1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Różnorodność kulturowa: dlaczego warto otwierać się na innych ludzi?

Różnorodność kulturowa: dlaczego warto otwierać się na innych ludzi?

fot.123rf
fot.123rf
Różnorodność wzbogaca, inspiruje. Pozwala przekraczać ograniczające przekonania i nawyki. Mówiąc „tak” inności, mierzymy się z lękiem. Docieramy do ciekawości dziecka w nas. Uczymy się słuchać i współodczuwać. Poszerzamy świadomość. Wzrastamy wewnętrznie. To droga do wolności.

Kiedy byłem chłopcem, Włochów nazywano makaroniarzami – wspomina Leo F. Buscaglia, charyzmatyczny pisarz i wykładowca akademicki w swojej świetnej książce „Miłość. O sztuce okazywania uczuć”. Jego rodzina wprowadziła się do dzielnicy, w której wcześniej nie mieszkała żadna włoska rodzina. Natychmiast pojawiły się etykietki: „Wszyscy makaroniarze należą do mafii”; „ta dzielnica przestała być spokojna”; „makaroniarze hałaśliwie okazują swoje emocje”. Chociaż rodzina Leo próbowała przełamać lody, przez całe miesiące ignorowano ich. Byli zaszufladkowani, odsunięci na bok. Konotacje, jakie niosła etykietka „makaroniarze”, sprawiły, że sąsiedzi byli przekonani, iż wiedzą, jacy są Włosi, i mogli czuć się zadowoleni, odrzucając ich. „To, czego o nas nie wiedzieli, było większe i ważniejsze od tego, co o nas wiedzieli – pisze Leo. – Nie wiedzieli, że mama była śpiewaczką i że nasz dom przepełniała muzyka”. Nie wiedzieli też, że mama Leo posiadała wiedzę medyczną, dzięki czemu nikt z rodziny nigdy nie chorował. Do leczenia dzieci używała czosnku i mąki kukurydzianej, z której robiła polentę i przykładała ją – jeszcze parującą – na chore miejsca. „Już samo to powinno zachęcić naszych sąsiadów do zaakceptowania nas – konstatuje Leo. – Czyż ktokolwiek inny mógłby podzielić się wiedzą o tak wspaniałych lekarstwach?”. Nie mówiąc już o ariach i operach w znakomitym wykonaniu mamy Leo. Ileż radości mógłby dać sąsiadom jej talent. Tata Leo robił wino, które z powodzeniem można by postawić na papieskim ołtarzu. Wymagał od dzieci nieustannego rozwoju. Jego ulubionym pytaniem zadawanym każdemu po posiłkach było: „Czego nowego się dziś nauczyłeś?”. Sam chętnie opowiadał, czego nowego się nauczył. „Nasi drodzy sąsiedzi przegapili okazję intelektualnej wymiany z tatą – ciągnie swoją opowieść Leo – a nade wszystko okazję rozkoszowania się vino rosso domowej roboty”.

Trudno nie zgodzić się z Leo, gdy pisze, że najbardziej pozytywnym słowem, które w największym stopniu przyczynia się do ciągłego wzrastania, jest „tak”. „Tak” rozmraża zamrożone dotąd symbole i myśli. Mówiąc „tak” życiu, „tak” radości, „tak” poznaniu, otwieramy się na ludzi i na różnorodność. I widzimy, że każdy człowiek ma nam coś do zaoferowania, że wszystko znajduje się w każdym. Kiedy „tak” wydaje się zbyt przerażające, można zacząć od „może”. Spróbować. To nie jest łatwe, ponieważ wymaga przekroczenia głęboko uwewnętrznionego przekazu kulturowego, który przykłada szczególną wagę do osądzania, wykluczania, karania, do lęku i wstydu.

W jaki sposób wzbogacają nas inni? Na przykład sąsiedzi innych narodowości i religii, ludzie starsi i niepełnosprawni, dzieci? W jaki sposób dotrzeć do twórczego potencjału różnorodności?

Sąsiedzi śpiewają sobie nawzajem

Kim są nasi sąsiedzi? Wspaniałe inicjatywy kulturalne kierują nas w stronę świadomości potencjału różnorodności. Choćby Ośrodek „Pogranicze – Sztuk, Kultur, Narodów” w małych nadgranicznych Sejnach na Suwalszczyźnie. Powstał ponad 20 lat temu z inicjatywy dwóch rodzin – Krzysztofa i Małgorzaty Czyżewskich i Bożeny i Wojciecha Szroederów, związanych z teatralnym ruchem alternatywnym. Przyjechali do Sejn ze spektaklem „Krwawe gody” według Lorki. I właśnie tu uświadomili sobie, że pragną czegoś innego: nie chcą już występować na festiwalach teatralnych, chcą przestać mówić, zacząć słuchać. Stworzyli Pogranicze – Sztuk, Kultur, Narodów. Zanurzyli się w ten nowy świat, w pamięć ludzkich doświadczeń. Przełomowym doświadczeniem okazało się spotkanie nazwane „Pieśnią Starowieku”. Do sejneńskiej Białej Synagogi, którą Pogranicze się opiekuje, zostali zaproszeni sąsiedzi, ludzie różnych narodowości, Litwini, Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Romowie z Suwałk, Rosjanie ze wspólnot staroobrzędowców. Śpiewali stare pieśni, także żydowskie. We wspólnym ogromnym kręgu usiedli sąsiedzi i po raz pierwszy posłuchali siebie nawzajem. Popłynęły opowieści o ludzkich losach, niezażegnanych sprawach z przeszłości, traumach wieku. Później były „Kroniki sejneńskie”. Polskie i litewskie dzieci pod kierunkiem Bożeny Szroeder stworzyły żywy spektakl o miejscu i ludziach. Najpierw dzieci poznawały historię miasta; kto w Sejnach mieszkał, czym się zajmował, skąd przybył. Rozmawiały z nauczycielami, historykami i starymi ludźmi. Notowały niespisywane dotąd wspomnienia swoich dziadków, tworzyły drzewa genealogiczne, rozmawiały z rodzicami o losach bliższych i dalszych krewnych. Narysowały na wielkim płótnie plan miasta – mitycznego i prawdziwego. Później ulepiły Sejny z gliny. I powstały „Kroniki sejneńskie”. Dzieci czytały o wszystkim, czego się dowiedziały. Starsi – poruszeni, przejęci – wsłuchiwali się we własne opowieści. Potem wszyscy śpiewali, każdy po swojemu. Znów sąsiedzi śpiewali sobie nawzajem. Spektakl dał impuls dalszemu odkrywaniu dziejów miasta i losów ludzi; ten projekt trwał pięć lat. A potem powstała książka o tym samym tytule, której współautorami są dzieci.

W Pograniczu realizowane są programy pomagania w tworzeniu podobnych ośrodków w Europie Środkowej i Wschodniej, ale także w Nowym Jorku czy w Amsterdamie. Pogranicze wydaje własne pismo i książki, organizuje obozy dla dzieci z rozmaitych środowisk i wspólnot, warsztaty teatralne, wystawy, wernisaże. Działa Teatr Sejneński. Powstają programy kształcenia liderów działań integracyjnych w społecznościach wielokulturowych. Krzysztof Czyżewski wielokrotnie mówił o tym, że festiwale i konferencje naukowe nie wystarczą, trzeba iść do konkretnej społeczności i słuchać, poznawać, rozmawiać, schodzić w głąb wspomnień, choćby były nie wiem jak bolesne, i trwać. Tworzyć pozytywny język, który byłby przeciwwagą dla języka konfrontacji, nienawiści i skrajnych ideologii. Potrzebujemy słów na to, co wspólne, co nas łączy, ponieważ w każdym z nas jest pragnienie bycia z innymi bez podziałów. Potrzebujemy na nowo zdefiniować bohaterstwo i patriotyzm. Bohater to ktoś, kto przekracza granice w sobie, kto wyciąga rękę do innych, twierdzi Krzysztof. Otwartą społeczność buduje empatia, uważne słuchanie, dialog, odpowiedzialność, uczestnictwo, zaangażowanie. Ludzie w Sejnach od pokoleń żyli razem dzięki odruchom współczucia, solidarności i życzliwości. Gdy pytają go, czy praca Pogranicza sprawiła, że zostały rozwiązane konflikty i przezwyciężone stereotypy, odpowiada, że na styku kultur i narodów ciągle dochodzi do spięć i że z pewnością tak będzie. To cierpliwe budowanie, stały, permanentny wysiłek. Budowanie mostów. Trzeba mieć warsztat, by je budować. Najgorsze byłoby zamknąć budowę. Jedynym sukcesem jest trwanie z otwartym „warsztatem”. Trwanie – mimo iż wiemy, że most można zburzyć w chwili lęku w ciągu jednej nocy.

I jeszcze jeden fantastyczny projekt, który właśnie teraz realizowany jest w Wielkopolsce. Nazywa się: „Wielkopolska: rewolucje”. Pomysł: zaprosić znakomitych artystów do pracy w małych miejscowościach i wsiach, które często określa się jako białe plamy, pustynie na kulturalnej mapie kraju. Do wsi Zakrzewo wybrał się znakomity tancerz i choreograf Mikołaj Mikołajczyk. Pracuje z zespołem śpiewaczym Wrzos, który tworzą lokalni emeryci: były wójt, były pułkownik Wojska Polskiego, była szefowa Urzędu Stanu Cywilnego, naczelnik poczty, dyrektor szkoły, kurator oświaty, księgowa, bibliotekarka. Powstały dwa spektakle „Teraz jest czas” oraz „Noce i dnie”. W „Teraz jest czas” seniorzy opowiadają o swoich pasjach i marzeniach. To spektakl o tym, że czas jest zawsze teraz i dla nas. W „Nocach i dniach” inspirowanych powieścią Marii Dąbrowskiej opowiadają o swoim życiu, często niełatwym, niespełnionym, o pogrzebanych nadziejach, śpiewają i tańczą. Chociaż, jak mówią, to ciężka praca, czują się wspaniale, mogąc podzielić się sobą z innymi. Wspólne tworzenie wzmocniło pewność siebie, pozwoliło docenić własne możliwości. Czują się potrzebni i ważni. Właśnie to uskrzydla.

Ten projekt zachwycił krytyków i publiczność. Oba spektakle mają świetne recenzje. („Mikołajczyk niczym demiurg wydobywa z seniorów to, co najpiękniejsze”). Zespół wyruszył w tournée po Polsce.

Mikołaj Mikołajczyk mocno związał się z seniorami z Zakrzewia, regularnie ich odwiedza. Oni mówią o nim: „nasz Mikołaj”. Kuratorka projektu „Wielkopolska: rewolucje” Agata Siwiak to właśnie nazywa prawdziwą rewolucją.

Moje życie jest prawdziwe!

Niemal każda chwila w naszym codziennym życiu może być okazją do poszerzania świadomości. Na przykład kontakt z dziećmi. Psychiatra Ronald David Laing jest autorem słynnego już zdania: „Jesteśmy zadowoleni, gdy udaje się nam uczynić z naszych dzieci takich ludzi, jakimi my sami jesteśmy; sfrustrowanych, chorych, ślepych i głuchych, ale o wysokim ilorazie inteligencji”. A gdyby tak dzieci pouczyły nas? Popatrzmy na nie. Spróbujmy choćby jeden dzień obserwować je z uwagą, a nie wychowywać. Dzieci są esencją energii duchowej. Kochają życie i kochają siebie takimi, jakimi są. Okazują uczucia – złość, radość; śmieją się i płaczą, kiedy mają na to ochotę. Są swobodne i twórcze – bawią się, rysują, malują, tańczą, wymyślają piosenki, śpiewają. Są pogodne, odważne i dzielne. Wystarczy obserwować, jak uczą się chodzić – upadają wiele razy, a jednak nie załamują się, podnoszą się z upadku i próbują dalej, do skutku. Byliśmy takimi cudownymi, spontanicznymi i ciekawymi świata dziećmi. Wszystko wydawało się ekscytujące, możliwe i dostępne. Żyliśmy we wspaniałym i przyjaznym świecie. Mali ludzie pokazują nam, co straciliśmy. Są przypomnieniem, nadzieją na odzyskanie bezcennych darów – ufności, wiary, optymizmu, odwagi, spontaniczności, zdolności kochania, chęci zabawy, życia chwilą, która trwa.

Wybitny psychoterapeuta Carl Rogers z grupą psychologów i artystów poszukiwali uwarunkowań psychologicznych, które sprawiają, że możemy twórczo żyć. Odkryli, że dla rozwoju twórczości niezbędne są: wesołe usposobienie, spontaniczność, zdolność koncentracji, przeżywanie chwili obecnej, doświadczenie cudu, a także zdolność do tego, by być dla siebie jedynym punktem odniesienia przy dokonywaniu wszelkich ocen, to znaczy, by być zadowolonym z siebie i z tego, co się tworzy. Wszystkie te cechy są cechami dziecka.

Są wśród nas rodzice, którzy wsłuchują się w przebogaty wewnętrzny świat swoich dzieci. Profesor literatury Anna Nasiłowska kilka lat temu napisała książkę „Czteroletnia filozofka” o swojej córeczce Joasi. Cytuje w niej rozważania dziewczynki na najprzeróżniejsze tematy. Joasia o sobie: „Jestem Joanna, która łowi gwiazdy. Nazywajcie mnie Joanną Gwiezdną, dobrze?”; „Bo ja wymyślam moim lalkom imiona i one je mają, i potem zapominam. I co? Czy one jeszcze je mają, czy już nie?”; „Mamo, wiesz, co robi wulkan? Wulkan nakłada światu maskę z lawy, czerwoną, żółtą i szarą. To Królowa Ognia wysyła swoich posłańców i Strasznego Smoka. A on zionie, zionie i zionie”; „Wiesz, mamo, skąd się wzięłam na świecie? Moja starsza siostra wymyśliła mi imię. I mnie się to imię spodobało. Od razu pomyślałam, że to moje imię. I dlatego się urodziłam”; „– Co rysujesz Asiu? – A... to cała moja rodzina. Ja pośrodku. Tu wszyscy, zobacz, jaki tłum, nawet jest babcia, nawet kotek. I ja ten rysunek będę zawsze ze sobą nosić. Bo jakbym zapomniała, jak wy wyglądacie, jakbym nie mogła was poznać – to wiesz, co by było? Pewny koniec świata!”.

Piosenka Joasi: „Przyszła wiosna/Fruwają ptaki/Pływają ryby/A ja idę sobie/Idę łąką/I zrywam kwiaty/Bo to jest moje życie/To jest moje życie/I ono jest prawdziwe/Moje życie jest prawdziwe!/ O!O!O!”.

Trudno, czyli lepiej

W ostatnim czasie głośno w świecie o Nicku Vujicicu, mężczyźnie bez rąk i nóg, który wydał książkę „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!”. Dowiadujemy się, że jej autor prowadzi aktywne życie, podróżuje po świecie i występuje jako mówca motywacyjny, angażuje się w działalność charytatywną, kieruje własną firmą, prowadzi szkolenia biznesowe, przemawia na międzynarodowych konferencjach i spotyka się z głowami państw. Robi sobie jajecznicę. Pisze na komputerze. Uprawia surfing i nurkowanie. Ma żonę i dziecko. Swoimi porywającymi wystąpieniami skłania ludzi do zmiany życia.

Kontakt z niepełnosprawnymi, a nawet dowiadywanie się o nich, czytanie, to dla nas niezwykła szkoła empatii i akceptacji dla odmienności. Ale także szkoła pasji życia. Takie cechy, jak motywacja, kreatywność, elastyczność, sumienność nie są związane ze zdrowiem i sprawnością fizyczną. To duch kreuje materię.

„Miałam trudno, czyli lepiej” – mówiła mi w wywiadzie Janka Ochojska. Miała sześć miesięcy, gdy zachorowała na polio. Przeszła ponad 30 operacji. Bez kul nie może zrobić ani kroku. Od ponad 20 lat jeździ w najbardziej niebezpieczne miejsca na świecie, aby pomagać potrzebującym.

Jako dziecko słyszała od wychowawców, że dostała od losu coś wyjątkowego, jest uprzywilejowana, cenna: „Tobie dano, nie odebrano. Choroba to coś wyjątkowego”. Gdy jako studentka pojechała na pielgrzymkę do Częstochowy i zobaczyła przy ołtarzu kule wiszące jako wota, zostawione przez uzdrowionych ludzi, pomyślała, że wcale tego nie pragnie; że jej życie nie zmieni się na lepsze, gdy będzie zdrowa.

„Moja niepełnosprawność jest moim dobrym losem, mówi. Nie jest po to, by mnie skrzywdzić, ale żebym lepiej rozumiała ludzi. Życie, które wiodę, jest spełniającym się życiem, bo widzę efekty mojej pracy; cóż lepszego mogłabym dostać? Trzeba wejść na wysoką górę, więc wchodzę, wolniej, inaczej, ale wchodzę, i to się liczy. Pokonywanie trudności i ograniczeń jest fascynujące i wzmacnia nas. Z każdego doświadczenia, nawet najtrudniejszego można zrobić coś dobrego”.

W obecności Janki użalanie się nad sobą wydaje się niedorzeczne. Szybko czyścimy świadomość ze wszystkiego, co w nas bezduszne, drętwe, ponure, nużące, przygnębiające i pozbawione radości.

Jak pisał filozof Pierre Teilhard de Chardin: „Wszyscy jesteśmy jednością, ty i ja. Razem cierpimy, razem istniejemy. A nasze wzajemne stwarzanie się nie ma końca”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

W kobiecym kręgu - o seksie w krajach arabskich

Arabki o seksie potrafią mówić. Co wcale nie jest takie oczywiste wśród kobiet w Polsce. (Fot. iStock)
Arabki o seksie potrafią mówić. Co wcale nie jest takie oczywiste wśród kobiet w Polsce. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Na pierwszy rzut oka łączy je tylko to, że są seksuolożkami. Ale szybko okazuje się, że obie mają doświadczenie zderzenia z kulturą arabską. Jak wpłynęło to na psycholożkę, która regularnie bywa w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a jak na ginekolożkę, która pracowała w Arabii Saudyjskiej?

Ameera Anna Ibrahim: Dlaczego Arabka postanowiła zostać seksuologiem? – zapytano mnie na egzaminie. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, że to faux pas, natychmiast odpowiedziałam, że to właśnie w krajach arabskich zobaczyłam, jak ważna jest seksualność. I że to Arabowie traktują ją jak integralną część życia, a nie oddzielną wyspę, która powinna być tabu. Owszem, jest tam dużo pruderii, ale na nią też można spojrzeć z innej perspektywy – może całe to zakrywanie ciała jest afrodyzjakiem?

Lekcja otwartości

Arabki pod hidżabem często mają piękną bieliznę, wspaniałe makijaże. A zakrycie ciała podtrzymuje pożądanie. W końcu jak długo może podniecać coś, co zawsze jest na wierzchu? Niestety, stereotyp na temat Arabów jest taki, że to bardzo zamknięta społeczność. Więc Arabka mówiąca o seksie, nawet dla seksuologa egzaminującego przyszłych studentów, to lekko dziwaczna sprawa.

Wychowałam się w Warszawie, w domu dwukulturowym: mama Polka, tata Palestyńczyk. Rodzice z dwóch różnych światów, kultur, religii, ale nigdy nie wydawało mi się to schizofreniczne. Wręcz przeciwnie, dorastałam w przekonaniu, że to, co skrajne, można łączyć. I że ludzie, którzy są zupełnie inni, mogą ze sobą żyć. Mama psycholożka – na pierwszy rzut oka delikatna i efemeryczna, ale wiele razy widziałam ją w sytuacji, w której stawiała na swoim. Ojciec – lekarz. Romantyczny i jednocześnie stanowczy. Pewność siebie i zdecydowanie mam bardziej po nim. Miał siedem lat, kiedy z rodziną uciekał z Palestyny – najpierw do Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu, w końcu osiedli w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Kiedy byłam mała, zamiast bajek opowiadał mi swoje wspomnienia – podkoloryzowane, ale urocze. To przez nie bardzo chciałam poznać Palestynę. Kiedy miał 18 lat, przyjechał na studia do Polski, a kiedy ja wydoroślałam, poleciałam do Palestyny. Sama. Nie była to dla mnie łatwa podróż, ale utwierdziła mnie w przekonaniu, że tam jestem u siebie. Od pierwszych zapachów: rozgrzanego powietrza, ciężkich przypraw, kardamonu i cynamonu, do widoku muru dzielącego ją od Izraela. Szok i jednocześnie poczucie bliskości z ojcem. I zakorzenienia.

Do Emiratów zaczęłam latać znacznie wcześniej – bywałam u dziadków i ciotek, odkąd skończyłam dwa lata. Pamiętam Dubaj bardziej pustynny niż nowoczesny. Do tej pory Emiraty to dla mnie kraj tradycji: targów, pustyni i poławiaczy pereł, a nie wieżowców i najdroższych domów handlowych. Teraz mieszkają tam nie tylko wszystkie moje ciotki, ale też dwie starsze siostry. Ja nie myślałam o tym, żeby zamieszkać tam na stałe, zawsze po wakacjach lubiłam wracać do Polski. Poza tym w kulturze arabskiej psycholog jest postrzegany trochę jak szarlatan. A seksuolog w ogóle nie istnieje. Ludzi tam bardzo ciekawi, czym się zajmuję, ale jednocześnie nie do końca mają jasność, co ten zawód znaczy. Pamiętam, jak podczas rodzinnego obiadu opowiadałam kuzynce, że zaczynam nową specjalizację, studia seksuologiczne. Po angielsku, bo nie mówię płynnie po arabsku. Widziałam, jak z każdą minutą zmienia jej się twarz – wzbierała w niej złość, ponieważ wiedziała, że to, co opowiadam z takim entuzjazmem, za chwilę będzie musiała tłumaczyć! I faktycznie, zainteresowała się nami babcia. Kuzynka spojrzała na mnie, potem na nią i wypaliła jednym tchem: „Ameera zajmuje się tym, co zawsze, tylko teraz to pogłębia!”. To było podczas studiów, potem babcia dokładnie wiedziała, jak wygląda moja praca. I nie miała z tym problemu.

Ciotki zresztą też nie. To dzięki nim jestem tak otwarta w kontekście ciała, nagości, kobiecości, seksu. U nich przeżyłam pierwszą miesiączkę – nigdy nie zapomnę, jak się z tego cieszyły, nie tworząc jednocześnie atmosfery sztucznego święta. Pamiętam, że wszystkie wieczorem wpadły do babci – pośmiałyśmy się, pogadałyśmy, one opowiedziały mi swoje historie. Jasno dały mi do zrozumienia: teraz jesteś jedną z nas. Dzięki nim naturalnie i swobodnie weszłam w krąg kobiet. Może ich otwartość wynika z tego, że w Emiratach, które są dość nowoczesne, ale jednocześnie jednak tradycyjne, seksualność też jest dwutorowa: na zewnątrz zamknięcie, zakrycie każdego kawałka ciała, ale w domu kobiety są niesamowicie postępowe. One rządzą.

Oczywiście nie wszystkie aspekty podejścia do seksualności w kulturze arabskiej pochwalam – zakaz pornografii, który paradoksalnie skutkuje uzależnieniem od niej, czy zakaz bliskości fizycznej przed ślubem – to może się kończyć różnymi trudnościami. Ale! Wiem na pewno, że Arabki o seksie potrafią mówić. Co wcale nie jest takie oczywiste wśród kobiet w Polsce. Z drugiej strony kobiety w Emiratach dużo o seksie mówią, ale nie zawsze w kontekście, który mi się podoba, bo zwykle to jest jednak troska o przyjemność partnera, zadowolenie kobiety nie jest tak istotne. Seks bywa tam kartą, narzędziem manipulacji, elementem gry, a nie sytuacją, z której radość mają czerpać obie strony. Dlatego najchętniej połączyłabym umiejętność mówienia o seksie Arabów z otwartością seksualną Europejczyków. Może dlatego zostałam seksuolożką?

Ameera Anna Ibrahim, psycholożka, seksuolożka, terapeutka. Zdobywała doświadczenie w Ośrodku Rehabilitacji Socjopsychiatrycznej w Zagórzu, Mazowieckim Specjalistycznym Centrum Zdrowia w Pruszkowie, na oddziale terapii uzależnień w areszcie śledczym, w Poradni Seksuologicznej i Patologii Współżycia Centrum Psychoterapii SWZPZPOZ w Warszawie. Współpracowała przy tworzeniu opinii sądowo-seksuologicznych. Pracuje w gabinecie prywatnym, mieszka w Warszawie. Prowadzi profil strefa (bez)wstydu. (Fot. Michał Borecki) Ameera Anna Ibrahim, psycholożka, seksuolożka, terapeutka. Zdobywała doświadczenie w Ośrodku Rehabilitacji Socjopsychiatrycznej w Zagórzu, Mazowieckim Specjalistycznym Centrum Zdrowia w Pruszkowie, na oddziale terapii uzależnień w areszcie śledczym, w Poradni Seksuologicznej i Patologii Współżycia Centrum Psychoterapii SWZPZPOZ w Warszawie. Współpracowała przy tworzeniu opinii sądowo-seksuologicznych. Pracuje w gabinecie prywatnym, mieszka w Warszawie. Prowadzi profil strefa (bez)wstydu. (Fot. Michał Borecki)

Walka z bólem

Ewa Baszak-Radomańska: Pierwsze, co usłyszałam od mojej szefowej, kiedy tylko przyleciałam do Arabii Saudyjskiej: „Każdej kobiecie mów po zabiegu, kiedy może wrócić do współżycia. Jeśli nie będzie tego wiedziała, po operacji wróci do domu i będzie uprawiać seks. A to może powodować powikłania”. Drugie: „Nie wolno ci reperować błony dziewiczej. Bo nie wyjdziesz z więzienia!”. Pomyślałam wtedy, że właściwie nie trzeba mnie przed tym ostrzegać, bo i tak niespecjalnie chciałabym to robić. A potem zdarzało się, że przychodziła matka z córką, która była na wydaniu i właśnie na stół wpadła! Trzeba było jej zszywać błonę. Matki myślały, że lekarze z Europy czy Stanów mają inne standardy. Odmawiałam, bo taki zabieg to grzech, haram, czyli przestępstwo w ich kulturze.

Dwadzieścia lat temu, właściwie przypadkiem, trafiłam na propozycję pracy w Arabii Saudyjskiej. Byłam w dziwnym okresie swojego życia, na zakręcie – musiałam coś zmienić, a mój kolega akurat dostał ofertę. Miał na imię Marian. Ale coś się komuś pomyliło i dostał ofertę dla kobiety – Mariam, czyli Marii. Przeczytałam ją i stwierdziłam, że jest dla mnie idealna.

Ruszyłam dość beztrosko – niby się przygotowałam, ale nie doczytałam, że trzeba mieć ze sobą abaję, czarną pelerynę sięgającą do kostek, i włożyć ją już na lotnisku. Więc pierwsze zderzenie – strój. Potem okazało się, że na zewnątrz trzeba mieć też szal na głowie. Jeśli się zsunął, natychmiast pojawiał się muttawa – policjant religijny – i przywoływał do porządku, krzycząc: „Kobieto, zakryj głowę!”. Pamiętam żonę japońskiego ambasadora, która zapomniała zabrać ze sobą szal, więc abają zakryła głowę, jednocześnie odsłaniając kostki, więc policjant zaczął ją po tych kostkach okładać kijem!

Ale to był dopiero początek listy moich zdziwień. Szybko okazało się, że w poradniach nie ma foteli ginekologicznych, bo samo wejście na fotel i rozchylenie nóg przekracza normy obyczajowe – musiałam badać pacjentkę na leżance. Poza tym kobiety często przychodziły z mężem. Zdarzało się, że tylko on mówił po angielsku, więc nigdy nie miałam pewności, czy on tłumaczy dokładnie to, co ona mówi. I co jej przekazuje ode mnie. No i miałam mnóstwo pacjentek z bólem. To wynika z ich kultury, bo narzeczeni się nie widzą, nie rozbudzają przed ślubem. Są sobie przydzieleni. Mężczyzna, który do tej pory oglądał wyłącznie pornografię – choć to oczywiście zabronione – nie widział nagiej kobiety na żywo, tylko te dziury na oczy, i nagle widzi gołą żonę! Ona się spina, a on przyspiesza, bo nareszcie może zaspokoić potrzebę seksualną w sposób, który do tej pory był niedostępny. Kolega opowiadał mi o pacjentce Saudyjce, którą bolało tak strasznie, że jak tylko ten mężczyzna się do niej zbliżał, to ona drapała i kopała. Sprowadzał więc anestezjologa, który ją znieczulał od pasa w dół, żeby w ogóle mogło dojść do stosunku. Byli u wszystkich możliwych lekarzy. I nic. Nie było mowy, żeby ten stosunek odbył się normalnie.

Przychodziły też do mnie kobiety, 45, 50 plus, które miały już po kilkoro dzieci, przestawały miesiączkować, więc były przekonane, że znów są w ciąży. Kiedy mówiłam, że to menopauza, to był dla nich niewyobrażalny dramat. Koniec świata. Bo przekaz tam jest taki, że kobieta za wszelką cenę musi zatrzymać mężczyznę, więc musi też rozumieć, że dla niego najważniejszy jest seks. I powinna się tak ułożyć, żeby móc rozdawać karty. Pamiętam kobiety, które były w stanie wyegzekwować od swoich mężów wszystko, ponieważ miały to, czego on potrzebował.

Tak więc z jednej strony instrumentalne traktowanie seksu, patriarchat, zero praw. A z drugiej – to właśnie tam przekonałam się, jak wielka jest siła kobiet. One się niesamowicie wspierają, najlepiej to widać w szpitalu. Kiedy jedna leży po zabiegu albo rodzi dziecko, cała reszta – siostry, matki, babki, przyjaciółki, po prostu przy niej koczują. Zabawiają, karmią, pielęgnują. Spełniają każdą jej zachciankę. Kapitalne baby! Kiedy któraś z nich nie ma wsparcia od innych kobiet, dzieją się straszne rzeczy. Raz byłam świadkiem dramatycznej sytuacji: kobieta spała znieczulona po zabiegu, a jej mąż przyprowadził dzieci i sobie poszedł. Dzieci po niej skakały, a jedno zakrztusiło się piłeczką pingpongową. Do tego stopnia mężczyźni tam nie są w stanie zająć się rodziną.

Kiedy wróciłam do Polski, do Lublina, wiedziałam już, że odejdę z uniwersytetu – zamiast robić habilitację, w wieku 42 lat urodziłam trzecie dziecko w nowym związku, i zaczęłam pracować z pacjentkami z bólem. Wiedziałam, że u nas też są takie kobiety i tutaj też nikt nie wie, jak im pomóc. Młode pacjentki nie mówią lekarzom, że czują ból przy stosunkach, bo, po pierwsze, nie chcą krępować lekarza – co samo w sobie jest kuriozalne – a po drugie, myślą, że lekarz nie ma wystarczającej wiedzy na ten temat. I niestety, często mają rację.

To właśnie mi dało zderzenie z kulturą arabską: pomysł na Terpę. Wymyśliłam tam wszystko, począwszy od nazwy. Terpa, czyli terapia par – chciałam, żeby o parach, które do mnie przychodzą, można było powiedzieć, że są partnerami, a nie oderwanymi od siebie jednostkami. I ten zachwyt, zachłyśnięcie się energią kobiet. Ja w ogóle lubię kobiety, lubię je wspierać, obserwować, jak się rozwijają. I zdrowieją. Patrzę na nie podczas ostatniej wizyty po terapii bólu sromu i widzę, że mają światło w oczach, nadzieję. To mi daje siłę, inaczej dawno straciłabym skrzydła.

Ewa Baszak-Radomańska ginekolożka, seksuolożka, założycielka gabinetów Terpa w Lublinie. Zajmuje się chorobami sromu, diagnostyką i leczeniem dyspareunii i wulwodynii. Laureatka nagrody National Vulvodynia Association za koncepcję stworzenia ośrodka leczenia bólu sromu w Polsce. Autorka wielu publikacji na ten temat, wykładowczyni, organizatorka warsztatów medycznych. Ma trzech synów, troje wnuków. Mieszka w Lublinie. (Fot. Michał Borecki) Ewa Baszak-Radomańska ginekolożka, seksuolożka, założycielka gabinetów Terpa w Lublinie. Zajmuje się chorobami sromu, diagnostyką i leczeniem dyspareunii i wulwodynii. Laureatka nagrody National Vulvodynia Association za koncepcję stworzenia ośrodka leczenia bólu sromu w Polsce. Autorka wielu publikacji na ten temat, wykładowczyni, organizatorka warsztatów medycznych. Ma trzech synów, troje wnuków. Mieszka w Lublinie. (Fot. Michał Borecki)

  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Psychologia

Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał

- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ryzyko czy rutyna? Stawiając wyłącznie na to, co łatwe i znane, drepczesz w miejscu. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Serial na ulubionym portalu, wygodny fotel i trochę czasu. Po co mam kupować bilet i jechać do Afryki? Jeśli nawet nuda mnie zżera, może wystarczy popatrzeć, jak inni ryzykują? Nie wdawać się w to, co nazywamy przygodą?
Pragnienie prawdziwej przygody jest powszechne. Dlatego mimo mediów społecznościowych, gier, interaktywnej telewizji i okularów VR (rozszerzonej rzeczywistości) większość ludzi nadal chce przeżyć coś niezwykłego, nadzwyczajnego, fantastycznego w prawdziwym życiu. Co prawda nasz mózg, a za nim również ciało mogą w pewnych sytuacjach uznać za realne sny, a nawet fantazje. Jednak ani sprawności fizycznej, ani tym bardziej odwagi, doświadczenia czy mądrości życiowej nam od pozbawionych realnego ryzyka pseudoprzygód nie przybędzie. Nie nauczymy się z nich tego, co z prawdziwych spotkań z ciekawymi, czującymi całym sercem ludźmi. W głębi duszy o tym wiemy i dlatego to, czego pragniemy, daleko wykracza poza wirtualną grę czy pasjonujący serial. Nie zaznamy pełni radości z kąpieli w najwierniejszym nawet obrazie wody. A bliskie spotkanie z doskonałym pikselowym złudzeniem mężczyzny czy kobiety pozostawi nas tylko z poczuciem zawodu i frustracji.

To jakie są zalety prawdziwej przygody? Czy tylko ćwiczenie mięśni i charakteru?
To już dużo. Prawdziwa przygoda ma to do siebie, że w niewielkim stopniu poddaje się naszej kontroli. Niesie więc realne ryzyko niepowodzenia lub straty. Jest wyzwaniem dla naszego charakteru, zaangażowania, umiejętności i odwagi. A także doskonałą okazją do poznawania siebie, naszych silnych i słabych stron. Dając nam impuls do przekraczania ograniczeń, przyczynia się do rozwoju i wykorzystania naszego ukrytego potencjału.

Mówisz o powszechnym pragnieniu przygody, ale w realu niewielu z nas jej szuka. Czy brak nam odwagi, by świadomie kupić bilet w nieznane? Wolimy, by to los za nas zdecydował?
Większość z nas odczuwa w sprawie przygody silną ambiwalencję. Z jednej strony półświadomie o niej marzymy, chcemy, by coś się w nas i wokół nas zmieniało. Coś nas korci do podejmowania ryzyka. Z drugiej strony – chcielibyśmy jednak żyć w bezpiecznej strefie komfortu, w spokojnej i przewidywalnej rutynie – po to, by wkładać jak najmniej wysiłku w codzienne życie i wybory z nim związane. Najczęściej więc kończy się na tym, że pozostawiamy pragnienie przygody boleśnie niespełnionym. Dlatego gdyby zapytać ludzi zmierzających do kresu życia, czego najbardziej żałują, większość odpowiedziałaby: „Tego, że za mało ryzykowałam, ryzykowałem”.

Czy nawet pracująca od 30 lat na tym samym stanowisku zachowawcza w ocenach i stylu życia 50-latka marzy o wyjściu z rutyny?
Tak, choć znaczna część ludzi ze swoimi własnymi pragnieniami niezwykłych wydarzeń czy zmian wcale się nie identyfikuje. To dla nich niezrozumiałe i groźne, więc je zagłuszają i wypierają. Ale w końcu nawet w schematycznym, bezpiecznie ułożonym życiu pragnienie przygody potrafi niespodziewanie dojść do głosu. Jeśli nie w realu, to w marzeniach i snach. A także wtedy, gdy zachłysną się miłością albo wiosną, albo alkoholem, albo czymkolwiek innym, co doda im odwagi. Uwolniona w ten sposób skumulowana przez lata potrzeba przygody może wówczas wybuchnąć z nadmierną siłą i narobić zamieszania. Lepiej więc potrzebę przygody sobie uświadomić i dzięki temu odpowiedzialnie, acz kreatywnie nią zarządzać.

Wejść na portal randkowy, bo dziś przygoda to często tyle co romans? Albo włączyć grę komputerową?
Przeżywanie przygód w świecie wirtualnym nic nie kosztuje. Można w każdej chwili przerwać, mamy kilka żyć, nic nam się nie może stać, nic nas nie zaboli, ale i nie zachwyci. Wszystko jest odwoływalne. Siedząc w fotelu, popijając piwo albo cappuccino, możemy zostać superbohaterami, superwojowniczkami, zdobyć skarby i atrakcyjnych partnerów, partnerki. Głód prawdziwej przygody usiłujemy wtedy oszukać erzacem i, niestety, wiecznie nienasyceni uzależniamy się od fikcji. Szaleństwo wieczorów kawalerskich i panieńskich dobrze obrazuje w realnym świecie powszechną ambiwalencję – pomiędzy pragnieniem stałości i przewidywalności a marzeniem o szalonej przygodzie.

Skąd się w nas bierze to rozdarcie?
Zapewne ze zmagania się dwóch wielkich sił – pierwotnego popędu nawykłych do zmiany i wędrówki nomadów oraz zassanego z kultury i obyczaju superego. Popęd szuka ryzyka, zmiany i nowości, a utkane z kultury i obyczaju superego apeluje do rozsądku, namawia do umiaru i przewidywalności. Wygląda na to, że osadnictwo, własność ziemi, rolnictwo i hodowla przykrywają naszą pierwotną cygańską duszę warstwą pozoru.

Po co nam dziś ten apetyt na ruch i przygodę?
Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie. Twórca szkoły terapii Gestalt Fritz Perls, mój pierwszy mistrz, mówił, że najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest bezruch, to, że nic się nie będzie zmieniać. Badania nad kreatywnością i mechanizmem tworzenia nowych połączeń neuronalnych potwierdzają pozytywną rolę zmiany i przygody. Bo im więcej połączeń neuronalnych, tym lepsze są parametry mózgu i tym większy zakres danych jesteśmy w stanie odbierać i przetwarzać. Przygoda rozumiana jako wyjście ze strefy komfortu – czyli tego, co już wiem i potrafię – najlepiej stymuluje rozwój mózgu. Dlatego to osoby przekraczające rutynę, poszukujące tworzą nowe wartości i cele dla wszystkich. Gdy ktoś taki utknie w strefie komfortu, czuje się jak uwięziony w dziecięcym pokoju i ucieka czym prędzej w nową przygodę.

Chyba nie wszyscy tak dramatycznie doświadczają życia w komforcie?
To prawda. Ale nawet ludzie bardzo niechętni zmianie od czasu do czasu czują, że muszą choćby poprzestawiać meble w pokoju, inaczej się uczesać czy ubrać w nowym stylu.

Czy nie byłyby dobrym rozwiązaniem stabilny dom i praca, a w weekendy surwiwal?
To zawsze coś, ale ważne, by znalazło się miejsce na ryzyko, zaskoczenie, nowość i trudność. W przeciwnym razie surwiwal ułoży się w nową rutynę. Potrafimy, jeśli zechcemy, zamienić w nią każdą przygodę. Są nawet firmy, które się w tym specjalizują, organizując bezpieczne wyprawy w nieznane. Do wewnętrznej prawdy, która nas wyzwoli, prowadzi prawdziwa droga, która wymaga trudu.

Jak wybrać tę drogę?
Mój nauczyciel zen miał dla uczniów prostą receptę na to, by nie utknęli w strefie komfortu i nie popadli w życiową rutynę: „Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał”. Wybierając to, co łatwe i znane, drepczemy w miejscu, chodzimy w nieskończoność po własnych śladach. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować.

„Zawsze pod górkę” jako motto na życie? Oj...
Nawet w Nowym Testamencie jest przypowieść o panu, który zostawił sługom przed wyjazdem talenty po to, by je pomnożyli. I kiedy po jakimś czasie wrócił, był zły na tego, który nie zaryzykował i ukrył je, bojąc się, że zostanie z niczym. Pochwalił zaś tych, którzy inwestowali odważnie, starając się zrobić z tego, co dostali, jak najlepszy użytek. Oni też pomnożyli swoje talenty. Wniosek: w ostatecznym, czyli duchowym, rozrachunku, ryzykując, zyskujemy.

Ale czy szczęśliwy dom nie wymaga stabilności, a nawet rutyny?
Zawsze gdzieś jakieś ryzyko można i warto podjąć. Jeśli na przykład uważamy, że nasze dzieci chodzą do kiepskiej szkoły, która deformuje ich mentalność i obraz świata, to trzeba poszukać mądrzejszej szkoły, a nawet nowych edukacyjnych rozwiązań. Jeśli mieszkamy w toksycznej okolicy, która truje nas i nasze dzieci wyziewami z kominów, to trzeba stamtąd uciekać. Jeśli partner lub partnerka są nieodpowiedzialni, agresywni i nielojalni, to dla dobra dzieci i ich przyszłych rodzin lepiej wybrać ryzyko rozstania.

A przygoda serca, czyli romans? Stawiać na niego czy na wierność?
Jeśli mamy poczucie, że w naszym związku źle się dzieje, że nie ma w nim wymiany intelektualnej, emocjonalnej i energetycznej – włącznie z tą, która dokonuje się w seksie – to wbrew naturalnemu odruchowi ucieczki warto podjąć trud naprawy tej sytuacji. Wymaga to dobrej woli obu stron. Jeśli jednak jedna ze stron nie chce wziąć swojej części odpowiedzialności za kryzys, to pojednanie jest niewykonalne. Wtedy trzeba sprostać ogromnemu wyzwaniu, jakim jest rozstanie się z klasą. Gdy braknie nam świadomości i samodyscypliny, to w sytuacji kryzysowej wdajemy się w romans, który na ogół jest wyborem łatwiejszej drogi, bo nie konfrontuje nas z naszym wkładem w to, że związek się nie udał.

Zmiana jest więc wszędzie i zawsze potrzebna?
Zawsze – jeśli chcemy być wewnętrznie żywi, zmieniać się i rozwijać, w pełni doświadczać bolesnych i radosnych aspektów życia, ciągle się uczyć, twórczo pracować i mieć wdzięczne, tkliwe serce. Nie ma więc co marudzić i narzekać na to, że coś się w naszym życiu zmienia, tylko iść za tym. Na tym polega wyższa forma sztuki życia. Potraktujmy poważnie ostrzeżenie przed tym, by nie być kostką lodu w płynącej rzece. Rzeka życia – jak to rzeka – raz przyspiesza, raz zwalnia, meandruje, ale wciąż płynie. Nie zapominajmy, że w istocie jesteśmy tą rzeką. Nie próbujmy jej zatrzymać, nie próbujmy jej zamrozić. Bo wtedy zamrażamy i zatrzymujemy siebie samych.

Czyli rutyna zamraża nasze serca?
Często, a ostatnio chyba coraz częściej. Boimy się ryzykować i inwestować w miłość. Bo miłość to jazda bez trzymanki, potężna energia, nad którą nie do końca panujemy. Oczywiście, można wyprzeć się miłości i zamrozić swoje życie, ale koszty tej operacji są tak wielkie i zasmucające, że ponad wszelką wątpliwość lepiej poddać się tej nieobliczalnej – ale jakże ożywczej – chorobie niż leczyć się z niej lekarstwem, które nas zabija.

Znam ludzi, którzy powiedzieliby, że liczy się lokata w banku, a nie szaleństwo serca.
Dlatego wielu z nas w nocy śni, że nie żyje, a w dzień śni, że żyje. Sami sobie to robimy. Świetny film „Dzień świstaka” opowiada właśnie o tym, jak zabrnąć w życie, w którym nic się nie zmienia, a każdy dzień staje kopią poprzedniego. Dzieje się tak, gdy przekonamy sami siebie, że życie polega na rozbudowywaniu strefy komfortu i że już wszystko o sobie i o życiu wiemy. Wtedy podobnie jak bohatera tego filmu tylko miłość może nas wyzwolić z tragicznej pułapki. Więc niech żyje miłość – nawet gdy czasami boli.

  1. Psychologia

Zadbaj o najważniejsze sprawy w życiu - ćwiczenia

Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Wprowadzać zmiany to jedno, drugie – przyjmować te, które przychodzą bez, a czasem nawet wbrew naszej woli. Niezależnie od tego, co cię spotka w nowym roku, już teraz zadbaj o sześć ważnych aspektów życia.

Zdrowie

Oto technika twórczej wizualizacji, która będzie wspierała twoje zdrowie poprzez pozytywny obraz siebie, a szczególnie twojej kondycji psychofizycznej. Ćwiczenie wykonujesz w stanie relaksu, kiedy twoja podświadomość jest chłonna jak gąbka. Możesz wówczas wprowadzać pozytywne obrazy siebie, programując w ten sposób tę część swojej psychiki. Dzieje się tak, dlatego że mózg nie odróżnia obrazów wyobrażonych od tych, jakie widzisz w rzeczywistości. Jeśli kreujesz obraz siebie w pełni zdrowia, będzie dostrajała się do tego wewnętrznego obrazu. Pozytywna wizualizacja wzmocni również układ odpornościowy. Gotowa?

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Zrób kilka długich wdechów nosem i wydechów ustami. Skieruj uwagę do ramion i poczuj ich przyjemny ciężar. To wszystko pozwoli ci się bardziej zrelaksować. Teraz wyobraź sobie ulubione miejsce w przyrodzie. Uaktywnij wszystkie zmysły, aby poczuć tę przestrzeń pełną kolorów i świeżego powietrza. W tym miejscu zobacz siebie w pełni zdrowia i sił witalnych. Uśmiechniętą, radosną i szczęśliwą. Widzisz swoje ciało w dobrej kondycji, a skórę i oczy lśniące blaskiem zdrowia. W myślach możesz powtarzać: „To właśnie ja, w pełni zdrowia i sił witalnych. Dziękuję za moje zdrowie”. Możesz do tej gotowej formuły dodać także coś od siebie, pamiętając o używaniu czasu teraźniejszego oraz samych pozytywnych słów. W ten sposób wprowadzasz nowy obraz do podświadomości. Powtarzaj ćwiczenie codziennie, zwłaszcza jeśli obecnie doświadczasz słabości albo choroby.

Miłość

W nowym roku kochaj przede wszystkim siebie, a wtedy otworzysz się na miłość do innych. Oto, co może ci w tym pomóc:
  • Otwórz serce na swoje Wewnętrzne Dziecko i zacznij wsłuchiwać się w jego potrzeby. Przejmij opiekę nad tym młodszym i wrażliwszym aspektem siebie. Wewnętrzna Dziewczynka potrzebuje twoich pozytywnych słów, miłości i ciepła. Wyobraź sobie teraz jej obecność i porozmawiaj z nią. Możesz jej powiedzieć, że ją kochasz, że się nią opiekujesz i nigdy nie opuścisz. Powiedz jej o sobie (dorosłej), cokolwiek teraz przyjdzie ci do głowy. Rozmawiaj z nią regularnie, wyobrażając sobie, że na końcu rozmowy przytulasz ją do serca i razem oddychacie.
  • Praktykuj współczucie, ponieważ pomaga otworzyć serce. Aby to zrobić, wyobraź sobie osobę, która obecnie może doświadczać stresów czy cierpienia. Spróbuj wzbudzić w sobie współczucie, które manifestuje się jako uczucie ciepła w środku klatki piersiowej i w okolicy serca.
  • Jeśli nie jesteś obecnie w związku, ale chciałabyś być, bądź świadoma, czy wybaczyłaś poprzednim partnerom. Czy nadal żywisz urazę do któregoś z nich? Może już czas wysłać pozytywną intencję tej osobie?
  • Sprawdź, jakie masz przekonania na temat związków. Jeśli negatywne, nie dziw się, że nie przyciągnęłaś nadal odpowiedniego partnera. Wypisz na kartce wszystkie negatywne przekonania i zmień je na pozytywne. Sprawdzaj reakcje związane z nowymi przekonaniami. Jak mogłoby się zmienić twoje życie, gdybyś naprawdę uwierzyła w nowe afirmacje?
  • Czy często się smucisz na myśl o swojej samotności? Smutek nie przyciągnie do ciebie nowej osoby. Twoje radosne serce będzie magnesem dla drugiego serca gotowego na miłość. Dlatego zadbaj o to, aby codziennie robić coś, co sprawi ci uciechę. W takim pogodnym stanie pomyśl o nowym partnerze i nowym związku, jaki z nim stworzysz. Jak chciałabyś się w nim czuć? Stwórz pozytywną wizję tej relacji (np. wyobrażając sobie siebie z kochającą osobą w czułym objęciu) i przywołuj ją zawsze, gdy będziesz w radosnym stanie ducha.

Finanse

Pieniądze to środek wymiany, ale nie tylko. Pomyśl o nich jak o przejawach obfitości wszechświata. Jeśli zaprzyjaźnisz się z pieniędzmi, będziesz je szanować i być wdzięczna za każdą posiadaną ilość, zaczniesz przyciągać ich więcej. Oto kilka sposobów na to, jak otworzyć się na obfitość:
  • Zastanów się, co na temat pieniędzy mówili twoi rodzice, kiedy byłaś dzieckiem. Pamiętasz jakieś historie związane z pieniędzmi, powtarzane podczas rodzinnych spotkań? Jaka była materialna sytuacja twoich rodziców?
  • Zapisz na kartce wszystkie negatywne przekonania na temat pieniędzy, które wyniosłaś z rodzinnego domu, np. „pieniądze szczęścia nie dają”, „pieniądze są brudne”. Następnie napisz ich pozytywne odpowiedniki, nazywane również afirmacjami. Przeczytaj na głos wszystkie nowe przekonania i sprawdź, co czujesz, kiedy je czytasz. Zapisz swoje spostrzeżenia. Codziennie czytaj afirmacje i sprawdzaj swoje mentalne, cielesne i emocjonalne reakcje. Pozwól sobie uwierzyć, że zasługujesz na obfitość finansową, tak jak zasługujesz na radość i miłość.
  • Zauważ, co myślisz i mówisz oraz jak się czujesz, kiedy wydajesz pieniądze, kiedy płacisz rachunki oraz kiedy pieniędzy ci brakuje. Bądź świadoma, co wysyłasz w eter, kiedy obcujesz z pieniędzmi. Czy wzmacniasz pozytywne przekonania czy negatywne, które będą raczej odpychać pieniądze od ciebie?
  • Staraj się myśleć o pieniądzach pozytywnie. Wzbudź w sobie uczucie wdzięczności, kiedy otrzymujesz wypłatę, ale również, kiedy pieniądze wydajesz. Pomyśl: „Wydaję, ponieważ mam ich dużo, mogę się dzielić moją obfitością, ponieważ mam jej wystarczająco dużo”. Innymi słowy, zamiast denerwować się, płacąc rachunki, pomyśl, że to tylko przejaw twojej obfitości finansowej. Brzmi jak zaklinanie rzeczywistości? Albo jak ciekawy eksperyment, który może sprawić, że pieniądze zaczną się pojawiać w twoim życiu częściej.

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem oceanu. Jest piękny, letni dzień. Oddychasz świeżym powietrzem i doświadczasz piękna otoczenia. Teraz zobacz, jak z nieba spadają banknoty o wysokich nominałach. Wszystkie lecą w twoim kierunku, zupełnie jakbyś była przyciągającym je magnesem. A teraz obserwuj swoje reakcje na to niewiarygodne zjawisko. Umysł logiczny będzie je pewnie wyśmiewał, ale pozwól sobie uruchomić prawą, czyli kreatywną półkulę. Jak się czujesz, kiedy obfitość pieniędzy spływa właśnie na ciebie? Czy pozwolisz sobie na ich przyjęcie? Czy cieszysz się, że je widzisz? A może czujesz, że to pomyłka i pieniądze powinien dostać ktoś inny? Oddychaj głębiej i obserwuj wszystkie reakcje. Sprawdź, czy poprzez oddech możesz otworzyć się na przyjęcie obfitości, jaka do ciebie płynie w tej wizualizacji do swojego ciała. Napełniaj ciało obfitością i powtarzaj to ćwiczenie raz w tygodniu, sprawdzając swoje reakcje.

Kreatywność

Nie uczyłaś się nigdy malować? Nic nie szkodzi. Zapraszam cię do malowania intuicyjnego. Oto, czego potrzebujesz: płótno malarskie dowolnej wielkości, zestaw farb akrylowych, kilka pędzelków różnej wielkości, paletę (możesz skorzystać z pudełka po jajkach). Zanim zaczniesz malować, wybierz muzykę, jaka ci odpowiada i będzie towarzyszyła procesowi malowania. Możesz też tworzyć w ciszy. Stań lub usiądź naprzeciwko płótna i zamknij oczy. Skup uwagę na oddechu, bądź świadoma każdego wdechu i wydechu. Teraz skieruj uwagę do swojego serca. Zapytaj go, co chciałoby wyrazić poprzez twoje malowanie? Po chwili weź pędzel i wybierz intuicyjnie pierwszy kolor. Nałóż go powoli na płótno, w dowolnym miejscu. Kolejne kroki wykonuj nadal intuicyjnie z otwartością i ciekawością na to, co stworzysz. Nikt tego nie będzie oceniał, ty również tego nie rób. Twój obraz nie podlega żadnemu osądowi. Jest wyrazem twojego obecnego stanu, a może niesie również jakąś informację? Po zakończeniu pomedytuj przez moment ze swoim dziełem. Zobacz, co obraz chce ci powiedzieć.

Świadomość

Codziennie przez chwilę oddychaj świadomie. Jak to zrobić w łatwy sposób? Gdziekolwiek jesteś, po prostu zaobserwuj swój oddech. Możesz przenieść uwagę do nozdrzy i poczuć powietrze, które do nich wpływa oraz z nich wypływa. Zwróć uwagę na długość wdechu i wydechu; czy robisz nieświadomie pauzę między obiema fazami oddechu, czy oddech jest płytki, czy głęboki, szybki czy powolny?

Jeśli zależy ci na uspokojeniu biegu myśli i zrelaksowaniu się, zacznij oddychać wolniej i głębiej. Wdech nosem, wydech ustami. Poczuj, jak z każdym wydechem twoje ciało się rozluźnia. Mięśnie nie muszą być w stanie gotowości, mogą się odprężyć, rytm serca może być wolniejszy, a ciśnienie krwi może spaść. To wszystko dzieje się, jeśli wchodzisz dzięki świadomemu oddechowi w stan relaksu.

Wdzięczność

Kup piękny zeszyt i codziennie wpisuj do niego, za co jesteś wdzięczna. Skupiaj się zarówno na rzeczach z dnia codziennego, jak i tych uniwersalnych. Kiedy piszesz, staraj się poczuć tę wdzięczność w sercu. Ono odpowie ci harmonijnym, czyli koherentnym rytmem, który usprawni twoje procesy myślowe, kreatywność oraz wzmocni układ odpornościowy. Wdzięczność przyciąga do nas więcej tego, za co jesteśmy wdzięczne. Wdzięczność pomaga nam poczuć spokój, ponieważ szybko obniża poziom hormonów stresu we krwi.

Rano, kiedy się obudzisz, spróbuj powiedzieć do siebie:

  • jestem wdzięczna za to, że żyję,
  • jestem wdzięczna za ten dzień, który się właśnie zaczyna,
  • jestem wdzięczna za moich bliskich,
  • jestem wdzięczna za miejsce, w jakim żyję,
  • jestem wdzięczna za to, że mam co jeść,
  • jestem wdzięczna za dobre rzeczy, których dzisiaj doświadczę.
Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.