1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Prawda ma długie nogi. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Prawda ma długie nogi. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Według Wojciecha Eichelbergera, prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. (Ilustracja: Paweł Jońca)
Według Wojciecha Eichelbergera, prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. (Ilustracja: Paweł Jońca)
Cenimy prawdę. Nie zawsze jednak chcemy ją znać: jeśli ona nie zapyta, to on nie skłamie. Dla kogo prawda jest dobra – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Kłamstwo tak jak komplement bywa pomocne – mówią psycholodzy. Z badań wynika, że sięgamy po nie dwa, a nawet sześć razy dziennie. Czyżby więc prawda nie zawsze była najlepszym rozwiązaniem?
Prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. Zanim więc ją zastosujemy, odpowiedzmy sobie na parę pytań. Pierwsze: Czy to, co mam do powiedzenia, rzeczywiście jest prawdą? Sprawa się komplikuje, gdy rzecz dotyczy uczuć, motywów, przekonań. Drugie: Czy prawda, którą chcę przekazać, stawia w trudnej sytuacji mnie, czy osobę, której ją komunikuję? Trzecie: Jaki czas, miejsce i forma będą najlepsze, by zakomunikować moją prawdę? Wielu szczyci się tym, że są szczerzy i bezkompromisowi, bo walą prawdę prosto z mostu – natychmiast, bez namysłu mówią innym, co o nich myślą. Na ogół nie zdają sobie sprawy, że ich przekonania, lęki i obsesje zniekształcają obraz świata, jaki widzą. A więc ta niby-prawda opisuje przede wszystkim stan ich umysłów, a nie rzeczywistość. Dlatego surowego, bezpardonowego sądzenia nas nie warto brać sobie do serca.

Czytałam w „Czterech umowach...” Don Miguela Ruiza, potomka Tolteków, żeby niczego, co inni mówią na nasz temat, nie brać do siebie, bo zazwyczaj są to projekcje ich własnych, jak to nazywa, snów. Autor obiecuje, że jeśli nam się to uda, unikniemy niepotrzebnego cierpienia i poznamy o sobie prawdę.
Ci, którzy walą w nas swoją niby-prawdą, zazwyczaj nie znają prawdy o sobie – nie wiedzą, kim są, jakie mają ograniczenia, ukryte lęki i motywy. Dlatego mistrzowie życia powtarzają: „Dopiero gdy poznasz prawdę o sobie, poznasz prawdę o innych". W międzyczasie lepiej nie oceniać, pamiętać, że jesteśmy w stanie mówić tylko o sobie, o tym, jak odbieramy zachowania i emocje innych.

Jest prawda, którą trzeba wyznać. „Mam kochankę”, powinien powiedzieć partnerce mężczyzna. Tak radzą nam poradniki psychologiczne.
Oczywiście. Ale mówmy o faktach. Gdy więc ona go dopyta: „Od kiedy masz kochankę? Ile razy się z nią przespałeś?”. „Raz” – odpowie, bo na to pytanie odpowiedzieć umie, ale kiedy ona dopyta: „Czy ją kochasz?”, będzie miał już kłopot. „Nie wiem. Chyba nie…”. Ona dalej: „To po co z nią spałeś?”. On jest już całkiem zagubiony: „Nie wiem”. Dlatego zanim się powie komuś prawdę, warto najpierw ją poznać, odpowiedzieć sobie na ważne pytania. No bo jeśli jemu zdarzył się erotyczny incydent, a teraz tego żałuje i postanowił, że następnych razów nie będzie, to lepiej, żeby jej o tym nie mówił.

Ma ukryć skok w bok? Skłamać?
Nie skłamać, ale przemilczeć. Zapewne poczułby się lepiej, mówiąc, co nawywijał. Ona jednak pod ciężarem jego prawdy ledwo by zipiała. On, nie mogąc poradzić sobie z wyrzutami sumienia, wymógłby pewnie na niej przebaczenie, a przy okazji przerzuciłby małodusznie na nią część odpowiedzialności, mówiąc np. „Bo ty tylko mnie krytykujesz”. I cóż ta kobieta miałaby z tym pseudobohaterskim wyznaniem zrobić? Dałaby mu pewnie jeszcze jedną szansę po wielu nieprzespanych nocach. On, zachwycony swoją uczciwością, spałby spokojnie jak dziecko. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w sytuacji osoby zdradzającej czy zdradzonej, gdy zdarzy nam się popełnić jakieś głupstwo, którego żałujemy, warto rozważyć, czy przypadkiem nie byłoby właściwiej dźwigać go w pojedynkę, zamiast w imię iluzorycznej cnoty mówienia prawdy przysparzać cierpienia najbliższym. Wtedy też mamy szansę na uniknięcie recydywy, bo niewyznany i niewybaczony grzech potrafi uwierać długo, nawet dożywotnio. I tak powinno w takich wypadkach być.

Cierpi wiarołomca, bo nie ujawnił swojej wiarołomności. Co jednak z prawdą?
Będzie cierpiał, pod warunkiem że jego sumienie jest świadome i wrażliwe. Zbytnia łatwość wyznawania grzechów i uzyskiwania rozgrzeszenia jakoś nie zmienia grzeszników w świętych. Najistotniejsze dla ewentualnej transformacji jest odczuwanie szczerego, głębokiego żalu. Jak ktoś nie ma wrażliwego sumienia, to żadna spowiedź ani wybaczenie nic nie zmienią. A prawda? On poznał tę najważniejszą i najbardziej niewygodną – prawdę o sobie. A mianowicie, że jest zdolny do złamania przysięgi. I z tą prawdą będzie musiał żyć i sobie jakoś radzić. Ma dwie drogi: albo zrobi wszystko, żeby nie powtórzyć zdrady, albo ma przechlapane, bo zacznie zdradzać notorycznie. Jeśli ma uniknąć tego drugiego rozwiązania i czegoś się nauczyć, musi z determinacją szukać odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego zdradziłem?”. Wyznanie typu: „Wiesz, kochanie, przespałem się z jedną dziewczyną, ale to nie ma znaczenia i więcej się nie powtórzy. Nie gniewaj się, proszę” – zbyt łatwo zamyka sprawę, jest ucieczką przed trudną rozmową z samym sobą. Jeśli zaś przyjmie nową, niewygodną prawdę, ma szansę lepiej poznać siebie. Żeby się zbliżać do prawdy o sobie, trzeba się od czasu do czasu z czymś boleśnie zderzyć.

Jakaż to ukryta motywacja może drzemać w zdrajcy? Zdrada to zdrada. Nie ma w czym grzebać.
Problem z kochankami można porównać do problemów dietetycznych: dopóki nie doświadczymy innej kuchni, nie zdamy sobie sprawy, że tradycyjna od dawna nam szkodzi. Czasami nawet przeczuwamy, że dotychczasowa dieta nam nie służy, ale nie potrafimy o tym rozmawiać z partnerem albo z góry przekreślamy szansę na jakąkolwiek modyfikację. Niełatwo jest nam dostrzec nawet palącą potrzebę zmiany, zanim nie doświadczymy alternatywy. Ba, nawet gdy obie strony uświadamiają sobie martwotę i toksyczność ich związku, to brakuje determinacji i odwagi niezbędnych do jego zakończenia. Więc tkwią w tej sytuacji dla świętego spokoju z lęku przed nowym, przed samotnością – bo lepszym nam się jawi znane piekło niż nieznane niebo. Dopiero gdy pojawi się kochanek czy kochanka, łapiemy się go, jej jak tonący łodzi ratunkowej i uciekamy z tonącego statku.

A czy nie bywa tak, że ktoś, kto ukryje prawdę, poczuje się bezkarny i zacznie notorycznie kłamać, bo to da mu poczucie przewagi i władzy nad „naiwniakami”?
Na dłuższą metę ukrywanie prawdy w bliskim związku możliwe jest tylko wtedy, jeśli druga strona nie chce jej poznać. Wtedy partnerzy po cichu solidaryzują się w jej ukryciu: „Ja ci nie będę mówił, a ty nie pytaj”. Czasami ktoś nawet porywa się na szczerość: „Chciałem ci powiedzieć, że poznałem pewną kobietę i dobrze nam się …”. Na co ona: „Przepraszam cię, kochanie, ale muszę wyłączyć gaz pod zupą”, i wybiega z pokoju. Wraca po dziesięciu minutach: „Trochę to trwało, bo zadzwoniła twoja mama, że wpadnie jutro na obiad… to o czym mówiliśmy?”. „Eee, nic ważnego” – usłyszy. Tak zawierane są w związkach niepisane umowy. Można z nimi żyć latami, bo w istocie nikt nikogo nie oszukuje. Ludzie szukają różnych kreatywnych rozwiązań, by ratować swoje stałe, długie związki.

Można dobrze żyć i oddychać pełną piersią w przemilczanej prawdzie?
To byłoby psychologicznie trudne, a mogłoby się nawet niekorzystnie odbić na zdrowiu obojga. Więc skoro ona wie o kochance (lub on wie o kochanku), lepiej będzie dla niej i dla niego, gdy wyrazi jasno swoje uczucia i decyzje, np. „Zrywasz z nią natychmiast i mówisz jej, że to była pomyłka. A jeśli zdradzisz mnie jeszcze raz, to z nami koniec”. Albo: „Twoja zdrada kończy nasz związek. Żegnaj”. Albo: „Skoro ty masz kochankę, to ja sobie wezmę kochanka i zobaczymy, co z tego wyniknie”. Wtedy on dostaje jasny komunikat i może podejmować swoje decyzje. Jeśli uzna, że związek z kochanką jest dla niego ważniejszy, to od niej odejdzie. Jeśli związek z kochanką/kochankiem jest nade wszystko związkiem serc i dusz, to ani sumienie, ani zmowa milczenia tego długo nie uniosą, sprawa się wyda i dotychczasowe związki obojga kochanków się rozpadną.

Dorośli mają więc szukać prawdy o sobie też dla zdrowia. A co z dziećmi? Są rozwiedzione pary, które nie mieszkają razem, ale mimo to ukrywają przed dziećmi, że każde z nich kogoś ma. Takie kłamstwo w imię dobra dziecka.
To zupełnie niepotrzebne i niedobre dla dziecka. Bo kiedy się dowie, a się dowie, bo kłamstwo ma krótkie nogi, to rodzicom nie wybaczy, że było oszukiwane. Bardziej bolesne będzie dla niego to, że tak długo kłamali, a nie to, że już dawno przestali się kochać. Największą krzywdą, upokorzeniem i rozczarowaniem jest świadomość, że byliśmy latami oszukiwani. Więc pewnego dnia dziecko im to wygarnie: „Przez tyle lat mnie oszukiwaliście?! To jak ja mogę wam wierzyć?!”. Co gorsza, gdy dorośnie, trudno mu będzie uwierzyć komukolwiek.

Prawda dorosłych zawsze robi dobrze dzieciom?
Prawda jest dla dzieci szczególnie ważna, bo od rodziców i opiekunów uczą się siebie i świata. Jeśli nie będą obcować z prawdą, to nie nauczą się ani siebie, ani świata, ani tego, jak w nim żyć, nie będą odróżniać kłamstwa od prawdy, nie będą miały zaufania ani do innych, ani do siebie. Prawda jest bowiem najlepszą i jedyną glebą dla rozumu, serca i ducha.

„Mam czyste sumienie, więc śpię spokojnie i mam się dobrze” – mówiła moja babcia. Badania potwierdzają: prawda to spokój i zdrowie. Z eksperymentu prof. Anity E. Kelly z Uniwersytetu Notre Dame wynika, że po pięciu tygodniach niekłamania mijają bóle głowy, gardła, rozdrażnienie. Nie ma też lęku, bo nie mamy czego się bać, nikt nas nie przyłapie na nieuczciwości.
Kiedy kłamiemy, poziom hormonów stresu wzrasta, szybciej oddychamy, silniej się pocimy, bo obawiamy się kompromitacji. Prawda to wielka ulga. Tylko trzeba wtedy z uniesioną głową przyjąć konsekwencje i spłacić do końca dług zaciągnięty kłamstwem. A to – w skrajnych wypadkach – może znaczyć, że zostajemy bez kochanki/kochanka, bez pieniędzy, bez domu i bez dzieci. Rekompensatą jest to, że nasze życie się urealni i uspójni – niczego nie będziemy musieli udawać, niczego bać, nikogo oszukiwać, będziemy mieli więcej czasu i energii na sprawy najważniejsze i będziemy zdrowsi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Psychologia kłamstwa. Co dzieje się w mózgu, gdy nie mówimy prawdy?

W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ale to oznacza, że w mózgu wrze! Zatem co dzieje się w mózgu osoby, która jest okłamywana, i tej, która kłamie? – wyjaśnia Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Wykrywanie kłamstwa było przedmiotem licznych badań naukowych (Vartanian et al., 2012; Jiang et al., 2015) i dzięki obrazowaniu za pomocą rezonansu magnetycznego można zauważyć, że mózg inaczej reaguje, kiedy kłamiemy, a inaczej, gdy mówimy prawdę.

Mózg kłamcy

Jeśli na zadane pytanie odpowiadamy zgodnie z prawdą, obszary mózgu odpowiedzialne za słuch, następnie za rozumienie, wreszcie: za refleksję – aktywują się w normalny sposób: słuchamy pytania, rozumiemy je i zastanawiamy się nad odpowiedzią. Jeśli oszukujemy, włączają się liczne wyższe funkcje poznawcze. Można zaobserwować silne pobudzenie płata czołowego (odpowiada za refleksję i planowanie), wzrost aktywności kory przedczołowej (odgrywa rolę w kontroli poznawczej i regulowaniu myśli), zwiększenie się aktywności móżdżka (jest związany z funkcjami wykonawczymi) oraz aktywności kory ciemieniowej i śródmózgowia (zaangażowane w funkcjonowanie pamięci roboczej). Do źródeł pamięci roboczej sięgamy między innymi wtedy, kiedy musimy zastosować kontrolę poznawczą i wdrożyć procesy hamowania. Kłamstwo oznacza bowiem konieczność powstrzymania pewnych obszarów mózgu, które chcą powiedzieć prawdę! Im wyższa aktywność obszarów odpowiedzialnych za uruchomienie procesów hamujących, tym lepsza zdolność do kłamstwa! Innymi słowy, sposób komunikacji między poszczególnymi obszarami jest równie ważny, jak ich poziom aktywności i określa taktykę naszego kłamstwa.

Stwierdzono również, że trudności w kłamaniu, czyli poziom aktywacji obszarów mózgu, a także czas odpowiedzi, zależą od cech charakterystycznych bodźca lub formy, jaką przyjmuje kłamstwo, oraz prawdopodobnie typu stawianych pytań. Zresztą przednia część zakrętu obręczy kory aktywuje się mocniej, gdy musimy skłamać spontanicznie w pojedynczej kwestii niż w przypadku okoliczności zapamiętanej i wpisanej w narrację. Zatem większą trudność sprawi kłamstwo w odpowiedzi na nieprzewidziane pytanie, na przykład „Co twoja mama zrobiła wczoraj na kolację?”.

Konflikt emocjonalny spowodowany kłamstwem uaktywni również połączenie między wzgórzem i wyspą. Stąd biorą się tak silne emocje, gdy kłamiemy. Niemniej jednak trzeba być ostrożnym, bo jeśli oskarżysz swojego partnera bezpodstawnie, także odczuje on silne emocje: wyrażanie emocji nie wystarczy do stwierdzenia, czy ktoś kłamie, czy nie.

Żeby uniknąć zdemaskowania, oszukujący musi zatem najpierw obliczyć ryzyko przyłapania, przypomnieć sobie, co mógł powiedzieć wcześniej (czyli odwołać się do zasobów pamięci), powstrzymać obszary mózgu, które popychają go do powiedzenia prawdy, a następnie wybrać najlepszą strategię odpowiedzi. Zachodzące wtedy w mózgu procesy tworzą pełne połączenie między partiami odpowiadającymi za pamięć roboczą, procesami hamującymi odpowiedź i uważnościowymi, rachunkiem mentalnym i działaniem.

Badacz i psychiatra Daniel Langleben należy do pionierów stosowania funkcjonalnego rezonansu magnetycznego do wykrywania kłamstwa. Jego zdaniem automatyczną reakcją mózgu jest mówienie prawdy (Langleben, 2008).

Im bardziej ludzie rozwijają zdolność do kłamstwa, tym bardziej maleją różnice między poziomem aktywności obszarów mózgu zaangażowanych w kłamstwo i mówienie prawdy. Wydaje się więc, że mózg przyzwyczaja się do kłamstwa.

A co dzieje się w naszym mózgu, gdy ktoś nas oszukuje?

Niewiele jest na ten temat badań, jednak prace Matthew Rushwortha, profesora neuronauk, dają pewne wskazówki. Podczas konferencji Cell Press Lab Links, która odbyła się w Londynie w 2010 roku, wykazał on, że myśl, iż jesteśmy oszukiwani, silnie uaktywnia grzbietowo-przyśrodkową korę przedczołową. Jeśli mamy poczucie zaufania, pozostaje ona spokojna. Kiedy te przewidywania okazują się fałszywe (ktoś nas oszukuje, choć myśleliśmy, że mówi prawdę, i odwrotnie), aktywność naszego mózgu znów się zmienia, pokazując, że tworzymy nowy obraz tej osoby. Zatem konfrontacja z kłamstwem wywołuje w mózgu stan wzburzenia!

Jeśli cierpisz na zespół stresu po zdradzie lub kłamstwo partnera (niezależnie od jego rodzaju) wywołało w tobie traumę, twój mózg – co logiczne – blokuje się. A ten stan angażuje: ciało migdałowate, hipokamp i korę przedczołową.

Ciało migdałowate odpowiada na bodziec oznaczający niebezpieczeństwo. Wytwarza ono poczucie strachu i aktywuje reakcję obronną, czyli ucieczkę lub walkę.

Hipokamp to ośrodek pamięci. Przechowuje wydarzenia.

Kora przedczołowa szacuje, racjonalizuje, planuje i podejmuje decyzje. Reguluje emocje.

Sytuacja stresu pobudza cały ten system, połączony z wyrzutem hormonów, jak adrenalina i kortyzol. Jeśli stres związany z daną sytuacją przekracza nasze zasoby i dociera do przechowywanych wspomnień, system się blokuje i kora przedczołowa nie może efektywnie pracować. Mózg i ciało pozostają w stanie permanentnego napięcia, co długoterminowo prowadzi do poważnych zaburzeń psychicznych. Mózg łapie wirusa i nie możemy robić nic innego.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Doświadczenie kłamstwa wpływa negatywnie na naszą samoocenę. Jak uzdrowić trudne emocje?

Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ważne, aby dokładnie określić, jakie to emocje, żeby następnie móc je przepracować, przetrawić i rozwinąć  - pisze Lisa Lettesier, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Mocny koktajl emocjonalny

Podczas mojego sondażu poprosiłam uczestników o opisanie, co odczuli, gdy zostali okłamani przez osobę, z którą są w związku (lub byli w związku, ale aktualnie już nie są). Najczęściej wskazywali oni takie emocje lub uczucia, jak poczucie zdrady i utrata zaufania do partnera.

Pojawiły się również: poczucie zranienia, irytacja, obraza, niezrozumienie, uraza, pogarda, ból, poczucie wykluczenie, upokorzenie, niesmak.

Wielu respondentów zwróciło uwagę też na utratę zaufania do siebie i spadek samooceny, czemu towarzyszyły myśli w rodzaju „nie zasługuję na zaufanie”, „nie ufają mi”, „biorą mnie za imbecyla”, „traktują mnie jak dziecko, które nie jest w stanie sprostać rzeczywistości albo infantylizują mnie”, „uważają, że nie uniosę prawdy”, „nie szanują mnie”.

W rzeczywistości to, czy kłamstwo uważamy za poważne, czy nie, wiąże się z konsekwencjami, jakie ma ono dla nas, i z tym, w jaki sposób odbija się na naszej samoocenie. Stanie się ofiarą kłamstwa ze strony kogoś bliskiego, do kogo mieliśmy zaufanie; ze strony osoby, dla której wydawaliśmy się być kimś ważnym – jest zranieniem narcystycznym. Poza wspomnianym koktajlem emocjonalnym cierpi nasze ego, gdy dowiadujemy się, że inni byli na bieżąco, a my nie. Tracimy dobre zdanie o drugiej stronie, ale i na własny temat. Niekiedy umniejszanie własnej wartości jest tak mocne, że prowadzi do poczucia winy: „To moja wina, że ktoś mnie okłamał; jestem tak beznadziejną osobą, że musiał mnie okłamać albo nie zasługuję na jego szacunek”. Niektórzy mogą doświadczyć także poczucia utraty punktów zaczepienia. „Kotwice” zbudowane wspólnie z drugą osobą, we wzajemnym zaufaniu i szacunku, zrywają się.

Gdy przytłaczają nas negatywne emocje, ból może stać się nadzwyczaj uciążliwy i nasze myśli zmienić w obsesję. Wtedy wszystkimi środkami staramy się zminimalizować napięcie, odrzucając te myśli, unikając ich i starając się rozwiązać problem.

Zdrada w związku

Psycholog Dennis Ortman zidentyfikował syndrom zespołu stresu po zdradzie na tej samej zasadzie co zespół stresu pourazowego (Ortman, 2011). Jeśli dotknął cię ten zespół, prawdopodobnie czujesz przytłoczenie, wściekłość i nie potrafisz stawić czoła całej sytuacji. Nieustannie rozpamiętujesz zdradę, masz koszmary i doświadczasz retrospekcji. Możesz również odczuwać emocjonalne znieczulenie albo wprost przeciwnie: tak bardzo przepełniają cię emocje, że masz wrażenie, że za chwilę oszalejesz. Dławi cię lęk i łatwo się irytujesz. Wydaje ci się, że nie możesz nikomu ufać ani cieszyć się życiem. Rozpada się wszystko, na czym zbudowałaś obraz samego siebie lub partnera. Druga strona wydaje się nagle obca. Całkowicie kwestionujesz sposób, w jaki postrzegasz swój związek.

Poczucie zaufania i poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem należy do podstawowych potrzeb, które pozwalają budować swoją tożsamość od najmłodszych lat. Utrata tego bezpieczeństwa prowadzi do wyjątkowo głębokiego zranienia psychologicznego. Może wywołać strach, niemoc, czyli poczucie zagrożenia życia. Tak jakby to, co było postrzegane w związku jako solidne, nagle stało się iluzją.

Podobnie jak w przypadku zespołu stresu pourazowego, osoba doświadczająca stresu po zdradzie bezustannie przeżywa na nowo moment, gdy się dowiedziała prawdy lub sama ją odkryła, i wizualizuje obrazy zdrady. Może również wejść w proces unikania, żeby nigdy nie skonfrontować się ze wspomnieniem wydarzenia: odrzuca wszystkie emocje i unika ich, żeby zamknąć się w bezpiecznej wieży. W efekcie odrywa się od tego, co odczuwa, i mówi bliskim osobom: „Jest dobrze, mam to za sobą”. Christophe André pisze: „Wyjątkowy ból całkowicie zamyka świadomość na cokolwiek innego poza powstrzymaniem bólu” (André, 2015).

W rzeczywistości (i – zgadzam się – całkowicie wbrew intuicji) po to, żeby poczuć się lepiej, trzeba pozwolić sobie poczuć się gorzej. Przyjęcie bolesnych emocji i pozostawienie sobie czasu na ich odczucie to pierwszy krok w stronę dobrostanu. Całą energię, którą tracimy na walkę przeciwko emocjom, warto przeznaczyć na szukanie rozwiązania, wyjścia z sytuacji.

Przyjmowanie emocji - ćwiczenie inspirowane praktyką mindfulness

  • Usiądź wygodnie na krześle, stopy postaw płasko na podłodze, wyprostuj plecy, połóż ręce na udach, kierując wnętrze dłoni ku górze. Przyjmij pełną godności, wyprostowaną podstawę wyrażającą otwarcie na chwilę obecną.
  • Zamknij oczy i zacznij skupiać się na oddechu, oddychaj naturalnie, przez nos, nie wymuszaj zmiany rytmu.
  • Obserwuj swój oddech, to, jak powietrze wchodzi i wychodzi, oraz co czujesz w nosie, płucach, w brzuchu.
  • Obejmij uwagą całe ciało, przyjmując wrażenia przyjemne i nieprzyjemne, napięcie i odprężenie – nie próbuj niczego zmieniać, tylko obserwuj to, co już się dzieje.
  • Obserwuj poczucie uziemienia w stopach, wrażenia płynące z krzesła, na którym siedzisz, z powietrza, które otacza twoje ciało. Oddech po oddechu, moment po momencie, zakotwiczasz się mocniej w chwili obecnej, w tu i teraz.
  • Za każdym razem, gdy twój umysł zaczyna błądzić, zanotuj, w którą stronę się skierował, nie odrzucając myśli, lecz odsuwając w tył głowy, i połącz się ponownie z ciałem, które oddycha tu i teraz.
  • Gdy poczujesz wystarczające skupienie, przyjrzyj się emocjom, myślom związanym z doświadczonym kłamstwem. Oddychaj tymi emocjami, przyjmij je, aż być może poczujesz je w pewnych partiach ciała. Jeśli pojawią się obrazy, wyobraź sobie, że wyświetlasz je na ekranie kinowym i obserwujesz – tak jak oglądamy filmy.
  • Nadal oddychaj tymi trudnymi emocjami, ewentualnie powtarzaj „akceptuję, że to czuję, i tyle na razie”.
  • Postaraj się praktykować to ćwiczenie przez 20 minut.
Fragment książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Kłamstwo w związku - jaką wyrządza szkodę?

Kłamstwo w małżeństwie - jak wygląda psychologia kłamstwa? Czy warto być z kimś kto kłamie? (fot. iStock)
Kłamstwo w małżeństwie - jak wygląda psychologia kłamstwa? Czy warto być z kimś kto kłamie? (fot. iStock)
Odkrycie oszustwa partnera wpycha nas w otchłań. Kłamstwo w małżeństwie jest jak śmierć tego, kim się sobie wydawaliśmy i za kogo uważaliśmy tego drugiego człowieka – mówi psychoterapeuta Robert Rutkowski. Co kieruje kłamcą i jak wpływa to na jego najbliższych? Jak reagować, gdy prawda wychodzi na jaw? Czy warto być z kimś kto kłamie?

„Poczucie zaufania i poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem należą do podstawowych potrzeb, które pozwalają budować naszą tożsamość od najmłodszych lat. Utrata tego bezpieczeństwa prowadzi do wyjątkowo głębokiego zranienia psychologicznego” – zaczynam od fragmentu książki „Kłamstwo w związku. Zostać czy odejść?” Lisy Letessier, bo mówi o konsekwencjach kłamstwa. Żyjemy w czasach postprawdy, ale najwidoczniej serce tego nie akceptuje, skoro kłamstwo w związku wywołuje w nas nadal tsunami emocjonalne.
Od najmłodszych lat prawda jest nam potrzebna, abyśmy mogli poznawać świat i siebie. Kiedy jesteśmy okłamywani przez rodziców, bo ci na przykład prowadzą podwójne życie, ukrywają przed nami istotne wydarzenia w rodzinie czy informacje dotyczące nas samych – rośniemy w lęku i pomieszaniu. Co innego czujemy i widzimy, a co innego jest nam mówione. Nie ufamy więc sobie (i innym), a w rezultacie nie wiemy, czego chcemy. Naszym postępowaniem kieruje rodzinny skrypt – nieświadomie dążymy do odtworzenia w bliskich relacjach atmosfery emocjonalnej z rodzinnego domu, czyli uczucia napięcia, niepokoju i niepewności. Zatem albo kłamiemy, przemilczamy, wymyślamy, albo łatwo nam w kłamstwa uwierzyć.

Ale dlaczego oszukujemy najbliższych, tych, którzy z nami żyją, troszczą się o nas? I to w ważnych sprawach...
Mamy na to szereg racjonalizacji, możemy być przekonani, że chronimy bliskich przed bólem albo przed innymi trudnymi emocjami. Możemy być przekonani, że nic im z tego powodu nie zabieramy albo że mamy prawo do własnej przestrzeni, tajemnic, spraw. Ale prawda jest brutalna. Robimy to dla siebie i zazwyczaj z bardzo niskich pobudek. Kiedy trwało moje pierwsze małżeństwo, byłem uzależniony od podwyższonego poziomu dopaminy, a że już nie brałem narkotyków, zacząłem szukać jej legalnych źródeł. I legalnymi dilerami dopaminy okazały się dla mnie kobiety! Kłamstwo w małżeństwie... Wystarczyło, że pojawiło się zmysłowe muśnięcie i wchodziłem w romans. Włączał się system nagrody i dopaminowy strzał dawał mi haj podobny do tego heroinowego! Trwało to latami i z perspektywy czasu uważam, że to był najgorszy okres w moim życiu.

Nałogowi Don Juani, uwodziciele z portali czy miłośnicy pozamałżeńskiego seksu w kamerkach pukają się teraz w czoło i mówią o prawdziwej poligamicznej męskiej naturze, która uzasadnia kłamstwo w związku, kłamstwa wobec kobiet.
Mężczyźni, którzy kłamią, są niekompletni. Bo mężczyzna to ten, który dotrzymuje słowa, a w wypadku romansu zawsze w tle jest jakieś złamane przyrzeczenie. Amerykański psycholog humanistyczny Carl Rogers mówił, że jeżeli chcemy się rozwijać, nie możemy być jedną nogą w przeszłości, a drugą w przyszłości, bo wtedy dopadną nas depresja albo lęki. Sam, po czterech latach prowadzenia podwójnego życia, marzyłem, żeby to się wreszcie wszystko wydało. Nigdzie nie byłem naprawdę, nigdzie nie byłem cały, wszędzie było mnie tylko pół. I w domu, i u kochanki.

Żyłem jakby za szybą, niedostępny dla nikogo. Nieobecność to współczesna dżuma, a jako praktyk muszę przyznać, że można być nieobecnym na wiele różnych sposobów – buty i spodnie męża czy ojca są w pokoju, ale on jest gdzie indziej. I znów mówię z doświadczenia życiowego (bo mój ojciec żył w kłamstwie), że dzieci z takich związków wychodzą pokiereszowane. W wypadku nieobecnego, czyli też żyjącego podwójnym życiem ojca szczególnie pokiereszowani są synowie. Bo syn zawsze patrzy na ojca i koduje, co on robi, jak się zachowuje, a potem naśladuje – przepisuje swoim życiem skrypt rodzinny. Nawet kiedy potępia go czy nienawidzi, bo widział, że mama przez niego płacze, i tak postrzega ojca jak boga. Dlatego syn ojca, który jest kłamcą, odczuwa wewnętrzne rozdarcie, bo ojciec jest dla niego także durniem. Prowadzi to do dekonstrukcji poczucia wartości młodego mężczyzny, zachwiania jego systemu wartości i tożsamości.

Wiem, że kiedy druga strona odkrywa kłamstwo w małżeństwie, kiedy zauważa kłamstwo swojego partnera, wstrząs jest tak silny, że można udawać, jakby nic się nie stało.
Kłamstwo w związku to zgniły fundament domu, który wcześniej czy później runie w posadach. A więc trzeba zdobyć się na ujawnienie tego, że wiemy o kłamstwach. Mimo szoku, mimo strachu przed rozstaniem czy nawet zależności finansowej. Zazwyczaj zanim kłamstwa wyjdą na jaw, kobieta przez lata jest wyjątkowo naiwna. Może dawać się oszukiwać, bo w rzeczywistości nie chce poznać prawdy, gdyż zmusiłoby to ją do podjęcia działań, które budzą jej przerażenie. Ale bywa też i tak, że prawdy nie dostrzega, bo skrypt rodzinny, skutecznie zasłania jej oczy. Znam pewną 40-latkę, kobietę niezależną finansowo, matkę dwojga dzieci, która wypierała symptomy, że jej mąż od 10 lat ma kochankę. Wynajmował tamtej kobiecie mieszkanie, utrzymywał ją i zabierał na wakacje, opłacając pokój w hotelu obok tego, gdzie mieszkał z żoną i dziećmi. A kiedy rano chodził niby biegać, to tak naprawdę szedł do kochanki jak szejk do swojej nałożnicy z haremu w innym skrzydle pałacu.

Jakie symptomy wypierała ta kobieta? Autorka książki, od której zaczęłam, podaje szereg sposobów stosowanych przez kłamców. Najbardziej poruszyło mnie, że można okazywać prawdziwe uczucia, ale wyjaśniać je w fałszywy sposób. Na przykład partner jest podekscytowany spotkaniem z kochanką, a udaje, że emocje wynikają z sukcesu, jaki odniósł w pracy. Wcale nie tak prosto rozpoznać, że jesteśmy oszukiwani!
Kłamca często radzi sobie z nieuświadomionym poczuciem winy, czepiając się ofiary dosłownie o wszystko. Znam przykład, gdy zdradzana kobieta spinała się, kiedy mąż wracał do domu, bo już w drzwiach potrafił jej wyrzucać, że nie umie zadbać o dom, o dzieci, o siebie... W ten pokrętny sposób uzasadniał, dlaczego postępuje wobec niej tak podle – bo ona nie jest warta szacunku! Odwracał też jej uwagę od siebie i tego, co sam wyprawiał. I kiedy ta kobieta dowiedziała się, że mąż okłamywał ją latami, stanęły jej przed oczami wszystkie sytuacje, kiedy krytykował ją i z niej drwił. Ha! Wysłał ją nawet na terapię, bo „miała chore oczekiwania co do niego”.

On miał na boku kochankę, a ona miała się leczyć?!
Kłamiący mąż bywa, na podprogowym poziomie, wściekły za to, że ona go nie powstrzymuje, że mu nie zabrania! A jeszcze głębiej jest wściekły na rodziców, że porzucili go dla swoich gierek, kiedy był małym chłopcem. A on jak każde dziecko pragnął – i nadal pragnie – miłości i szacunku. Postępuje jednak w sposób, który go tego pozbawia. I zapewne tak będzie do czasu, aż zdecyduje się na pracę nad samoświadomością, nad zmianą rodzinnego skryptu. Są jednak i tacy kłamcy, którzy mają gdzieś, co robią sobie i innym. I taki był mąż tej kobiety – psychopatyczny, narcystyczny typ. I kiedy kochanka się zestarzała, to po prostu znalazł sobie kolejną, oszukiwał więc trzy kobiety. Jednak, jak to zawsze z wiarołomcami bywa, coś w końcu musiało pójść nie tak, i poszło! Pierwsza kochanka połapała się i poszła do jego żony. Była jej świadkiem na sprawie rozwodowej i o podział majątku.

Współczuję tej żonie, a nawet kochance. Ale czy to znaczy, że kiedy znajdę dowody na kłamstwo w związku, mam powiedzieć: to koniec? Czy warto być z kimś kto kłamie? A może po prostu iść za swoimi uczuciami i zacząć płakać albo krzyczeć?
Chciałbym móc powiedzieć, że wiem to, bo miałem na studiach kolokwium z kłamstwa, ale niestety wiem to z własnego doświadczenia, że ten, kto kłamie, nienawidzi tych, których krzywdzi. Choćby dlatego, że są żywym dowodem jego podłości. Dlatego kiedy kłamstwo w małżeństwie się wyda, ważne jest, aby nie reagować emocjonalnie, czyli nie zacząć rozpaczać, użalać się czy nawet złościć, bo to będzie tylko woda na jego młyn, na zasadzie: „No z kimś takim nie trzeba się liczyć, to histeryczka!”.

Podobnie nie ma sensu błaganie, aby przestał, kochał i już tego więcej nie robił. Bo ten, kto nie kocha – a nie kocha, skoro kłamie – z graniem na poczuciu winy świetnie sobie poradzi, wzbudzi ono tylko jego złość. Odrzucenia i wyzwisk może nawet podprogowo oczekiwać. Krzywdzi innych, bo daje mu to coś istotnego. Może poczucie mocy, kontroli, a może zemsty? Albo wciąż odtwarza traumę z dzieciństwa i skazuje się sam w ten sposób na trwanie w przeszłości i brak prawdziwej miłości? Można nawet mu współczuć, co nie zmienia faktu, że w związku z nim kobieta będzie głęboko raniona. Zatem kiedy kłamstwa wyjdą na jaw, powinna zadbać przede wszystkim o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne.

Jak? Skoro mam nie żądać od razu rozstania, nie płakać ani krzyczeć, to jak się zachować, gdy odkryję kłamstwo w związku?
Zdradzana kobieta, choć serce jej pęka i krwawi, najlepiej zrobi, jeśli ze wszystkich sił postara się nie okazywać prawdziwych emocji kłamliwemu partnerowi. On nie odebrał jej życia, a tylko uwolnił od siebie samego, od tej toksyny, jaką jest kłamstwo. Uważam, że najlepszy dla niej kierunek działań to oczarować go i dać mu zatęsknić.

Jednak udawanie, że to nie zabolało, nie zdruzgotało, to przecież też kłamstwo.
Udawaj, aż ci się uda, czyli wyjdziesz żywa i piękna z tej kolizji. I wszystko jedno, czy zostaniesz z nim, czy się rozstaniecie. To wyjątkowa sytuacja, więc miej gdzieś, czy grasz fair. Co robisz, jeśli nie umiesz pływać i wpadasz do morza? Machasz rozpaczliwie rękami i nogami, udając, że pływasz. Dlaczego? Bo walczysz o życie. To analogiczna sytuacja. Jeśli odkrywasz, że byłaś oszukiwana przez najbliższą osobę, dotykasz śmierci, otchłani. To jakby śmierć tego, kim się sobie wydawałaś i za kogo uważałaś tego drugiego człowieka.

Podczas jednego z ćwiczeń z książki „Kłamstwo w związku” doświadczyłam uczucia otchłani, o którym mówisz. Myślałam, że to przesada…
Nie, to prawdziwe głębokie doświadczenie, jakie przeżywa człowiek, który kochał kogoś, kto go oszukiwał, bo nagle rozumie, że oddawał swoje serce i ciało czemuś nieprawdziwemu, nieistniejącemu. Czyli nieżywemu. Otchłań to głęboki wgląd, jakiego możemy doświadczyć, sięgając pod uczucia zranienia, złości czy lęku w sferę duchową. Dom spłonął – pożar ugaszono, zostało tylko pogorzelisko, z którego trzeba się wyprowadzić. Ochłonąć i dopiero wtedy zastanowić się, co dalej.

Lisa Letessier pisze: „jeśli chcesz, by do twojego związku powróciło zaufanie, potrzeba, abyś poczuła się zrozumiana przez partnera. On musi rozpoznać twoje emocje i uświadomić sobie szkody, które wyrządził swoim kłamstwem”.
Odpowiedź na pytanie, co dalej, zależy od tego, z jakim typem mężczyzny masz do czynienia. Jeśli to narcystyczny psychopata, który nie wie, czym jest empatia i miłość – po prostu uciekaj. Ale jeśli jego zachowanie wskazuje, że czuje się winny, chce się zmienić, to zaproponuj mu terapię pary. Jeśli jednak się wykręca, daj sobie spokój. Kłamstwo to kłamstwo, a wszystko, co ma je uzasadniać, to tylko próba relatywizacji zbrodni. Dobrym przykładem jest pedofil, który w sądzie stwierdza, że dziecko go prowokowało. Ten, kto zaczyna żonglerkę słowną: „ja nie kłamię, ja nie mówiłem...”, pokazuje tylko, jak głęboko tkwi w nim zadra kłamstwa. Jeśli czujemy, że się gubimy i zastanawiamy, czym jest kłamstwo – odwołajmy się do zasad moralnych: niech „tak” znaczy „tak”, a „nie” niech znaczy „nie”. Inaczej zgubimy miłość i samych siebie w swoich chciejstwach, chorych namiętnościach, skryptach rodzinnych czy ideologii postprawdy.

Robert Rutkowski, psychoterapeuta uzależnień, trener umiejętności psychologicznych.

  1. Psychologia

Granice szczerości - co powiedzieć, co przemilczeć?

Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo opowiadać o tym, co było. (fot. Getty Images)
Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo opowiadać o tym, co było. (fot. Getty Images)
Nie jestem zwolenniczką wywalania wszystkiego na wierzch. Ale ukrywanie ważnych spraw jest jeszcze gorsze: służy temu, żeby związek się nie udał – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Zacznijmy od tego, co przemilczane, zamiecione pod dywan. Co z tym zrobić? Wymiatać? Ale wtedy zakurzymy cały dom.
To się dom wywietrzy! Trzeba wymieść. Nie łudźmy się, że to, co pod dywanem, spoczywa tam na wieki wieków! Przemilczane, zatruwa wspólne życie, nawet te jego momenty, które mogłyby być miłe. Powiedzmy, że mężczyzna stracił duże pieniądze, wziął kredyt i źle zainwestował. A co gorsza, podjął te działania bez wiedzy partnerki. Kiedy się wydało, była awantura, a potem cisza i upychanie złości, zawodu i lęku pod dywanem. Niby załatwione, ale kiedy na przykład pójdą do znajomych, bo ci kupili nowy dom, to usłyszy od partnerki dużo złośliwości. I wieczór, który mógł ich zbliżyć, jeszcze bardziej ich od siebie oddali.

No, ale co zrobić? Powiedzieć: „Przez  ciebie nie mamy takiego domu!”? Będzie awantura albo ciche dni.
Właśnie o to chodzi, żeby nie było ani awantury, ani cichych dni, ani ukrytych pretensji. Sprawy spod dywanu trzeba wymieść, ale na spokojnie, kiedy nie czujemy złości ani nie kipimy chęcią zemsty. Po to, by zrozumieć, co się stało i dlaczego. Powiedzieć: „Usiądź, proszę, i posłuchaj. Zastanówmy się, dlaczego tak się stało. Co było przyczyną? Jakie wnioski na przyszłość warto z tego wyciągnąć?”. Można też to spisać na kartce i poprosić, żeby partner przeczytał, przemyślał, i potem z nim porozmawiać.

Co nam to da?
Szansę na odzyskanie tego, co straciliśmy: zaufania i przekonania, że możemy na siebie liczyć. Jeśli tego nie zrobimy, to dystans między nami będzie rósł. Podczas każdej kłótni będziemy wypominać partnerowi, co przez niego straciłyśmy. I to w toksycznej formie pretensji i ocen. A on poczuje się atakowany i przyjmie postawę obronną, a wtedy żadnego zrozumienia ani żadnej refleksji nie będzie.

A jeśli pod dywanem nie ma jednej wielkiej sprawy, ale jest masa drobnych, też zalecasz wymiatanie?
Koniecznie! Ale działajmy tak, żeby nie zaszkodzić naszej relacji. Jeśli pod dywanem jest wiele pretensji, zacznijmy od podziękowań. Wielkim błędem nie jest złoszczenie się czy narzekanie, ale to, że za mało dziękujemy. Zacznijmy więc od tego, co także przemilczane, ale co jest naszym sukcesem, np.: „Jesteśmy razem już 13 lat i teraz mniej się kłócimy o pieniądze”. A potem dopiero przejdźmy do tego, co negatywne, ale w otwierającej na zmianę, pozytywnej formie, czyli na przykład: „Byłoby mi lepiej, gdybyś chciał ze mną chodzić potańczyć”. Unikajmy zdań piętnujących: „Ty mnie wcale nie dostrzegasz”. Najważniejsze jest to, żeby partner poznał nasze pragnienia, o nich trzeba mówić wprost. Ale! Powiem ci więcej: trzeba jasno powiedzieć, czego pragniemy, co jest dla nas najważniejsze i na co nigdy się nie zgodzimy. I powiedzieć to, jeszcze zanim zaczniemy być razem i weźmiemy kredyt.

Bo nasze pragnienia mogą być nie do pogodzenia?
Właśnie! Mężczyzna, który jest czułym ojcem dla dzieci z pierwszego małżeństwa, nowej żonie mówi: „Ale ja już więcej dzieci nie chcę!”. A ona jest zdziwiona, bo widząc, jak troszczy się o nie, uznała za oczywiste, że będzie chciał! Nie zapytała, a on nie uprzedził. No, ale u nas nie ma zwyczaju, żeby zawczasu rozmawiać o oczekiwaniach, z których nie zrezygnujemy, o sprawach niemożliwych do odpuszczenia. Poznałam sporo takich par: ona dużo młodsza marzy o byciu mamą. Ale on dzieci już ma i nie chce znów tego przechodzić: kolek, ząbkowania.

Pozostaje im tylko rozstanie?
A jakie życie ich czeka we dwoje? Taki związek zacznie się rozsypywać, bo on nie będzie się już z nią kochać tak jak przedtem. Po kilku awanturach o dzieci i próbach doprowadzenia go w łóżku do utraty kontroli, nie będzie jej ufał w sprawie pigułek i zawsze nakładał gumkę. A ona poczuje się odrzucona i się obrazi. Chociaż od kiedy powiedział: „Nie chcę dzieci”, to ona czasem „zapomina” brać te pigułki.

Dlaczego nie mówimy zawczasu tak ważnych rzeczy?
Boimy się szczerości. Mężczyzna nie wspomni o tym, że jest spełniony w byciu ojcem, bo obawia się, że wtedy od tej młodej i atrakcyjnej kobiety usłyszy: „To ja sobie poszukam kogoś w moim wieku, z kim będę mieć dzieci”. No a kobieta może się obawiać, że usłyszy: „To pobrykajmy w łóżku kilka miesięcy, a potem pa”. Przemilczając prawdę, zakładają, że i tak ugrają swoje.

Nastawiają się na manipulowanie?
Myślę, że nie traktują poważnie tego, co słyszą. Robią tak zwłaszcza kobiety, a to błąd, bo mężczyźni na początku mówią prawdę o sobie. Kobiety jednak to lekceważą, bo uważają, że i tak przerobią faceta. O tym, jak mylimy się co do partnerów, piszemy z Suzan Giżyńską w nowej książce „Mam faceta i mam… problem”. Pamiętasz, w starej polskiej komedii „Człowiek z M-3” kobieta nieszczęśliwie zakochana w pewnym tenorze przebierała wszystkich swoich facetów tak, by wyglądali jak on. No i jakoś te jej związki się nie kleiły.

Przebieranie za tenora?! Zabawne. W życiu konsekwencje lekceważenia tego, co słyszymy, są poważniejsze.
Znałam taką parę, on jasno i wprost powiedział do starszej od siebie partnerki: „Chcę pobyć z tobą rok, ale potem ożenię się z dużo młodszą, żeby mieć z nią dzieci i dom”. Ona na to przystała, bo pomyślała: „Jak on ze mną rok pobędzie, to ja go w sobie tak rozkocham, że się ze mną ożeni”. No, ale się nie ożenił. Nasycił się nią, bo było im świetnie i w łóżku, i tak w ogóle, ale chciał czegoś innego. Odszedł do młodszej, a ta kobieta była zdruzgotana.

Była szansa, żeby z nią został?
Nie było, bo on miał inne pragnienie. A pragnienia nie można w człowieku zmienić. Można wymusić, można szantażować, uwikłać w relacje, ale to nie da szczęścia. Kobieta może zajść w ciążę z mężczyzną, który tego nie chce, ale po co? Nawet jeśli szczerze kochał, to zacznie się dystansować. Może nie odejdzie, ale uda się na wewnętrzną emigrację.

Czyli powinniśmy traktować poważnie to, co słyszymy. A o sobie też mamy mówić? Nawet to, co stawia nas w złym świetle?
Co to znaczy w „złym”? Czy prawda może być zła? Jeśli tak o sobie z myślimy, to za co chcemy być kochani? Za nieprawdę, udawanie? Wszystko, co ukryjemy, służy temu, żeby związek się nie udał, choć niekoniecznie rozpadł. Wielu ludzi grzęźnie na lata w tym, czego nie chcieli. Powodem bywają wygoda, lenistwo, lęk, ale też uwikłanie emocjonalne. Pamiętam, jak trzeźwiejący alkoholik zapytał mnie, czy ma powiedzieć narzeczonej o marskości wątroby, na którą cierpiał. No pewnie! Ona musi wiedzieć, że bierze sobie chorego faceta. Podobnie jak nie wolno mu było ukrywać, że jest alkoholikiem, choć od lat nie pił.

Ale tak na pierwszej randce? „Cześć, jestem alkoholikiem i nie mam wątroby? Chcesz mnie?”. Drugiej randki nie będzie!
No, może nie na pierwszej… Chociaż może jednak? Na pewno kiedy już wiemy, że zanosi się na coś poważnego, trzeba wyłożyć karty na stół. Ten drugi człowiek angażuje się, zaczyna marzyć i może budować zamki na piasku. Dajmy na to, narzeczona tego alkoholika marzy o własnej winnicy. No i co z nich za para? Czy mają przed sobą przyszłość? Przecież im razem nie po drodze. On może trafić do szpitala, a ona zamiast sommelierką, która umie dobrać wino do każdego posiłku, zostanie jego pielęgniarką. Może się na to zdecyduje, bo tak go kocha, ale ma prawo wiedzieć. Zanim zaczniemy wspólne życie, trzeba powiedzieć o sobie wszystko, co jest inne, zaskakujące, groźne. Niczego nie zatajać. Nawet ślub kościelny można unieważnić, jeśli udowodnimy, że ta druga osoba ukryła chorobę psychiczną, uzależnienie czy to, że nie chce mieć dzieci. Nie wolno wciągać w uczuciową pułapkę drugiego człowieka.

A jeśli w przeszłości zdarzyło się nam coś bolesnego, jak gwałt, albo nietypowego, jak seks grupowy? Mówić?
To delikatna sprawa. Byłabym ostrożna. Kobiety, które zostały zgwałcone, mają kłopot z mówieniem o tym nawet same ze sobą. No to jak mają powiedzieć facetowi? I co on ma z tą wiedzą zrobić? Zapewne najpierw się nad kobietą pochyli z troską. A potem? Może jej to wypominać. Nie jestem zwolenniczką wywalania wszystkiego na wierzch, ale powiedziałabym o tym, co wypaczyło mój seks, spowodowało, że mam nietypowe potrzeby albo że w ogóle ich nie mam.

Ujawnić to, co sprawiło, że mamy odmienne zachowania seksualne?
Pamiętam kobietę, która jako nastolatka zaczęła współżycie od relacji ze starszym mężczyzną. Przyzwyczaiła się przy nim do seksu uprawianego z fetyszami i z nutą przemocy. Kiedy zakochała się w kimś innym, okazało się to problemem. Nie miała orgazmu, a jej partner czuł się winny. Zdecydowała się powiedzieć o swoich doświadczeniach. Opłaciła się jej ta szczerość, bo razem skutecznie popracowali nad jej seksualnością i do dziś, a są razem od kilkunastu lat, mają udany erotyczny związek.

Szczerość – nawet gdy nas zawstydza – jednak popłaca?
Pamiętasz film „Zapomnij o Paryżu”? Ona powiedziała: „Ja to się chyba lubię kłócić”, a on: „A ja wyciskam pastę do zębów od środka i rozrzucam buty”. Jakie to rozkoszne! Powiedzieli sobie szczerze, jacy są, i się sobie spodobali! No więc szczerość popłaca, ale często ludzie sami o sobie pewnych rzeczy nie wiedzą. No bo czy kobieta, która niczym się nie cieszy, wciąż jest niezadowolona, powie: „Ze mnie to niezła zołza. Udaję, że mnie śmieszą twoje dowcipy, wychwalam tanie restauracje, do których mnie zapraszasz, ale to gra! Ujawnię, kim jestem, dopiero kiedy będziemy razem”?

Ale ten jej absztyfikant może o wiele więcej ukrywać.
Zdarzyło mi się spotkać kobiety, które po latach usłyszały: „Zapomniałem ci powiedzieć, że jestem żonaty”.  Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo gadać o tym, co było. Liczy się to, co robimy teraz, razem. Przeszłość ma znaczenie o tyle, o ile czegoś się z niej nauczyłam. Doświadczenie mamy po to, aby z niego korzystać, a nie po to, żeby o nim opowiadać.

Kiedy już wdam się w romans, zdradzę albo partner znajdzie na Facebooku kochankę? Trzeba o tym powiedzieć?
Romans mamy dla siebie. A więc nie ma co o nim mówić. Wiele kobiet zresztą o zdradzie nie chce wiedzieć. Udają, że nie widzą szminki na koszuli mężczyzny. A kiedy ten chce o zdradzie powiedzieć, to kobieta zmienia nagle temat: „Oj, a zapłaciłeś ubezpieczenie za mój samochód?”. Nie chcą wiedzieć, bo wtedy musiałyby coś zrobić, może nawet się rozstać.

Nie mówić o zdradzie?
Mówić tylko, jak się wyda. A gdy o niej usłyszymy, możemy powiedzieć: „Zdradziłeś? To twoja sprawa, radź sobie teraz z poczuciem winy. Ja w tym ci nie pomogę. I nie interesuje mnie ta kobieta ani to, co robiliście. Interesuje mnie to, co dotyczy nas: czego ci w naszym związku zabrakło, że skoczyłeś w bok. Powiedz mi prawdę. Nie wiem, czy ci będę mogła to dać i czy będę chciała, ale chcę wiedzieć”. Tylko taka postawa ma sens, kiedy mleko już się rozlało. Lepiej, zanim wskoczymy z kimś trzecim do łóżka, zastanowić się, dlaczego rozglądamy się na boki. I powiedzieć o tym partnerowi: „Brakuje mi radości życia we dwoje”, albo „brakuje mi seksu i jeśli to się nie zmieni, to będę się od ciebie oddalać”.

To brzmi jak szantaż...
A gdzie tam! To szansa na szczęście we dwoje i uniknięcie zdrady. Tyle tylko, że niezgodna z romantyczną wizją miłości, w której słowa są zbędne. Niestety, mity i zaklęcia romantycznego uczucia niszczą miłość. Pozbawiają kobiety prawa do mówienia wprost, czego pragną i na co się nie zgadzają. Zamykają nam usta i czynią biernymi. Milczenie i niesłuchanie siebie nawzajem szkodzą miłości!

  1. Psychologia

Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Jak przestać się bawić w chowanego z samym sobą? Dobrze jest poznać stosowane przez siebie wzorce autosabotażu, a potem je rozbroić – radzi Beata Kaczyńska, psychoterapeutka, coach.

Każdy z nas jest autosabotażystą?
Każdy z nas autosabotażystą bywa. Autosabotaż to postawa związana z brakiem gotowości do odkrycia i do przeżycia prawdy o sobie. Zatrzymuje nas w procesie dokonywania zmian, ale jednocześnie jest ciekawym źródłem informacji na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i czego się obawiamy. Jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. Kącikiem oka widzimy w lustrze skrawek postaci, ale coś zatrzymuje nas przed tym, by spojrzeć tej postaci prosto w oczy.

Jak zatem autosabotaż może wyglądać w praktyce?
„Poradniki nie działają” – to jedna z najbardziej popularnych strategii autosabotażowych. Ludzie kupują mądre książki i nawet je czytają, a potem nie potrafią ukryć rozczarowania tym, że nic w ich życiu się nie zmieniło. Lektura nie przyniosła oczekiwanego objawienia i natychmiastowej rewolucji. Wniosek może być tylko jeden: „Poradniki nie działają”.

Mają rację?
Mają i nie mają – jak to w autosabotażu. Sama książka, nawet najmądrzejsza, niczego nie zmieni, jeśli jej czytelnicy nie zabiorą się do realnej pracy nad tym, co chcieliby przepracować, zmienić, odkryć. Jeśli nie wykonają żadnego ćwiczenia z książki, jeśli zrobią je raz pomimo zalecenia regularnych powtórzeń, jeśli pominą znaczące, a niewygodne fragmenty, bo wieje z nich nudą, jeśli – choćby i krytycznie – nie przedyskutują zawartych w niej tez. Jeszcze inni autosabotażyści wiecznie szukają właściwego specjalisty. Są ludzie, którzy testują niezliczone adresy i nazwiska, cały czas nie mogąc trafić na tego jedynego, właściwego terapeutę czy coacha. Swego czasu usłyszałam od pewnej pani na konsultacji, że „na zdjęciu wyglądałam poważniej”. Nie zdecydowała się na pracę ze mną i nie zdziwiło mnie to, gdyż w międzyczasie opowiedziała mi, że jestem jedną z wielu specjalistek, które sprawdza – z innymi nie było chemii, ktoś miał za małe doświadczenie, a ktoś inny za duże i wydawał się już wypalony. Ktoś jeszcze inny miał ponury gabinet. To przypadek skrajny, ale niemało jest osób uważających: „To specjalista odpowiada za to, że nie potrafię nad sobą pracować”.

Ukrywają świadomie prawdę o sobie?
Jest taki rodzaj działania przeciwko sobie, który ja nazywam autosabotażową maligną. Wielokrotnie zdarzało mi się podczas sesji coachingowych, że klient odkrył coś głębokiego, miał prawdziwą iluminację. Widziałam, że jest ewidentnie poruszony tym, co się pojawiło w jego świadomości. Po czym na następnym spotkaniu... nie pamiętał, co się stało, lub całkowicie zbagatelizował znaczenie tego odkrycia i moc przeżycia.

Dlaczego?
Ludzie wypierają i deprecjonują odkrycie prawdy o sobie, bo trudno im przyjąć, że to, co do tej pory robili, nie jest ani na jotę zgodne z ich potrzebami, wartościami. Co więcej – radykalna zmiana ścieżki prywatnej czy zawodowej wymagałaby zapewne nakładów wysiłku i rozmaitych starań, a to już nie brzmi miło. Dlatego często słyszę: „Owszem, wydawało mi się, że to ciekawe, ale po zastanowieniu wiem, że ta nowo odkryta droga też nie jest moja”. Kolejny obszar autosabotażu – a mówię o nim z pewną ostrożnością, ale też odpowiedzialnością – to tzw. depresja. Depresja, oprócz tego, że jest bardzo poważną chorobą, stała się „wycieruchem” w coachingowych i psychologicznych gabinetach. Ludzie mylą stany smutku, przygnębienia, lęku, niepokoju, nudy, ociężałości czy znużenia – naturalne w różnych momentach życia – z rzeczywistą depresją. „Chyba mam depresję” – to dla niektórych – i w niektórych kręgach towarzyskich – niezwykle atrakcyjna wymówka.

Załatwiają tym zdaniem wiele różnych trudnych spraw.
Nawet takich jak pójście do psychiatry i ustalenie konkretnej diagnozy. Mówią sobie: „W moim stanie? Co ja załatwię? Nic”. I nawet jeżeli jednak uda im się trafić do specjalisty, z reguły po jakimś czasie odstawiają leki albo wręcz w ogóle nie zaczynają ich brać. Często słyszę to zdanie w momencie, gdy trafiają do mnie klienci w życiowych kryzysach i przestraszeni sytuacją, w której się znaleźli, naciągają na głowę woal „pseudodepresji”. Do worka z takim logo wrzucają całe swoje przeżywanie i jednocześnie własną gotowość do mierzenia się z kłopotami. Oto są usprawiedliwieni. Na razie nie muszą nic robić. A potem się zobaczy. Są też tacy autosabotażyści, którzy ciągle przychodzą do coacha z tym samym problemem. W kółko mówią o tym samym. Każde ich odkrycie na swój temat nie jest dość dobre, inspirujące, nie dość sycące i trafne. Ciągle obrabiane jest to samo poletko. Bo w istocie wcale nie o nie chodzi.

A o co?
O coś kompletnie innego, często sami nie wiedzą o co.

Na przykład mówią o swojej pracy, a prawdziwy problem dotyczy związku?
Tak. Albo na odwrót. Bywa też, że nieustanne „mówienie o” jest substytutem działania. Gdy snujemy wizje i opowieści, „rozpracowujemy” swoje wątpliwości, zaczynamy czuć, że żyjemy. Kłopot w tym, że wraz z końcem rozmowy energia się ulatnia, a my budzimy się wciąż w tym samym miejscu. Są też osoby, które mają tendencje do niekończących się analiz. Przywołują bardzo bogate argumentacje dla uzasadnienia różnych swoich stanów, przyczyn, kłopotów. Nie przekłada się to ani na zmianę, ani na podniesienie jakości życia czy likwidację dylematów i poprawienie swojej sytuacji. Bywa niezwykle uwodzące intelektualnie, ale jest w gruncie rzeczy jałowe.

„Jestem gruba, brzydka i nic mi się nigdy nie uda” – do której grupy autosabotażu zaliczyłaby pani to zdanie?
To raczej nawyk myślowy, przekonanie sabotujące rozwój. Jeśli wierzymy takiej myśli, przepis na rozpacz gotowy. Tymczasem warto pamiętać, że każda myśl jest „produktem” naszej głowy i jako taka może być zweryfikowana i zmieniona. Czy może to być przykład autosabotażu? Pewnie tak, jeśli pomimo wiedzy o tym, jak działają przekonania, nadal utrzymujemy w naszej głowie taką myśl i uporczywie się nią zadręczamy. Akurat uroda, waga oraz bycie obiektem czyichś westchnień to obszary, w których opisach często dokonujemy rozmaitych lingwistycznych nadużyć. Zamiast powiedzieć: „Ważę tyle i tyle”, mówimy: „Jestem gruba” – i powód do zmartwień gotowy. Używając takiej obraźliwej narracji, umacniamy w sobie bezradność, podtrzymujemy nieużyteczną iluzję niezmienialności: wszak skoro taka JESTEM, to nic z tym zrobić się nie da. Tu diabeł tkwi w słówkach.

Jeśli ktoś pomyśli: „Wprawdzie nie jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu, ale bardzo chcę nad sobą popracować” – to autosabotaż w tym miejscu się kończy. Często dotarcie choćby do takiego punktu wymaga dużej pracy nad sobą.
We wprowadzaniu zmian, moim zdaniem, przeszkadzają różne przekonania, skrypty życiowe w stylu: „Kobiety mają w życiu ciężko i nic na to nie poradzisz”. Te przekonania są jak lejce, które hamują naszą ciekawość, nasz pęd do odkryć i eksperymentowania. Na przykład: „Taka stara baba jak ja nie będzie zaczynała wszystkiego od początku”. Przyjmując, że zaczynanie od początku jest jednak możliwe, trzeba przyznać, że coś nie wyszło, może nawet doświadczyć związanego z tym dyskomfortu. Kolejnym schematem ograniczającym jest przekonanie: „Jestem ofiarą”. Bywa, że kobiety, które tak o sobie myślą, wybierają na przyjaciółki takie osoby, na tle których zawsze będą prezentowały się źle (zwłaszcza że nieświadomie dołożą wszelkich starań, aby tak właśnie było). Zakochują się w nieosiągalnych mężczyznach (np. takich, którzy są w szczęśliwych związkach), żeby potwierdzić po raz kolejny, iż nie im pisane jest szczęście w życiu. Uczestniczą w niezliczonych grupach rozwojowych i szukają rozmaitych kobiecych wspólnot w nadziei, że ktoś je w końcu zrozumie i odczaruje, że z zewnątrz przyjdzie docenienie i wybawienie. Tymczasem ten wzorzec istnienia nie daje spodziewanych efektów, bo dać ich nie może.

A kiedy przestaje być użyteczny?
Kiedy człowiek zaczyna się w swoim nieszczęściu rozsmakowywać, a nie próbuje z niego wyjść. Kiedy uparcie odmawia wzięcia odpowiedzialności za zmianę siebie i swojego życia.

Czy autosabotaż jest zły?
Ani zły, ani dobry. On po prostu jest swojego rodzaju mechanizmem doświadczanym przez każdego z nas w sytuacjach, które definiujemy jako trudne. Obiektywnie wcale nie muszą takie być, ale ponieważ np. mamy z nimi do czynienia po raz pierwszy w życiu, wydają się nie do przejścia. Bardzo często autosabotaże są utrwalonym wzorcem reagowania na daną sytuację, np. osoba reagowała w dzieciństwie unikaniem kłótni, bo to ją chroniło przed cierpieniem. Dlatego w dorosłym życiu dalej tak robi, chociaż takim funkcjonowaniem podstawia sobie nogę: wycofuje się, zamiast walczyć o siebie.

Jak rozpoznać, który autosabotaż jest moim ulubionym?
Autosabotaż się powtarza, jest nawykiem. Dzięki temu daje szansę, żebyśmy go sobie uświadomili. I skorzystali z mądrości, którą niesie, zadając sobie bardzo proste pytania: po co mi taki sposób zachowania się? O jakich moich potrzebach mnie informuje? Co w taki sposób chcę uzyskać, a czego unikam? Bądźmy zatem uważnymi obserwatorami siebie samych: czy powtarzają się w naszym życiu jakieś nieprzyjemne, nieużyteczne dla nas sytuacje? Jakie? Jak to robimy, że po raz kolejny nie osiągnęliśmy upragnionego rezultatu? Czy się tradycyjnie wycofujemy, czy szarżujemy? A może mamy jeszcze inny patent na gwarantowaną porażkę? Dopóki nie zechcemy przystanąć i wytrząsnąć tego autosabotażowego kamyczka z buta, dopóty żyjemy z poczuciem dyskomfortu.

Jak obserwować swoje myślenie, żeby wychwycić momenty autosabotażu?
Można spisywać myśli, zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczamy cierpienia. Zapytać: co wtedy myślę o sobie, świecie i ludziach? Które z tych myśli są dla mnie użyteczne, a które nie? Kluczowe w każdej sytuacji jest to, żeby przynajmniej dać sobie szansę na pomyślenie: „To, że tak o sobie myślę, wcale nie jest tożsame z tym, kim jestem”. Twoje myśli nie są faktami. Jeśli tak myślisz o sobie, równie dobrze możesz pomyśleć inaczej. Często łapiemy się na samooszukiwaniach, na kłamstewkach, które mówimy do siebie. Jeżeli głębiej się nad tym zastanowimy, wiemy, że tak naprawdę nie lubimy tej Maryli, z którą się kolegujemy, albo złości nas Marian, o którym sobie wymyśliłyśmy, że będzie naszym mężem, bo ma dobry zawód. Wiemy podskórnie, że to nie tędy droga.

Czy zrozumienie mechanizmów autosabotażu pomoże nam się zmienić?
Niekoniecznie. Trafiają do mnie osoby, które mówią: „Wiem, jak funkcjonuję, czy to jest zmienialne?”. W części zapewne tak. Natomiast nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi i nie obwiniajmy się za używanie autosabotaży. Proponuję wyrobić w sobie nawyk empatii dla samego siebie, czułości wobec swojej słabości, braku gotowości, lęku przed zmianą. I zwyczaj rozbawiania się swoją osobą. Żeby nie traktować siebie tak śmiertelnie serio. Te wszystkie autosabotaże to przecież czasem niezły ubaw. Wystarczy wyobrazić sobie, jak siedzimy w okopie, w szyszaku, z witkami brzozy przyczepionymi do kołnierza tylko po to, by się przed samym sobą schować. Jeśli zechcemy z takim dystansem na siebie spojrzeć – możemy wówczas poczuć, że oto nadeszła pora z naszego ulubionego okopu wyjść. Powiedzieć sobie: „Boję się, ale wyłażę”. I naprawdę zacząć żyć inaczej.

Beata Kaczyńska: master coach, psycholog, trener w Szkole Coachingu Wings. Prowadzi zarówno coachingi biznesowe, jak i coachingi życiowej zmiany. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.