1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego warto popełniać błędy?

Dlaczego warto popełniać błędy?

fot. iStock
fot. iStock
Mogą inspirować i wzbudzać sympatię, dawać napęd do zmian i prowadzić do wielkich odkryć. Bo czasem największym błędem jest niepopełnianie błędów.

To już mój szósty fuck-up” – stwierdza stojący przed kilkudziesięcioosobową publicznością mężczyzna, a słuchacze zaczynają mu bić brawo. Jest jednym z trzech prelegentów, którzy tego piątkowego wieczoru w małym pubie na warszawskim Żoliborzu opowiadają o swoich biznesowych porażkach i odbierają dyplom za „odwagę, poczucie humoru i dystans do siebie”. Nie, to nie jest spotkanie „anonimowych przegranych” ani próba publicznego napiętnowania przedsiębiorców, którym się nie powiodło, tylko FuckUp Nights – impreza, której celem jest nauka na cudzych błędach. Pomysł przywędrował z Meksyku, gdzie w 2012 roku kilka osób podczas towarzyskiego spotkania zaczęło rozmawiać o interesach, które im nie wyszły. To doświadczenie okazało się tak budujące i inspirujące, że je powtórzono. Spotkania szybko stały się cykliczne i popularne. Pojawili się też naśladowcy i dziś imprezy z cyklu FuckUp Nights odbywają się w kilkudziesięciu krajach, na wszystkich kontynentach.

Nie, nie chodzi o propagowanie porażek, tylko o odwagę do robienia eksperymentów i wyciąganie z nich wniosków. O naukę przez doświadczenie – mówi Jarek Łojewski, coach i trener, który organizuje FuckUp Nights w Warszawie i Trójmieście. – Oczywiście, niech ludzie nastawiają się na sukces, ale niech będą też przygotowani, że może się nie udać. Niech mają świadomość, że często im większy triumf, tym więcej prób i błędów za nim stoi.

Jarek Łojewski wspomina młodego człowieka, który krótko po tym, jak jego firma splajtowała, trafił na FuckUp Nights i przeżył wielkie zaskoczenie, słuchając, jak wiele błędów popełniają doświadczeni przedsiębiorcy. To pozwoliło mu zobaczyć swoją porażkę w innym świetle i dać sobie kolejną szansę. Przestał myśleć, że jedna klapa oznacza konieczność porzucenia marzeń o prowadzeniu własnego biznesu. Można bowiem wiedzieć, że błędy są nieodłączną częścią naszego życia, powtarzać, że „nie robi ich tylko ten, kto nic nie robi”, a „ekspert to ten, który popełnił wszystkie możliwe błędy”, i jednocześnie łudzić się, że życie będzie wyglądać jak najbardziej autopromocyjny profil na Facebooku – bez pomyłek, bez skazy, bez porażki. Czasem dopiero konkretne potknięcia konkretnego człowieka pomagają zobaczyć świat we właściwych proporcjach.

Sztuka eksperymentowania

32-letnia Iwona, graficzka, od dwóch lat przygotowuje własną firmę reklamową. Kończy kolejne kursy, robi stronę internetową, zamówiła nawet u copywritera nazwę i hasło reklamowe. Była na szkoleniach prowadzenia działalności gospodarczej, przeanalizowała rynek, szukając niszy, i zrobiła sobie wizytówki, ale wciąż uważa, że to jeszcze nie pora na start, jeszcze nie jest wystarczająco dobrze przygotowana, by wystawić się na ocenę klientów.

Jarek Łojewski stwierdza, że dwa lata przygotowań bez próby skonfrontowania się z rynkiem to bardzo długo, ale też nie jest tą zwłoką bardzo zaskoczony.

Często pracuję ze start-upami, a 80–90 proc. z nich zbyt długo czeka z pokazaniem swojego produktu. Boją się porażki. Tłumaczę im: „Bez względu na to, ile czasu poświęcicie, i tak będą błędy, i to w miejscach, w których się nie spodziewacie. Lepiej więc, mając pieniądze na rok działalności, po dwóch miesiącach pokazać ludziom wersję beta, nawet sklejoną z kawałków tektury, nazwać ją eksperymentem nr 1 i poprosić o opinie. Jeśli będą krytyczne, zostaną czas i środki na zrobienie eksperymentu nr 2, 3 itd. To lepsze niż dopracowywać produkt przez rok, wydać wszystkie fundusze i kiedy nie ma już ani czasu, ani pieniędzy na poprawki, dowiedzieć się, że nikomu się nie podoba. To dopiero jest porażka”.

Jednak w przypadku osób, które tak jak Iwona z lęku przed popełnieniem błędu odraczają w nieskończoność rozpoczęcie działania, najgorszą możliwą konsekwencją nie jest poniesienie większej porażki zamiast mniejszej, tylko wysokie koszty emocjonalne i zdrowotne.

To naturalne, że każdy z nas do pewnego stopnia boi się porażki – mówi dr Kamila Wojdyło z Instytutu Psychologii PAN i Kliniki PsychoMedic, psychoterapeutka pracująca w terapii z osobami doświadczającymi różnych form lęku i ich konsekwencji. – Jeśli lęk jest tak silny, że paraliżuje; jeśli odczuwamy przymus unikania błędu za wszelką cenę, w nieskończoność analizujemy, co zrobić, by ustrzec się porażki, a jednocześnie mamy przekonanie, że i tak do niej dojdzie; jeśli każde popełnienie błędu prowadzi do dewaluacji siebie, to możemy mieć do czynienia z neurotycznym perfekcjonizmem. Z naszych badań, w których brały udział osoby z wysokim nasileniem nierealistycznych standardów, wynika, że cena, jaką się za niego płaci, jest ogromna. Spada samoocena i nastrój, rośnie poziom stresu, często pojawiają się stany depresyjne, bezsenność i wiele innych dolegliwości zdrowotnych. Znacznie pogarsza się jakość życia.

Kompleks Boga

Błędy są dowodem na to, że żyjemy, rozwijamy się, że jest w nas wigor, nie umarliśmy za życia – stwierdza dr Joanna Kwaśniewska, psycholog z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, prowadząca treningi twórczości „Co ma piernik do wiatraka?”. – Próba unikania pomyłek jest zabójcza zwłaszcza dla kreatywności, bo to, co twórcze, jest nowe z założenia, a w nowość zawsze wpisane jest ryzyko – trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu i sprawdzić, co się wydarzy.

To się jednak nie uda, jeśli nie pozbędziemy się tego, co Tim Harford, ekonomista i autor książki „Adapt: Why Success Always Starts with Failure”, nazywa „kompleksem Boga” – przekonania, że bez względu na to, jak skomplikowany jest problem, rozwiązanie, które sobie przygotowaliśmy, jest bezbłędne. Harford podczas swego wystąpienia na konferencji TED śmieje się z osób, które utrzymują, że rozumieją, jak działa świat. Z polityków twierdzących, że wiedzą, jak poprawić system edukacji, chociaż uczciwiej by było, gdyby powiedzieli, że mają wiele pomysłów do przetestowania i będą szukać najlepszego rozwiązania metodą prób i błędów. Harford jest zresztą wielkim entuzjastą tej strategii i na dowód jej skuteczności pokazuje zdjęcie „produktu”, który dzięki niej powstał, czyli… niemowlaka. Bo czym innym jest ewolucja, jeśli nie efektem wielu eksperymentów.

Jednak przyznanie sobie prawa do błędu to dopiero pierwszy stopień wtajemniczenia. Drugi to zauważyć, że ów błąd się popełniło. Paweł Fortuna w swojej książce „Pozytywna psychologia porażki. Jak z cytryn zrobić lemoniadę” wymienia popularne strategie obronne, które czynią nas ślepymi na własne błędy. Możemy więc zaprzeczyć, że coś poszło nie tak, utrzymywać, że praca nie jest jeszcze zakończona, więc nie da się jej ocenić (chociaż w rzeczywistości niejeden jej etap dawno można już było podsumować), deprecjonować cel w myśl zasady: nie udało się, ale i tak mi nie zależało, albo zrzucić winę na innych. Oczywiście, można też popaść w drugą skrajność, wziąć wszystko na siebie i pogrążyć się w rozpaczy nad swoją ułomnością. Rozpacz bywa tak czarna, że też nie ma szans, by dostrzec w niej naukę na przyszłość.

Ani samobiczowanie, ani samowybielanie daleko nas więc nie zaprowadzą. Jaką mamy alternatywę? Na pewno warto odnotować fakt, że wyszło nam coś innego, niż zamierzaliśmy, a potem obejrzeć dokładnie to, co mamy przed sobą. Tak jak to zrobił Alexander Fleming, przyglądając się brudnym naczyniom w swym zabałaganionym laboratorium. Gdyby nie dopuścił do pojawienia się na nich pleśni (w tamtym momencie uznalibyśmy to za wpadkę) albo starł ją bez zastanowienia, nie odkryłby pewnie penicyliny. Ważna jest więc odpowiedź na pytanie: Czy efekt jest tylko niezamierzony, czy także zły? Otrzymaliśmy odpowiedź numer 2?

Tu często pojawia się trudność, bo ludzie nie potrafią patrzeć na nieudany efekt swego działania jak na zróżnicowaną całość, która składa się tylko z kilku złych rzeczy i wielu dobrych, ale negują wszystko – mówi dr Joanna Kwaśniewska. – Tymczasem chodzi o to, by zauważyć, że błąd jest tylko elementem czegoś większego. To jak z zupą, do której zamiast soli wsypiemy cukier. Nie myślmy: „Wszystko zniszczone, jestem do niczego”. Spójrzmy na zupę jak na wywar, który ma w sobie mnóstwo dobrych składników, jest wartościowy, tyle że ma cukier zamiast soli. Zastanówmy się, co możemy zrobić, by zupa była smaczna, mimo że dodaliśmy do niej cukier. Takie podejście bardzo zmienia perspektywę i pozwala spojrzeć kreatywnie na problem.

Paweł Fortuna radzi też skorzystać z metody nauki na błędach Davida Kolba – najpierw przeanalizować suche fakty (najlepiej z osobami, które były świadkami zdarzenia), potem zastanowić się, co mogło być przyczyną porażki, a na koniec stwierdzić, jakie działanie warto podjąć (czy raczej przetestować) następnym razem w podobnej sytuacji.

Urocze potknięcia

Oświetlony blaskiem księżyca las, a w nim odwrócony tyłem do nas mężczyzna. Wyżej napis: „Stój! Zabłądziłeś. Gdybyś dalej podążał tą ścieżką, już byśmy cię nie znaleźli. Zabierzemy cię do (ikonka domku)”. Na górze liczba 404, która oznacza, że trafiliśmy na stronę błędu. A jednak nie jesteśmy zirytowani, tylko raczej zainteresowani firmą, która w taki sposób zajmuje się wyprowadzonym w pole klientem. Jesteśmy gotowi poznać ją bliżej, a może nawet zrobić z nią jakiś interes. Wpadki bowiem pozwalają czasem zyskać przychylność innych. Oczywiście, pod warunkiem że nie zdarzają się nagminnie. Doświadczenia psychologiczne pokazały, że jeśli mamy do czynienia z dwiema równie kompetentnymi osobami, wyżej ocenimy tę, której przytrafi się jakaś gafa. To tzw. efekt potknięcia. Osoby, które robią wrażenie nieskazitelnych, często budzą w nas nieufność, mamy poczucie fałszu i zaczyna nas uwierać własna niedoskonałość. Sytuacji z pewnością nie poprawia fakt, że, jak mówi dr Kamila Wojdyło, stosunek do własnych błędów przekłada się na relacje z innymi. Jeśli ktoś nie akceptuje ich u siebie, nie będzie ich też akceptował u innych.

Nie dość, że kłuje nas w oczy swoją doskonałością, to jeszcze rani krytyką! Nie, tego naprawdę tak łatwo nie da się wybaczyć. Często więc dopiero rysa na ideale sprawia, że staje się nam bliższy, bardziej ludzki, a może nawet zaczynamy darzyć go sympatią.

Ja wręcz myślę, że te nasze słabości i błędy stwarzają szanse na zbudowanie relacji. Są jak wcięcie w puzzlach – miejsce, które może wypełnić drugi człowiek – mówi dr Joanna Kwaśniewska.

Co ciekawe, pomyłki mogą poprawić nasz wizerunek nie tylko u klientów czy znajomych, ale także u przełożonych.

Coraz częściej szefowie doceniają pracowników, którzy mówią otwarcie, że coś zepsuli, pod warunkiem że dany rodzaj błędu popełnili pierwszy raz i mają pomysł, jak można go w przyszłości uniknąć – mówi Jarek Łojewski. To ci pracownicy mają zwykle najlepsze pomysły, otwarte głowy i nie boją się podejmować decyzji, więc to dzięki nim firma ma szanse się rozwijać. Poza tym mądry zarząd wie, że długo ukrywana ze strachu przed karą wpadka często kończy się katastrofą. Oczywiście, są sytuacje, kiedy nie jesteśmy w stanie dostrzec ani jednej korzyści z popełnionego błędu, kiedy ani sympatii, ani zrozumienia, ani nawet mądrych wniosków nie widać na horyzoncie. Wtedy zostaje nam wartość najważniejsza. – Popełnianie błędów to także okazja do nauki radzenia sobie z trudnymi emocjami, własnymi ograniczeniami i słabościami. Bez tego nie mamy szansy zbliżyć się do prawdziwego obrazu siebie – mówi dr Kamila Wojdyło.

3 błędy, które wyszły na dobre

  • Wydawnictwo Penguin zaskoczyło rynek, wprowadzając bardzo tanie książki w miękkich okładkach. Księgarze dziwili się wtedy: „Skoro nie zarabiamy na książkach za 7 szylingów i 6 pensów, jak mamy zarobić na książkach za 6 pensów”. 80 lat wydawniczych sukcesów Penguina pokazuje jednak, że „błąd” był najlepszą decyzją.
  • Na olimpiadzie w Meksyku w 1968 r. mało znany skoczek wzwyż Dick Fosbury zamiast skoczyć twarzą do poprzeczki (jak wszyscy), ustawił się tyłem. Poprawił rekord olimpijski o 6 cm. Od tego czasu wszyscy skoczkowie powtarzają jego „błąd”.
  • W 1888 r. George Eastman nazwał swoje przedsiębiorstwo fotograficzne Kodak, co było niezgodne z zasadą, że wybierając nazwę dla firmy, korzysta się ze słów, które coś znaczą, są powszechnie rozumiane.
Przykłady pochodzą z książki Paula Ardena „Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dokarmić dobrego wilka - dla zestresowanym mam

Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas niszczy, wprowadza w nasze życie chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza w nas ład. I to od nas zależy, co wybierzemy – mówi psychoterapeutka Krystyna Łukawska. 

Mama bywa zapracowana, zmęczona, zestresowana, zdenerwowana, ale zrelaksowana? To niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma małe dzieci. Warto się zastanowić, co to znaczy zrelaksowana mama. Na pewno nie jest to mama, która się nie stresuje. Wszyscy się stresujemy, mama też i nie ma co się łudzić, że stresu unikniemy. Nasze życie staje się bowiem coraz bardziej intensywne. Zrelaksowana mama to jest taka mama, która – po pierwsze - umie radzić sobie ze stresem, a nie taka, która nie przeżywa stresu. Czasami mamy skarżą się: „Nie mogę przestać się niepokoić, nie umiem się nie martwić.” Odpowiadam im: Też się przejmuję, denerwuję, wszystkie to robimy. Nawet nie wiem jak byśmy miały zaawansowane kariery, to jeśli mamy dzieci, rodzina pozostaje w centrum naszego życia i bywa źródłem niepokoju. Ale przede wszystkim jest źródłem satysfakcji! Bycie mamą to coś najlepszego, co mogło nam się przytrafić. Jednak żeby móc czerpać z tego doświadczenia radość, trzeba ją świadomie budować. Zrelaksowana mama to – po drugie – mama, która daje sobie prawo do tego, żeby zadbać o siebie. A więc nie czuje się winna, kiedy zostawia dziecko pod dobrą opieką i wychodzi z domu, żeby poćwiczyć, spotkać się z przyjaciółką, zrobić coś, co przynosi jej przyjemność. Ale najważniejsze dla osiągnięcia stanu prawdziwego zrelaksowania jest umiejętność BYCIA, a nie tylko działania.

Mamy relaksują się na przykład rozmowami na facebooku. I to nic złego. Jeśli chcę być zrelaksowaną mamą, to regularnie robię coś dla siebie, niezależnie od kontaktów z dzieckiem, na przykład korzystam z Internetu. Warto jednak wiedzieć, że walutą jaką płacimy za korzystanie z Internetu jest nasza uwaga. Badania z 2008 roku – teraz prawdopodobnie te liczby są jeszcze większe - pokazują, że przeciętna osoba pochłania 34 gigabajtów informacji dziennie, co przekłada się na 100 tysięcy słów, przy czym 1 gigabajt to na przykład symfonia albo pełnometrażowy film. Codziennie pochłaniamy taką ilość informacji! Badania pokazują, że Internet dostarczając mózgowi nieustannej stymulacji powoduje rodzaj chemicznego uzależnienia. Wydziela się wtedy dopomina, wywołująca uczucie przyjemności, więc chcemy to robić. Nie zatrzymamy rozwoju technologii, nie ma sensu jej potępianie, sama jestem jej wielką fanką. Trzeba tylko nauczyć się z niej korzystać. Ja też lubię pobyć na facebooku, ale pod koniec dnia zadaję sobie samej pytanie: co przyniosło mi balans, spokój, radość, szczęście? I żeby na to odpowiedzieć konieczne jest: BYCIE.

Co to takiego? To umiejętność uwolnienia się od presji czasu i pośpiechu, któremu wszyscy nieustannie ulegamy. Doskonale pamiętam tę presję. Dzwoni do mnie przyjaciółka, a ja pytam: Czy to coś ważnego, bo nie mam czasu. Dziecko o coś mnie prosi, a ja je poganiam: Tylko szybko, bo się spieszę. A ile czasu zajmuje wysłuchanie pytania dziecka, 30 sekund? Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. Ćwiczenie tej umiejętności zajmuje naprawdę niewiele czasu, wystarczy 30 sekund, minuta na godzinę przeznaczona na zatrzymanie się i świadome oddychanie. W sumie daje to kilkanaście minut BYCIA w ciągu dnia. To naprawdę nic w porównaniu z czasem, który przecieka nam przez palce. Badania neuropsychologiczne pokazują, że do tego, aby można tworzyć, być kreatywnym, trzeba przeplatać działanie BYCIEM.

Czyli odpoczynkiem? Nie do końca. Słowo „odpoczynek” kojarzy się z aktywnością fizyczną - jedziemy na narty, na rower, biegamy. To oczywiście jest odpoczywanie, ważne i potrzebne dla naszego rozwoju. BYCIE to jednak coś więcej. To moment zatrzymania naszego umysłu, nie identyfikowanie się z wszystkimi myślami, jakie przelatują nam przez głowę, co pozwala zauważyć, że niektóre z nich są  po prostu głupie i nie warto się w nie wciągać. Trzeba pamiętać, że 40 procent naszego działania jest działaniem nawykowym. A to znaczy, że reagujemy nie tak, jak wymaga tego sytuacja, często nawet nie tak, jakbyśmy chcieli, tylko tak, jak mamy to wdrukowane przez wychowanie, edukację, przyzwyczajenia.

BYCIE powściąga reakcje nawykowe? Tak. Taką reakcją nawykową jest, na przykład, mówienie do dziecka: „uważaj!” Ja też ciągle to powtarzałam. Pamiętam też, jak mój ojciec wołał z przerażeniem: „uważaj”, co miało oznaczać tylko to, że się boi, że zrobię sobie jakąś krzywdę, nic więcej. A więc kiedy uświadomiłam sobie, że to nie jest pomocne zawołanie do dziecka, a nawet, że wprowadza niepokój, to postanowiłam się powstrzymywać od mówienia takich słów. Dobra wiadomość jest taka, że nawet dzieci można nauczyć powstrzymywania się. Ale nie można uczyć dzieci czegoś, czego sami nie umiemy. Jako mama wypowiedziałam wiele nieodpowiednich i okrutnych słów dopóki nie uświadomiłam sobie tego i nie nauczyłam się wyrażać swojego niezadowolenia z szacunkiem i życzliwością dla dziecka.

Co daje bycie zrelaksowaną mamą? Uwolnienie od poczucia winy. Poczucie winy bardzo nas bowiem obciąża. W zachodniej kulturze obwiniamy się od setek lat, na winie i karze opierały się systemy edukacyjne. Nawet jeśli teraz wiemy, że obwinianie nie ma sensu i nie pomaga ani w uczeniu  ani w rozwoju, to ciągle pojawia się nawykowo. Z mojej pracy z mamami wynika, że one przede wszystkim obwiniają się same. I drugi problem – nie dają sobie prawa do błędów.   

Bo wszystkie chcemy być idealnymi matkami. Mam wrażenie, że same na sobie przeprowadzamy test: zdałam egzamin, czy go oblałam. I bardzo często odpowiadamy: oblałam. Zajmujemy się głównie tym, co zrobiłyśmy nie tak, podczas, gdy jako mamy niesłychanie się staramy, wkładamy w wychowanie dziecka wiele troski, starań, pracy, nieprzespanych nocy, a w ogóle tego same nie doceniamy! Kiedy pojawia się nawykowe samoobwinianie: „znowu nawaliłam, znowu sprawiłam, że synek się rozchorował” dobrze jest zrobić krótki moment przerwy i zauważyć: „Oto odzywa się we mnie mój wewnętrzny krytyk”. Zamiast sobie coś wyrzucać, lepiej zobaczyć to, że czegoś nie umiem, że byłam  bezradna. Można wykonać  wtedy proste ćwiczenie: Porównać ową sytuację do scenariusza filmowego i zastanowić się, co bym w nim zmieniła, żeby film zrobiony na jego podstawie mi się podobał. Jestem wielką entuzjastką warsztatów i w ogóle uczenia się. Sama korzystałam z wielu warsztatów i nadal to robię. Mam za sobą 25 lat intensywnej i regularnej medytacji, więc dla mnie zatrzymanie jest już łatwe i naturalne. Ale na początku było niesłychanie trudne. Uważam, że w każdym wieku można się zmienić, najpierw jednak trzeba nauczyć się BYCIA.

W końcu uda nam się kiedyś posiąść sztukę bycia zrelaksowanymi? To złudzenie, że możemy ten stan osiągnąć. W życiu cały czas balansujemy między równowagą, a brakiem równowagi. To tak, jakbyśmy chodzili po cienkiej linie. Nawet duchowi nauczyciele nie żyją w stanie permanentnej równowagi, oni tylko wiedzą, jak szybko ją odzyskać. Zacząć można od zatrzymywania się i świadomych oddechów. Starać się zauważać, ale nie  utożsamiać z głosem wewnętrznego krytyka. Ćwiczyć się w życzliwości i łagodności w stosunku do siebie. Myślę, że często nie umiemy okazać życzliwości, miłości, bo nas tego nie uczono. Rodzice bardziej starali się nauczyć nas czego nie robić, co jest dla nas niedobre niż tego, co robić i co jest dla nas dobre. Bardziej chronili niż poświęcali czas i uwagę. To ważne, żeby regularnie dbać o życzliwą, przyjazną atmosferę w domu. Okazujmy dzieciom miłość, ciepły i serdeczny dotyk, patrzmy sobie nawzajem w oczy i mówmy: O jak się cieszę, że się cieszysz, to cudowne, że ci się udało. Dziecko rośnie, gdy widzi zachwyt w oczach mamy. Celebrujmy momenty bycia razem, posłuchajmy z autentycznym zaangażowaniem historii jakie opowiada dziecko.

Łatwo powiedzieć…Wiele mam uzna, że to niewykonalne. Często narzekamy na dziecko, ponieważ nie możemy wybaczyć sobie tego, co mu zrobiłyśmy. Na przykład tego, że kiedy było chore, marudne, nakrzyczałyśmy na nie. Nasza reakcja wynikała nie ze złych intencji, tylko z bezsilności i nieumiejętności stawiania dziecku granic z szacunkiem i życzliwością. Na spotkaniach z rodzicami podkreślam, że jestem za wychowaniem bez kar. Rodzice odpowiadają, że wychowanie bezstresowe się skompromitowało. Ale wychowanie bez kar nie ma nic wspólnego z wychowaniem bezstresowym. Dziecko niesłychanie potrzebuje dyscypliny, każdy z nas jej potrzebuje, niczego nie moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie dyscyplina. Naszym zadaniem jest więc nauczyć dziecko dyscypliny. A będzie to możliwe wtedy, kiedy sami zaczniemy czuć się swobodnie ze stawianiem dziecku wymagań, ograniczeń, ale bez upokarzania, obwiniania, oskarżania, z życzliwością i szacunkiem. I czasami to bardzo trudne, bo sami  takiego traktowania nie doświadczyliśmy. Dyscyplina nie polega na tym, żeby karać. W  karze zawiera się pewien rodzaj upokorzenia, pokazanie, że mam władzę. Oczywiście, rodzice mają władzę nad dzieckiem, ale nie ma potrzeby jej podkreślać. I to nieprawda, że zbuntowany nastolatek nie chce dyscypliny. On tak naprawdę marzy, żeby rodzice pomogli mu przejść przez trudny okres w życiu, ale żeby zrobili to z szacunkiem i życzliwością, żeby pokazali, że są po jego stronie, że nie chcą go zniszczyć, tylko pragną uszanować jego przestrzeń, osobowość. Swoboda w spokojnym stawianiu wymagań daje mamie niesłychaną siłę. Warto ją budować także poprzez chwile zatrzymania.

Co daje nam stan zrelaksowania? Spokój, odprężenie, jasność umysłu. Zmienia jakość naszych relacji z dzieckiem, partnerem, przyjaciółmi, ale przede wszystkim ze sobą samym. Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas  niszczy,  wprowadza w nas chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza ład. Jest taka mądra przypowieść o starym Indianinie, do którego przychodzi wnuczek i mówi: - Nienawidzę kolegi, bo potraktował mnie niesprawiedliwie. Na co dziadek: - Ja też czasami czuję nienawiść do tych, którzy są chciwi i aroganccy. Ale nienawiść jest jak trucizna, którą pijesz w nadziei, że otruje drugą osobę. We mnie i w każdym z nas są dwa wilki, które toczą walkę. Jeden – pełen chciwości, agresji, zazdrości, pesymizmu – dąży do wojny i  zniszczenia. A drugi – pełen dobroci, miłości, wyrozumiałości, optymizmu – dąży do pokoju i harmonii. Każdy z nich chce dominować, chce być ważniejszy. - A który z nich wygra dziadku? - zapytał wnuczek. - Ten, którego będziesz karmił.

Ta przypowieść pięknie pokazuje, że w każdym momencie życia mamy wybór. Żeby jednak był możliwy, musimy na moment się zatrzymać i po prostu „być”, bo w tym „byciu” zapala się żarówka świadomości, dzięki której możemy zobaczyć nasze życie z innej perspektywy.

A gdy same się zmienimy, to nie ma siły, żeby nie zmienili się ludzie wokół nas. To niewiarygodne, jak to działa! Dlatego warto zacząć dzień nie od narzekań, że to nie zrobione, tamto nie zrobione, tylko od uśmiechu i serdecznego powitania dziecka: Dzień dobry, jak spałaś, jak się czujesz. Ale najpierw trzeba uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć: Dzisiaj jest nowy dzień, postaram się być życzliwą dla siebie. Bo kiedy uśmiecham się do siebie, uśmiech pojawia się także na twarzach innych. 

Krystyna Łukawska – psychoterapeutka, coach, absolwentka Instytutu Psychologii UW, autorka wielu seminariów i warsztatów (w tym internetowych adresowanych do mam: www.zrelaksowanamama.pl) i książki „Szczęśliwi rodzice – szczęśliwe dzieci”. Od lat mieszka w USA.

Jak zadbać o siebie?

1. Ucz się życzliwego przyglądania się swoim myślom 

2. Ucz się rozumieć swoje ciało i traktuj je życzliwie

3. Akceptuj momenty słabości i unikaj obwiniania

4. Powstrzymuj się od reakcji kiedy jesteś zła

5. Ucz się uspokajać silne emocje

6. Uśmiechaj się do siebie i innych

7. Rób coś, co sprawia ci radość

8. Dbaj o ruch i wypoczynek

9. Rozwijaj wdzięczność do siebie i innych

10. Okazuj miłość i serdeczność

 

  1. Psychologia

Nie bój się błędów

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
„Źle to robisz, zostaw, odłóż. Lepiej sama zrobię… Znowu zepsute, kiedy ty się nareszcie tego nauczysz. Co ja mam z tym dzieckiem!”. To w domu.

„Źle! Znowu nie umiesz! Jedynka. Tylko tyle potrafisz? Wciągnij te kopyta, do baletu nie wstąpisz!”. To w szkole. (Cytat z mojego pana od wf.).

Całe nasze młode życie bywa upstrzone takimi połajankami, ocenami. Zabrałam się do szycia sobie spódnicy ze starych, nienoszonych spodni taty i byłam z siebie bardzo dumna. Dopóki mama nie wykazała mi niezbicie – wytykając, co źle obrąbiłam i gdzie się ciągnie… – że niepotrzebnie zniszczyłam (!) tacie spodnie. Szyć przestałam.

Na studiach spotkałam dziewczynę, która chodziła w fajnych, uszytych przez siebie samą ciuchach. Była oryginalna. Kiedyś zobaczyłam, że dynda jej jakaś nitka i szew jest nadpruty. Doniosłam jej o tym cichutko, z troską – bo pewnie nie zauważyła. „Ha, ha – zaśmiała się Teresa. – Wiem! A co to szkodzi!”. Zamurowało mnie. Moja mama by mnie zabiła – zwierzyłam się z nieudanej kariery krawcowej. „A moja – powiedziała Teresa ku mojej wielkiej zazdrości – w ogóle by się nie przejęła. Kroiłam i szyłam, co chciałam, mama mi dawała wszystkie materiały. Zawsze mnie wspierała i zachwycała się tym, co robię”. Teresa Seda została świetną projektantką.

Mam nadzieję, że pamiętacie nauczyciela ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Kiedy zapytany przez niego uczeń odpowiadał błędnie, on mówił: „Nie, ale dziękuję za odpowiedź!”. Pamiętacie jego szacunek i miłość do uczniów? Pamiętacie, jak rozkwitali, jak stawali się twórczy? Ilu z nas spotkało takich nauczycieli? Ilu miało takich rodziców? Oczywiście sytuacja nie bywa wyłącznie czarna. Byliśmy przecież chwaleni za dobre wyniki w szkole, za posłuszeństwo, za to, że wstydu nie przynieśliśmy. Byliśmy chwaleni i uznawani za to, co dla NICH było dobre. Pomieszało nam się więc z tym, co dobre dla NAS. Co dla nas właściwe. Ciągle jesteśmy nie dość doskonali i ciągle mamy się doskonalić. I w dodatku mamy to robić bezbłędnie, już od razu.

Mój, skądinąd fajny tata, też miewał wpadki. Zawsze byłam bardzo dzielna, ale bałam się głębokiej wody. On uczył mnie pływać. Na płytkiej wodzie pływałam, na głębokiej krztusiłam się ze strachu i robiłam wiatrak. Po kilku takich nieudanych próbach tatę szlag trafił i wepchnął mnie całą pod wodę, przytrzymując mi mocno głowę. Przeraziłam się, że mnie utopi. Trwało to wieczność. I ten straszny żal i zawód, że to ON mi to robi.

A potem w mojej szkole zrobili basen. Jezu, jak mi zależało, żeby pływać! Najpierw zaczęłam ćwiczyć oddechy w misce pełnej wody, a potem noc w noc ćwiczyłam pływanie we śnie. Na raz ramiona do przodu, głowa do wody, wydech pod wodą, na dwa głowa nad wodę, nabranie oddechu, ramiona na boki i do tyłu, a potem znowu głowa do wody, ramiona do przodu, wydech pod wodą… Zaczęłam uwielbiać to nocne pływanie. I któregoś dnia na wf. na basenie stanęłam na słupku, uśmiechnęłam się do siebie i... skoczyłam. Pływanie stało się moim ulubionym zajęciem na zawsze. Tata był ze mnie bardzo dumny, bo pływałam godzinami. Nie wiem, czy wiedział, co mi zrobił. Ja wiedziałam, że uratowałam siebie sama. A moje sny do dziś przychodzą mi z pomocą.

W niektórych sprawach się poddaliśmy, w innych nie. Na szczęście w życiu prawie każdego są takie sfery, za które odpowiadamy sami, nikt nam się tam nie może wedrzeć. Na szczęście spotykamy rówieśników, z którymi budujemy świat według innych praw niż te dane nam przez dorosłych. Na szczęście spotykamy różnych dorosłych.

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów. A potem już możemy przekazać je naszym dzieciom.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Rozczarowania - 21 sposobów, jak je mądrze wykorzystać

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Rozczarowania są częścią życia, trudno ich uniknąć. Therese J. Borchard, autorka książki "The Pocket Therapist: An Emotional Survival Kit", podaje 21 sposobów, aby wykorzystać je do osobistego rozwoju.

1. Przyjmij, że nic nie jest "raz na zawsze"

Albert Einstein nie zdał egzaminu wstępnego na uczelnię. Walt Disney został zwolniony ze swojej pierwszej pracy w mediach. Michael Jordan został wyrzucony ze szkolnej drużyny koszykówki... Losy najwybitniejszych postaci naszej historii najlepiej pokazują, że przyszłość może nas pozytywnie zaskoczyć.

2. Pogódź się z tym, że bywa się raz na wozie, raz pod wozem.

Gdy poczujesz, że gorzej być nie może, przypomnij sobie stare buddyjskie przysłowie: „Kwiat lotosu najpiękniej kwitnie, rosnąc w najgłębszym błocie”.

3. Przypomnij sobie, jak powstaje perła

Popatrz na stan rozczarowania jak na proces tworzenie się perły. Potraktuj „niewygodne ziarenko piasku”, jako zaczątek drogocennej perły.

4. Ucisz krytyka

Zachowuj się tak, jakby go nie było. Jeśli się to nie udaje, wsłuchaj się w swój wewnętrzny głos, który krytykuje, osądza i łaje. Ucisz go, zdecydowanie.

5. Nie poddawaj się skrajnym emocjom,

Rozwijamy się, jeśli mamy silne korzenie, czyli myślimy racjonalnie, nie dając się powodować skrajnym emocjom. Spójrz na bambus - nie wygląda imponująco, ponieważ nie ma rozgałęzień. Ma jednak korzenie, które sięgają głęboko i szeroko. Dlatego ma szansę, tak szybko rosnąć.

6. Wytrwaj

Wytrwałość to podstawa: „Największy dąb był kiedyś małym orzechem, który wytrwał w jednym miejscu” .

7. Nie przyspieszaj procesu

Motyl zanim wyjdzie z kokonu cierpliwie czeka aż jego skrzydła staną się na tyle silne, żeby mógł latać.

8. Chroń się przez ludźmi, którzy nie są ci życzliwi

Unikaj ich. Odgrodź się od nich szczelną zasłoną. Karm się energią ludzi przyjaznych i wspierających.

9. Patrz na niepowodzenia z góry

Felietonista Ann Landers kiedyś napisał: „Spodziewaj się kłopotów jako nieuniknionej części życia, a kiedy przychodzą, trzymaj głowę wysoko. Spójrz im prosto w oczy i powiedz: "Jestem większy od was. Nie możecie mnie pokonać.” 10. Nie generalizuj porażki

„Pęknięcia” w twoich związkach czy karierze nie oznaczają, że całe twoje życie jest „rozbite”. 11. Prowadź dziennik

Najnowsze badania dr Jamesa Pennebakera, psychologa z Uniwersytetu w Teksasie, dowodzą że pisanie o bolesnych uczuciach łagodzi stres i przyśpiesza gojenie emocjonalnych ran.

12. Zmień perspektywę

Gdy jesteś we władzy negatywnych emocji, to tak jakbyś oglądał piękny obraz z bardzo bliska. Widzisz tylko rozmazane plamy. Ale z pewnej odległości obraz opowiada historię. Zupełnie inną historię.

13. Naucz się podnosić

Japońskie przysłowie mówi: „Spaść siedem razy, wstać osiem”.

14. Przyjmij nauki

Nikt nie jest doskonały. Ludzkie doświadczanie życia polega na zamienianiu rozczarowań i błędów w mądrość.

15. Skręć, czyli podejmij decyzję

„Kiedy dojdziesz do rozwidlenia na drodze, skręć".  Dopóki nie zdecydujesz się na zmianę, idziesz donikąd.

16. Zacznij od początku

Każde rozczarowanie jest okazją, aby zacząć od nowa. Popatrz na życie jak na białą kartkę papieru. Otrzymasz tyle pustych kartek, ile zechcesz.

17. Bądź łagodny

Mów do siebie z miłością i dobrocią. Jak do najlepszego przyjaciela.

18. Błogosław każdą niezaplanowaną zmianę trasy

Zostałeś wyrzucona z pracy? Nareszcie znajdziesz lepszą! Ciesz się na to, co czeka za ostrym zakrętem.

19. Tańcz w deszczu

Nie czekaj aż skończy się burza. Tańcz w deszczu. Bądź szczęśliwy już teraz.

20. Wierz w cuda

One zdarzają się zazwyczaj wtedy, kiedy się ich nie spodziewasz.

21. Zawsze miej nadzieję

Trzymaj się jej, nadzieja nie zawodzi.

 

  1. Psychologia

Dobre nawyki: nie oceniam

Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Skąd takie postanowienie? Ocenianie wprawdzie oszczędza czas i daje ujście frustracji, ale czy naprawdę ułatwia życie?

Niedawno trafiła do mojego gabinetu Iza, młoda kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Lęki i wątpliwości, typowe dla przyszłych mam, zakłócające jej błogosławiony stan, skłoniły ją do poszukania pomocy.

– Jestem złą matką – powiedziała, surowo się oceniając. –  Nie mam nawet czasu, żeby wypełnić dokumenty do płacenia wyższego ZUS-u, co zapewni mi spokój finansowy po porodzie. Nie dbam o siebie tak jak inne kobiety w ciąży.

Słuchałam jej uważnie, patrzyłam na jej niespokojne ciało: siedziała pochylona, jakby chciała ukryć brzuch, na nogach miała buty na wysokich obcasach, poprosiła o kawę, „bo jeszcze tyle ma dzisiaj do zrobienia”. Kobieta w ciąży powinna być spokojna, skoncentrowana na sobie i dziecku – oceniałam ją, na szczęście tylko w myślach. Muszę pomóc jej się wyciszyć, nauczyć nawiązywania kontaktu z dzieckiem – mój film „w głowie” rozkręcał się na dobre. W końcu ja – jako terapeuta – wiedziałam lepiej, czego potrzebuje przyszła mama. Iza, jakby czytając w moich myślach, kontynuowała swoją opowieść.

– A poza tym dziecko jest ułożone pośladkowo, a ja chcę rodzić naturalnie. Lekarz dał mu dwa tygodnie, żeby odwróciło się główką w dół.

No tak – pomyślałam – wiadomo, że poród pośladkowy jest trudniejszy i dla matki, i dla dziecka. Lekarz, ja, cały świat wiedzieliśmy lepiej, jak powinno być ułożone dziecko w brzuchu matki. A potem zrobiło mi się tak jakoś smutno.

Gra w życie

Dzisiejszy świat jest zawiły, skomplikowany i na dodatek pędzi w zawrotnym tempie. Zupełnie jak wirtualna gra, w której liczy się czas – bezlitośnie migające cyferki zegara umieszczonego w rogu monitora oceniają nasz spryt, szybkość myślenia i sprawność motoryczną (ilość skutecznych kliknięć). Dlatego wymyślono (i w grze, i w życiu) zestaw reguł, których opanowanie obiecuje nam mistrzostwo: patrz jak robią to inni, opanuj zasady i oceń swoje szanse, bo jak nie, to wypadniesz z gry.

Niedawno miałam okazję trzymać na rękach ośmiotygodniowe niemowlę. Maleńka dziewczynka z niesamowitym skupieniem obserwowała moją twarz. Kiedy uśmiechnęłam się – jej buźkę również rozjaśnił uśmiech. Gdy coś do niej powiedziałam – złożyła usteczka w dzióbek, jakby próbowała mi odpowiedzieć. Twarz jest dla niemowlęcia pierwszym, najważniejszym nauczycielem życia. Obserwując, na początku bez zrozumienia, emocje odzwierciedlające się na ludzkiej twarzy, jako niemowlęta zaczynamy istnieć w świecie. Dzięki komunikatom odczytywanym z mimiki twarzy matki, tonu jej głosu, uczymy się, co jest dobre, pożądane, co gwarantuje miłość i akceptację. Potem dochodzi porównywanie z innymi dziećmi.

Dorośli, oceniając nasze zachowanie, a także wygląd, wzrost, tuszę itp., przydzielają nam odpowiednie miejsce w ludzkim szeregu. Jesteś inteligentna, bo nauczyłaś się korzystać z nocnika szybciej niż dziecko sąsiadki. Jesteś odważna, bo nie płakałaś pierwszego dnia w przedszkolu, tak jak inne dzieci. Grzeczna, bo budzisz się w nocy rzadziej niż twój starszy brat itp. Porównywanie to pierwszy etap procesu oceniania – sprawdzanie, jak wypadasz na tle innych. Ten mechanizm będzie towarzyszył ci przez całe życie.

W poszukiwaniu winowajcy

„Przyszłam do pani, bo dwie moje najlepsze przyjaciółki też chodzą na terapię” – to częsty komunikat, który słyszę na pierwszej sesji. „Poleciła mi panią moja szefowa, a ona się zna na ludziach” – takie zdania również nie są rzadkością. „Ciekawe, czy pani sobie poradzi z moim problemem, jest pani moją trzecią terapeutką” – tego typu oceny nie wróżą dobrze terapii, bo przecież to nie ja mam sobie poradzić z kłopotem pacjentki.

Patrzę, obserwuję, uważnie słucham i… także oceniam: motywację pacjentki do terapii, jej główny problem, sposoby radzenia sobie w życiu do tej pory itp. Psychologiczna diagnoza to także ocena – dopasowanie pacjentki do „normy”. Czy na pewno jest niezbędna? Czy stwierdzenie, że człowiek, który siedzi przede mną, ma osobowość histeryczną, naprawdę pomoże (mnie czy jemu)? A obserwacja jego ciała: gestów, mimiki, napięcia – czy ułatwi mi skontaktowanie się z jego duszą?

– Na czym polega twój kłopot? – pytam i… otwieram puszkę Pandory, z której wylewa się morze ocen: „moi rodzice byli nadopiekuńczy”, „mój partner to prawdziwy narcyz”, „mój szef to despota”… Mijają kolejne sesje, stopniowo poznaję bliższe i dalsze otoczenie pacjenta. Wiem, jakich miał rodziców, dlaczego jego siostra jako nastolatka uciekła z domu itd. Tylko o nim samym, tym prawdziwym, wiem niewiele. Zdarza się, że stawiam pacjentkę przed dużym lustrem i proszę: „Popatrz na siebie tak, jakbyś widziała się po raz pierwszy. Kogo widzisz?”.

„Jestem za gruba”, „wyglądam zbyt poważnie jak na swój wiek” – coraz dalej brniemy w ocenianie. Kiedy przychodzi do mnie para, mój gabinet zamienia się w salę rozpraw. Zamiast się ze sobą komunikować, partnerzy na wyścigi wyliczają przewinienia drugiej strony, licząc, że wskażę winowajcę, wymierzę mu karę, każę się zmienić i tym samym uratuję związek.

Dlaczego tak bardzo lubimy oceniać innych?

Odsłoń lustro

Życie wśród ludzi, a jednocześnie pozostanie sobą, ze swoimi potrzebami, pragnieniami, marzeniami – to najtrudniejsze wyzwanie dla każdego z nas. Pod warunkiem że przyznajemy sobie prawo do bycia prawdziwymi. Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. Jeśli np. oceniasz, że ktoś jest skąpy, być może to ty masz problem z dzieleniem się, albo przeciwnie – twoja hojność cię wypala.

Ocenianie, którego celem jest lepsze poznanie samej siebie, jest w porządku. Jednak najczęściej służy ono samousprawiedliwianiu. Kiedy uda mi się zauważyć ów mechanizm, staram się wykorzystywać go w terapii. Jeśli np. mówisz mi: „Mój partner jest tyranem” – pytam: ,,A co by było, gdyby on przestał cię kontrolować”. Albo gdy powiesz: „Przez jego picie musiałam rzucić pracę, zerwać relację z przyjaciółmi”, dam ci zadanie: „Wyobraź sobie, że on przestaje pić. Co wtedy robisz ze swoim życiem?”. Może okazać się, że rola ofiary, osoby kontrolowanej, to jedyna, jaką znasz. On przestaje pić, a ty nadal stoisz w miejscu, niczego nie robisz ze swoim życiem. Ocenianie pozwala odwrócić uwagę od nas samych – świata, ale także własną. Bywa doskonałym usprawiedliwieniem kłopotów, porażek, kompleksów i urazów. Dowartościowuje – kiedy stawia nas wyżej od innych. Daje zielone światło dla narzekania. Obniża trudne do wytrzymania napięcie. Nakłania innych do użalania się nad nami i pomagania. Jednak dopóki oceniasz, nie masz szans na spotkanie z samą sobą, żyjesz w iluzorycznej bajce. Narażasz się na to, że będziesz jak bohater książki napisanej przez pisarzynę bez polotu.

Dzień bez oceniania

Zafunduj sobie choć dzień bez punktowania innych i zobacz, jakie przyniesie to efekty.

1. Rano, tuż po obudzeniu wypowiedz na głos mantrę: "Wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre” i naprawdę w to uwierz. 2. Zamiast oceniać, skup się na faktach. Na przykład zamiast kręcić nosem: Ale brzydka pogoda, na pewno będę miała migrenę”, powiedz: ,,Pada śnieg. Na termometrze –10 stopni”. 3. Przyjmuj ze spokojem wszystko, co cię spotyka ze strony innych ludzi, i w myślach im za to podziękuj. 4. Kiedy obudzi się w tobie mechanizm oceniania, skoncentruj się na doznaniach w ciele: jak się ma twoja lewa stopa? 5. Patrz na bliskich i dalszych znajomych tak, jakbyś ich widziała po raz pierwszy, uważnie i z miłością. 6. W rozmowie z ludźmi unikaj stwierdzeń: „bo ty nigdy…”, „bo ty zawsze…”. 7. Poobserwuj przyrodę: świeci słońce, wieje wiatr, nadchodzi zmierzch – natura ma w nosie naszą ocenę. Ty też po prostu rób swoje. 8. Unikaj natrętnych myśli w stylu: „nie zadzwonił, choć obiecał”, „jest niesłowny albo mu na mnie nie zależy” – stop, nie wiesz, dlaczego nie zadzwonił.

  1. Psychologia

Jak sukcesy partnera wpływają na naszą samoocenę?

Mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki. (Fot. iStock)
Mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Co się dzieje w relacjach, jeśli jedna osoba osiąga większe sukcesy niż druga? Okazuje się, że mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki.

Kiedy bliska nam osoba, może to być na przykład przyjaciel, osiąga lepsze wyniki niż my sami, często prowadzi to do pogorszenia się własnego poczucia wartości oraz obniżenia nastroju. Zaczynamy zastanawiać się nad tym, czemu nie osiągnęliśmy tego, co nasz przyjaciel, zwłaszcza jeśli rywalizujemy na tym samym polu.

Najbardziej jest nam przykro, jeśli bliska osoba odnosi sukces w szczególnie ważnym dla nas obszarze, na przykład znajduje dobrze płatną pracę w tym czasie kiedy my mamy z tym trudności. Jak możemy zareagować na taką sytuację? Istnieje kilka możliwości: zaczniemy oddalać się od zdolniejszego przyjaciela, spróbujemy pomniejszyć jego sukces albo założymy, że następnym razem na pewno mu się nie powiedzie. Im bliższa jest to osoba i ważniejsza dziedzina, w której rywalizujemy, tym bardziej ucierpi na tym nasza samoocena.

Sukces partnera

Na szczęście nie w każdej sytuacji sukces partnera będzie oznaczał porażkę drugiej połowy. Jeśli przykładowo twój mąż awansował w pracy, a ty nigdy nie miałaś aspiracji zawodowych i całe życie marzyłaś by zajmować się rodziną, to taka sytuacja może mieć wyłącznie pozytywne skutki. Pomyśl jednak jak się poczujesz jeśli zawsze chciałaś realizować się zawodowo, ale życie sprawiło, że zostałaś gospodynią domową i przy tym twój mąż szybko pnie się po drabinie kariery. Nie zawsze jednak dochodzi do stwierdzeń typu: mój parter osiągnął dany cel, więc jest lepszy ode mnie. Czasem sukces ukochanego podnosi samoocenę kobiety, natomiast porażka ją obniża. Może to wynikać z poczucia jedności z drugą osobą: jestem częścią kogoś, więc jeśli temu komuś się udaje, to jest to równoznaczne z tym, że mnie się coś udało. Tak samo jest z porażką.

Różnice w postrzeganiu czyjegoś powodzenia bądź fiaska wynikają przede wszystkim z odmienności płci. Mężczyźni z reguły przewidują gorsze wyniki dla przyjaciół w obszarach dla siebie ważnych, natomiast kobiety nie przejawiają takich skłonności. Możliwe, że traktują one sukces przyjaciela jako coś, co rozpowszechnia się również na nie. Prowadzi to do popartego badaniami stwierdzenia, że samoocena mężczyzny bardziej ucierpi w sytuacji osiągania sukcesu przez partnerkę, niż na odwrót. Wynika to z umiłowania mężczyzn do cech sprawnościowych, posiadanie których powoduje, że jest się bardziej skutecznym w osiąganiu celów.

Cechy „męskie” i „kobiece”

Mężczyźni na ogół przeceniają posiadanie cech dotyczących sprawności, są to między innymi inteligencja, zdecydowanie, umiejętności analityczne, przywództwo. Natomiast kobiety przeceniają swoje możliwości w cechach wspólnotowych, takich jak szczerość, prawdomówność, empatia, bycie pomocną itd. Czyli można powiedzieć, że kobiety chcą być pomocne, a mężczyźni skuteczni. Skoro obszar sprawczości jest o wiele bliższy ambicjom mężczyzn, to bardziej przeżywają oni też sukces swojej partnerki, co nierzadko prowadzi do obniżenia poziomu samooceny. Te różnice mogą wynikać z naszej biologii, według której mężczyzna jest dominującym, a nieraz nawet agresywnym zdobywcą i jedynym żywicielem rodziny. Rywalizacja jest czymś naturalnym nawet dla małych chłopców, którzy w grupie rówieśniczej starają się udowodnić, że w czymś są lepsi od innych. Nie zapominajmy też o powszechnych stereotypach dotyczących płci, według których mężczyzna powinien być niezależny, silny i skuteczny. W społeczeństwie istnieje przyzwolenie na to, by kobieta, będącą „słabą” towarzyszką mężczyzny, korzystała z jego sukcesów. Natomiast jeśli partnerzy zamieniają się rolami, mężczyzna jest postrzegany jako zniewieściały, a wysokie osiągnięcia kobiety są pomniejszane i bagatelizowane.

Sukces innej osoby zmusza mężczyznę do zastanowienia się nad tym, czego samemu się nie osiągnęło w tej dziedzinie i czy nie jest się gorszym od kogoś innego. Można powiedzieć, że dla mężczyzny sukces osoby bliskiej jest równoznaczny osobistej porażce. Natomiast samoocena kobiety potrafi zyskać przy wysokich osiągnięciach partnera.

Cechy sprawcze są tak bardzo ważne i pożądane przez mężczyzn również dlatego, że są one jednym z najważniejszych kryteriów, które uwzględnia kobieta przy wyborze partnera życiowego. Lepsze wyniki zawodowe kobiety mogą sprawić, że mężczyzna poczuje się niepotrzebny i będzie miał obawy, że jego druga połówka odejdzie do kogoś bardziej zaradnego. Natomiast kobieta oczekuje od mężczyzny, może nawet nie zawsze świadomie, że będzie on lepszy pod względem sprawnościowym od niej, by móc dbać, troszczyć się i wspierać.