1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nigdy nie jest za późno na gilgotanie

Nigdy nie jest za późno na gilgotanie

fot.123rf
fot.123rf
Zamiast skupiać się na niedoskonałościach swojego ciała, uznajmy, że takie właśnie jest nam do czegoś potrzebne, i odnośmy się do niego z czułością – mówi terapeutka Magdalena Skomro.

Jeśli kochasz swoje dziecko, to często je dotykaj – radzą psychologowie. Bo w dotyku przejawia się twoja akceptacja…

Pisała o tym już Jean Liedloff w książce „W głębi kontinuum”. W kulturach pierwotnych dziecko jest powiązane z matką niewidzialną więzią: ona cały czas je przy sobie nosi, nie odsuwa, nie oddaje komuś innemu na wychowanie. Maluch przebywa z nią bez przerwy, do momentu, kiedy postanawia zacząć sam poznawać świat. Ta bliskość cielesna daje mu poczucie bezpieczeństwa i akceptacji na całe życie. Na szczęście nasza kultura powolutku wraca do tego intymnego kontaktu, przejawia się to m.in. w modzie na noszenie dzieci w chustach. Może dzięki temu następne pokolenia będą czerpały siłę z poczucia własnej wartości.

Zamiast skupiać się na zewnętrznej powłoce?

Człowiek za bardzo przywiązuje się do swojej fizyczności, to w niej doszukuje się źródła problemów w życiu: tego, że nie ma odpowiedniego partnera czy partnerki, że nie odniósł sukcesu zawodowego.

Na jednych z warsztatów, jakie prowadziłam w ramach festiwalu PROGRESSteron, poprosiłam uczestniczki o przeprowadzenie eksperymentu. Miały się dobrać w pary lub trójki i stworzyć figurę geometryczną na temat „Ja i moje ciało”, wyrażającą ich stosunek do własnego ciała. Kiedy zaczęłyśmy omawiać wnioski, jedna z kobiet powiedziała, że dzięki temu ćwiczeniu uświadomiła sobie, że nienawidzi swojego ciała, że je katuje, znęca się nad nim. Dodała też, że gdyby ktoś ją traktował tak, jak ona traktuje swoje ciało, to przestałaby z nim współpracować. To była kobieta, która bardzo dużo straciła na wadze w ciągu ostatnich dwóch lat.

I postrzegała ciało jako wroga.

Właśnie. To częsta postawa. Mądrzej byłoby je po prostu polubić albo chociaż zastanowić się, dlaczego mam akurat takie ciało, a nie inne. Znowu odwołam się do moich warsztatów. Podczas innego ćwiczenia zaproponowałam, żeby uczestniczki zastanowiły się, jakie potrzeby spełnia ich ciało, to, które dostały od natury, czyli żeby pomyślały, po co mają np. krótkie nogi, zbyt duże piersi… Kobieta, która miała szerokie biodra, doszła do wniosku, że potrzebuje w życiu bezpieczeństwa, oparcia. Wykonywała nawet nieświadomie gest opierania rąk na biodrach. Z kolei uczestniczka, która miała mały biust, w głębi duszy nie zgadzała się na dojrzewanie, chciała zostać w okresie, w którym była najbardziej szczęśliwa, czyli w dzieciństwie, tuż przed rozwodem rodziców. Na dodatek uprawiała taki rodzaj sportu, gdzie duży biust był przeszkodą. Jej ciało dostosowywało się do jej potrzeb, ale też sygnalizowało problemy, jak niezgoda na rozwód rodziców. To doświadczenie pokazuje też, że przychodzimy na świat z ciałem, które ma nam pomóc w danym wcieleniu, w realizacji zadań, do których jesteśmy stworzeni. Ja w to wierzę. Ktoś mógłby się oburzyć: „A co z kalekami?!”. Prawda jest taka, że najbardziej silni ludzie, którzy mają innym coś do przekazania, to osoby, które przeszły przez osobiste cierpienia. Bo kiedy człowiek doświadcza kalectwa, które ogranicza w jakiś sposób jego fizyczność, może się skupić na innych rejonach swojego życia.

Trudno jednak zapomnieć o niedoskonałościach ciała.

To zamknięte koło, bo ich przyczyną często są nasze negatywne emocje. Spotkałam kiedyś kobietę, która nagle zaczęła tyć, mimo że nie zmieniła ani trybu życia, ani diety. Sądziła, że to problemy z tarczycą, ale badania tego nie wykazały. Na szczęście trafiła na terapię, gdzie dowiedziała się, że to emocje magazynowały nadmiar wody w jej organizmie. Poukładała sobie w sercu i w duszy, i tak szybko jak przybrała na wadze, tak szybko schudła.

O tym, skąd biorą się blokady w naszym ciele, pisał choćby Alexander Lowen w „Duchowości ciała”. Bioenergetyka, a po niej Gestalt, twierdzi, że są pewne typy sylwetek, które kształtują się pod wpływem wychowania, np. jeżeli w dzieciństwie ojciec miał zwyczaj bić dziecko po tyłku, to ono wykształciło w sobie zwyczaj chowania pupy i wypinania bioder do przodu. W dorosłym życiu taka osoba może mieć zapadniętą klatkę piersiową, płaską pupę i wypięte biodra. Ale to da się zmienić. Na drodze pracy nad sobą, nad swoim wnętrzem i zewnętrzem. Sama chodziłam do czteroletniej szkoły Gestalt, pod koniec której wiele osób zauważyło, że mają inną sylwetkę, inne ciało. Moja koleżanka, która na początku była szczupła, zahukana, przybrała na wadze, wyprostowała się, stała się bardziej pewna siebie. Mnie z kolei Gestalt nauczył tego, że dzieciom powinniśmy dawać dużo czułości i bliskości. Moja 6-letnia córka przychodzi do mnie i pyta, czy mogę ja pogilgotać. Zamiast odpowiedzieć: „No, wiesz co, Ewciu, jesteś już dużą dziewczynką”, gilgoczę ją, a ona turla się po dywanie i jest szczęśliwa. Myślę, że to jest dla niej o wiele ważniejsze, niż gdybyśmy chodziły na rozmaite warsztaty czy dodatkowe zajęcia. W ten sposób dostaje ode mnie komunikat: kiedy mam jakąś potrzebę, np. tak ważną potrzebę dotyku, wystarczy o nią poprosić i może zostać spełniona.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przytul mnie mamo! O dziecięcej potrzebie dotyku

Dotyk nie jest zarezerwowany tylko dla małych dzieci. Jego potrzeba nigdy nie zanika. Także u nastolatków czy dorosłych. (Fot. iStock)
Dotyk nie jest zarezerwowany tylko dla małych dzieci. Jego potrzeba nigdy nie zanika. Także u nastolatków czy dorosłych. (Fot. iStock)
Gdy dziecko przechodzi trudne chwile, jak rozwód rodziców czy problemy w szkole, dorośli zwykle szukają pomocy terapeutycznej. Zapominają, że napięcia gromadzą się też w ciele, a wtedy cuda może zdziałać dotyk.

Moja córka chyba mnie nie lubi. Siada jak najdalej ode mnie, wrzeszczy, przeklina. Już nie pamiętam, kiedy ją pocałowałam….

Mój sześcioletni syn ma do mnie pretensje, że mam nowego partnera. Dosłownie ucieka na mój widok. Nie wiem już, co robić….

Odszedł od nas mąż. Mój synek zaczął się moczyć w nocy. Byłam u kilku psychologów, ale problem jest nadal….

To wypowiedzi zaniepokojonych mam, które chcą pomóc swoim dzieciom. Ale pomoc dla wielu rodziców oznacza działanie poprzez słowa, czyli dotarcie do umysłu dziecka. Rozmawiamy z nim, używamy racjonalnych argumentów, tłumaczymy, kierujemy do psychologa, aby „przegadać temat”, jakby umysł był jedynym kanałem oddziaływania. Kiedy chodzi o dorosłych, wszyscy mamy świadomość, że ciało i umysł są nierozerwalną jednością, że działania na ciało mają bezpośredni wpływ na psychikę. Dlaczego zapominamy, że tak jest również z dziećmi?

Deficyt czułości

Na kwestię dotyku patrzymy bardzo schematycznie. W naszej kulturze jest on zarezerwowany dla małych dzieci. Wiemy, że maluszka należy po kąpieli dotykać, pieścić, gładzić. To buduje więź, rozluźnia, pomaga na typowe problemy tego wieku, w rodzaju kolek jelitowych.

A co potem? Czy gdy dziecko ma cztery albo jedenaście lat, dotyk nagle przestaje mu być potrzebny? Przecież jesteśmy istotami społecznymi, łakniemy kontaktu z innymi, także fizycznego. Potrzeba dotyku nie zanika nigdy i dokładnie tak samo, jak w przypadku osób dorosłych, może pomóc w rozwiązaniu poważnych problemów psychologicznych.

Ile osób ma kontakt z ciałem twojego dziecka? Dziś takie pytanie brzmi groźnie. Przed oczami staje nam zły dotyk. Ze strachu przed niektórymi zdeprawowanymi dorosłymi, odcięliśmy dzieci od kontaktu fizycznego. Nie pozwólmy, by zły dotyk skazał nasze dzieci na bezdotykowe dzieciństwo. Zamknęliśmy furtkę prowadzącą przez ich ciało. Gdy dziecko się przewróci i mama je przytuli, ucałuje, chwilę pokołysze, emocja, jaką jest ból, nie odłoży się w ciele dziecka. Niestety, jeśli przykrość zdarzy się w szkole albo poza wzrokiem bezpośrednich opiekunów, raczej nie możesz liczyć na to, że wychowawczyni utuli płacz twojego dziecka.

Chłopcy a kontakt fizyczny

Dotyku szczególnie brakuje chłopcom. Dziewczynki mają przyzwolenie społeczne, żeby się trzymać ze ręce, obejmować, na wyjeździe spać razem w łóżku, tańczyć z koleżankami. Wolno im się nawzajem czesać i malować. Chłopcy są w tym obszarze pokrzywdzeni. Dziś system edukacji szkolnej poświęca sporo uwagi agresji, a szczególnie piętnowana jest agresja fizyczna. Gdy twój syn często bierze udział w bójkach, zazwyczaj skupiasz się wyłącznie na jednym aspekcie: kto zaczął. Tymczasem warto sobie uświadomić, że bójka bardzo skutecznie rozładowuje napięcie emocjonalne. Siłowanie się czy poklepywanie po plecach to czasem jedyny dotyk, jakiego doświadcza chłopiec. Jeśli twój syn lubi się bić, spójrz na to jak na poszukiwanie dotyku.

Inny problem, pojawiający się w rodzinach, w których nadal, niestety, kary cielesne są na porządku dziennym, to „proszenie się o lanie”. Zdarza się, że niektóre dzieci, dotyczy to szczególnie chłopców, wręcz je prowokują. Dlaczego? Bo dzięki temu mają bliski, bardzo intensywny kontakt fizyczny ze swoim rodzicem. Może się to wydać absurdalne, ale dziecko po prostu szuka jakiegokolwiek kontaktu fizycznego, nawet bolesnego. Gdyby zamiast lania objąć syna i minutę mocno do siebie przytulać, jego zachowanie szybko by się poprawiło.

Dziewczynki i autodotyk

Kto ma w domu nastolatkę, ten wie, że dziewczynki w wieku 11–13 lat nagle przeżywają okres wzmożonego używania kosmetyków. Spędzają w łazience długie godziny. Co one tam robią? Dotykają się, ale nie w sensie seksualnym, co przeraża wiele mam. One się dotykają po prostu. Gładzą swoje włosy, masują skórę głowy, twarzy, dopieszczają swoje ciała, używając balsamów, mleczek czy pędzli do makijażu. Potrzebują kontaktu ze swoim ciałem i jest to całkowicie normalne. W tym okresie wzmożonego zainteresowania samą sobą warto pokazać córce korzyści płynące z dobrego kontaktu ze swoim ciałem. Nie wolno ośmieszać autodotyku, bo jest on często szybką formą radzenia sobie z problemami.

Gdy córka zwraca się do ciebie: „Mamuś, nie wiem, czy iść do Beaty” – wykorzystaj to jako okazję do nauczenia jej, że wiedzę można czerpać nie tylko z głowy, ale też ciała. „A co mówi twoje ciało? Wsłuchaj się w nie. Czy twoje ciało chce iść do Beaty?”. Dziecko powinno wynieść z domu odruch zainteresowania tym, co mówi jego ciało. Rozum to niejedyne źródło informacji. Ciało często krzyczy nam, czego chce, i warto, żeby dzieci ten krzyk umiały usłyszeć.

Terapeutyczna moc dotyku

Gdy dziecko doświadcza traumy, prowadzimy je do psychologa, żeby „przerobił z nim temat”. Może warto zacząć od pomocy naturalnej, czyli takiej, jaką może dać każda mama: od dotyku. Tylko jak dotknąć nastolatka, który ucieka przed każdym serdeczniejszym gestem? Jeśli twój nastoletni syn wyciera twarz po twoim buziaku i ucieka na widok wyciągniętych ramion, nie martw się. Zachowuje się typowo dla swojego wieku. Manifestuje niechęć wobec czułości, ale to nie znaczy, że jej nie potrzebuje. On już dowiedział się od społeczeństwa, że w naszej kulturze potrzeba dotyku jest „niemęska”. Dotyku łaknie jednak nawet człowiek, który uparcie go unika.

Nie zapominaj jednak o tym, że ty, jako matka, również go potrzebujesz. Gdy minie okres niemowlęcy, zostajesz drastycznie odcięta od źródła dotyku, jakim jest dziecko, podczas gdy ty nadal go potrzebujesz, żeby rozładować napięcia, także te związane z macierzyństwem. Głaskanie, przytulanie, chodzenie za rękę, całusek, tańce lub siłowanie się na ręce – potrzebne są i dziecku, i tobie. Nigdy nie wahaj się pytać swojego ciała, czego potrzebuje, i jeśli potrzebujesz bliskości fizycznej z własnym dzieckiem, nie czuj się winna odczuwaniu takiej potrzeby, nawet jeśli twoje dziecko to nastolatek. To, że chcesz mocno uściskać swoje prawie dorosłe dziecko, jest naturalne i zdrowe. A jeśli masz z dzieckiem złe relacje, pamiętaj, że o tym właśnie świadczy częstotliwość dotyku. Skorzystaj z tej zasady i za pomocą dotyku dotrzyj do swojego dziecka. Rób tak codziennie i zobacz, co się zmieni za pół roku. A zmieni się wszystko.

Jak reagować, gdy podejrzewasz, że dziecko doświadcza złego dotyku?

Jeśli dziecko wspomni, że nie lubi kogoś, to nawet jeżeli to będzie jego dziadek, bez specjalnego zainteresowania zapytaj dlaczego. Dzieci, jeśli mają z rodzicem dobre relacje i nie boją się agresywnej reakcji, powiedzą: „On mi robi tak, jak nie lubię”. Wtedy zacznij od całkowitego odcięcia dziecka od dorosłego, który wzbudza podejrzenia (nie informując go dlaczego), następnie wybierz się z dzieckiem na wizytę do psychologa, ale bez nazywania problemu. Nie należy informować dziecka, że jest „wykorzystywane”. To słowo nie jest mu potrzebne do zrozumienia sytuacji, w jakiej się znalazło.

Warto jednak pamiętać, że dzieci również odczuwają napięcie seksualne i żeby je rozładować, lubią fantazjować na tematy seksualne i je rysować. Rysunki nagich ciał, a nawet „złego dotyku”, które tak przerażają dorosłych, nie muszą od razu oznaczać, że dziecko jest wykorzystywane seksualnie.

Bardzo ważne jest, żeby obsesja złego dotyku nie zdominowała postrzegania wszelkich kontaktów z ciałem drugiego człowieka. Jeśli w ramach profilaktyki obciążymy dziecko strachem przed każdym dotykiem, wyrządzimy mu krzywdę.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

  1. Psychologia

Trudne dzieciństwo nie odbiera szansy na szczęśliwe życie

W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
Trudne dzieciństwo nie odbiera nam szansy na pełne, szczęśliwe życie. Wręcz przeciwnie – może stanowić kapitał, dawać niebywałą siłę. Ale nie zawsze to wiemy. Przetransformować ból i wstyd w miłość i wdzięczność – tak, można to zrobić. I trzeba.

Być może zastanawiasz się, czy warto czytać ten tekst; czy temat dotyczy twojego doświadczenia. Bo właściwie co to znaczy mieć niełatwe dzieciństwo? „Nikt mnie nie bił, seksualnie nie wykorzystywał, no, był alkohol, a mama miała depresję, ale to przecież nic takiego, życie po prostu” – często słyszę takie stwierdzenia. John Bradshaw, autor książek o potencjale trudnego dzieciństwa (m.in. „Powrót do wewnętrznego domu”, „Twórcza moc miłości”), uogólnia je w hasło: „Nie było tak źle, był dach nad głową”. „Uwierzcie mi, naprawdę było źle – pisze w »Powrocie do wewnętrznego domu«. – Zadano nam duchową ranę. To, że rodzice nie pozwalali nam być sobą, było najgorszą krzywdą, jaka mogła nas spotkać. Jestem pewien, że gdy mówiliście coś w gniewie, ostrzegano was: »Nie waż się więcej podnosić głosu!«. Nie było w porządku się gniewać, odczuwać lęk, smutek, a nawet radość. Nie było w porządku dotykać sromu lub penisa, nawet jeżeli bardzo to intrygowało. Nie w porządku było nie lubić księdza; myśleć to, co myśleliście; chcieć tego, czego chcieliście; czuć to, co czuliście, lub wyobrażać sobie to, co sobie wyobrażaliście. Niekiedy nie było w porządku widzieć to, coście widzieli, lub wąchać to, coście wąchali. Nie było w porządku być sobą”. Rodzice często mówią dzieciom wprost: „Bądź silny! Nie bądź taki samolubny! Nie miej potrzeb, zapomnij o sobie, zapomnij o swoich chęciach i uczuciach!”. Wielu „wyczynowców”, ludzi tak zwanego sukcesu, czuje, że podają się za kogoś innego. Czują, że nie będą kochani, jeżeli nie będą mieli osiągnięć. Po czym poznać, że nasza indywidualność i wyjątkowość nie były szanowane? Skrzywdzone wewnętrzne dziecko w nas zatruwa dorosłe życie napadami złego humoru, dąsami, nieufnością, przeczuleniem, skłonnością do nałogów i zachowań kompulsywnych, toksycznym rodzicielstwem, napiętymi, niszczącymi stosunkami z ludźmi, nadmierną uprzejmością i posłuszeństwem, niezdolnością do nawiązywania bliskich relacji. W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej? Co z tym zrobić?

Miałem być księdzem, śniłem o dziewczynach

Bradshaw pokazał, w jaki sposób dramat przemienić w siłę. Wychowywany w dysfunkcyjnej rodzinie, porzucony przez ojca alkoholika pisze o sobie: „Byłem zastępczym mężem mojej matki, stałem się więc ofiarą niefizycznego kazirodztwa. Jako dziecko byłem niedostrzegany. W ciągu 14 lat przeprowadzaliśmy się dziesięć razy. Mieszkaliśmy u dalszych i bliższych krewnych. Mój ojciec nie udzielał nam żadnego wsparcia. Już jako dziecko pojąłem, że nie jestem kochany, gdy wyrażam swoje potrzeby”. Jako nastolatek był młodym gniewnym należącym do gangu sobie podobnych młodych ludzi bez ojców. W szkole – nadobowiązkowym prymusem, w domu – opiekunem matki. Chcąc dochować jej wierności, wstąpił do zakonu, gdzie żył w celibacie przez ponad dziewięć lat, by stwierdzić: „Dziś patrzę ze zgrozą na ten okres mojego życia”. Popadł w stan zaawansowanego alkoholizmu. Jego cztery kolejne partnerki były ofiarami kazirodztwa. Zaczął szukać dla siebie ratunku, między innymi w grupach AA. Gdy odzyskał pełnię zdrowia, poświęcił się pomaganiu innym w dochodzeniu do zdrowia i siły. Jego książki zostały przetłumaczone na 27 języków i uznane za najlepszą literaturę dotyczącą uzdrawiania zranionego dziecka. Gdy Bradshaw prowadzi zajęcia z ludźmi, prosi, by zrzucili maski i się odsłonili. By dotknęli swoich ran. Na nowo odczuli dziecięcy ból, lęk, wstyd, gniew, żal i smutek. To jest zabieg bolesny i najczęściej trudny do przeprowadzenia bez kogoś z zewnątrz – terapeuty, mądrej przewodniczki, przyjaciela. I trwa jakiś czas. Jednak otoczenie opieką wewnętrznego dziecka prowadzi do bezwarunkowej miłości do siebie i staje się źródłem odnowy i witalności.

– Miałem być idealnym dzieckiem, a potem doskonałym mężem, ojcem i trenerem – opowiada Marek Karpiński, trener piłkarek ręcznych. – Gdybym nie rozeznał się w sobie, nie skonfrontował z rozpaczą i wstydem we mnie, najpewniej marnie bym skończył: alkohol, zawał, rozpad rodziny, te rzeczy. Osiągałem sukcesy, byłem trenerem kadry narodowej, uchodziłem za silnego faceta, na którym można polegać zawsze, bo uniesie wszystko. Ale płaciłem za to najwyższą cenę – zdrowia. No więc w kółko operacje, alergie, problemy z sercem, z żołądkiem, z jelitami, z gardłem, wrzody na dwunastnicy.

Wychowywał się w niezamożnej kolejarskiej rodzinie, wśród trzech braci. W wieku dwóch lat został posłany do przedszkola, więc potem już wszystkie etapy rozwoju przechodził w przyśpieszonym tempie – szkołę podstawową skończył w wieku 13 lat, a maturę zdał jako 17-latek. Tam, gdzie się znalazł, był przywódcą – w szkole, na podwórku, w drużynie harcerskiej, na zawodach sportowych, w studium wojskowym. Tata kupował synom rękawice bokserskie, mieli wygrywać, nie pokazać nigdy słabości. Mama marzyła, że Marek zostanie lekarzem, spełni jej niespełnione życie; albo księdzem.

– Z pozoru bardzo łatwo wchodziłem w rolę silnego i odpowiedzialnego. Ale w środku przeżywałam dramat: czy sobie poradzę, czy nie zawiodę? Dla dziecka to było o wiele za dużo. I zawodziłem. W szkole miałem dwóje, na medycynę się nie dostałem. A zamiast myśleć o duchowym powołaniu, śniłem o dziewczynach, co było kolejnym horrorem. Obiecywałem przecież w konfesjonale, że nie będę grzeszył myślą, mową i uczynkiem. A grzeszyłem. Matka o tym nie wie, ojciec nie wie, ale przecież Boga nie oszukam! Bóg widzi wszystko. Nie mogłem spać, nie mogłem odpędzić natrętnych myśli. Zżerało mnie poczucie winy i wstydu; zaraz się wyda i przepadłem, koniec ze mną, będę się smażył w piekle. Miałem być najlepszy i święty, a kim jestem?

Dajemy z siebie wszystko, reszta jest bez znaczenia

W dorosłym życiu został trenerem sportowym, a w sporcie wymagana jest doskonałość; wygrywasz – jesteś Bogiem, przegrywasz – jesteś zerem.

– W polskim wydaniu bycie trenerem to bycie katem – mówi Marek. – Rozgrywki były co sobotę. Już w czwartek czułem skurcz żołądka. Z niedzieli na poniedziałek nie spałem z lęku, co napiszą w gazetach. Co tydzień ocena, czyli walka o życie. I tak przez 20 lat. Im twardsza skorupa na zewnątrz, tym człowiek słabszy w środku.

Pamięta przegrany mecz w Hiszpanii jednym punktem, co wykluczyło piłkarki z udziału w olimpiadzie w Atenach. To znaczyło, że jako trener jest skończony. „Co czujesz?” – zapytała żona. „Rozpacz, smutek” – odpowiedział. „Co najchętniej byś zrobił?” – pytała dalej. „Usiadłbym i płakał” – usłyszał. „Więc płacz”. Od tego się zaczęło: a więc można nie bać się słabości, łez, lęku, wstydu i bólu? Zainteresował się szkoleniami z zakresu rozwoju osobistego, nowoczesnego przywództwa, zapisał się na zajęcia w szkole trenerów, uczył się, jak rozmawiać, jak rozumieć emocje.

– Otworzyłem się na to, co wewnątrz mnie – mówi. – Po raz pierwszy zacząłem pytać siebie, po co robię to, co robię. Czemu i komu to służy? Co daję z siebie innym? Jaką to ma wartość? Zapragnąłem być z ludźmi inaczej niż do tej pory, nie w sposób kontrolujący i dominujący.

Od 2005 roku jest trenerem piłkarek z klubu studenckiego AZS AWF Wrocław. W tym roku dostały się do czołówki krajowej, do ekstraklasy. Cieszy się jak dziecko: – Świętujemy zwycięstwo, grając na bębnach! Otwartość i komunikacja, wspólne tworzenie procesu treningowego, zabawa, nie walka; partnerstwo, nie dryl i tresura, o to chodzi. Nie pracując więcej, osiągnęliśmy najwięcej, w naturalny sposób, poszło jak z płatka. Mówiłem dziewczynom: dajemy z siebie wszystko, ale to nie znaczy, że musimy wygrać. Mamy prawo przegrać, pogratulujemy zwycięzcom. W to, co robimy, angażujemy całe serce, dlatego nie ma znaczenia, co inni powiedzą czy napiszą.

Pod bólem jest zawsze miłość

Pisałam reportaże o rodzicach zastępczych dla dzieci osieroconych i chorych. Pokłady miłości i siły tych ludzi wręcz onieśmielały. Ze zdumieniem w ich przeszłości odkrywałam prawdziwe tragedie, na przykład śmierć własnego dziecka. Zdarza się, że ci, którzy adoptują dzieci, sami jako dzieci stracili rodziców. Terapeutka Małgorzata Rajchert-Lewandowska wyjaśnia to tak: – Ci ludzie dokonali czegoś nadzwyczajnego, zaakceptowali ból, którego doznali, zgodzili się na swój los. To daje niebywałą siłę. Łatwo poznać takich ludzi, bo są charyzmatyczni, skuteczni. Przekroczyli próg cierpienia i w kontakcie z nimi to się czuje od razu. Stają się dla innych źródłem siły. W naturalny sposób zajmują się w życiu tym, co kiedyś było ich raną.

– Pod bólem jest zawsze miłość – dodaje terapeutka. – Jeśli nie dotykamy bólu, wtedy pozostajemy jak zamrożeni, ponieważ jednocześnie odcinamy się od wszystkich uczuć, także od miłości i wdzięczności. Jeśli odważymy się zmierzyć z bólem, wtedy rusza fala. Ku własnemu zdumieniu możemy nagle poczuć miłość do ojca, który bił, do matki, która upokarzała. Byłam świadkiem, jak ludzie nie mogli w to uwierzyć, a przecież to czuli. To jest pierwszy krok do przyjęcia swojego losu, a później – co rzadko się zdarza, ale jednak – wdzięczności za swój los. Zaczyna się od uznania, że w każdym doświadczeniu tkwi siła.

– Co dobrego może płynąć z tego, że co najmniej połowa z nas wychowywała się i wychowuje w rodzinach, w których nadużywa się alkoholu? – pytam. – Dzieci z takich rodzin są samodzielne, niezależne i odpowiedzialne, łatwo koncentrują się na zadaniu, nawet w trudnych sytuacjach, ponieważ nauczyły się funkcjonować w stresie. A więc potencjał istnieje. Z drugiej strony takie dzieci są obciążone bólem, lękiem i nadmiarową odpowiedzialnością za cały świat, i oczywiście lepiej by było, gdyby nie musiały przechodzić przez piekło uzależnienia rodziców. Jeśli jednak jako dorośli uporają się z tym dziedzictwem, odzyskają spokój i równowagę, i mnóstwo siły.

Małgorzata Rajchert-Lewandowska opowiada o pacjencie w terapii, mężczyźnie, który pracował jako antyterrorysta. W dzieciństwie był świadkiem fizycznej i emocjonalnej przemocy ojca wobec mamy. Jako dziecko chronił ją, interweniował, wzywał policję. Dzisiaj rozbraja bomby, chroni innych przed zagrożeniem. Opowiada też o charyzmatycznej lekarce, która w dzieciństwie nie była w stanie uratować umierającego brata, a teraz ratuje dzieci. Daje przykład Andrzeja Wajdy, którego ojciec zginął w Katyniu. Uważa, że gdyby syn nie przetransformował w sobie związanego z tym bólu, nie dotarłby do miłości i nie byłby w stanie nakręcić o tym filmu.
– W jaki sposób to, co trudne, może przysłużyć się mojemu rozwojowi, mojej pracy dla innych? To istotne pytanie – mówi terapeutka. Wśród psychologów pracujących z ludźmi są i tacy, którzy gratulują, gdy słyszą o krzywdach doznanych w dzieciństwie. Gratulacje szokują. Ale też intrygują, bo to całkiem inne spojrzenie.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!