1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ludzie powinni pisać. Napisz książkę w 2020 roku z Katarzyną Bondą

Ludzie powinni pisać. Napisz książkę w 2020 roku z Katarzyną Bondą

Katarzyna Bonda (fot. Rafał Masłow)
Katarzyna Bonda (fot. Rafał Masłow)
Dlatego, że potrafią. Dlatego, że pisanie czesze myśli, porządkuje emocje i daje ogromną satysfakcję. Dlatego, że mogą w ten sposób nazwać swoje dylematy i wewnętrzne zmagania. Katarzyna Bonda, pisarka i nauczycielka pisania, zachęca, by w 2020 roku zacząć pisać książkę. Nawet jeśli nigdy miałaby nie ujrzeć światła dziennego.

Może to dziwne pytanie dla pisarki, ale jaki sens ma pisanie książek? Dlaczego ludzie chcą to robić? Żyjemy w bardzo szczęśliwych czasach, biorąc pod uwagę przestrzeń wieków. Większość z nas ma co do garnka włożyć, w co się ubrać i gdzie mieszkać – ale żyjemy też w czasach masakrycznego szumu informacyjnego, zewsząd atakują nas newsy, dźwięki, zdarzenia. Brakuje nam refleksji, namysłu, momentu, by się zatrzymać. A przecież każdy powinien też od czasu do czasu znaleźć się w ciszy, w przestrzeni, która będzie tylko jego, w której będzie czas i przestrzeń, by zadać sobie pytania: Kim jestem? Czego naprawdę chcę? Jakie mam plany? Zwłaszcza jeśli jesteśmy ludźmi wrażliwymi, takie odklejenie się, wycofanie jest bardzo potrzebne. Pisanie książki to schowanie się. Już krótkie opowiadanie zwykle tym skutkuje. Książka jest zapisem trudnym i długoterminowym, niczym przebiegnięcie maratonu, daje jednak pewien rodzaj higieny psychicznej. To jest głównym powodem, dlaczego ludzie chcą pisać. Jest jeszcze dodatkowy element motywujący, kiedy ktoś nosi w sobie jakąś dręczącą lub uwierającą go historię, pewien nadmiar lub brak. Albo wiedzę, którą chce się podzielić z innymi. A zapis jest dla człowieka najprostszy. Pisać każdy umie.

I może doskonalić tę umiejętność w coraz częściej powstających szkołach pisania, gdzie uczą tego specjaliści. Sama prowadzisz takie zajęcia. Dziś napisać i wydać książkę jest o wiele łatwiej niż kiedyś. Nie jest to już naznaczone nimbem wyjątkowości. Ta dostępność daje ludziom większą odwagę. I to jest piękne. Wiele osób chce pisać terapeutycznie, opisać swoją historię – po to właśnie przychodzą na zajęcia i kursy kreatywnego pisania. To jest z jednej strony dobre, z drugiej jest pułapką. Bo żeby napisać książkę, trzeba mieć naprawdę duży imperatyw i solidny warsztat pisarski. Fabularny zapis, w którym powołujemy do życia fikcyjne postaci, jest o wiele łatwiejszy. Ale na kursy przychodzi też mnóstwo ludzi, którzy chcą pisać fikcję albo reportaże, czyli opisywać prawdziwe, ale nie swoje historie. Każdemu, kto chce napisać książkę, radzę, by najpierw wybrał swój rodzaj opowieści, swój gatunek. Wyobraził sobie, gdzie ta książka będzie stała w księgarni, na jakiej półce. Czym to tak naprawdę będzie. Oczywiście to się może zmienić w trakcie pisania. Pamiętam jedną kobietę, która deklarowała, że chce napisać kryminał, ale w trakcie rozmów i zapisu wyszło jej, że to jednak będzie romans. Chińczycy zawsze mówią, że i tak ostatecznie uwydatni się w tobie to, co masz najsilniejsze i że nie trzeba się przed tym powstrzymywać. Chodzi więc o to, by odnaleźć to, co cię bierze, co jest dla ciebie najłatwiejsze i najbliższe ciału. W trakcie zajęć w szkole pisania, które są swoistym coachingiem grupowym, uczestnicy mają uświadomić sobie, w czym są najlepsi. To jest ich siła, która przyda się, gdy napotkają przeszkody, a na pewno je napotkają.

Żyjemy w biegu i narzekamy na brak czasu. A przecież napisanie książki zabiera tego czasu mnóstwo. I jest wybitnie samotniczym zajęciem. Sama przyznajesz, że kiedy piszesz książkę, znikasz na kilka tygodni. Jak to zrobić w tzw. codziennym życiu? To jest bardzo trudne. Zwłaszcza ten moment wyłączenia się z życia, kiedy mówisz sobie i innym: „Teraz na chwilę się wyłączam”. Natomiast kiedy już to zrobisz i kiedy dasz radę oddzielić od twoich bliskich, od twojego pracodawcy, od obowiązków urzędowych, od listonosza, hydraulika i telemarketerów – czujesz, że to najlepszy rodzaj odpoczynku. Poza tym pisanie daje ogromną satysfakcję. Jeśli uda ci się stworzyć choćby jedną scenę, ogarnia cię moc, tworzysz w końcu nowy świat, jesteś demiurgiem. Nie mamy w życiu wielu możliwości, by doświadczyć czegoś  takiego, no, może poza rodzeniem dzieci czy robieniem szczytnych rzeczy dla innych. Dlatego pisanie jest tak przyjemne i uzależniające. Kiedy ludzie zaczną to robić, to potem piszą kolejne książki. Można oczywiście dyskutować nad ich jakością, ale ja jestem za tym, by powstawały też i takie produkty, które są jednorazowe. Które są po to, żebyś przez chwilę pożyła w napięciu czy pomarzyła o wielkiej miłości. Ludzie potrzebują pobyć w iluzji, oderwać się od codzienności. To czytelnicy oceniają, czy książka jest potrzebna. Pisanie musi rajcować, trzeba w nim odnaleźć coś takiego, co sprawia, że nie czuje się tych godzin spędzonych przy biurku, tego cierpienia i zmęczenia.

Inaczej to cierpienie odbierze czytelnik… Czytelnik zawsze odbiera pomiędzy wierszami energię pisarza. Jak ci idzie po grudzie, to on to wyczuje i odłoży książkę. Jeśli będziesz pisać tak, jak inni chcą, a nie jak ty sama chcesz – jego nie oszukasz. Dlatego pisząc swoją pierwszą książkę, nie ma sensu słuchać innych, tylko po prostu oddać się pisaniu. Potem, kiedy już damy to, co napisaliśmy, do oceny, będzie czas na poprawki, redakcję i przepisywanie całych fragmentów. Bo pisanie polega właściwie na przepisywaniu.

Haruki Murakami w książce „Zawód: powieściopisarz” wyznaje, że swoją pierwszą książkę zaczął pisać po angielsku, dlatego że w angielskim zdania mają prostą konstrukcję. Nie wiedział, jak pisać, pisał więc możliwie najprościej. Czy prostota to dobry kierunek dla początkujących? Każda strona w książce to tak naprawdę mała książka. Każda scena to jak patrzenie przez soczewkę na temat, który chcesz poruszyć. Kiedy siadasz do pisania, nie myślisz o całej książce, tylko o tej jednej jedynej scenie. W tym sensie upraszczanie to dobry kierunek. W pisaniu najważniejsze jest to, co tu i teraz. Ważne jest to, że mamy kawiarnię, taką a taką godzinę, taki a taki dzień. I w to wszystko wkładamy bohaterów i ich emocje. Bez emocji nie ma książki. Wszystko, co najważniejsze, dzieje się pomiędzy słowami. Dlatego strasznie ważna jest cisza. Początkujący pisarze zwykle za dużo gadają, wkładają mnóstwo słów w dialogi, podczas gdy tak naprawdę porozumiewamy się głównie niewerbalnie, odbieramy na zmysłowym poziomie. Trzeba się nauczyć pisać właśnie w taki sposób, zmysłowo.

Powinniśmy wiedzieć, o czym chcemy napisać? Na początku dobrze mieć bardzo ogólny temat, o którym chcesz opowiedzieć, kontekst, w którym chcesz to umieścić, kierunek, w którym chcesz iść. Ale tak naprawdę temat sam się ujawni, jak zaczniesz pisać, jak wrzucisz swoich bohaterów w konkretną przestrzeń – sami powiedzą ci, dokąd to zmierza. Przy pisaniu pierwszej książki nie radziłabym zatem patrzeć globalnie, z lotu ptaka, tylko kameralnie, skupiając się na detalach. Robić taki zoom jak w fotografii – na spojrzenia, miny, gesty. Odradzałabym też niekończące się dopieszczanie pierwszego zdania, bo nie pójdziemy dalej. Ja pierwsze strony książki zawsze piszę później, kiedy jestem już rozpisana. To tak jak ze sportem, najpierw jest rozgrzewka, potem trening, a formę do przebiegnięcia maratonu łapiesz dopiero po kilku lub kilkunastu treningach.

W brytyjskim „Psychologies” pisarka Lucy Atkins radzi początkującym, by wybrali najpierw miejsce akcji, bo to ono nadaje charakter zdarzeniom i postaciom. Jest kilka ważnych elementów, które warto określić, zanim zasiądziesz do biurka. Główny bohater, który jest zwykle alter ego pisarza. Czas akcji – czy to dzieje się dziś, czy to powieść retro, czy futurystyczna? Trzecia rzecz to miejsce – ono jest jak scena w teatrze. Bez sceny spektakl się nie odbędzie, widzowie nie przyjdą. Wierzę, że ludzie przebywający w określonym miejscu też są określeni. Poza tym każde miejsce ma swoją historię. A to wielki potencjał. Jak się zagłębisz w historie konkretnych miejsc, to znajdziesz tam nie tylko tajemnicę, ale i kolor, który jest ci potrzebny. Zarówno dla pisarza, jak i czytelnika książka jest podróżą.

Musisz się zakochać w tym miejscu? Niekoniecznie, może cię też wkurzać. Na pewno powinno wzbudzać uczucia. Najlepiej, jakbyś tego nie rozumiała. Jeśli nie mieścisz tego w sobie, rodzą się pytania dramaturgiczne. Im bardziej jesteś zaangażowana w to miejsce i ten temat – nieważne, czy negatywnie, czy pozytywnie – tym lepiej. Pozytywne zaangażowanie nawet trochę przeszkadza, bo wtedy nie jesteś w stanie „dowalić” fabule czy ludziom, którzy tam mieszkają.

Oprócz opowiedzenia samej historii chcemy zwykle powiedzieć coś jeszcze – przekazać jakąś prawdę, morał. Warto się nad tym na początku zastanawiać, czy to się jeszcze nieraz zmieni? To zawsze się zmienia. I to jest ten najpiękniejszy moment – kiedy powieść sama przejmuje stery. Ja pierwszej książki wcale nie planowałam, miałam po prostu wewnętrzny imperatyw, żeby pisać, z różnych przyczyn. I pisałam – tak jak się powinno pisać pierwszą książkę. Po godzinach, w wolnym czasie, na zasadzie odreagowania. Nie planowałam jej ani wydawać, ani w ogóle zostać autorką powieści kryminalnych, miałam po prostu potrzebę zapisu. Jeśli masz tak samo, to nie zastanawiaj się, czy to jest dobre czy złe, tylko pisz. Potem wyciągniesz wnioski. W trakcie zapisu rodzi się pewnego rodzaju konstrukcja, zaczyna się wyświetlać coś w rodzaju filmu w głowie. W momencie, kiedy on już jest ugruntowany, czyli bohaterowie nie są tylko papierowymi laleczkami, a akcja sama się nakręca – wiesz już, że pójdziesz dalej. Niezależnie od tego, na ile dźwigasz warsztatowo tę historię – to jeszcze możesz wypracować. Nie przerywaj, pisz dalej. Przypomina to trochę odgruzowywanie zawalonego sprzętami pokoju – jeśli się zatrzymasz, to stracisz siłę, by do tego wrócić. Na poprawienie, redakcję będzie czas potem. Mam znajomych i uczniów, obdarzonych ogromnym talentem, którzy tak cyzelują każde zdanie i są siebie do tego stopnia niepewni, że nadal nie napisali książki. A minęło już 10 lat, odkąd zaczęli. Myślę, że im sprawia przyjemność już samo pisanie, że wcale nie chcą wydawać książki. I to też jest dobre. Takie pisanie porządkuje myśli. Czesze je. Ja dopiero kiedy zaczynam pisać, zaczynam myśleć, poza tym w mojej głowie jest wieczny chaos. Bardzo wiele osób tak ma. Pisanie pozbawia też zahamowań, możesz swojego bohatera postawić w takiej sytuacji, w jakiej sam chciałbyś się znaleźć albo w jakiej nigdy nie chciałbyś się znaleźć, i przeżyć ją razem z nim. Dlatego uważam, że wszyscy ludzie powinni pisać. I wcale nie muszą tego wydawać.

Pisanie czesze myśli, daje dystans i wytchnienie od codzienności. Uczy też innego patrzenia na świat?   Jeżeli chcesz pisać książki, musisz być otwarta na ludzi i świat, musisz dostrzegać te wszystkie sytuacje dramaturgiczne, które będziesz potem opisywała, wygląd konkretnych osób. Czerpiesz z tego jak wampir,  zbierasz, zapożyczasz, kradniesz. Ja czasem wsiadam do tramwaju tylko po to, by przejechać się kawałek i posłuchać rozmów. Teraz to niełatwe, bo ludzie patrzą w ekrany swoich telefonów. Ale jest też trochę racji w tym, że kiedy zaczynasz pisać, szukasz osób, słów, nastrojów, miejsc, kolorów – i orientujesz się, że to wszystko jest, dzieje się dookoła ciebie. Masz cały czas ustawione radary. Kiedy spotykam się w większym gronie z innymi pisarzami, zdarzają się sytuacje, które wszyscy chcą od razu wykorzystać. Warto zbierać takie historie, opisy, dialogi. Zapisywać je, zapamiętywać. Nasiąkać tymi scenami i obrazami jak gąbka. Nigdy nie wiesz, kiedy to do ciebie wróci, ale zawsze wróci we właściwym momencie.

To trochę jak magia… Dlatego właśnie ludzie piszą, dlatego że jest to doświadczenie lekko metafizyczne – oczywiście nie cały czas, u mnie zdarza się to zwykle koło 4 nad ranem. O takie momenty, kiedy wszystko wpada na swoje miejsce, walczy się godzinami przy biurku. Ale kiedy już jesteś w trzecim akcie, czyli gdy wszystko się domyka, pojawia się cudowne poczucie podekscytowania i satysfakcji. Często proszą mnie, bym czytała fragmenty swoich powieści na spotkaniach autorskich. I kiedy to robię, zauważam, że na tyle odcinam się od tego, co napisałam, że nagle potrafię się roześmiać z jakiejś sceny albo skrzywić. Co tylko świadczy o tym, że pisanie to w dużej mierze podświadoma działalność. I bardzo ekshibicjonistyczna. Jeśli ktoś planuje napisać i wydać książkę, to musi zdawać sobie sprawę z tego, że będzie odkryty. Bo między wierszami moich książek jestem ja. Czytelnik ma też frajdę w tym odkrywaniu autora, a im lepszy pisarz, tym bardziej to utrudnia. Oczywiście bywa też tak, że jest dysonans pomiędzy tym, co dana osoba pisze, a tym, jak się zachowuje. Jakby tylko w zapisie literackim była w stanie się skontaktować z tą częścią siebie. Na co dzień jest niepozornym, miłym człowiekiem, a w książkach łamie wszelkie tabu. Wierzę, że im lepszym jest się człowiekiem, tym lepszym jest się pisarzem. Im bardziej człowiek dba o siebie i się rozwija, tym jego książki są wartościowsze.

A mówią, że świetne książki piszą też niezbyt fajni ludzie. Na przykład Hemingway? Ja nie przepadam akurat za jego pisarstwem. Jest efektowne, ale brak w nim głębi. Są autorzy, których poznałam osobiście i którzy mnie zawiedli. Nie kupuję już ich książek. Nie jestem w stanie ich czytać. A są tacy, których uwielbiam i nawet jeśli napisali gorszą książkę, i tak jestem im wierna. To się po prostu czuje. Najważniejsza w pisaniu jest szczerość.

Co ci pomoże w pisaniu?

  • Warsztaty kreatywnego pisania, kursy pisarskie. Warto na nie iść z kilku powodów. Pierwszy: trafiasz do grona osób, które – w odróżnieniu od twoich bliskich – mogą godzinami rozmawiać o pisaniu, o blokadach i przeszkodach też. Drugi: dostajesz wskazówki, dzięki którym możesz doskonalić warsztat. Trzeci: dostajesz wsparcie i zachętę do pisania. Czwarty: dostajesz pracę domową, dzięki której nabierasz dyscypliny.
  • Książki innych pisarzy, w tym poradnikowe, dotyczące tego, jak pisać. Polecamy zwłaszcza trzy tytuły: „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”, Katarzyna Bonda, wyd. Muza; „Zawód: powieściopisarz”, Haruki Murakami, wyd. Muza; „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, Stephen King, wyd. Prószyński i S-ka.

Krótki kurs radzenia sobie z krytyką

Kiedy napiszesz już książkę, o jakiej marzyłeś, daj ją:
  • Przyjacielowi. Czyli temu, kto da ci wsparcie. Mężowi, mamie, przyjaciółce – osobie, co do której wiesz, że cię nie skrzywdzi. Znajdzie w niej wszystkie pozytywy i najlepsze fragmenty.
  • Wrogowi. Koleżance w pracy, która czyha na twoje stanowisko, byłemu partnerowi lub partnerce (jeśli rozstanie nie było przyjemne). Zechcą ci dopiec, więc będą hiperbolizować. Ale będzie w tym też źdźbło prawdy. Wróg wskaże ci rzeczy, które masz poprawić, czego nie zrobi żaden przyjaciel. Nie płacz, tylko przyjmij ich krytykę z godnością, po czym zastosuj się do 1/10 z tego, co usłyszałeś.
  • Ekspertowi. Znajomemu, który też pisze, grupie na warsztatach pisarskich, tutorowi, który uczy cię pisać i sam już coś wydał. Zwrócą ci uwagę na braki lub atuty warsztatowe, których nikt inny nie zobaczy.
Potem nanieś poprawki, odłóż książkę do szuflady przynajmniej na miesiąc, potem znów ją popraw (głównie skracając) i ślij do wydawnictwa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rozkosze próżnowania – kilka słów o mądrym leniuchowaniu

Leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. (Fot. iStock)
Leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. (Fot. iStock)
Dzisiejszy świat podejrzliwie patrzy na najdrobniejsze przejawy lenistwa. A przecież popołudniowa drzemka czy gapienie się godzinami przez okno to najprostsze życiowe przyjemności. I jakie twórcze!

Rzecz będzie o leniuchowaniu, ale uwaga: leniuchowaniu mądrym, zdrowym i pożytecznym. Tak, tak, pożytecznym. Od dziecka uczy się nas co prawda, by nie marnować czasu, pracować solidnie i dużo, a jak tylko dopadnie nas niemoc czy zwątpienie, szybko znaleźć sobie coś do roboty. Bo tylko tak można dojść do czegoś w życiu. Otóż, niekoniecznie.

Isaac Newton, Albert Einstein, John Lennon, Archimedes, Kartezjusz czy wreszcie Mark Twain – co ich łączy? Wszyscy byli rewolucjonistami i życiowymi próżniakami. Wystarczy przypomnieć sobie, jak Newton odkrył siłę grawitacji (drzemiąc pod drzewem), a Archimedes – wyporność ciała (oddając się przyjemności kąpieli) albo Johna Lennona i Yoko Ono, którzy spędzili tydzień w łóżku w proteście przeciwko wojnom. Bo też leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. Jak pisał Robert Louis Stevenson: „Tak zwane próżnowanie polega nie na robieniu niczego, ale na robieniu wielu rzeczy nieuznawanych przez dogmaty klasy rządzącej”. Czyli na przykład na: rozmawianiu do świtu, rozmyślaniu o najróżniejszych sprawach, spaniu, przesiadywaniu w kawiarniach, czytaniu książek, słuchaniu muzyki, biesiadowaniu w miłym towarzystwie, spacerowaniu albo patrzeniu na chmury. Cóż w tym odkrywczego lub twórczego? Ano właśnie to, że to najprostsze przyjemności. Dają wytchnienie ciału i głowie, dostarczają energii, pozwalając nawiązać lepszy kontakt z innymi i ze sobą. Nic nie musisz, nigdzie nie gonisz, po prostu jesteś.

– Wrogowie, ubodzy duchem, definiują próżnowanie jako stratę czasu. Nie uznają faktu, że nicnierobienie może być twórcze. Instytucje społeczne boją się ludzi bezczynnych, a próżniacy to myśliciele – twierdzi Tom Hodgkinson, angielski pisarz, autor książki „Jak być leniwym” oraz wydawca magazynu „The Idler” („Próżniak”). Jego zdaniem próżnowanie to kwintesencja życia. Poleca odkrywać w sobie pokłady próżniactwa, bez skrępowania i wyrzutów sumienia. Spróbujemy?

Wylegiwanie się w łóżku

„Dziesiąta rano. Próżniak, pomyślnie uniknąwszy najpierw poczucia winy o ósmej, zwyczajowej godzinie wstawania, potem poczucia winy o godzinie dziewiątej, wyznaczającej początek dnia pracy, leży w łóżku i być może zastanawia się, czy nie wstać. Lepiej nie! Wylegiwanie się (…) nie jest samolubnym dogadzaniem sobie, ale kluczowym zajęciem dla adepta sztuki życia, którym w rzeczywistości jest próżniak” – pisze Hodgkinson w „Jak być leniwym”. Co ciekawe, przyjemność zwiększa myśl, że w czasie, gdy my jeszcze się wylegujemy, tysiące ludzi właśnie zasiada przy swoich biurkach. Świetnym pomysłem jest także wylegiwanie się w towarzystwie: męża, dzieci, domowych zwierząt, a nawet wszystkich naraz. Można wylegiwać się z ulubioną książką czy gazetą, filiżanką herbaty na nocnym stoliku, pysznymi ciasteczkami, robótką ręczną czy dobrym filmem. Działa jak wizyta w SPA, a jest tańsze i dostępne na wyciągnięcie ręki.

Rekonwalescencja

Choroba. Cóż to była za rozkosz w dzieciństwie! Budzisz się rano z gorączką, termometr wskazuje 37,7, a zatroskany wzrok mamy obwieszcza najlepszą informację dnia: nie pójdziesz do szkoły! A to oznacza cały dzień spędzony pod kołdrą. Wreszcie wolno ci to, co do tej pory było zabronione, jak: jedzenie w łóżku, oglądanie godzinami filmów i spanie do granic przyzwoitości. Dlaczego w dorosłym życiu sami sobie tego zabraniamy? Wypijamy syrop, łykamy proszek i do pracy! A przecież nie tak wygląda rekonwalescencja. Czas jest najlepszym lekarzem, a procesu zdrowienia nie przyspieszy nawet cały zestaw specyfików. – Ciekawe, co się stało z lekarzami z przełomu wieków, którzy zalecali wyjazdy na południe jako terapię dla pomniejszych dolegliwości? Dzisiaj tylko przepisują tabletki, a kiedyś znali pojęcie wywczasów – jedynym przepisanym lekarstwem było robić jak najmniej przez jak najdłuższy czas – pyta Hodgkinson. No właśnie, co się z nimi stało?

Drzemka w środku dnia

Co może być przyjemniejszego niż późna pobudka? Drzemka w ciągu dnia. Ustawowo przydzielone pół godziny snu po obiedzie usprawniłoby pracę w niejednej firmie. Z pewnością zauważyłaś nieraz, że kiedy jesteś zmęczona, a masz dużo pracy, więcej pożytku przyniesie ci zdrzemnięcie się na chwilę, kosztem „cennego” czasu, niż tyranie non stop z na wpół przymkniętymi oczami. Krótka drzemka odświeża umysł, ładuje baterie i daje ciału odpoczynek. Nikt się nie dziwi zwyczajowi „leżakowania” w przedszkolach, ale już wielu krzywym spojrzeniem kwituje potrzebę „przymrużenia na chwilę oczu” dorosłego. A przecież tylko niemądry, gdy ma okazję przespać się w dzień, z tego nie skorzysta. Co istotne, poobiednia drzemka jest bardzo zdrowa, według badań zwiększa odporność na infekcje.

Włóczenie się bez celu

Miewasz czasem ochotę, by po pracy, zamiast wybrać drogę bezpośrednio do domu, po prostu jechać samochodem przed siebie, dalej i dalej, za miasto, na łono natury? Albo rezygnujesz z jazdy autobusem na rzecz niespiesznej wycieczki po ulicach, które mijasz codziennie jako pasażer? Ma to posmak szaleństwa, wagarów wręcz, ale jakie przez to jest przyjemne! Pozorne włóczenie się bez celu ma największy, bo egzystencjalny, sens. Jest nagrodą samą w sobie. Chodzisz, patrzysz i czekasz, co się wydarzy. Może odkryjesz jakiś nowy sklep w okolicy albo trafisz na fajną knajpkę, do której można by wpaść wieczorem ze znajomymi? Czasem nogi same prowadzą (tak jakby były mądrzejsze od głowy) do miejsca, które uleczy skołatane nerwy, da wytchnienie oczom czy po prostu zaskoczy.

Wieczór w domu

W dzisiejszych czasach bywa aktem sprzeciwu wobec wszechogarniającej mody „na wychodzenie”. – Zostać w domu to nowy sposób na wyjście – żartuje Hodgkinson. I nie sposób nie przyznać mu racji. – Decyzja, by zostać w domu, jest małym zwycięstwem dla duszy. Oznacza, że przynajmniej na jeden wieczór zapominamy o świecie i jego pokusach. Mówimy sobie: „Nie dbam o to”. Tworzymy prywatny mały raj z kołdry, telewizji i pizzy, naszą własną twierdzę próżnowania – dodaje.

Sztuka rozmowy

Rozmowy do świtu, zarwane noce, niekończące się wątki, odważne wizje, genialne pomysły, małe i większe olśnienia, zalążki cudownych przyjaźni – dlaczego, ach dlaczego kojarzą nam się głównie ze studiami?! Czyżby dorosłe życie oznaczało koniec niezobowiązującej konwersacji (poza obowiązkowym biznesowym small talk), a początek wymiany informacji? Dobra rozmowa daje przecież dużo więcej. To dzielenie się myślami, przekonaniami, żartem, opowieścią. To bliskość w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Zamiłowanie każdego szanującego się próżniaka do rozmawiania jest, niestety, demonizowane przez społeczeństwo, które nade wszystko ceni działania. Autor „Jak być leniwym” komentuje: – Oto nowoczesna mantra: „Nie gadaj tyle, tylko zrób to!”. Na co odpowiadam: „Nie rób, pogadaj o tym. Jeżeli warto to zrobić, na pewno w swoim czasie zostanie zrobione”.

Codzienna medytacja

Nie musisz zapisywać się na kurs, czytać książek na temat medytacji, nie potrzebujesz maty i relaksującej muzyki. Wystarczy okno. Przeczytaj wiersz, znajdź wygodne miejsce do siedzenia i spójrz przez okno. Pozwól myślom błądzić. To najpiękniejsze chwile, jakie możemy sobie podarować. W oderwaniu od tego, co było i co będzie, w skupieniu na tym, co jest. Hodgkinson poleca wykorzystywać na medytację różne „bezpańskie” chwile w ciągu dnia. Gdy stoisz na przystanku autobusowym, czekasz w kawiarni na koleżankę czy ugrzęzłaś w korku – spróbuj się wyłączyć i wejść na wyższą częstotliwość z samą sobą. – Im częściej praktykujemy zmienianie pustych chwil w rozkoszną, zamyśloną bezczynność, tym lepiej nam to wychodzi – radzi Hodgkinson. Bo leniuchowanie, tak jak każdą umiejętność, można i trzeba ćwiczyć.

  1. Seks

Seksualność kobiet wysoko wrażliwych okiem terapeutki Katarzyny Kucewicz

Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Wysoka wrażliwość to z jednej strony olbrzymi potencjał doświadczania zmysłowego, z drugiej – ryzyko, że mocniejszy bodziec wywoła dyskomfort, a nawet ból. Wyjątkowo delikatnej i bogatej seksualności kobiet, które „czują za bardzo”, przyjrzała się psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.

Kobiety wyjątkowo wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. Dotyk miękkich materiałów, delikatne muśnięcia na przykład karku czy policzka zapewniają im ekscytujące doznania. Bardziej wrażliwy układ nerwowy jest niestety także bardziej podatny na ból, więc mocniejszy dotyk raczej może być dla nich mało przyjemny, a nawet wywoływać dyskomfort. Wrażliwość jednocześnie ułatwia i utrudnia osiąganie satysfakcji seksualnej.

Bogata wyobraźnia

Fantazja kobiet wrażliwych jest przeważnie nieograniczona i bujna. Już jako dziewczynki często lubiły zamykać się we własnej samotni, a jako kobiety dorosłe potrafią wyobrażać sobie ze szczegółami rozbudowane scenariusze erotycznych doznań. Seksualne marzenia kobiet wysoko wrażliwych mogą dotyczyć różnych sytuacji, ale w rzeczywistości preferują one raczej dotyk czuły i namiętny niż szybki i gwałtowny. Związane jest to z sensoryczną wrażliwością ich ciała.

Dla kobiet wrażliwych bardzo istotna w osiągnięciu satysfakcji seksualnej jest sprzyjająca atmosfera. Dlatego seks bez zobowiązań i relacje oparte wyłącznie na seksie są u nich raczej rzadkością. Niektórzy mówią nawet, że wśród kobiet wysoko wrażliwych istnieje duży odsetek demiseksualnych, czyli takich, których orientacja psychoseksualna opiera się na odczuwaniu pociągu erotycznego tylko pod warunkiem, że nawiązana zostanie silna więź emocjonalna. Według badaczy kobiety wrażliwe raczej później przechodzą inicjację seksualną i mają mniej partnerów niż średnia populacji, co potwierdza, że jednorazowe historie miłosne nie znajdują się w kręgu ich zainteresowania.

Gra wstępna? Powinna być długa i subtelna. Czasami może trwać już od rana, przez cały dzień. Raczej delikatna niż gwałtowna i wyuzdana. Na pewno należy zadbać o atmosferę i komfort – tylko zrelaksowana kobieta będzie czerpała z seksu przeszywającą przyjemność. Zwłaszcza jeśli jest wysoko wrażliwa, a tym samym bardzo czuła na bodźce i doznania. Odpowiednio rozluźniony organizm lepiej reaguje na dotyk, a to szczególnie ważne u kobiet z niskim progiem bólu. Skarżą się one często na doświadczanie dyskomfortu przy próbie stosunku genitalnego. Wynika to z napięcia, niedostatecznego nawilżenia pochwy oraz tego, że mocny i raptowny dotyk jest dla nich nieprzyjemny.

W seksie dla WWO (osób wysoko wrażliwych) bardzo ważne są spokój, harmonia i pewność, że nie będzie zbyt wielu dodatkowych stymulacji. Już sam akt seksualny jest mocnym doświadczeniem, angażującym i przejmującym, a orgazm – przeżyciem wręcz mistycznym, nieziemskim. Doktor Elaine Aron, autorka pojęcia wysokiej wrażliwości, w trakcie swoich badań doszła do wniosku, że kobiety wrażliwe mają statystycznie więcej orgazmów niż kobiety niewrażliwe.

Tak zwany szybki numerek, podczas gdy za ścianą biesiadują goście, przebywają rodzice albo dzieci, jest dla wrażliwej kobiety napinający, bo bodźce dźwiękowe rozpraszają całą jej uwagę. To analogiczna sytuacja jak ta w pracy, gdy nie możemy się skupić na zadaniu, bo dookoła tyle się dzieje. Zatem wszelkie niepokojące dźwięki zza ściany, miauczący kot albo świadomość, że ktoś może wejść, raczej nie będą pobudzać osoby wrażliwej – to zbyt duże rozproszenie.

„Jeśli coś wytrąci mnie z rytmu, nie jestem w stanie szybko powrócić do miłosnych uniesień, momentalnie się blokuję. Łagodna muzyka, kadzidełka plus dotyk męża? O nie, to zbyt wiele. Wolę, gdy jest jeden intensywny bodziec” – mówi Nina, 37-letnia nauczycielka angielskiego będąca WWO.

Po seksie wrażliwa kobieta potrzebuje dużo czasu, by dojść do siebie. Seks jest dla niej wyczerpujący nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Czasami kobiety opowiadają, że po bardzo intensywnym orgazmie wręcz płaczą ze szczęścia, bo tak są poruszone.

Sex-care

Seks jest trudnym tematem do rozmowy dla większości ludzi. To przestrzeń, w której wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy wysoce wrażliwi. Nasz układ nerwowy analizuje w trakcie zbliżenia wiele danych, więc łatwo może zostać przeciążony, a tym samym wytrącić nas z miłosnego nastroju, zanim jeszcze zdążymy się „rozkręcić”. Kluczem do tego, by był seks udany i spełniony, wydaje się nawiązanie właściwej, opartej na empatii i wzajemnej trosce komunikacji z partnerem. Oraz, a może przede wszystkim, pełne zaakceptowanie swojego ciała i własnej seksualności. W swojej praktyce seksuologicznej zauważam, że kobiety, pragnąc osiągnąć harmonię w swoim życiu, często zapominają troszczyć się o własną seksualność. W Ameryce taka troska nosi nazwę sex-care. Sex-care to uważność na swoją seksualność, traktowanie jej z taką samą atencją, z jaką podchodzimy do dbania o swoje samopoczucie czy zdrowie fizyczne.

Kobieta wrażliwa dobrze czyta swoje ciało, jest wnikliwa i dostrzega wszelkie niuanse. Nierzadko jednak jest też krytyczna i surowa w przyglądaniu się swoim kształtom. Może krępować ją własna nagość i kobiecość w kontekście seksualnym, bo często nie ma zbyt wielu intensywnych doświadczeń w tej materii, nie jest też oswojona z nagością. Bywa, że krytycznie ocenia wszelkie odstępstwa od ideału, a jeśli w jej życiu zdarzyła się krytyka (w formie przemocy rówieśniczej czy po prostu niewybrednego komentarza rodzica), odnosi się do niej w sytuacjach intymnych, przypomina sobie, zastanawia się, czy dalej te słowa są aktualne. To procesy zachodzące szybko i automatycznie. Nie jest tak, że same je przywołujemy – usłyszana krytyka rzuca swój cień w momentach napięcia, niepewności, sytuacjach, w których obnażamy się i poddajemy ocenie.

Na szczęście czerpanie satysfakcji seksualnej jest kwestią treningu, ćwiczenia, czułego sprawdzania siebie i swoich reakcji. Można taki trening rozpocząć od automasażu, tańca, samotnego poznawania swojej skóry w kąpieli. Dopiero później można spróbować form głęboko duchowych, na przykład tantry.

Fragment książki „Kobiety, które czują za bardzo”, wyd. Rebis. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji.

Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Coachingu Inner Garden w Warszawie, współpracuje także z Poradnią Zdrowia Psychicznego „Harmonia”. Należy do Polskiej Federacji Psychoterapii. Swoją wiedzą dzieli się na Instagramie: @psycholog_na_insta.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o pogardzie – karty emocji Katarzyny Miller

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Nic nas tak nie poniża jak nieliczenie się z naszym zdaniem. Nic tak nie podnosi (we własnych oczach) jak traktowanie innych z góry. Nad tym, skąd bierze się w ludziach pogarda i jak jej przeciwdziałać – zastanawiają się Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk, odkrywając kolejną kartę emocji.

Pogarda to…

…patrzenie na innych z wyższością, nieliczenie się z ich zdaniem i jawne okazywanie braku szacunku. To także silna niechęć wobec kogoś lub czegoś, wynikająca z przekonania o jego bezwartościowości. Gardzić oznacza pomiatać kimś, lekceważyć, poniżać go i odtrącać. Ale też odwracać się od potrzeb innych, nie starać się ich zrozumieć. To uczucie podszyte jest obojętnością, brakiem empatii i wiary w to, że ktoś inny jest wartościowy i zasługuje na cokolwiek.

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. To traktowanie ludzi jak powietrze. Pozwala to podnieść iluzoryczne poczucie własnej wartości przez to, że innych traktuje się jak gorszych od siebie. Pogarda prowadzi zazwyczaj do nienawiści, dyskryminacji i wykluczenia osób czy grup społecznych. Ale zdarza się, że wobec cudzej nikczemności nie można już czuć nic oprócz pogardy. Jeśli jednak człowiek odczuwa pogardę wobec siebie samego, to powinien się za to bardzo przeprosić.

Po co nam to uczucie?

Pozwala zwiększyć poczucie własnej wartości – wtedy, gdy mamy je bardzo niskie – podnieść prestiż, dodać sobie znaczenia. Oddziela od prawdziwych emocji, przez co ułatwia manipulowanie innymi i używanie ich do swoich celów, a także manipulowanie sobą. Często zakrywa zaniżone poczucie własnej wartości, ale pozwala też czasem wiedzieć, kogo należy omijać szerokim łukiem.

Zadania:

  • Zastanów się, jak mocne jest twoje poczucie własnej wartości i czy potrzebujesz poniżać innych, aby je podnieść?
  • Jeśli w głębi czujesz się gorszy od innych, pomyśl, skąd to przekonanie. Zastanów się, co pozwoli ci je zmienić?
  • Jak to jest, kiedy empatycznie, całym sobą jesteś w relacji (słuchasz, widzisz, czujesz)? Spróbuj znaleźć się na chwilę w skórze drugiego człowieka i przekonaj się, jak po tym eksperymencie zmieni się wasza relacja.

Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Miłosne IQ – do stworzenia dobrego związku nie wystarczą same uczucia

Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Bystry umysł i uczuciowość są potrzebne, by wieść szczęśliwe życie we dwójkę. Już dwa wieki temu powiedziała to Jane Austen, autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej. Dzisiaj psychologowie mówią o inteligencji miłosnej. Co to oznacza? Być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym. Czy można się tego nauczyć? Tak.

Szkoda, że umiejętności radzenia sobie z emocjami nie uczymy się w szkole. Nie mamy profesorów od empatii, nie chodzimy na lekcje aktywnego słuchania, nie mówiąc już o wykładach z kochania siebie i akceptacji tego, że nieustannie się zmieniamy. Wiedzę o tym, jak żyć w związku, najczęściej wynosimy z domu rodzinnego i najczęściej z jego ograniczeniami. Tak naprawdę nasza edukacja na temat miłości jest mierna. Ktoś może powiedzieć - wystarczy kochać. Otóż to za mało. Zdaniem znanego amerykańskiego psychoterapeuty Johna Valentisa, specjalizującego się w zagadnieniach związków, w miłości postępujemy jak głupcy. W stanie zakochania decyzję, by z kimś być, podejmujemy z poziomu jedynie serca i bodźców erotycznych. Umysłem i ciałem rządzą wówczas hormony, odpowiedzialne za przedłużenie gatunku. Nawet, gdy uda ci się spotkać bratnią duszę, wiele obiecująca relacja, pełna wspólnych marzeń i szerokich perspektyw, może się skończyć, jeśli nie dysponujesz emocjonalnym know-how. Im więcej miłosnego IQ wniesiesz w swoje życie, tym bardziej silny i znaczący będzie twój związek, tym mniej doznasz bólu i rozczarowań.

Miłość według Valentisa to trójwymiarowa konstrukcja złożona z myśli, emocji i fizycznego pożądania. Składnik intelektualny obejmuje nasze ogólne wyobrażenia o związkach, obraz własnej osoby (w kontekście intymności), oczekiwania wobec partnera. Na tym poziomie posługujemy się rozumem. Tak, on w miłości jest niezbędny. Dzięki uważnemu przyglądaniu się sobie i partnerowi, umiemy zajrzeć pod powierzchnię spraw. Umiejętność zaglądania za fasadę - czy jest nią maska urody, urok pieniędzy czy też fascynująca praca - by dostrzec za nią prawdę o człowieku, to jedna z kwalifikacji osoby inteligentnej w miłości. Być może tego właśnie najtrudniej nauczyć się w związkach.

Składnik emocjonalny to między innymi styl nawiązywania i zrywania więzi uczuciowych. Także lęki związane miłością, bliskością i jej utratą. Emocje przydają głębi i znaczenia temu, czego chcemy. Popychają nas do działania, każą nam się śmiać, wyciskają z oczu łzy. O ile posłużymy się nimi inteligentnie, powiedzą nam co jest dla nas dobre, podszepną niezbędne zmiany. Emocje czynią nas ludźmi.

Składnik fizyczny to erotyczny aspekt związku. Poziom wzajemnego zaangażowania i umiejętność wyrażania pożądania w atmosferze troski i szacunku do drugiej osoby. Jeśli pożądanie ogarnia nas za sprawą uczuć, gotowi jesteśmy na każdy wysiłek, by osiągnąć spełnienie. By pozbyć się wreszcie napięcia między naszymi pragnieniami, a tym co mamy. John Valentis inteligencją miłosną nazywa zbiór postaw i zachowań z tych trzech poziomów. Udowadnia, że można się ich nauczyć. To one uczynią twój związek satysfakcjonującym i wzbogacającym. Dzięki pracy nad inteligencją miłosną, lepiej zrozumiesz kim jesteś i kim są inni. Twoje uczucia staną się intensywniejsze, miłość bardziej bezwarunkowa.

Aby mądrze postępować w związku, trzeba między innymi:

  • umieć rozpoznawać, rozumieć i akceptować własne stany emocjonalne oraz sterować nimi,
  • z empatią podchodzić do nastrojów i uczuć partnera oraz całej jego osobowości,
  • czuć się pod względem emocjonalnym równie komfortowo w kontakcie z partnerem, jak i sobą samym,
  • świadomie kształtować swoje umiejętności komunikacyjne,
  • myśleć i działać odważnie i prostolinijnie,
  • być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym,
  • być szczerym i autentycznym, postępować zgodnie z tym, co myślisz i czujesz,
  • wyeliminować powierzchowne emocje, impulsywne reakcje, ponieważ z uczuciami nie mają one wiele wspólnego.

John Valentis obiecuje, że dzięki inteligencji miłosnej stajesz się bardziej sobą, nie grasz komedii, wyzbywasz się fałszywych pretensji. Twoje życie nabiera celu i sensu, zyskujesz poczucie wartości i godności. Związek osób inteligentnych w miłości cechuje elastyczność, naturalność i spontaniczność. Kobieta i mężczyzna nie trzymają się ściśle sztywnych reguł, ustalających zachowanie każdej strony. Nie przypisują stereotypowych ról płciowych. Ich postawy zmieniają się, lecz jednocześnie zdają sobie oni sprawę z różnic między sobą.

Na podstawie książki „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie”, Mary i John Valentis, wyd. Jacek Santorski & Co

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.