1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rozstanie z partnerem - nowy początek zamiast rozpaczy

Rozstanie z partnerem - nowy początek zamiast rozpaczy

fot.123rf
fot.123rf
Partner rzucił Cię dla innej. Nie możesz tego przeżyć. Od wielu miesięcy dobrowolnie skazujesz się na rolę ”porzuconej i nieszczęśliwej”. Dlaczego? Bo pozwoliłaś, by zawładnęły tobą wyłącznie negatywne uczucia.

Po bolesnym rozstaniu ulegasz silnym negatywnym emocjom. To one zatrzymują Cię w miejscu i skazują na samotność. Myślisz tylko o tym, jak bardzo twój EX cię skrzywdził. Czujesz do niego ogromny żal , a równocześnie nie umiesz skonfrontować się z własnymi emocjami.

Wieczorami przesiadujesz na kanapie, popijając coraz więcej drinków i zagryzając alkohol tonami słodyczy. Zamiast zadzwonić do przyjaciół i zaproponować, aby zaprosili cię na niedzielny obiad, układasz w myślach długą listę żalów do wszystkich bliższych i dalszych znajomych: „Jak mogli opuścić mnie  w tak trudnym momencie?”.  A telefon rzeczywiście milczy jak zaklęty.

Zdaniem Johna Grey’a autora  poradnika „Mars i Wenus zaczynają od nowa”, aby uwolnić się od błędnych przekonań po bolesnym porzuceniu, musimy najpierw przeżyć negatywne emocje. Dojść do źródeł lęku i żalu, które czułyśmy, gdy ukochany nas zostawiał. Zdaniem terapeuty warto wypowiedzieć te wspomnienia na głos do lustra albo je spisać. Trzeba  wyrzucić z siebie dokładnie to, co wtedy czułyśmy, aby  móc się z tym żalem pożegnać. Wspominajmy więc, jak  ból promieniował na całe nasze ciało, rozdzierając serce i duszę. Gdy już się wypłaczemy i uporamy z naszym żalem, trzeba umieć przebaczyć.  Ale nie temu mężczyźnie, który nas skrzywdził, tylko…sobie.

Masz nadmierną skłonność do obarczania siebie winą? Tym razem też myślisz „coś ze mną jest nie tak, skoro mnie zostawił”. A tymczasem twojemu Ex po prostu przyszła chęć na zmiany w życiu i to z Tobą  ma niewiele wspólnego. Po prostu wybrał życie bez Ciebie. Poza tym „przebaczyć”  nie znaczy „od nowa być razem”. Przebacza się sobie i dla siebie.

Kiedy  się już i z tym uporasz, najwyższy czas zająć się najtrudniejszym zdaniem Grey’a wrogiem, który skazuje nas na samotność po porzuceniu, czyli utajnionym lękiem. Ściślej: obawą przed ponownym odrzuceniem, zaangażowaniem się w nową, bliską znajomość z mężczyzną. Źródła tego lęku zazwyczaj tkwią w dalekiej przeszłości. Warto więc wrócić w myślach do problemów w relacji z pierwszym wzorcem mężczyzny - ojcem, który być może kiedyś też zawiódł nasze oczekiwania, ale któremu nigdy o tym nie powiedziałyśmy.

„Pewna porzucona pacjentka wróciła na moją prośbę myślami do ojca, który podle traktował jej matkę” wspomina John Grey. Bała się, że i wobec niej może się kiedyś tak zachować. Była więc  wobec niego uprzejma i miła ze strachu, nie pozwalając sobie na gniew, który przez lata do niego czuła. Ten sam mechanizm zablokował ją po bolesnym rozstaniu z narzeczonym. Dopiero gdy uwolniła gniew do ojca, pozbyła się także lęku przed odrzuceniem. I wkrótce przestała być samotna”- pointuje terapeuta.

Pierwszym mężczyzną , który nas kiedyś rozczarował, może być oczywiście także przyjaciel, ukochany wujek, starszy brat czy pierwszy chłopak.

Prawdziwy problem tkwi głęboko w twojej podświadomości. Kiedy nie umiesz pogodzić się z lękiem przed kolejnym odrzuceniem, wybierasz bezpieczną samotność.

JAK NIE WPAŚĆ W PUŁAPKĘ SAMOTNOŚCI PO ROZSTANIU ?

  1. skonfrontuj się z własnym bólem
  2. pożegnaj żal po stracie ukochanej osoby
  3. przebacz sobie
  4. poproś przyjaciół o spotkanie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ludzie rozstają się, bo nie potrafią ze sobą rozmawiać

Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać różne historyjki, tylko pomagać sobie nawzajem zrozumieć, co myślą, czują – mówi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski

Kiedy warto jest walczyć o związek?
Warto walczyć, jeśli nie jest pasmem przemocy, nadużyć, zdrad, wykorzystywania, lekceważenia naszych uczuć i braku lojalności. Słowo „walczymy” co prawda niezbyt dobrze wpisuje się w codzienność, ale jednak dobrze oddaje sens naszych działań – bo o związek walczymy każdego dnia. Przedstawiając swoje zdanie, konfrontując się z partnerem, chwaląc go, dostrzegając jego wartość, tak naprawdę staramy się, żeby ten związek był coraz lepszy. Bo nigdy nie można osiąść na laurach.

Powiedział pan: konfrontując…
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. I od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.

Ale ludzie od rozwiązywania konfliktów wolą innego partnera.
Pewna młoda aktorka powiedziała mi ostatnio, że w jej środowisku związki bardzo szybko się rozpadają. W najlepszym przypadku są związkami na dwa lata. Dotarło do mnie, że nastąpiła tu jakaś znacząca zmiana. W moim pokoleniu związek był dużą wartością. Zawierało się go na zawsze, mimo że rozum mówił, że czasem uczucia się kończą, a ludzie rozstają. Owa aktorka uprzytomniła mi fakt, że młodzi ludzie nie zastanawiają się, jaki ich związek będzie za ileś lat. Oni nie patrzą na relacje w dłuższej perspektywie, bo z góry zakładają, że w każdej chwili mogą się skończyć. Im rozstanie przychodzi bardzo łatwo. Większość związków jest nieformalna, można więc odejść z dnia na dzień, bez pokonywania prawnych czy organizacyjnych barier. Po prostu pakuje się walizkę i mówi „do widzenia”.

A normy, zasady?
Odgrywają coraz mniejszą rolę. Coraz więcej natomiast jest związków, w których ma być przyjemnie. Jeżeli partnerzy nie dostarczają sobie przyjemności w różnych obszarach – intelektualnych, seksualnych – to po prostu się rozstają. Dla mnie kiedyś był to przykład niedojrzałości.

Już nie jest?
W moich standardach to nadal niedojrzałość. Związek według mnie powinien być zawierany na zawsze. Powinien wiązać się z uczuciem, choć oczywiście mogą następować w jego trakcie różne perturbacje. Wiem jednak, że kłopoty potrafią wzmocnić związek. Ale coraz mniej ludzi w ten sposób myśli o budowaniu relacji.

Wiedza na ten temat pomaga?
Im robię się starszy, tym jestem bardziej przekonany, że to, co ludziom pomaga w relacjach, to nie jest wiedza każdego z nich, ale rozmowa. Coś, co się tworzy w trakcie, gdy partnerzy posiadający jakieś przekonania, uczucia zaczynają rozmawiać. Wtedy powstaje zupełnie nowa jakość, związek może odkryć zupełnie nowe obszary do penetrowania. Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać sobie różne historyjki, tylko w znaczeniu pomagać zrozumieć, co myślą, czują. Jak coś powiedziałem, to nie jestem już tym samym człowiekiem co wcześniej, a i ten, kto to usłyszał, też nie jest już tym samym człowiekiem. Rozmowa to naprawdę coś niezwykle istotnego w walce o związek.

Współczesne kobiety walczą też o siebie.
Asertywność kobiet jest dobra także dla mężczyzn. Mężczyźni cenią partnerki, które uczą ich rezygnować ze swoich narcystycznych pomysłów, które pokazują im, że nie mają monopolu na wiedzę, władzę, jakość związku. Nagle mężczyźni muszą znaleźć się w sytuacji osób, które nie tylko wygłaszają mowy, ale też słuchają. Namawiam kobiety, żeby stawiały granice swoim partnerom. To jeden z ważnych elementów relacji.

A tolerancja dla inności?
Inność jest fundamentem związku. Bo jeżeli dwie osoby są takie same, to po co być ze sobą, po co rozmawiać. Dlatego warto tę inność zauważyć i pielęgnować. To, że mój partner ma inne zdanie, wywodzi się z innej tradycji rodzinnej, jest czymś bardzo cennym. Ale ludzie mogą docenić różnice dopiero, gdy mają poczucie własnej wartości. I wtedy druga osoba nie stanowi zagrożenia. Nie potrzebują jej kontrolować, żeby z nią być. Dają tyle miłości, ile wolności. A partner też dostrzega w nich inność, bo oni dostrzegają to w nim. Taki związek ma szansę. Wielu ludzi boi się inności, gdyż nie bardzo wierzy, że samodzielni, niezależni partnerzy będą chcieli z nimi być. Więc rozwijają funkcje kontrolne, odmawiają informacji, ukrywają uczucia, manipulują seksem, obwiniają. Takie zachowania dają niezwykle kruche podstawy do związku, który wcześniej czy później się rozpada.

Nigdy nie ma się gwarancji, że następny będzie idealny.
Oczywiście. Bo to nierealistyczna tęsknota niedojrzałych ludzi myśleć, że na świecie jest ktoś, kto da im to wszystko, czego nie otrzymali w całym swoim dotychczasowym życiu. Każdy spotkany człowiek podlega wtedy potężnej idealizacji, wydaje się właśnie tą wymarzoną osobą. A kiedy jakiś czas potem okazuje się, że nie spełnia oczekiwań, dramat gotowy.

Pewien pan, który żenił się po raz siódmy, powiedział mi, że dobrze już wie, na czym polega problem między kobietami a mężczyznami. Mianowicie na tym, że kobiety dążą do zdominowania mężczyzn, a zadaniem mężczyzn jest się nie dać.

Ów pan wybierał partnerki nieśmiałe, niepewne, które potrafił nagiąć do swoich wymagań, ale tylko do pewnej granicy. Potem one się „odginały”, stawiały swoje wymagania, a on mówił: „no i już się zaczyna”. Proszę sobie wyobrazić reakcję tego pana, gdy partnerka mówi: „zrób mi herbatę”. Jego myślenie na temat kobiet to dobry przykład pokazujący, co się dzieje, gdy realizują się nasze pomysły na partnerów, które nosimy w głowie. Zawsze prowadzi to do katastrofy.

  1. Psychologia

"Ode mnie się nie odchodzi", czyli co czuje i myśli porzucony mężczyzna

Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Mężczyźnie łatwiej jest pogodzić się ze stratą kobiety w wyniku zdarzenia losowego czy śmierci niż z tym, że go porzuciła – mówi psycholog Paweł Droździak.

W jaki sposób mężczyzna przeżywa żal po stracie kobiety, związany z rozpadem związku?
U różnych typów ludzi różne elementy psychiki są newralgiczne. Dla niektórych kluczowe jest na przykład poczucie wartości własnej i w sytuacji kryzysu to ono ucierpi jako pierwsze. „Skoro ona odeszła, to co ze mnie za facet?”. Mężczyźni rzadziej niż kobiety upatrują włas­nej atrakcyjności w fizyczności, szukają jej raczej w pozycji zawodowej i różnych aspektach związanych z osobowością, w sprawczości. No, i jeśli to akurat jest u danego mężczyzny kluczowe, to możliwe, że będzie przeżywał utratę z takiego punktu widzenia. Jako fiasko pewnego projektu życiowego.

Mężczyzna o innej strukturze będzie to zdarzenie przeżywał jako zachwianie wyobrażenia o przewidywalności świata i ludzi. „Mówiła, że kocha, a teraz twierdzi, że nigdy nie kochała. Jak to możliwe, świat powinien przecież opierać się na jakichś zasadach?!”. To, co w tym przypadku zostaje zachwiane, to nie samoocena, ale przekonanie o własnej zdolności do rozumienia, co się wokół dzieje. Rozumienia innych ludzi, przewidywania, co się zdarzy. Poza tym jeśli ona mówi, że nigdy nie kochała, to czy to znaczy, że moje dobre wspomnienia z nią związane nie opisują trafnie rzeczywistości? A więc nie tylko nie wiem już, gdzie za chwilę będę, ale nawet nie wiem, gdzie byłem. Bardzo dezorientujące. I to uczucie dezorientacji jest u tego typu osób w tej sytuacji kluczowe. Inny mężczyzna z kolei może mieć silną skłonność do kontrolowania innych osób i całe zdarzenie przeżywa raczej poprzez specyficzny filtr. „Przecież ode mnie się nie odchodzi! Ja na to nie wyraziłem zgody”.

Czy wypieranie lub zapadanie się w smutek utrudnia mężczyźnie przeżycie żałoby po stracie?
Ujmę to tak: „Odeszła, ale czym dla mnie była?”. Czyli – co odeszło? Ktoś przekłada tę stratę na język władzy, inny na język rzeczy czy struktur, ktoś inny może robić z siebie ofiarę: „Jeśli odejdziesz, to się zabiję”. Chodzi o to, żeby zadać sobie pytanie, co tak naprawdę jest uderzone przez to uczucie żalu. Inne ciekawe pytanie: jak różni się przeżywanie rozstania u mężczyzn i u kobiet? Pierwsza różnica, na którą można by wskazać, jest czysto praktyczna i dość oczywista. Przy rozpadzie rodziny dzieci najczęściej zostają z matką. Z tej asymetrii wyniknie później mnóstwo innych różnic.

Czyli w sytuacji rozstania mężczyźnie dochodzi jeszcze żal po stracie kontaktu z dziećmi.
Powstaje zupełnie inny świat przeżyć psychicznych, ponieważ sytuacja zewnętrza jest odmienna: walka o kontakty z dziećmi, seria różnego rodzaju oskarżeń, rozgrywanie alimentami, ukrywanie swoich dochodów, konflikty interesów między dziećmi a nową partnerką. Cała masa problemów specyficznie męskich w tej sytuacji. Jeśli mowa o małżeństwie, i to jeszcze takim, które coś razem tworzyło, ma jakiś dorobek materialny, potomstwo, długi staż – to rzadko się zdarza, żeby udało się rozstać całkiem pokojowo. Zwykle dochodzi do walki. I w jej trakcie partnerzy często dewaluują się nawzajem. Po części po to, żeby sobie poradzić z bólem, ale jest i inny powód.

Dla wielu ludzi to nie do pomyślenia, że rozstają się z kimś po prostu dlatego, że nie spełniają się w związku. Czują, że to coś złego, bo ten powód jest jakby niewystarczający. Za mało konkretny. Czy można rozstać się z czystego pragnienia rozstania? Bez żadnej zbrodni, którą druga strona popełniła? Potrzebują jakiegoś mocniejszego powodu, szczególnie gdy ktoś ma tendencję do myślenia na poziomie konkretów. Dlatego się tego konkretu szuka, a jak go nie ma, to trzeba go sobie stworzyć. Wtedy idziemy w oskarżenia, często monstrualne. A prawda jest taka, że po prostu nie potrafimy poradzić sobie z...

Z żalem po stracie partnerki?
Albo z żalem po jej stracie, albo też z tym, żeby samemu powiedzieć sobie: „Nie chcę z nią być”. To jest dla nas za trudne. Bo jak można tęsknić za czymś, co jest dobre, przeżywać brak tego i jednocześ­nie wciąż widzieć to jako dobre? Zatem trzeba uczynić to złym, aby odzyskać spójność.

Czy chodzi o to, żeby potrafić rozstać się również z tym, co dobre? Na zasadzie: „Ja jestem dobry, ty jesteś dobra, ale to już nie działa”.
Dla niektórych ludzi taka operacja myślowa jest strukturalnie niewykonalna. Dlatego albo muszą tę osobę zdewaluować – jeśli jej wspomnienie jest źródłem bólu po stracie, albo zdewaluować siebie. Uzyskanie zdolności do takiego wewnętrznego przeżycia, w którym coś jest źródłem dyskomfortu (bo tego już nie mamy), a jednocześnie jest wciąż cenione – to jest poważne zadanie rozwojowe. Niektórzy nigdy tego nie osiągają. I podobnie, kiedy trzeba by złożyć razem dwie rzeczy: nie ma zbrodniarza, a mimo to chcemy rozwodu. Dlatego wiele osób raczej stara się stworzyć sobie jakiś „ważny powód”, no i zaczyna się masa oskarżeń po to, żeby nie czuć się tym, który jest niesolidny.

Dewaluacja jest obroną. Gdybyśmy tego nie robili, na pewno dopuścilibyśmy do siebie wszystkie te depresyjne uczucia, które pojawiają się po stracie. Dewaluacja jest bardziej pierwotna, instynktowna i łatwiejsza. To tak jak w sytuacji, gdy ugryzie nas komar, drapiemy się, mimo że to wcale nie pomaga. Myślę, że często może to działać tak, że jeśli nie dewaluowalibyśmy drugiej strony, to od razu dewaluowaliśmy siebie. Znów po to, żeby nie dopuścić do przeżywania żalu w czystej postaci.

Czyli dewaluacja partnerki daje mężczyźnie poczucie, że ma kontrolę nad sytuacją?
To pierwszy objaw tego, że mężczyzna próbuje przejąć kontrolę nad uczuciem żalu. Ale to nie jest specyficzne tylko dla mężczyzn. To uniwersalny mechanizm.

Kiedy zatem mężczyzna jest w stanie poczuć ten żal?
Żal znajduje się niedaleko bezradności. Zgoda na bezradność to nie taka prosta sprawa. Snucie fantazji o tym, co strasznego knuje kobieta, jest świetnym sposobem na to, żeby nie czuć, że się kogoś straciło. Bo żal jest niezwykle bolesny. Żal nas kompletnie rozwala.

Złość także rozwala.
Złość wiąże się z mobilizacją do działania, choćby destrukcyjnego, ale jednak. Tymczasem żal odwrotnie – demobilizuje. Mężczyźnie łatwiej jest czuć złość niż smutek, bo ten drugi jest wstępem do poczucia bezradności. Dlatego wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko raczej pomyśleć o partnerce coś złego lub obraźliwego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. Czasem jest to zdrowy mechanizm obronny. Szczególnie jeśli zdrada wiązała się z bardzo upokarzającą sytuacją.

A kiedy ten mechanizm przestaje być zdrowy?
Jeśli w ogóle nie przyjmuje się swojego żalu do wiadomości. Czyli kiedy istnieje tylko ten element złości i dewaluacji, a cała reszta jest zaprzeczona. Co miewa na przykład taką postać całkowicie zadaniowego skupienia się na konkretach, na przykład związanych z walką sądową po rozwodzie. Ktoś taki może godzinami rozprawiać o pismach, które napisał, ruchach formalnych, jakie wykonał, snuć plany ataków, obron, forteli, zbierania dowodów, mówić o zdjęciach, nagraniach, może opowiadać o okropieństwach, jakie była partnerka popełniła, i zupełnie nie dopuszczać tego, że pod tym wszystkim jest jakaś rzeczywistość złamanego serca i tęsknota. Był smutek, jest paranoja. Bywa też, że zamiast obsesji sądowej walki i całej paranoicznej wizji, która się często z tym wiąże – jest czysta przemoc. Trochę jak w piosence taty Kazika „Celina”: „Ziutek nie płakał, twardy jest, godzinę ze wściekłości wył jak pies”, i dalej: „tylko podniósł brew, błysnęło, na białą pierś trysnęła krew”. Pracując w więzieniach, często spotykałem mężczyzn, którzy mieli całkowitą niezgodę na dopuszczanie jakiejkolwiek bezradności w sobie. Umysł to nie ciało. W ciele wiadomo, co jest zdrowe, co chore. W umyśle dzieją się różne przedefiniowania tego, co czujemy. Możemy je po prostu opisywać, próbując rozumieć, do czego te przedefiniowania mogą człowiekowi służyć.

I do czego najczęściej mu służą?
Od mężczyzn często wymaga się, żeby byli zdolni do wykonania pewnych zadań wymagających mobilizacji i ogólnie funkcji „przełamania się”. Wytrzymania czegoś i działania pomimo pewnych przeszkód. Jeżeli podczas meczu ktoś kopnie piłkarza w kostkę, to nie oczekujemy, że piłkarz w tym momencie skontaktuje się ze swoimi uczuciami i bólem i zacznie ten ból wyrażać i celebrować, tylko chcemy, żeby szybko zebrał się w sobie i grał dalej. Jego organizm używa do tego adrenaliny. Zatem on nie jest trenowany do tego, by się uwrażliwić na subtelne sygnały, tylko do tego, żeby wytrzymać sygnały zgoła niesubtelne i działać mimo nich. Wychowanie mężczyzn i cały męski wzorzec mityczny zawiera ten element i dzięki temu mężczyzna osiąga pewne cele, co zresztą bywa przez kobiety cenione. Z drugiej strony staje się to dla tych kobiet udręką, kiedy z tak wychowanym mężczyzną, szczególnie jeśli weźmie sobie to zbyt mocno do serca, nie daje się w ogóle porozumieć. No i mamy konflikt, bo z jednej strony taka kobieta korzysta z efektów jego zaradności, a z drugiej – ma mu za złe, że on „nic nie rozumie”. W to miejsce wchodzi często poppsychologia z fałszywą obietnicą, że tego mężczyznę uwrażliwi bez utraty sprawczości.

Realna psychoterapia nie formułuje na szczęście takich obietnic. W terapii często szuka kontaktu z własnymi emocjami, bo po prostu szuka się prawdy o tym, co w człowieku siedzi pod wszystkimi warstwami zaprzeczeń czy przedefiniowań – i na przykład chodzi o to, żeby te uczucia powtórnie przeżyć, żeby zostały przez kogoś dobrze przyjęte. W prawdziwym życiu to nie jest tak, że cały czas możemy sobie pozwolić na celebrowanie „prawdy swego wnętrza”, bo świat nie zawsze jest tym zainteresowany. Warto to rozróżnić.

Czyli uważasz, że mężczyznom bardziej opłaca się ten żal po stracie jakoś przedefiniować, zakłamać i zmniejszyć niż naprawdę przeżyć?
W kulturze przedfreudowskiej do tego, by mężczyźni mogli się rozmontować i pokazać uczucie bezradności, służyła gospoda. Stąd popularność alkoholu. Dawał usprawiedliwienie dla pokazywania emocji, które u osoby trzeźwej musiałyby pozostać ukryte. Wciąż to zresztą działa. Co robią przyjaciele, kiedy jeden z nich odkryje zdradę partnerki? Idą na kawę? No nie. Idą na piwo. Przy zdradzie szczególnie poważnej – nawet na wódkę. W dynamice takich spotkań uczucia depresyjne często są odreagowywane prawdziwie, ale często też przetwarzane w działania agresywne bądź stany maniakalne. Można na to narzekać, ale prawda jest taka, że nie ma na świecie człowieka, który mógłby sobie pozwolić na to, że będzie przez cały czas i w każdych okolicznościach w zgodzie i kontakcie ze swoimi emocjami, i tylko tymi emocjami się będzie kierował i je tylko szczerze wyrażał. To nierealne.

Istnieje przestrzeń, w której musimy mobilizować się do działania mimo pewnych uczuć, i przestrzeń, w której sobie folgujemy. Zakłada się, że na przykład gabinet psychoterapeutyczny może być miejscem, gdzie może do tego dojść w bezpieczny sposób. Ale w codziennym życiu zwykle zbieramy się do kupy, dajemy sobie na wstrzymanie, wybieramy to, co dyktuje rozum, nie uczucia. Śmiem twierdzić, że czasem nawet kłamiemy, udajemy, gramy pewne role i nie ma żadnej możliwości, żeby to jakoś całkowicie zmienić. Taki po prostu jest dorosły świat. Ja sam teraz najchętniej położyłbym się spać, bo jestem potwornie zmęczony, ale nie ma cudów. Rozmawiamy, bośmy się umówili i się tu przecież na ławce teraz nie położę. Choć jako dziecko mógłbym. Narzędzie psychoterapeutyczne to nie to samo co całościowy sposób na życie.

Nie zachęcasz facetów, by wyżałobili tę żałobę do końca?
Nie wiem, czy w ogóle mogę powiedzieć, że ja jako psychoterapeuta kogoś do czegoś zachęcam. Na pewno część mojej roli polega na tym, żeby mówić o tym, że na przykład duża część procesu dewaluacji partnerki jest obroną. Badać, czy jest pod tym smutek, rozpacz, lęk, poczucie winy, żal do samego siebie. To w gabinecie. W praktyce życia jednak wygląda to tak, że ludzie przeżywają tragedie rozstań, rozpadów związków, rozpadów rodzin, a mimo to muszą pracować, uczyć się, wykonywać swoje życiowe zadania, także wykonywać pewne zadania rodzicielskie, nie czyniąc z dzieci ani sędziów, ani powierników tego, co przeżywają. Jeśli ktoś umie się skupiać tylko na własnych potrzebach i uczuciach, to kiedy jego związek się rozpada – biada jego dzieciom. Dlatego ważne, żebyśmy – kiedy coś takiego przeżywamy – znaleźli sobie miejsce czy osobę, przy której możemy pokazać, co się z nami dzieje, bez udawania i kręcenia.

Jak to zrobić? Zdanie sobie sprawy z tego procesu jest już w pewien sposób uzdrawiające?
Tak jest. Jednak jeżeli zdradziła mnie dziewczyna, a ja ciągle siedzę i myślę o tym, że nie jestem nic wart i moje życie nie ma sensu – jestem w kontakcie z uczuciem o charakterze depresyjnym. W pewnym momencie musi jednak nastąpić porzucenie obiektu przywiązania, czasem drogą jakiejś choćby częściowej dewaluacji, a w każdym razie odmitologizowania. Bo inaczej będzie się zawsze żyć w cieniu mitu.

Czyli dewaluacja partnerki musi jednak nastąpić...
A jak inaczej rozwiązać problem przywiązania do osoby, która już nas nie chce? I nie zdewaluować przy tym samego siebie? Wręcz karkołomne zadanie. Dlatego czasem łatwiej jest przeżyć żal, kiedy partnerka umiera czy odchodzi w wyniku zdarzenia losowego, niż kiedy porzuca.

Naprawdę?
Co innego, gdy ktoś nie przyszedł na spotkanie, bo nie mógł. A inaczej, gdy tego nie chciał.

A jeśli chcemy rozstać się lepiej, inaczej? Nie bez żalu.
Wtedy trzeba pomieścić w sobie całą serię skomplikowanych operacji. Bo wyobraźmy sobie, że kocham kobietę, która odeszła ode mnie z innym. Wtedy musiałbym zrozumieć, że ona nie może ze mną być, bo szuka czegoś innego. Są nawet ludzie, którzy proponują tak niewyobrażalne rzeczy jak to, żeby cieszyć się jej szczęściem...

Spróbujmy rzucić mężczyźnie jakieś łatwiejsze do złapania koło ratunkowe.
Jeśli kobieta, która odeszła, stanie się w pewnym momencie obojętna emocjonalnie, to wtedy może się uda. Albo kiedy nie będzie całkiem obojętna, tylko dobrze wspominana, ale już bez tego silnego przywiązania. Mówię o czymś takim jak sentyment. Wspomnienie czegoś pięknego, co już było. Jest w tym świadomość straty, ale już przeżytej. Kiedy mówię: „To były dobre czasy, ile nocy przepłakałem przez nią, ech, stare dzieje” – to oznacza, że przełożyłem sobie ten smutek na sentyment, w którym siedzi żal.

Jak możemy pomóc w tym mężczyznom?
W książce Edwarda Stachury „Siekierezada” widzimy mężczyznę wchodzącego do gospody z siekierą, rozwalającego stoły, bo jego kobieta notorycznie go zdradza. Pięknie pokazano tę scenę w filmie pod tym samym tytułem. Wejście z siekierą przez zamknięte drzwi i struchlały tłum robią duże wrażenie. Gdyby drwal w tym momencie znalazł tę kobietę, pewnie by ją zabił. Za to wyładował swoją złość, przez co mógł wejść w ten depresyjny stan smutku i rezygnacji. No i co wtedy usłyszał od mądrego, starego człowieka? „Kaziuk, baby były, są i będą”. Czyli perspektywa filozoficzna, ale wciąż ludzka, a nie boska. I to jest bardzo dobry wstęp do poczucia nostalgii.

Paweł Droździak, psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi praktykę prywatną. Pracuje z osobami dorosłymi i parami. Współautor książek: „Zawsze bezpieczna” (2003), „Blisko, nie za blisko” (2012).

  1. Psychologia

Wchodzenie w związki bez miłości nie wyleczy złamanego serca - przestrzega Kasia Miller

Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mają być ulgą, plastrem na zranione serce. Słodyczą, bo myślimy, że tak smakuje zemsta. Złożeniem siebie na ołtarzu miłości. Wiążemy się więc z kimś, kogo nie kochamy, w celu innym niż miłość albo z kimś, kto nas nie kocha, licząc, że pokocha. Czy osiągamy to, co zamierzone – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Moja koleżanka, atrakcyjna kobieta, zobaczyła, jak jej były całuje się z inną, więc kopnęła w jego samochód. Tak mocno, że złamała palec.
Ludzie potrafią skrzywdzić sami siebie, żeby zemścić się na kimś, kto im złamał serce. Pewna moja znajoma miała romans z architektem. Wydawało się, że ich związek zmierza w stronę małżeństwa. On co prawda tego nie obiecywał, bo mężczyźni rzadko obiecują takie rzeczy, a jak na dzień dobry machają pierścionkiem, lepiej uważać! W każdym razie spotykali się przez kilka miesięcy, zabierał ją do swoich przyjaciół i znajomych z pracy, więc kobieta myślała, że związek się rozwija. Ale on myślał inaczej, o czym jej szczerze powiedział. No, to się wściekła i postanowiła się zemścić, uwieść jego szefa i podjudzić obu mężczyzn do rywalizacji. Wiedziała, że szef nie jest żonaty i że ona mu się podoba. Przy okazji wspomniała mu więc, że już się z tamtym nie spotyka, i zasygnalizowała, że gdyby on chciał, to ona owszem... No i kiedy chodziła już z szefem, przychodziła do niego do pracy i demonstracyjnie się do niego przytulała, pokazywała, że teraz jest dziewczyną lepszego samca. Przypomina mi się tu rozkoszna piosenka Violetty Villas: „Choć jeden raz, żebym była tak piękna, dziś, właśnie dziś, bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść, spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka!”.

Zemściła się na byłym, wiążąc się z jego szefem?
Chciała pokazać, że jej jest na wierzchu. No i przez chwilę w jej głowie tak było. Tamten widział, że sobie z jego szefem umościła gniazdko. Ale nie dał mu w twarz, nie padł u jej stóp i nie błagał, żeby wróciła. Szef też do zemsty się nie przyczynił, bo nie zaczął zachowywać się nie fair wobec poprzednika.

Marna zemsta… Może pokochała szefa i są razem?
Kiedy mężczyzna ma być „zemstą”, to niczego dobrego kobieta nie będzie z tego miała, oprócz chwilki satysfakcji, że intryga się powiodła. Jak się wchodzi w następną relację, natychmiast po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, to się nie ma wolnego serca. A ona szefa nie kochała i obojgu im coraz mniej się chciało chcieć siebie nawzajem. Ich bycie razem nie miało się czym żywić. Było sztucznie karmione celem innym niż miłość. Dlatego, kiedy cel został osiągnięty, związek zgasł. Mógłby trwać, gdyby mieli w byciu razem inny, np. materialny, interes, choćby dom z basenem. Strach przed zaangażowaniem w kolejny związek pcha nas ku komuś, kogo nie kochamy.

Może seks z szefem był lepszy?
Gdyby szef był superkochankiem, ta pani miałaby fun, ale to też wiele by zmieniło. Mądra kobieta wie, że seks to seks, a miłość to miłość. Może sobie „pójść w seks” z kimś, żeby się cieleśnie zresetować po poprzednim związku, jeśli ma taką potrzebę. Może się ratować w każdy sposób, byle było to prawdziwe. Bez udawania przed sobą, że czuje się coś, czego się nie czuje. A my często nie wiemy, co czujemy, bo się tego nie nauczyliśmy. Nie dostaliśmy od rodziców prawa do tego, żeby zajmować się swoimi uczuciami. Ani wzoru, jak to robić. Nie wiemy więc, że to się opłaca. Odwrotnie: myślimy, że będzie strasznie, gdy sobie na to uczucie pozwolimy. I chcąc pozbyć się rozpaczy, zmuszamy się do seksu z kimś, z kim nie mamy ochoty, i do seksu, na jaki nie mamy ochoty. Robienie tego w celu innym niż przyjemność czy bliskość to zawsze użycie siebie. Nadużycie! Ta opowieść jest o tym, że dziewczyna zrobiła ogromny wysiłek, by coś udowodnić facetowi, który ją rzucił – i by uciec przed prawdą o tym, co czuje. I zmarnowała to, co znacznie ważniejsze, czas po porzuceniu na to, by miłość odpłakać, stanąć na nogi i wybrać kogoś, kto naprawdę będzie jej pasował. A więc zrobiła sobie krzywdę.

Zagrała na nosie byłemu, zdobyła szefa, jaka tu krzywda?
Prawdziwe uczucia zepchnęła do kąta po to tylko, by się zemścić. Nie pogodziła się ze stratą. Była nieprawdziwa, używała siebie i dlatego nie zbudowała wewnętrznego spokoju ani związku. Weszła w tę relację po to, żeby nie czuć. Mało tego! Żeby tamten poczuł. Żeby go zabolało. Czyli odrzuciła siebie. No, ale kiedy nie udało jej się stworzyć domu z szefem, była na tyle świadoma, że na szczęście przyszła po pomoc. Powiedziała, że się zagalopowała. Że zrobiła coś, co się nie sprawdziło. A teraz po rozstaniu z tym, kogo nie kochała, jest jej gorzej niż po rozstaniu z ukochanym.

Chciała się dowiedzieć, czemu tamten jej nie chciał?
Nie chciała i nie zawsze jest to do czegokolwiek potrzebne, bo rozstanie często nie ma nic wspólnego z nami. Gdyby zapytała go, dlaczego już nie są razem, mógłby powiedzieć, że nie wie. Po prostu tak poczuł… stracił do niej uczucie. Coś się wypaliło. Kobiety często mówią: „Bo ja byłam niefajna, dlatego on powiedział, że jednak nie”. A niekoniecznie. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, który nie umie na dłużej się z kimś związać. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, którego coś niesłychanie ważnego zaabsorbowało: awans, choroba, poczucie bezsensu lub przeciwnie – odkrycie, że chce być wolontariuszem przy umierających, a nie żyć wygodnie z tobą. Nie wiemy, dlaczego mężczyzna mówi „nie”. Ważniejsze było to, że ona samą siebie, taką zamrożoną emocjonalnie, komuś zaniosła. Była znieczulona, więc łatwiej było jej udawać. Gdyby jej związek był oparty na prawdziwych uczuciach, to nie udawałaby, że chce być z kimś, skoro tego nie chciała. I czuła się pusta, bez uczuć, jak wyprana przez dwie pralki. Trochę trwało, nim odrobiłyśmy to, co konieczne. Najpierw musiała się przyznać do swoich prawdziwych motywacji, które nie były dla niej jasne. W bólu zadziałała instynktownie.

Czy to kobieca specyfika – mężczyzna jako plaster i słodycz zemsty?
Gdzie tam! Moja druga historia dotyczy mężczyzny. Ludzie w sytuacjach granicznych, a porzucenie taką jest, reagują na parę sposobów. Ten mężczyzna po związku, w którym był szczęśliwy i zakochany, a został porzucony dla kogoś innego, poczuł się tak boleśnie ugodzony w serce, że od razu ożenił się z dziewczyną, która mu się ofiarowywała od lat.

Kolejny z niebezpiecznych związków: „Kocham go i wierzę, że on mnie też pokocha”?
Wiedział, że z tej dziewczyny robi plaster na serce: „Tamta mnie rzuciła, już mnie nie kocha, ale jest ktoś, kto mnie kocha. Kto od lat na mnie czeka i teraz będzie mnie miał jako nagrodę. Jestem więc godzien miłości”. No i zgadnij, co było dalej.

Mężczyzna tęskniący za inną i kobieta oczekująca na jego miłość? Hm… też im nie wyszło?
Wyszło, ale na jakiś czas. Ona była dumna, że on tak szybko po rozstaniu z tamtą do niej przyszedł. Uznała to za plus. A powinna pomyśleć: „Dlaczego tak szybko? Dlaczego akurat do mnie? Bo wie, że go kocham i się mu ofiarowałam?”. Jeśli ktoś lubi być wzięty w ofierze, to mu może na dłużej wystarczy. Ale ta druga osoba może wcale długo nie zachwycać się takim obdarowaniem. Bo jak długo możesz być z kimś, kogo nie kochasz? Tak długo jak tęsknisz za tą utraconą miłością i potrzebujesz plastra. Nawet jeśli plaster ma zalety i podoba ci się, to i tak mało! W naszej historii mężczyzna, kiedy przestał kochać tamtą, pomyślał, że już nie chce być z kobietą, której pozwala się kochać, koić, dopieszczać. Brał od niej to wszystko, bo był pewien, że mu się to należy, bo daje jej to szczęście, jakim jest on sam. Ona była dawcą, a on biorcą, co już samo w sobie zapowiada kłopoty.

Dlaczego on, który brał, miał dość, a nie ona, dawca?
Bo nie musiał jej zdobywać. Dostał ją za darmo. Jak mężczyzna stara się o kobietę, to będzie ją cenił. I to pomaga później pokonać kryzysy w związku. Istotne jest, czy na początku związku on czuł radość, że ją zdobył. Zdobywanie to baza, która zostaje na zawsze, bogactwo, mocna podstawa stabilizacji, bo cenimy to, co wymagało wysiłku. I dlatego kryzys można pokonać, gdy się sobie o tym przypomni, bo to daje motywację. A tu on miał to, co mógł, a nie to, o co walczył. A że już się jej miłością napchał, ukoił, to mu się przejadła. Gdyby ona nie była tylko dawcą, gdyby zdała sobie sprawę, że on jej użył jako plastra, to ich bycie razem mogłoby przetrwać. Ale, niestety…

…on ją wziął z półki „zastępstwo”.
Powiem tak: im bardziej on był obolały, tym bardziej ona nie powinna mu się oddawać. Ale! Można też powiedzieć, że miała tego faceta, o którym marzyła, w taki sposób, w jaki było to możliwe. Gdyby mu się nie ofiarowała, to może on nigdy by jej nie wybrał. Skoro jednak ona nie dała się poznawać i zdobywać, ale dała mu się cała od razu do zjedzenia, to mogła się spodziewać, że usłyszy od niego: „Już dziękuję, nasyciłem się”. I on tak zrobił, ale też to mu się nie podobało, dlatego przyszedł na terapię i powiedział: „Przestałem kochać tamtą. Przestałem cierpieć. I zobaczyłem, że szczęśliwy z tą drugą nie będę. Ona nie jest tą, którą wybrałem i z którą coś zbudowaliśmy, więc od niej odszedłem”. Ustaliliśmy – co dla mężczyzn jest bardzo trudne – że przez jakiś czas z nikim nie będzie. Mężczyźni nie umieją żyć bez kobiety, choćby takiej do romansu. Ustaliliśmy też, że następnym razem będzie uczciwy, powie kobiecie, że nie ma bladego pojęcia, co ma jej do zaoferowania. Zapyta, czy ona jest gotowa na to, że na przykład będą tylko uprawiać seks. I że on jej nic nie obiecuje nie dlatego, że z nią jest „coś nie tak”. Ważne jest, żeby kobiecie powiedzieć: „Jesteś superlaska i dlatego chcę z tobą iść do łóżka, podobasz mi się i cię pragnę, ale na razie nie potrafię kochać, bo moja miłość się skończyła i jestem poobijany. Brałem od kobiety, która mnie kochała, coś, czego nie powinienem brać, zamiast opłakać stratę”.

To ludzkie szukać pocieszenia w ramionach, które są otwarte…
Pamiętam, jak mi kiedyś wymarzona miłość nie wyszła i poszłam do tego, o kim wiedziałam, że mnie kocha, żeby sobie zrobić smarowidełko na mój smutek, ambicje i samotność. Na wszystko to, co wiąże się z zawodem miłosnym. Wiem, że ludzie wtedy pędzą, do kogo mogą, jak tylko kogoś takiego mają. Natomiast nie jest to rozwiązanie, ale iluzja, że się sobie poradziło. A tak naprawdę robiąc to, porzucamy siebie, dlatego że rodzice nas zostawiali w dzieciństwie z naszymi uczuciami, zostawili nas z naszymi przerażeniami, z naszymi rozpaczami. Z tego powodu nie umiemy sobie z trudnymi uczuciami poradzić i biegniemy, do kogo tylko możemy, żeby nas wziął na ręce i poniósł, bo sami siebie nie poniesiemy...

Nie zostawiać siebie. Ale co to znaczy?
Przeżyć to, co mamy do przeżycia. Cierpisz? Weź urlop, zamknij się w domu i potnij na kawałki jego garnitury, wyrzuć zdjęcia albo wbij w te zdjęcia szpilki. Pisz listy do niego i je pal. Zakop się w łóżku i nie wychodź tydzień z domu. Wyj jak zwierzę z rozpaczy. Zwierzęta wiedzą, co robić, są prawdziwe – cielesne. A my jak i one ból mamy w ciele. Przecież każda komórka boli, każdy włos... Dlatego ten ból ma być wyrażony ciałem. Dobrze, jeśli ktoś nas co jakiś czas przytuli, ale musi to być ktoś, kto umie znieść to, że wyjemy, i nie powie: „Przestań, wszystko będzie dobrze”. Tylko: „Krzycz, drap, płacz”. A pojawiają się różne uczucia: i takie, że go nienawidzę, i zabiłabym, i błagam: „Wróć do mnie!”. Odreaguj je. Poznaj, nazwij. Zdaj sobie sprawę z tego, których masz najwięcej. Może odkryjesz na przykład, że to wcale nie była miłość, tylko zawłaszczenie.

Tabletki? Alkohol? Śpiew? Film „Janis” o Janis Joplin pokazuje, jak śpiewając, można przeżywać to, co bolesne…
Ani tabletki, ani alkohol. Śpiew tak. Ale prawdziwy. Joplin do tego, by wyrazić siebie, potrzebowała dragów i dlatego nie przeżyła prawdziwego oczyszczenia. Leczące jest dla nas wyrażenie siebie oparte na odwadze do otworzenia się, zaufaniu do świata i życia, a nie na chemii. Uzależniamy się od niej, jeśli dzięki niej możemy sobie poradzić z tym, co czujemy, możemy pozwolić sobie na to, co najtrudniejsze – na poczucie bezradności. Problem polega na tym, że jeśli nie doświadczymy ulgi, jaką daje wyrażanie prawdziwych uczuć i obecność kogoś, kto pozwala nam je okazać, to uciekamy przed sobą i tym, co czujemy, w ćpanie, chlanie, branie prochów lub znieczulamy się w niebezpiecznych związkach.

  1. Psychologia

Jak pogodzić się z rozstaniem?

Przeżywając rozstanie trzeba pozwolić sobie na przeżywanie rozpaczy, smutku, złości oraz innych emocji. (Fot. i Stock)
Przeżywając rozstanie trzeba pozwolić sobie na przeżywanie rozpaczy, smutku, złości oraz innych emocji. (Fot. i Stock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak rozpoznać, czy nadszedł kres miłości i dlaczego to tak bardzo boli? Z Katarzyną Chustecką, psychoterapeutką pracującą metodą psychologii zorientowanej na proces, rozmawia Aleksandra Malinowska.

Jak rozpoznać, czy nadszedł kres miłości i dlaczego to tak bardzo boli? Jak pogodzić się z rozstaniem? Z Katarzyną Chustecką, psychoterapeutką pracującą metodą psychologii zorientowanej na proces, rozmawia Aleksandra Malinowska.

Dlaczego rozstanie jest takie trudne?
Kiedy relacja dwojga ludzi ukonstytuuje się i zaczynamy mówić o sobie „my”, to nie jesteśmy już A i B, ani sumą A + B. Stanowimy odrębną całość, zupełnie nową jakość. Związek dwojga ludzi jest jak istota. To byt. Dlatego rozstanie staje się  utratą cząstki ciała, oderwaniem kawałka ziemi z terytorium, które powstało, gdy byliśmy razem. Jak śmierć czegoś, czego nigdy już nie będzie. Tego wszystkiego, co mogłoby się wydarzyć tylko pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy właśnie się rozstają.

Byliśmy ze sobą, stanowiliśmy jedność, a teraz chcemy się rozejść. Dlaczego tak się dzieje? Najczęściej chodzi o niespełnione świetliste sny na temat związku. O wszystkie nasze nadzieje, pragnienia, potrzeby związane z tym, co miało się pomiędzy nami wydarzyć, a się nie wydarzyło. W pewnym momencie przychodzi świadomość, że nasze marzenia się nie zrealizują, nie z tym mężczyzną, nie z tą kobietą. I właśnie wtedy przechodzimy na stronę mrocznych snów?
Tak. Zanim dojdzie do rozstania, poruszamy się na granicy dwóch przestrzeni: krainy świetlistych i mrocznych snów. Po ciemnej stronie dotykamy niezaspokojenia, wątpliwości, utraty złudzeń. Czasem, gdy ta druga osoba zrobi jakiś gest – zaprosi nas na koncert, poda kawę, wyjedziemy gdzieś razem – wyciąga nas z mroku. Jest lepiej, na chwilę. Nadal jednak znajdujemy się na huśtawce nastrojów i za jakiś czas znów obudzimy się na drugim biegunie. Ale rozstanie nie jest jeszcze przesądzone, czujemy raczej, że nie możemy być ani razem, ani osobno. Ważna jest świadomość tych snów, utraconych marzeń, tego, co nami tak targa. Kiedy myślimy sobie: „Już z nim nie wytrzymam! Mam ochotę spakować go i wystawić mu walizki za drzwi!” – pójdźmy dalej za tym wyobrażeniem, pomyślmy, jakby to było, co czulibyśmy w momencie, kiedy te walizki zostałyby wystawione, a nasz partner zniknął z naszego świata. Możemy wtedy usłyszeć swój własny głos: „O, nie, nie, nie. Tworzymy przecież taką fajną rodzinę, są dzieciaki, tyle ciągle nas łączy”. Kiedy jednak przechylimy się mocniej w stronę mroku, może okazać się, że tym, co nas czeka, jest rozstanie.

W jaki sposób to sobie uświadamiamy, jak zyskujemy pewność? Czujemy, że w tym związku nie wydarzy się już nic, co będzie karmić naszą duszę. Gdzieś tam w głębi siebie wiemy, że jedyne, co można zrobić, to wyjść z tej relacji i ją zakończyć. Bo wiadomo już, że ten mężczyzna nie będzie ze mną dzielić pasji, nie będziemy razem niczego tworzyć. Nie mamy już wspólnych planów, nie założymy rodziny. A o tym właśnie śniłam, tego chciałam. Po prostu: to nie on. A może być tak, że ja już kocham kogoś innego i z nim chcę zdobywać nasz Everest, czymkolwiek byłby. Albo mieć fajny seks czy dzieci. To są właśnie świetliste sny i namawiam gorąco, by zabrać je ze sobą do drugiego związku, jeśli taki się zdarzy. Dopilnować, by podobna sytuacja nie miała miejsca w kolejnej relacji.  Żeby w następny związek wejść, szukając tego czegoś. Warto powiedzieć sobie na przykład: „Oczekuję, by mężczyzna był czuły, imponował mi, a także otwierał słoiki, kiedy go o to poproszę, i wymyślał fajne miejsca, w które mnie zabierze, aby mi sprawić przyjemność”. Nie jest wcale łatwo tak śmiało i wprost powiedzieć o swoich pragnieniach i oczekiwaniach. Dobrze jest też wiedzieć, jaka wartość za nimi stoi, co jest dla nas naprawdę ważne. A jeśli trapi mnie niepewność: może nie czas na rozstanie, może jeszcze popracować nad nami...
Kiedy para jest bezradna, to wówczas często nie wie, czy się rozstać, czy nie. Konflikty stają się tak zapiekłe, że już naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Bywa i tak, że wkrada się między nas obojętność. W takiej chwili może pomóc powrót do początku związku, do tych niezwykłych wydarzeń, przygód, do historii, która nas połączyła. Czyli do mitu relacji, która jest jakby wzorcem związku.

Powrót do mitu, by przypomnieć sobie, co chcieliśmy razem robić, po co tak naprawdę się zeszliśmy?
Nad mitem para pracuje wspólnie, szuka swego snu, bada, w jakim miejscu jest obecnie, co takiego istniało na początku, a teraz tego brak. Może poczucia humoru, może ciszy albo właśnie aktywności, wspólnego działania. Ludzie przypominają sobie, czego pragną, kim dla siebie są, co na początku ich w sobie fascynowało. Jak to odnaleźć? Jak wrócić do pierwszej fascynacji? Czasem wystarczy pojechać w miejsce, w którym związek się zaczął. Tam musi być siła, która ich połączyła. Ona może uzdrawiać. Dotykamy wówczas wymiaru, który tworzy tę relację i jest poza sprawczością terapeuty i tych dwojga ludzi. Czasem jednak nie chcemy tej energii szukać, wydaje się nam, że jej już nie ma, że jesteśmy w innej energii. Ciekawe, w jakiej? Za czym, za kim się oglądamy? Co nas woła i ciągnie? To może być coś, czego brakuje w relacji.

Powiedzmy, że oglądam się za fajnym ciałem. Rzadko kiedy chodzi o wygląd, ale jeśli nawet, to ciało, „za którym się oglądam”, musi coś w sobie mieć. Czy jakiś rodzaj seksualności? Może w moim obecnym związku brakuje tej właśnie uwodzącej jakości? Może oboje mamy mniejszy lub większy opór, by siebie uwodzić, by pokazywać swoje „fajne ciało”? Jest też drugie rozwiązanie. Czasem to drugie ciało woła nas głośniej, silniej pociąga. I idziemy za nim. Ważne jest też przed czym uciekamy. Bo może przed naszym wewnętrznym ograniczeniem, progiem, którego nie jesteśmy w stanie przekroczyć w starym związku. A ponieważ próg jest nasz, należy się spodziewać, że pojawi się znów i być może kolejny raz przed nim uciekniemy. W coś nowego  i nowego. Może to być nasz lęk przed zależnością, czułością odrzuceniem. Jeśli tak, w kolejnym związku możemy potknąć się w tym samym miejscu.
 
A jeśli nie chodzi o próg? Nowe ciało nas bardziej pociąga i już? To sytuacja, kiedy mamy do czynienia z odkochaniem. Tak się naprawdę zdarza. I założę się, że chodzi tu o coś znacznie więcej niż ciało – raczej o to, jaka ta nowa osoba jest.

Dlaczego się odkochujemy?
Trudno powiedzieć. Coś się zmieniło, mit się dopełnił. Może zadanie, dla którego się związaliśmy, zostało wykonane i żadna nowa jakość się nie pojawiła. Niezbadane są ścieżki duszy. Ludzie są różni. Powinniśmy być monogamiczni, ale nie każdy taki jest. Zweryfikowano, że nawet nie wszystkie bociany wiążą się na całe życie, szpaki jeszcze podobno. Z ludźmi jest tak, że jeden ma prościutką ścieżkę i na niej jeden związek. Dusza wtedy kwitnie, nikt nie jest ofiarą, nie poświęca się ani nie trzyma drugiego jak pijany słupa, bo ma niską samoocenę. A inni suną przez życie zygzakiem. Trzeba sobie powiedzieć, że widocznie taka jestem.

Do tego jest potrzebna akceptacja zmiany.
Tak. I to nie znaczy, że obędzie się bez łez, trudności, wszystkich tych reakcji, które są związane z żałobą po rozstaniu.

Rozstanie zawsze związane jest z przeżyciem żałoby?
To rzeczywiście jest żałoba i trzeba ją przeżyć.

Czas samotności i rozpaczy jest konieczny?
Nie lubię uogólnień. Jednak twierdzę, że trzeba znaleźć na te przeżycia miejsce. Nawet społecznie istnieje przestrzeń na żałobę po rozstaniu. Ludzie rozumieją, że coś takiego się przydarza. Jeśli nie jesteś dość silna, by podołać codzienności, pewnie potrzebujesz odsunąć się na jakiś czas. Zaufaj swojej słabości, wypłacz się, wyzłość. Myślę, że żałoba jest potrzebna, by iść dalej. Warto pozwolić sobie na ujawnienie uczuć, zwłaszcza jeżeli w związku są dzieci, bo to pomaga im poradzić sobie z trudnymi uczuciami. Nie ma sensu ukrywać bólu i płakać gdzieś po kątach. Żałoba to moment słabości i ciszy, który często następuje po okresie burzy i konfliktów, towarzyszących rozstawaniu czy rozwodowi. Gdy to wszystko się działo, żyliśmy w napięciu, które nas mocno mobilizowało. Nasza słabsza część nie mogła się ujawnić. Teraz jest czas, by dać jej dojść do głosu, usunąć się na bok i zająć się sobą.

Depresja?
Tak, może się pojawić, szczególnie wtedy, gdy to ta druga strona postanowiła odejść. To bolesne doświadczenie, trudny czas, kiedy naprawdę możemy potrzebować pomocy.

A jeśli to ja odchodzę?
Jest jaśniej, łatwiej, bo zapewne idziesz już w jakimś kierunku.

A jednak może pojawić się uporczywe poczucie winy.
Tak, bo na przykład rozstajemy się, mimo że mamy dzieci. To też wymaga przeżycia, wypłakania się, wygadania. Wcale nie jest łatwo powiedzieć: „Serce nie sługa, było super, kiedy byliśmy razem, ale już nie jest. Byłeś cudowny, ale mnie już od dawna z tobą nie ma”.

Rozstanie ma posmak porażki. Czasem nawet wydaje się, że to koniec świata. Jak poradzić sobie z rozstaniem?
Jeżeli ktoś postrzega rozstanie jak koniec świata, to znaczy, że nie ma swojego świata. I że teraz powinien go zbudować. Rozstanie zawsze jest porażką, to nieprawdopodobny stres, ale skoro do niego dochodzi, to widocznie tak miało się stać. Wielką ulgą jest oddać trochę odpowiedzialności losowi. Nie za dużo, trochę – wtedy łatwiej się pogodzić z tym, co się stało. Bo jeśli robiłam co mogłam, pracowałam nad sobą, związkiem, jego mitem, a rozstaję się, to pewnie jednak muszę uwolnić się od starego, po to, by mogło wydarzyć się coś nowego. Przestać dłubać i próbować stać w miejscu, w którym już nic nie urośnie. Na rozstanie można spojrzeć jak na katastrofę, a na katastrofę – jak na twórczy akt. Może właśnie mieliśmy się rozstać i to z hukiem? Może potrzebna mi była taka życiowa burza?

Po burzy jest rześkie powietrze.
Można odetchnąć. Co mi się przydarzy, jak zacznę oddychać tym powietrzem? Gdzieś jest kolejny początek. Czasami wygląda strasznie, bo nie wiadomo, co jest dalej. Nie wszystko da się jednak przewidzieć. Ale to właśnie jest niesamowicie piękne. Tajemnicze.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.