 15. miejscu listy obejmującej 156 państw, o cztery oczka wyżej niż w roku poprzednim. I choć termin „brytyjskość” uważa się za wysoce kontrowersyjny ze względu na fakt, że na Wyspach do czynienia mamy z kilkoma grupami narodowościowymi (Anglikami, Szkotami, Walijczykami i Irlandczykami), to, przy pewnym uproszczeniu, nietrudno jest dopatrzeć się cech wspólnych w ich podejściu do życia.

  1. Psychologia

Obłaskawić tyrana. Jak zapanować nad nadgorliwym umysłem?

Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. Dlaczego to robi? Czy nie gramy w jednej drużynie? Owszem – i on stara się, jak może, żeby służyć nam zawsze i wszędzie. Sęk w tym, że bywa nadgorliwy i dominujący. Dlatego, aby wieść w miarę spokojne i szczęśliwe życie – trzeba nad nim zapanować.

Jego funkcja od początku była jasna: miał nam zapewnić przetrwanie, chronić przed niebezpieczeństwem. Musiał więc być bardzo czujny, wypatrywać zagrożenia. I stał się wyspecjalizowanym oceniaczem, który nieustannie sprawdza: Dobre – złe? Bezpieczne – niebezpieczne? Pomocne czy szkodliwe? Kiedyś ostrzegał przed wilkiem czy niedźwiedziem, dziś uderza na alarm w zgoła innych okolicznościach: przewiduje utratę pracy, odrzucenie, ośmieszenie, porażkę. Węszy podstęp, nawet kiedy nie ma najmniejszego zagrożenia dla naszego życia czy zdrowia. Rezultat? Marnujemy mnóstwo czasu na zamartwianie się rzeczami, które prawdopodobnie nigdy się nie zdarzą.

Ale to nie wszystko. Terapeuta ACT, dr Russ Harris, autor książki „Pułapka szczęścia”, zwraca uwagę, że w minionych epokach warunkiem przetrwania człowieka była przynależność do grupy. Wykluczenie z niej oznaczało śmierć. W naszym mózgu wciąż tkwi lęk przed takim scenariuszem – stąd potrzeba ciągłego sprawdzania swojej pozycji w grupie i porównywania się z innymi. Czy jestem przydatny? Czy dość się staram? Czy mnie akceptują? Ileż energii tracimy, zabiegając o aprobatę innych i próbując się „naprawić”, przystosować, przypodobać! Ale też tropiąc własne wady i niedociągnięcia... To nie ma końca! Zawsze znajdą się lepsi od nas – mądrzejsi, piękniejsi, silniejsi, bogatsi – zwłaszcza że poprzez powszechny dostęp do mediów liczba osób, z którymi możemy się porównywać, jest przytłaczająca. Podsumowując: żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które w tych warunkach jest jakąś mrzonką... Ratunku!

W kole kontroli

Zanim zajmiemy się wychodzeniem z pułapki, poznajmy ją nieco lepiej, żeby mieć świadomość, gdzie utknęliśmy. Poznajmy mity dotyczące szczęścia. Pierwszy, jaki przywołuje Russ Harris, mówi:
„Szczęście jest naturalnym stanem wszystkich istot ludzkich”
Cóż, statystyki dotyczące depresji, prób samobójczych, zaburzeń psychicznych niekoniecznie to potwierdzają... Nie oszukujmy się: szczęście w czystej postaci jest rzadkością. Jeśli wierzysz, że inni są szczęśliwi, tylko tobie z jakiegoś powodu się nie udaje – jesteś w pułapce.

Drugi mit jest konsekwencją pierwszego:

„Skoro nie jestem szczęśliwy, coś musi być ze mną nie tak”
Przy takim założeniu cierpienie psychiczne wydaje się odstępstwem od normy, chorobą albo (zasługującą na potępienie) słabością. A przecież jest ono elementem ludzkiego losu!

Trzeci mit brzmi niegroźnie, ale może przysporzyć wielu frustracji:

„Żeby zmienić swoje życie na lepsze, musimy wyeliminować z niego trudne emocje”
Wyeliminować? Bardzo nierealistyczna wizja. Trudno cokolwiek zmienić, dokądkolwiek dojść bez doświadczenia po drodze niemiłych doznań – choćby niepokoju, zniecierpliwienia...

I wreszcie czwarty mit, będący kropką nad „i” oraz nakazem nad nakazami:

„Kontroluj swoje myśli i uczucia”
To żądanie niemożliwego! Po prostu nie jesteśmy w stanie tego zrobić, a na pewno nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Tym, co podlega kontroli, są nasze zachowania – myśli, uczucia rządzą się innymi prawami. Wizualizacje, afirmacje, autohipnoza? Cóż, mogą wpływać na samopoczucie, przynieść chwilową ulgę, ale nie usuną negatywnych myśli czy emocji – twierdzi Harris. One wracają, a my czujemy się nieskuteczni, przegrani, może nawet źli... Mity dotyczące szczęścia „wplątują nas w walkę z naszą własną, ludzką naturą, a z nią nie możemy wygrać” – uważa terapeuta. Pułapka rodzi się z tej walki.

Na czele całej rozgrywki stoi, oczywiście, nasz umysł z jego obsesją kontroli. Jest wielki – trudno temu zaprzeczyć. Zdolny do planowania, organizacji, skomplikowanych analiz, uczenia się. Dzięki niemu jesteśmy w stanie kształtować otaczający nas świat, rozwiązywać wiele złożonych problemów. Ale wewnętrzny świat działa inaczej. To, co miało być rozwiązaniem, często staje się tu dodatkowym problemem. Załóżmy, że sięgasz po alkohol, żeby poprawić sobie nastrój, a następnego dnia czujesz się jeszcze gorzej. Do tego uzależniasz się. Albo, w lęku przed odrzuceniem, unikasz ludzi, zaczynasz prowadzić samotnicze życie i... czujesz się odrzucony przez wszystkich. Nie da się ukryć: nasze strategie kontroli (oparte najczęściej na walce lub ucieczce) zawodzą. Wielu psychologów mówi przy tej okazji o mechanizmie unikania doświadczenia. Russ Harris nazywa go po prostu błędnym kołem. „Unikanie doświadczenia jest główną przyczyną depresji, lęków, uzależnienia od narkotyków i alkoholu, zaburzeń odżywiania i wielu innych problemów natury psychologicznej. Tak właśnie wygląda pułapka szczęścia: by doznać szczęścia, staramy się unikać niechcianych uczuć lub je eliminować – ale im mocniej się staramy, tym więcej ich wywołujemy”.

Naszła mnie myśl...

Umysł jest porywającym bajarzem. Zawsze ma jakąś historię na podorędziu. Co więcej – bardzo logiczną, wiarygodną, przekonującą. Kiedy przedstawia nam swój ogląd sytuacji, poparty rozlicznymi argumentami, trudno mu nie wierzyć. Sęk w tym, że większość audycji, które nadaje w trybie ciągłym, ma dość negatywny wydźwięk. Zwykle dowiadujesz się z nich, że nie dasz rady albo w ogóle jesteś do niczego. Być może największą pułapką, w jaką wpada ludzkość (wręcz przekrętem na skalę światową!), jest dawanie wiary myślom. Uznajemy je za ważne, prawdziwe, cenne albo i mądre. Czy takie są? Owszem, niektóre z nich mogą być użyteczne, a nawet genialne. Zwykle łatwo to zweryfikować – o ile potrafimy zachować wobec nich dystans. Takie zdystansowanie to jedna z cenniejszych życiowych umiejętności.

Jak to zrobić? Sposobów jest wiele. Zamiast „kupować” coś, co objawia ci umysł (zwłaszcza gdy rzecz dotyczy osądów pod twoim adresem), możesz stwierdzić: „Naszła mnie myśl, że...”. Albo wyśpiewać ją na wybraną melodię (najlepiej kilka). Nie wdajesz się w dyskusje, po prostu bawisz się słowami. Bo w końcu tym jest myśl – ciągiem słów. Pomocne bywa też nazwanie opowieści umysłu. Ach, to ta o fajtłapie! Ta jest o brzyduli, leniu, ta o niedawaniu rady, a ta o życiu do bani. Znam, znam... Może się pojawiać i znikać, kiedy chce, podczas gdy ty robisz swoje – to, co lubisz i cenisz. Jesteś trochę jak celebryta, o którym opowiadają niestworzone historie, a ty je ignorujesz. No, chyba że wolisz zajmować się sprostowaniami... W zdystansowaniu nie chodzi o kontrolę, tylko o akceptację. Nie znaczy to, że mamy lubić swoje myśli czy uczucia; ważne, by przestać z nimi walczyć. Nie szarpać się z własnym umysłem, uwolnić się spod jego tyranii. Przy okazji możesz poczuć się lepiej, ale potraktuj to jako skutek uboczny, nie główny cel – ostrzega Russ Harris. „Jeśli spodziewasz się, że zdystansowanie się do jakiejś myśli pomoże ci się jej pozbyć, to przygotuj się na rozczarowanie; znowu dałeś się złapać programowi kontroli i uwięzić w pułapce szczęścia. Musisz zaakceptować swoje myśli, a nie pozbywać się ich”.

Szach-mat, pas

To, że nie możemy ufać własnemu umysłowi, że tak często dajemy się mu wyprowadzić w pole – jest dość deprymujące. To jakbyśmy korzystali z oprogramowania, które nie do końca sprawdza się w dzisiejszej rzeczywistości, a nie da się go zaktualizować. Do czego się odwołać? Terapia ACT wprowadza ważne rozróżnienie: na myślące „ja” (czyli umysł) i „ja” obserwujące. To drugie jest aspektem ludzkiej świadomości, do niedawna ignorowanym przez psychologię. Tymczasem – jak zapewnia Russ Harris – uzyskanie dostępu do tej części siebie pozwala na głębsze przekształcenie relacji z niepożądanymi myślami i uczuciami. Jak już wiemy – myślące „ja” ocenia, ostrzega, dyskutuje, krytykuje, analizuje, porównuje, wyśmiewa, oskarża. Obserwujące „ja” natomiast jest ciche. Rejestruje wszystko bez wartościowania. Niczego nie odrzuca. Jest niezmienne, zawsze obecne, ale ponieważ nie raczy nas opowieściami, nie zauważamy go. Zapominamy o nim (o ile w ogóle zdajemy sobie sprawę z jego istnienia). Co za strata!

Obserwujące „ja” odpowiada za koncentrację i świadomość (bywa też utożsamiane z tą ostatnią). Dzięki niemu możemy z łatwością przenosić uwagę na to, co dla nas naprawdę ważne. Oznacza to, że nie musisz podejmować wysiłków, by wyłączyć stację, w której nadaje umysł, czy zmienić audycję na bardziej optymistyczną. Zamiast tego dokonujesz swoistego przesunięcia: coś jest na pierwszym planie, a coś w tle, niczym poszum wiatru za oknem. Nie będziesz chyba szarpać się z wiatrem?

Jak nawiązać kontakt z obserwującym „ja”? Russ Harris poleca technikę dziesięciu głębokich, wolnych oddechów. Wykonując je, obserwuj klatkę piersiową, brzuch, ramiona, ruch powietrza. Niech myśli i obrazy wędrują w tle, jak przejeżdżające samochody. Za każdym razem, gdy jakaś myśl będzie chciała zabrać cię na wycieczkę, wróć łagodnie do obserwacji. Praca z oddechem to dobry punkt wyjścia do bardziej zaawansowanych praktyk. Weźmy rozszerzenie (więcej w ramce poniżej): robimy je, by przygotować miejsce dla nieprzyjemnych uczuć, doznań i potrzeb. Nawet jeśli są ogromne, ty jesteś większy! Dając im przestrzeń, przekonasz się, że nie są takie straszne. I że – po osiągnięciu punktu szczytowego – gotowe są opaść, odejść. Jak by to było otworzyć się na nie, zamiast spinać? Obserwować je, objąć oddechem, a potem uwolnić?

Obserwujące „ja” jest też kluczowe w procesie, który autor „Pułapki szczęścia” nazywa połączeniem. Chodzi o kontakt z chwilą obecną, angażowanie się w to, co właśnie robimy. Nie trzeba chyba przekonywać, że umysł nie jest tu dobrym pośrednikiem – raczej odcina nas od rzeczywistości. Obserwujące „ja” pozwala nam utrzymać więź ze światem i bieżącym doświadczeniem (ćwiczenie na połączenie znajdziesz w ramce na poprzedniej stronie).

Na koniec jeszcze jeden mit – dotyczący samooceny. Russ Harris zwraca uwagę, że samoocena to nic innego jak zbiór myśli na własny temat. Opinii, bo na pewno nie faktów! Tak naprawdę to opinia myślącego „ja”. Chcesz mieć wysoką samoocenę? Musisz przedyskutować temat z umysłem, sprawdzić, co się da wynegocjować. A potem udowadniać, że jesteś dobry, inteligentny, kompetentny... Zdaniem terapeuty przypomina to niekończącą się partię szachów. Figurami są twoje myśli i uczucia: „dobre” (białe) i „złe” (czarne). Atakujesz białymi pionkami („dostałem podwyżkę”, „chodzę regularnie na siłownię”), a czarne przypuszczają kontratak, wysuwając swoje argumenty. A gdyby tak wyjść z tej gry? „Opowieść o tym, że nie jesteś wystarczająco dobry, będzie do ciebie nieustannie powracać, bo tak właśnie wyewoluował ludzki mózg. Chcesz do końca życia z tym walczyć?” – pyta Harris. A może mógłbyś przestać patrzeć na siebie jak na białe czy czarne figury i uznać, że jesteś czymś więcej – że bliżej ci do niezaangażowanej w walkę szachownicy? Pewnie domyślasz się, do czego prowadzi ta metafora... Tak, do obserwującego „ja”! „To akceptacja w swojej najczystszej postaci” – pisze Harris. Nie można go skrzywdzić, obrazić, umniejszyć. Chcesz się do niego dostroić? Skup się na doznaniu, które jest akurat twoim udziałem, obserwuj je z ciekawością. Umysł będzie się wtrącać, komentować, wciskać swoje opowieści. Jeśli złapiesz się na tym, że mu wierzysz, zrób krok do tyłu i obserwuj – radzi terapeuta. Teraz wystarczy, że skupisz się na postaci obserwatora, i będziesz mógł zobaczyć prawdziwego siebie.

„Piątka” - ćwiczenie na połączenie

To ćwiczenie ma pomóc ci zająć centralną pozycję w otoczeniu i połączyć się z nim. Wykonuj je po kilka razy dziennie, zwłaszcza wtedy gdy zauważysz, że błądzisz myślami albo zanadto koncentrujesz się na swoich uczuciach. Dzięki niemu szybko powrócisz do tu i teraz.
  • Przerwij to, co akurat robisz.
  • Rozejrzyj się i wybierz z otoczenia pięć przedmiotów.
  • Wytęż słuch i zarejestruj pięć odgłosów.
  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy mających kontakt z twoim ciałem.
Źródło: Dr Russ Harris, „Pułapka szczęścia”, Studio Astropsychologii

Rozszerzenie

Pomyśl o czymś, co budzi twój niepokój albo wywołuje napięcie. Skup się na problemie, aż poczujesz się nieswojo.

Krok 1: Obserwacja. Skoncentruj się na doznaniach ciała. Przeskanuj je, określ, co czujesz i w których miejscach. Poszukaj doznania, które najbardziej ci przeszkadza, przyjrzyj mu się uważnie. Zwróć uwagę, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Jaki ma kształt? Jak głęboko sięga? W którym miejscu jest najsilniejsze, a gdzie najsłabsze? Jest lekkie czy ciężkie? Ciepłe czy chłodne? Pozostaje w bezruchu czy się porusza?

Krok 2: Nabranie tchu. Zacznij od kilku głębokich oddechów – im będą wolniejsze, tym lepiej. Zadbaj, by każdy oddech kończył się całkowitym opróżnieniem płuc (pomoże to ciału się rozluźnić). Oddychaj powoli i głęboko, wyobrażając sobie, że dmuchasz na to doznanie. Poczuj, jak twój oddech je opływa, jakbyś tworzył dodatkową przestrzeń wewnątrz ciała. Daj mu trochę miejsca.

Krok 3: Uwolnienie. „Uwolnienie” oznacza, że pozwalasz doznaniu istnieć, chociaż wcale ci nie odpowiada. Gdy twój umysł zacznie komentować to, co robisz, podziękuj mu i wróć do obserwacji. Oczywiście, może pojawić się potrzeba walki z danym doznaniem albo odepchnięcia go od siebie. Rozpoznaj ją, ale nie angażuj się. Wróć do dręczącego cię doznania. Nie próbuj go wyeliminować ani zmienić. Jeśli zmieni się samo z siebie, to dobrze. Jeśli nie – też dobrze. Celem nie jest modyfikowanie go ani wymazywanie. Masz pozwolić, żeby istniało, nawet jeśli za nim nie przepadasz.

  1. Psychologia

Aby być szczęśliwym, trzeba się nieźle napracować

Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście – podobnie jak mądrość – jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często przecież towarzyszy zniechęcenie. Zatem nie należy go mylić z przyjemnością – mówi prof. Wiesław Łukaszewski i dodaje, że trzeba się ciężko napracować, żeby być szczęśliwym. Na czym polega taka praca?

Z czym najczęściej myli się nam szczęście?
Najczęściej – z przyjemnością. Nierzadko z przyjemnością mylą szczęście także psychologowie. Jakiś czas temu jeden z wielkich polskich psychologów zapytany o to, kiedy człowiek jest szczęśliwy, odpowiedział bez namysłu: „kiedy jest ciemno, ciepło i blisko”. A gdy zapytywaliśmy sporą grupę wrocławian, co sprawia, że czują się szczęśliwi, 92 proc. osób wskazało na jedną z trzech spraw: lenistwo rozumiane jako relaks, szeroko potraktowaną erotykę oraz jedzenie. Czysty hedonizm.

Czy pana zdaniem szczęście jest bardziej tym, co się nam przydarza czy raczej stanem wypracowanym?
To nie jest dobra alternatywa. Bo jeśli ktoś powiada, że miał szczęście, bo cudem uniknął uderzenia przez rozpędzony samochód – to mowa tu o zdarzeniu. A jeśli ktoś powiada, że jest szczęśliwy, bo zakończył budowę domu, pisanie powieści albo posadził kawał lasu – to mowa tu o robocie. W tym drugim wypadku szczęście prawie nigdy nie jest celem. Dom nie jest środkiem do szczęścia, nie pisze się powieści, aby być szczęśliwym. We wszystkich wymienionych tu wypadkach osiągnięcie celu wymagało ciężkiej pracy, zmęczenia. Nierzadko towarzyszyło temu zniechęcenie, a nieraz i poczucie bezsensowności swojego działania. A potem przychodzi czas na wynik, i człowiek jest szczęśliwy. Szczęście, podobnie jak mądrość, jest zazwyczaj ubocznym efektem naszych działań. Nie potrafimy być mądrzy na zamówienie, nie potrafimy tak samo na zamówienie być szczęśliwi. Choćbyśmy się natężali nie wiadomo jak. Trzeba się jednak napracować.

W jaki sposób? Przecież nie mamy wpływu na śmierć, a niekiedy również na ból, choroby, spotkania i rozstania. Wydaje się, że jedyne, co możemy zrobić, to przygotować grunt dla szczęścia, niejako wysłać zaproszenie...
Wielu z nas ma do szczęścia taki stosunek, jaki mają dzieci do prezentów urodzinowych czy gwiazdkowych: marzymy, fantazjujemy, tworzymy rozkoszne scenariusze. To dość niebezpieczna droga, bo rzeczywistość rzadko dorasta do naszych marzeń, a wtedy – zamiast radości – doświadczamy rozczarowania. Szczęście rzadko dostaje się w prezencie. Co więcej, taki dziecięcy stosunek do szczęścia ma za podstawę Ja, czyli interes osobisty. I tu pojawia się pewna pułapka: ten interes może okazać się niezaspokojony, co znów grozi rozczarowaniem. Pewniejszą drogą do szczęścia jest działanie na rzecz różnych My. Niestety, to ukierunkowanie staje się u nas coraz rzadsze, co – być może – sprawia, że jest coraz więcej nieszczęśliwych ludzi wokół.

Gdyby musiał pan wybrać pomiędzy mądrością, dobrocią i pięknem, na którą jakość by się pan zdecydował ze świadomością, że bezpowrotnie traci dwie pozostałe?
Wybrałbym mądrość, bo to rzecz pojemna. Co więcej, wybierając ją, nie straciłbym ani większości piękna, ani większości dobra. Mądrość bowiem to poszukiwanie i odkrywanie harmonii, równowagi i sensu, a do tego w dużej mierze sprowadza się piękno tego świata i każdej rzeczy, która do niego należy. Mądrość to harmonijne współbrzmienie interesów osobistych, czyli egoistycznych, i interesów pozaosobistych, a na tym między innymi polega bycie dobrym. Tu znajdziemy dawanie dobra i jego otrzymywanie. Mądrość to także z jednej strony zdolność do radzenia sobie, a nieraz godzenia się, z niepewnością, z drugiej zaś – do tolerowania różnorodności, także wszelakich odmienności. To oznacza, że granice piękna i granice dobra znacznie się w ten sposób poszerzają. Że piękne i dobre jest nie tylko to, co nasze. Piękne i dobre może być także to, z czym się nie zgadzamy, ale cenią to inni ludzie.

W swojej najnowszej książce „Niewielka suma szczęścia” napisał pan, że nasze oczekiwania, pragnienia, wierzenia – mają znaczący wpływ na to, jak funkcjonuje organizm, czyli materialne ciało. Jak świadomość własnego ciała łączy się z doświadczaniem szczęścia?
Tu dotykamy spraw niezwykle skomplikowanych, a zarazem dotyczących samego sedna naszej egzystencji. Jest mnóstwo danych pokazujących, że odwołując się do – nazwijmy to – sił mentalnych, można zmieniać stan ciała. Można wyleczyć się z poważnej choroby za pomocą placebo, można samym myśleniem wywołać orgazm, można odwlekać moment umierania, ale można też umrzeć z beznadziejności, z poczucia braku wyjścia. Wiedza na temat tych i podobnych faktów jest znaczna. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zapytamy o naturę tych procesów. Jak dotąd niewiele potrafimy na ten temat powiedzieć. Co ciekawsze, potrafimy wpływać na stany ciała, ale samo ciało znamy nader kiepsko. I nie mówię tu o znajomości fizjologii, ale o zwyczajnej anatomii. Sprawa druga wiąże się z użytym w pańskim pytaniu sformułowaniem „świadomość ciała”. To bardzo pokrętna fraza, dlatego sam wolę mówić o znajomości czy rozumieniu własnego ciała, a z tym – jak wspominałem – nie jest dobrze. Rozumienie zjawisk i stanów rzeczy jest ważną przesłanką szczęścia, ale bynajmniej niewystarczającą.

Wiesław Łukaszewski, 'Niewielka suma szczęścia', wyd. Smak Słowa Wiesław Łukaszewski, "Niewielka suma szczęścia", wyd. Smak Słowa

Pisze pan, że wartością jest wychodzenie poza to, co się już wie. Na czym to polega w praktyce?
Trzeba się zwyczajnie uczyć. Pewien wielki psycholog, zaciągając z lwowska, powiadał, że „człowiek umiii, bo się uczy” i półgłosem dodawał zaraz: „no, chyba że jest idiotą”. No dobrze, powie ktoś, trzeba się uczyć, ale czego? Moja odpowiedź brzmi: wszystkiego, co tylko wpadnie nam w ręce. Wprawdzie co rusz słyszymy, najczęściej w szkołach i na uniwersytetach, o wiedzy zbędnej, jałowej, bezużytecznej, ale w obliczu zmian, w obliczu przyszłości przewidywalnej w ograniczonym stopniu i nowych zadań, które ona niesie – uznanie jakiejś wiedzy za bezużyteczną wydaje się ryzykowne. Jedynym dobrym sposobem na to, co nieprzewidywalne, jest duża nadwyżka wiedzy pragmatycznej.

Druga sprawa to uczenie się od innych. Czasem bezwiedne, czasem intencjonalne. Ale nie tylko od tych innych z naszej wioski, ale także od tych z dalekiego świata. To jednak wymaga rezygnacji z postawy wyższościowej, nakazuje unikać wszelkiego deprecjonowania innych i dehumanizowania ich w imię narcystycznego przekonania, że „naprawdę dobrzy to jesteśmy my i nikt więcej”. Chodzi też o dopuszczenie myśli, że ten drugi może mieć rację, o sceptycyzm wobec własnej wiedzy i własnych przekonań. Chodzi więc o relatywizm, tak potępiany dzisiaj w prawicowych kręgach. Trudno wyjść poza to, co się wie, nie ruszając się ze swojej niszy. Nie można wyjść poza status quo, jeśli przyjmuje się postawę „to nie moja sprawa” albo – co gorsza – „nie chcę o tym wiedzieć”. Umysł zamknięty sam się nie otworzy – musi doznać wstrząsu pochodzącego z zewnątrz. To dlatego tak ważne są różnego rodzaju przełomy społeczne. Bezcenne są też kontrowersje, konflikty poznawcze czy światopoglądowe zderzenia.

Kiedy dążenie do szczęścia jest rozwojowe i wspierające, a kiedy staje się wyparciem, hedonistyczną ucieczką przed uznaniem, że mamy takie samo prawo do życia jak inne istoty zamieszkujące Ziemię?
Tak, tak, biblijne opowieści o panu wszelkiego stworzenia i o czynieniu sobie Ziemi poddanej nieco namieszały nam w głowach. Tymczasem mamy prawo do życia nie większe niż inne żywe istoty. Tu namawiałbym do studiowania szlachetnych prawd Buddy, bo są znacznie mądrzejsze. A co się tyczy dążenia do szczęścia, to jak wspomniałem na początku, dążenie do niego jest rozwojowe wtedy, gdy się nie bierze szczęścia za cel. Przestaje być rozwojowe wtedy, kiedy myślimy o tym, co by tu zrobić, aby być szczęśliwym. Bo wtedy chętnie idziemy na skróty i zaczynamy poszukiwać przyjemności. Chciałbym być dobrze zrozumiany. To nie jest zachęta do ascezy i wyrzekania się wszelkich przyjemności, ale raczej sugestia, że przyjemności to jedno, a szczęście to drugie. Warto doznawać przyjemności i warto powiększać sumę szczęścia.

A jakie jest największe szczęście, które pana spotkało?
Cztery są takie moje największe szczęścia. Trzy dotyczą ludzi, a jedno głowy. Pierwsze szczęście to moja mądra i dobra matka, która nauczyła mnie czytać i pisać, kiedy miałem niewiele ponad trzy lata. Drugie szczęście to moje dzieci. Trzecie szczęście to gromada przyjaciół. Szczęście czwarte bierze się z faktu, że mimo lat, które mam za sobą, nadal zachowałem w miarę sprawny umysł. Czego chcieć jeszcze?

Prof. Wiesław Łukaszewski, profesor psychologii, wykładowca, specjalizuje się w psychologii osobowości, psychologii społecznej i psychologii motywacji, autor książek.