1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pozwólmy dzieciom być sobą

Pozwólmy dzieciom być sobą

Gdybyśmy uznali, że irytujące zachowania dzieci to coś normalnego, byłoby nam łatwiej i spokojniej. (Fot. iStock)
Gdybyśmy uznali, że irytujące zachowania dzieci to coś normalnego, byłoby nam łatwiej i spokojniej. (Fot. iStock)
Warto być sobą – wiadomo. A dzieci? Czy one też mogą być sobą? Może im na to pozwolić? Nie chodzi o to, żeby ich nie wychowywać, ale żeby nie złościć się, gdy nie pasują do obrazka, który sobie wyobraziliśmy. Hanna Samson tropi kolejne „bezsensy” naszej codzienności.

Wróciłam niedawno z Norwegii, gdzie odwiedziłam bliską mi rodzinę, czyli Zulę, Daniela i ich troje dzieci. Olaf ma dziesięć lat, Maja osiem, a Pola trzy z kawałkiem. Pewnego dnia razem z Mają odbierałyśmy Polę z przedszkola, bo Zula pojechała gdzieś z Olafem, a Daniel był w pracy. Wszystko poszło jak z płatka. Idziemy sobie razem do domu, aż tu nagle Pola zaczyna drzeć się i nie chce iść dalej – żadne moje słowa ani gesty do niej nie trafiają, wręcz przeciwnie, są wodą na młyn. „Nie lubię cioci!!!”– wrzeszczy w końcu Pola, a ja rozglądam się wokół, czy ktoś nie słyszy. Pola krzyczy po polsku, więc mała szansa, by zrozumiał, ale i tak czuję się zawstydzona, jakby patrzył na mnie cały świat i potępiał, że nie sprawdzam się w roli cioci. Na szczęście jest Maja, która mówi spokojnie: „Chodźmy. Pola nie będzie chciała zostać sama i pójdzie za nami”. Ruszamy. Pola protestuje, ale po chwili dołącza, już nie krzyczy, w końcu idziemy razem, zgodnie i wesoło jak na początku.

Czemu tak się spięłam, gdy Pola zaczęła wrzeszczeć? Zadziałał syndrom urojonej publiczności, o którym pisze Susan Stiffelman w książce „Uważne rodzicielstwo. Wychowaj dziecko na świadomego, pewnego siebie i czułego człowieka”. Syndrom ten występuje u rodziców (okazuje się, że nawet u cioć!), którym wydaje się, że inni ludzie nieustannie ich oceniają, orzekając surowe wyroki, gdy dziecko zachowuje się nie tak jak trzeba.

Rozsądna Empatia

Na weekend pojechaliśmy do Szwecji, do znajomych Daniela, którzy po raz pierwszy mieli zobaczyć całą rodzinę. Dojechaliśmy pod piękny dom, wysiedliśmy z samochodu i się zaczęło! O ile dobrze zrozumiałam, chodziło o to, że Pola chciała mieć kalosze Mai i żadne inne buty nie wchodziły w grę. W płaczu i krzyku ginęły mi fragmenty narracji i chyba tylko mama wiedziała, o co chodzi. Wyjaśniła Poli, że tych kaloszy nie może włożyć, ale ma inne buty. Tyle że Pola ich wcale nie chciała. Wyobraźcie sobie tę sytuację. Gospodarze mile uśmiechnięci wyszli nas witać przed dom, a Pola na bosaka płacze, tupie i wrzeszczy bez umiaru.

Chcę wytłumaczyć, że Pola to bardzo fajna dziewczynka, zaraz się uspokoi i sami zobaczą, chcę przepraszać za takie wejście, no wiecie, jak to jest: najważniejsze, co inni pomyślą i nic ważniejszego nie ma na świecie. Ale patrzę na mamę Poli, a ona nic nie tłumaczy, tylko swobodnie się wita, jakby świat nie czyhał na to, by ją ocenić. I jakoś tak zadziałała spokojnie, że Pola też się uspokoiła i szybko okazało się, jaka jest fajna i już nic nie trzeba było tłumaczyć. A gdyby mama Poli cierpiała na syndrom urojonej publiczności? Z lęku przed krytyką zrobiłaby wszystko, by kontrolować zachowanie córki i dobrze wypaść w oczach znajomych.

We wspomnianej książce Susan Stiffelman wyróżnia cztery postawy rodziców, z których tylko jedna jest sensowna. Na przykład postawa pasywna charakteryzuje się tym, że ulegamy woli dziecka, by załagodzić sytuację. Gdyby mama Poli miała taką postawę, pewnie kazałaby Mai zdjąć kalosze i oddać Poli. Gdyby Maja nie chciała, mama mogłaby jej coś w zamian obiecać. Rodzic pasywny stara się przypodobać dzieciom i za nic w świecie ich nie denerwować, bo boi się ich reakcji.

Z kolei postawa agresywna objawia się tym, że rodzic naskakuje na dziecko, ucieka się do gróźb i zastraszania, żeby wymusić posłuszeństwo. Gdyby mama Poli była agresywna, pewnie by jej powiedziała, że jak się natychmiast nie uspokoi, to nigdy więcej z nimi nie pojedzie. A może by kazała córce siedzieć w samochodzie, dopóki nie przestanie płakać? Rodzice agresywni miewają różne, często skuteczne pomysły, ale nie mają szans na bliską relację z dzieckiem.

Kolejna postawa: pasywno-agresywna polega na kontrolowaniu zachowania dziecka poprzez wywoływanie poczucia winy i wstydu. Gdyby mama Poli była pasywno-agresywnym rodzicem, mogłaby jej powiedzieć: „Przynosisz nam wstyd!”. A po kilku godzinach: „Zepsułaś nam całą wycieczkę!”. Jak czułaby się Pola, wolę sobie nie wyobrażać!

Na szczęście jest jeszcze postawa asertywna, dzięki której dziecko wie, że jest kochane, takie jakie jest, a nie za to, że podbudowuje obraz i poczucie własnej wartości rodzica. Taka postawa pozwala przyjąć, że dziecko niekoniecznie musi zachowywać się tak, jakbyśmy chcieli i nie traktować tego jako osobistej zniewagi czy próby sił. Rodzic asertywny potrafi wczuć się w pragnienia dziecka, daje mu prawo do przeżywania emocji, a jednocześnie umie postawić granice, które nie muszą być zgodne z oczekiwaniami dziecka.

Mama Poli rozumiała jej pragnienie założenia kaloszy Mai, pozwoliła jej przeżywać złość i rozczarowanie, ale została przy tym, że Pola ma swoje buty. A przede wszystkim nie traktowała zachowania córki jako podstawy do oceny jej samej jako matki. To dało jej spokój potrzebny w kontakcie z dziećmi i przynoszący owoce, co dobrze widać po Olafie i Mai.

Fajne dzieci, fajnych rodziców

Innego wieczoru siedzieliśmy razem w salonie, Pola poszła już spać, zostały starsze dzieci. I jakoś tak się stało, że Zula sięgnęła po komputer i przeczytała ich śmieszne powiedzonka z różnych okresów życia. Na przykład rozmowę z czasów, gdy mieszkali w Japonii. Maja: „Mamo, jesteś najpiękniejszą dziewczyną na całyyyym świecie”. Olo: „Japońskie też są ładne”. Albo całkiem sensowna prośba Mai: „Mamo, kiedy jestem smutna lub nerwowa, mów do mnie »Majusia«, to mnie ucieszy”. Albo gdy Olaf odwiedził mamę w szpitalu po urodzeniu Poli. Olo:„ Mamo, a Pola wyszła przez brzuch czy przez siuśkę?”. Mama: „Przez siuśkę”. Olo: „Kurczę, chciałem to widzieć!”. Gdy Olaf był chory, Maja rozwieszała z mamą pranie. Maja: „Zrobię małą przyjemność mojemu choremu braciszkowi i rozwieszę ładnie jego koszulkę z Lego, taka fajna siostra, OK, mamo?”. A kiedyś Olo nudząc się w aucie, odsłonił lusterko i obwieścił: „Popatrzę sobie na ładny ja”. Już w zeszłym roku do tych zapisków dołączyła Pola, stwierdzając, że ma mało uszu.

Ten wieczór bardzo mnie wzruszył. Zobaczyłam, jak te dzieci czują się bezpiecznie w swoim domu. Potrafią śmiać się same z siebie z przeszłości, nie muszą się bronić, bo nic im nie zagraża. Wiedzą, że są kochane takie, jakie są. Że zasługują na szacunek, którym darzą też siebie nawzajem. Że są ważne i akceptowane.

W pułapce porównań

Często trudno nam zaakceptować własne dzieci nie dlatego, że sprawiają problemy, ale dlatego, że porównujemy to prawdziwe dziecko do swojego wyobrażenia o tym, jakie powinno być – stwierdza Susan Stiffelman i nazywa to wyobrażenie „dzieckiem ze zdjęcia”.

Jakie jest dziecko ze zdjęcia? Nie marudzi, wykonuje nasze polecenia z uśmiechem i bez zwłoki, przerywa najfajniejszą zabawę, gdy je wołamy, może nawet pyta samo z siebie: ‚Mamo, czy ci nie pomóc?”. No naprawdę, dzieci ze zdjęcia są cudowne!

Zachowania prawdziwego dziecka irytują nas niewspółmiernie mocno dlatego, że gdzieś w głębi duszy jesteśmy przekonani, że nasze dziecko nie powinno być irytujące i nieposłuszne. To rozbieżność między obydwoma obrazami wyprowadza nas z równowagi, a nie samo zachowanie malucha. Gdybyśmy uznali, że irytujące zachowania dzieci to coś normalnego, byłoby nam łatwiej i spokojniej.

Gdybyśmy uznali na przykład, że córka ma prawo nie chcieć sprzątać swojego pokoju, bo tak to jest z nastolatkami. I nic dziwnego, że jest opryskliwa, skoro w kółko przypominasz jej o tym, że ma sprzątnąć swój pokój, i zarzucasz bałaganiarstwo i lenistwo. Jeśli spojrzymy na nasze dziecko bez porównywania go z tym ze zdjęcia, możemy zacząć je wychowywać, zamiast z nim walczyć. Nie musimy desperacko zmuszać córki do zrobienia tego, co chcemy, ale możemy pomyśleć, jak to zrobić, żeby od czasu do czasu sprzątała swój pokój.

Nie wiesz jak? Jestem pewna, że znajdziesz sposób, jeśli przestaniesz się wściekać i traktować bałagan w pokoju jako coś, co nie powinno mieć miejsca. Jeśli staniesz obok dziecka, a nie w opozycji do niego – wtedy razem możecie szukać rozwiązania. Jasne, że milej byłoby wychowywać dziecko ze zdjęcia, ale co wtedy mielibyśmy do roboty?

Kochamy się za nic

W książce Susan Stiffelman znalazłam list rodziców do syna: „Chase, nie obchodzi nas, czy jesteś najmądrzejszy, najszybszy, najfajniejszy czy najbardziej zabawny. W szkole będą organizować mnóstwo konkursów i nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, czy wygrasz którykolwiek z nich. Nieważne, czy będziesz miał same piątki. Nie interesuje nas, czy dziewczyny będą uważały, że jesteś uroczy albo czy do drużyny zostałeś wybrany jako pierwszy czy jako ostatni. Nie jest dla nas ważne, czy jesteś ulubieńcem nauczycieli. (…) Nie wysyłamy cię do szkoły, żebyś był najlepszy w czymkolwiek. I tak kochamy cię najmocniej, jak to tylko możliwe. Nie musisz robić nic, żeby zasłużyć na naszą miłość czy dumę i nie ma takich rzeczy, które spowodowałyby, że je stracisz. Nie ma co do tego wątpliwości. Idziesz do szkoły, żeby uczyć się bycia dzielnym i uczciwym człowiekiem”.

Jeśli wiemy, po co wychowujemy nasze dzieci, łatwiej nam skupić się na tym, co ważne, zamiast ustawiać je ciągle do zdjęcia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy i kiedy dać dziecku smartfon?

- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.

Fragment pochodzi z książki „Jak nie zgubić dziecka w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…

Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).

Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:

  • Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
  • Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
  • Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
  • Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
  • Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
  • Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?

Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.

Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…

Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:

  • wspólną naukę obsługi smartfona;
  • zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
  • rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
  • pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
  • po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
  • akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą!

'Jak nie zgubić dziecka w sieci', Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)"Jak nie zgubić dziecka w sieci", Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Mistrzowie codzienności – czego uczą nas najbliżsi?

Gdy decydujemy się szanować potrzeby dzieci, wtedy okazujemy szacunek własnym niezaspokojonym potrzebom z dzieciństwa. (fot. iStock)
Gdy decydujemy się szanować potrzeby dzieci, wtedy okazujemy szacunek własnym niezaspokojonym potrzebom z dzieciństwa. (fot. iStock)
Partner irytuje, dzieci wciąż sprawiają kłopoty, święty by z nimi nie wytrzymał – jak w takich warunkach myśleć o duchowym rozwoju?! A jednak... I dzieci, i partnerzy uczą nas miłości. Bycie z nimi wymaga znajdowania i wyrażania tego, co w nas kochające, wspierające i współczujące. Otwierając się na miłość, zaczynamy widzieć w bliskich ich wewnętrzne piękno i doskonałość. Mistrzowie na wyciągnięcie ręki? Właśnie tak!

Dziecko jak Gandhi

Wielu autorów zwraca uwagę na potencjał rozwojowy naszych związków. Marshall Rosenberg proponuje, aby wyobrazić sobie, że nasze dziecko to szczególny gość, któremu należy się szacunek i miłość, np. Gandhi. Albo Budda. A nasz partner to ktoś wyjątkowy, którego jesteśmy ciekawi wciąż na nowo.

– Rodzicielstwo jest zwierciadłem, w którym oglądamy nasze najlepsze i najgorsze cechy; chwile najcenniejsze i najbardziej przerażające – mówili Myla i Jon Kabat-Zinnowie na spotkaniu z rodzicami podczas wizyty w Polsce. W pewnych okresach czujemy, że w naszej rodzinie wszystko jest w porządku. Dzieci wydają się szczęśliwe, silne i zrównoważone. Lecz już następnego dnia, a nawet w następnej chwili, możemy mieć trzęsienie ziemi. Pojawia się zamęt, rozpacz, złość i frustracja. Nasz dotychczasowy sposób myślenia i pojmowania rzeczy staje się bezużyteczny. Nie wiemy, co się dzieje i dlaczego.

Co wtedy? Kluczem jest świadomość. Szczególny rodzaj uwagi, która obejmuje wszystko, co się dzieje, z intencją zachowania równowagi i jasności umysłu. Wszystko – także to, co bolesne i nieprzyjemne. Wtedy usiłujemy – nie bez trudności – przyjąć aktualne wydarzenia i zrozumieć, jaka powinna być w nich nasza rola.

– Miłość do dzieci wyraża się poprzez jakość spędzonych z nimi chwil – mówią Myla i Jon. W sposobie podawania kromki chleba i w porannym przywitaniu, w codziennym okazywaniu dobroci i zrozumienia, w otwartości i akceptacji – także wtedy, gdy na progu świadomości czai się lęk i złość.

Myla mówi i pisze, że wszystkiego, co najcenniejsze, nauczyła się od trójki swoich dzieci, bo dzieci są ucieleśnieniem tego, co najlepsze w tym życiu. Przychodzą do nas po to, byśmy mogli uczyć się miłości. Sprawiają, że możemy uczestniczyć w misterium życia, kochają nas. Dzieci żyją w teraźniejszości. Są cudownym kwiatem, czystym potencjałem rodzących się możliwości, wcieleniem nowej energii życiowej, nadzieją. Dzięki dzieciom dokonują się poważne zmiany w naszej świadomości. Zaczynamy odczuwać intymną więź z nadzieją i bólem innych osób w sposób wcześniej nam nieznany. Poszerza się sfera współczucia. Przejęci troską o własne dzieci i ich pomyślność zaczynamy inaczej postrzegać nędzę, wojny i przyszłość naszej planety.

Pytania do siebie

Dzieci zachowują niezakłóconą obecność. Stale rozwijają się i zmieniają, co wymaga od nas wciąż nowych reakcji. W miarę jak rosną, rzucają wyzwania wszystkim naszym oczekiwaniom, ustalonym opiniom i pielęgnowanym przekonaniom. A co więcej – pozwalają nam rozpoznawać nasze stare, ograniczające i niszczące wzorce z dzieciństwa. Jako rodzice znamy cały repertuar destrukcyjnych zachowań, takich jak umniejszanie dziecka, bagatelizowanie jego uczuć, pogarda, upokarzanie słowami, tonem głosu, ośmieszanie. Zachowujemy się w sposób automatyczny, a czasem okrutny, bliski nam, gdyż sami wyrośliśmy w atmosferze takich zachowań. Gdy traktujemy dziecko jak naszego nauczyciela, najcenniejszą istotę, wtedy łatwiej się zatrzymać i zapytać siebie: Co ja teraz robię? Dlaczego reaguję tak gwałtownie na tę sytuację? Do czego doprowadzi mnie dalsze postępowanie w ten sposób? Co czuje moje dziecko? Jaki mam w tym momencie wybór? Potrzebujemy wtedy świadomie powrócić do chwili obecnej i spokojnie obserwować wewnętrzne impulsy.

Wstrzymanie działań odruchowych, obserwowanie bez osądzania, co się ze mną dzieje – to niełatwe, bo wymaga świadomego zaangażowania w życie. Jednak w chwilach, gdy potrafimy dostrzec własne aberracje i zmienić swój sposób reagowania, dokonują się w nas uzdrawiające przemiany, pisze Myla Kabat-Zinn.

Gdy decydujemy się szanować potrzeby dzieci, wtedy okazujemy szacunek własnym niezaspokojonym potrzebom z dzieciństwa. Wybierając dobroć, wsparcie i miłość zamiast okrucieństwa, otaczamy współczuciem także siebie. Jeśli ktoś nas bił, a my zatrzymujemy się przed uderzeniem dziecka, wtedy sami sobie dajemy ochronę i bezpieczeństwo. Każdy taki akt jest krokiem na drodze do pełni i wyzwolenia z przeszłości.

Wstępując na tę drogę, możemy cieszyć się z błędów, ponieważ one pokazują nam, gdzie jesteśmy. W znakomitej książce „Zen na co dzień. Miłość i praca” Charlotte Joko Beck poświęca „błędom” wiele miejsca. Ta chwila, kiedy nagle uświadamiamy sobie, że poszukiwanie czegoś poza nami nie przyniesie rozwiązania, to chwila magiczna. Nie istnieją idealni ludzie, idealna praca ani idealne miejsce do życia. Poszukiwanie kończy się zawsze w tym samym miejscu, w którym spotyka nas… rozczarowanie. I to jest dobre miejsce.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Wątpliwości w macierzyństwie są ok

Młode matki muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz - mówi psycholożka Katarzyna Półtorak.(Fot. iStock)
Młode matki muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz - mówi psycholożka Katarzyna Półtorak.(Fot. iStock)
Kiedy mama, która jest w kłopocie, dostaje z każdej strony rady, czuje, że inni mają więcej kompetencji. I ma coraz mniejsze zaufanie do siebie – mówi psycholog Katarzyna Półtorak.

Uważa się, że młoda matka ma dzisiaj lepiej niż jej matka.
Rzeczywiście panuje takie przekonanie. Jeżeli dzisiaj córka przychodzi do swojej mamy i opowiada o trudnościach, to bardzo często słyszy, że ma dużo lepiej, bo nie musi prać pieluch, są gotowe zupki w słoiczkach, jej mąż uczestniczy w wychowaniu. Problem polega na tym, że współczesne mamy mierzą się z zupełnie inną rzeczywistością i z zupełnie innymi wyzwaniami niż ich mamy.

Z jakimi problemami młode mamy przychodzą do pani?
Żalą się, że straciły życie, które miały; że bardzo trudno im pożegnać się z tym kawałkiem, który dotyczył kariery, spotkań towarzyskich, pasji; boli je, że krzyczą i nie wiedzą, jak przestać. To nie jest tak, że one nie są zadowolone z bycia mamami, że nie są wdzięczne za to, że spotkały odpowiedniego partnera, założyły rodzinę. Doceniają to.

Ale?
Trudności pozostają. To znaczy – fakt, że świadomie podjęły decyzję o byciu mamą i że nie zrobiłyby nic inaczej, nie sprawia, że nie żal im poprzedniego życia. One muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz.

Zmienić priorytety?
Tak, to też trudność, szczególnie wtedy, gdy dziecko jest malutkie i wszystkie siły i zasoby są kierowane w jego stronę. W tym czasie właściwie cała energia mamy idzie na zaspokojenie potrzeb dziecka oraz na to, żeby rodzina ten czas przetrwała. Mama na ogół nie ma do końca rozeznania, jak powinno wyglądać nowe życie, czego ona chce, na czym polega jej rola.

Może wszystkiego dowiedzieć się z Internetu, popytać inne mamy, swoją mamę.
Tak, i to robi, ale tu spotyka ją kolejna trudność, która polega z jednej strony na tym, o czym już mówiłam, czyli na zmianach w sposobach i możliwościach wychowywania dzieci w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, a z drugiej – na tym, że kobiety nie umieją się nawzajem wspierać. Przyzwyczailiśmy się do tego, że gdy myślimy o dawaniu wsparcia, to chodzi nam o dawanie rady. Czyli – jak ona mówi mi o swojej trudności, to ja jej mówię, jakie mam rozwiązanie, i uważam, że ona powinna je zastosować. I sprawa będzie rozwiązana.

Dlaczego to nie działa?
Kiedyś działało bardziej, bo kobiety były dla kobiet często jedynymi źródłami wiedzy. Dzisiaj, kiedy mamy zgłaszają się do mnie na bezpłatne konsultacje online, oczekują nie rad, ale przyjęcia ich razem z ich emocjami, pomocy w wypracowaniu odpowiednich dla nich strategii działania.

Co złego jest w tym, że ktoś radzi młodej mamie?
Dawanie rady łączy się z przekonaniem, że ten, kto radzi, wie lepiej. Gdy więc mama, która jest w kłopocie, dostaje z każdej strony rady, czuje, że inni mają więcej kompetencji, są mądrzejsi. Ma coraz mniejsze zaufanie do siebie. Kiedy opowiada mi o swoich trudnościach, to widzę, że często się ich wstydzi.

Wstydzi? Dlaczego?
Ponieważ myśli, że tylko ona ma taki kłopot, a inne mamy go nie mają. I nie chodzi tylko o to, że jej koleżanki w mediach społecznościowych pokazują wymuskane zdjęcia, na których życie wygląda jak w bajce. Chodzi o to, że jak spotyka inne mamy w parku, w przedszkolu, na imprezie rodzinnej, to one mówią, że wszystko u nich OK, że super. A u niej super nie jest, ale wstydzi się do tego przyznać. Wstyd to jedna z najtrudniejszych emocji, blokująca, wszechogarniająca. Czujemy się wtedy niedoskonali, niekompetentni, nieudani.
Wstyd matek jest niejako skutkiem braku otwartości w ich otoczeniu. Bo żeby być otwartym na drugiego człowieka, trzeba mieć do niego dużo zaufania, pewność, że nie oceni, że będzie starał się nam pomóc. W dobie pandemii, kiedy jesteśmy zamknięci, zestresowani, brak otwartości jest jeszcze bardziej dotkliwy. W rodzinach pojawia się dużo emocji, nowych wyzwań, a mało chęci, żeby pokazywać, co się naprawdę dzieje.

Pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. (Ilustracja Aneta Klejnowska)Pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. (Ilustracja Aneta Klejnowska)

Wymianie doświadczeń mogłyby służyć fora dla młodych matek. Ale służą głównie porównywaniu się, kto jest lepszy, czyja metoda skuteczniejsza.
Składa się na to kilka przyczyn. Kiedyś obowiązywał konkretny model wychowania i wiadomo było, jakie narzędzia wychowawcze istnieją. Teraz jedne mamy korzystają z wielu podejść, wybierają, co im służy na danym etapie, inne obstają przy odmiennej opcji. Mają więc dużo możliwości wyboru. I mało zaufania do siebie. Jeśli widzą, że dziecko nie jest w stanie czegoś zrobić, a koleżanka pisze, że w określonym wieku powinno, to uważają, że jak będą ćwiczyć tę umiejętność z dzieckiem, efekt powinien się pojawić. Kiedy się nie pojawia, nie rozumieją dlaczego. Natomiast mama, która ma do siebie zaufanie, wie, że można sprawdzić, czy dana strategia służy dziecku, czy jest odpowiednia do jego wieku, możliwości rozwoju, potrzeb. Trzymanie się jakiejś strategii tylko dlatego, że zadziałała u innego dziecka, podczas gdy u mojego się nie sprawdza, a ja też się z nią źle czuję – jest błędem. Mamy często nie zdają sobie sprawy, po co coś robią. Wydaje im się, że nawet jeśli im to nie służy, to będzie służyło dziecku. Ignorują swoje potrzeby, nie zdają sobie z nich sprawy. I nic dziwnego – od małego jesteśmy uczeni ignorowania sygnałów płynących z naszego ciała. Jest nam ciepło, ale każe nam się nosić czapkę. Jesteśmy syci, a musimy zjeść rosołek, żeby babci nie było przykro. I jak sami stajemy się rodzicami, zaczynamy reagować tak, jak nasi rodzice. Mamy wdrukowane pewne skrypty zachowania, a o uwagę dopominają się nieuświadomione potrzeby.

Co z nimi zrobić?
Wyciągnąć na wierzch, przyjrzeć się im. Jeżeli mama pozna swoje potrzeby, to zrozumie źródło swoich problemów i wtedy może poszukać rozwiązań, które będą jej służyły. A gdy je znajdzie – nabierze poczucia kompetencji. I będzie dużo lepiej sobie radzić z ocenami płynącymi z zewnątrz, wszystko jedno, czy z krytyką, czy z pochwałą. Pod wpływem ocen z zewnątrz kobiety mają sporo poczucia winy. Zarówno gdy karmią piersią, jak i gdy nie karmią. Gdy biorą urlop macierzyński albo gdy wracają do pracy. W każdej niemal sytuacji młode mamy mają dużo wątpliwości.

I z tego powodu cierpią?
Tak, bo wątpliwości uznaje się za słabość, przeciwieństwo siły, wpływu, sprawczości. Natomiast ja uważam, że pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. A mamom wydaje się, że jak nie mają wpływu na całość, to nie mają go w ogóle, na nic. Tymczasem zawsze mamy jakiś kawałek wpływu, tylko musimy go znaleźć i zdecydować, czy chcemy z niego skorzystać. Kiedy kobiety mówią, że one czegoś nie wiedzą, a ja odpowiadam, że to jest OK, są zdziwione. Myślą, że jako dorosłe kobiety i matki nie powinny mieć wątpliwości, powinny wiedzieć, co jest dobre dla dziecka, jak zareagować, co zrobić. A nasuwanie się wątpliwości oznacza, że szukam, rozwijam się, że jestem ciekawa czegoś innego. Ciekawość bardzo pomaga w wychowywaniu dzieci.

Jak ją pogodzić z kultem konsekwencji?
Część matek tak bardzo stara się być konsekwentnymi, trwać przy rozwiązaniach, które obrały, że tracą na to mnóstwo zasobów, które mogłyby wykorzystać do budowania fajnych relacji z dzieckiem. A to nie służy nikomu. A na dodatek pokazuje dzieciom, że zbaczanie z drogi, bycie niekonsekwentnym jest słabością, a nie poszukiwaniem rozwiązań. Wątpliwości nie umniejszają naszej wartości. Jeżeli nie dajemy sobie do nich prawa, to stajemy w miejscu siły, a z tego miejsca trudno budować relacje. Bo w relacjach jest miękkość, zaufanie, niewiedza, ciekawość.

Badania pokazują, że dzisiaj aż 40 proc. kobiet nie pracuje. Młode mamy nie mają dylematów: praca czy wychowanie?
Oczywiście, że mają. Gdy pracujemy nad ich nieuświadomionymi potrzebami, to wychodzi na jaw, że niektóre nie czują z powodu macierzyństwa radości. Doskwiera monotonia, powtarzalność. Nie mają poczucia, że robią coś ważnego, co nadaje sens ich życiu. Bardzo potrzebują drugiego filaru, jakim jest praca. I nie musi to być zawrotna kariera, może po prostu zapewniać potrzebę różnorodności, rozwoju. Mają jednak dylematy, czy ich dziecko jest gotowe na żłobek, czy to dobry moment rozwojowy, żeby się z nim rozstać. I często dopiero wtedy, gdy idzie ono do placówki, odzyskują równowagę. A jak one są w równowadze, to i cała rodzina ją odzyskuje.

Młode mamy mogą liczyć na ojców dzieci.
Faktycznie, młodzi ojcowie są często bardzo zaangażowani, zainteresowani tym, jak wspierać się nawzajem, jak budować rodzinę w nowoczesny sposób. Jedna rzecz utrudnia jednak skuteczne dawanie tego wsparcia, mianowicie to, że nie trafia ono w miejsce, w które ma trafić. Mężczyzna gotuje obiad, idzie z dzieckiem na spacer, odbiera je z przedszkola, bawi się z nim, ale mamie często bardziej potrzebne jest bycie wziętą pod uwagę, docenienie, wysłuchanie, zadbanie o to, żeby mogła realizować pasje, pracować. Kobiety, mimo że kochają swoich partnerów, zauważają, że – ze względów biologicznych, kulturowych i społecznych – są zdecydowanie bardziej niż oni obciążone. One z tym nie dyskutują, ale chciałyby, żeby mężczyzna zobaczył i uznał ich wysiłek. Wsparcie emocjonalne od partnerów jest kluczowe.

Co przede wszystkim chce pani przekazać młodym matkom?
Po pierwsze, że w swoich problemach nie są odosobnione. Po drugie, że wątpliwości, proszenie o pomoc to nie oznaki słabości, tylko sposób na szukanie rozwiązań. Po trzecie, żeby ufały sobie, nie bały się zbaczać z utartych ścieżek, schematów. Po czwarte, by nie porównywały się do innych matek.

I żeby uwolniły się od napięcia, które im nieustannie towarzyszy?
Zdecydowanie tak. Bo takie napięcie to ładunek wybuchowy, który może eksplodować pod wpływem małej iskierki. Spokój każdy czerpie z czego innego. Jeżeli więc będziemy wiedziały, o co nam chodzi, czego potrzebujemy, i będziemy potrafiły o to poprosić, to cała rodzina na tym zyska. Gdy dziecko zobaczy, że mama umie regulować swoje emocje, będzie się tego też uczyć. Ważne, żeby matki odkryły swoje potrzeby, stały za nimi, a nie podążały za potrzebami innych. 

Katarzyna Półtorak, psycholożka, ekspertka w dziedzinie komunikacji i budowania relacji bez krzyku. Autorka programów rozwojowych i wspierających dla kobiet. Właścicielka i twórczyni marki 'Mama ma moc!' - www mamamamoc.pl (Fot. archiwum prywatne)Katarzyna Półtorak, psycholożka, ekspertka w dziedzinie komunikacji i budowania relacji bez krzyku. Autorka programów rozwojowych i wspierających dla kobiet. Właścicielka i twórczyni marki "Mama ma moc!" - www mamamamoc.pl (Fot. archiwum prywatne)

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry