1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być optymistą i dlaczego pesymizm to nasz indywidualny problem?

Jak być optymistą i dlaczego pesymizm to nasz indywidualny problem?

Skrajni pesymiści podejmują decyzję, bazując na przeszłości. Umiarkowani pesymiści koncentrują się na przyszłości. (fot. iStock)
Skrajni pesymiści podejmują decyzję, bazując na przeszłości. Umiarkowani pesymiści koncentrują się na przyszłości. (fot. iStock)
Dopuszczanie ewentualności, ze coś może się nie udać, to życiowy realizm. Przekonanie, że nie uda się na pewno, to już czarnowidztwo. Kiedy do gabinetu Ewy Klepackiej-Gryz trafia pesymista, rzadko ma świadomość, że jego głównym problemem jest on sam. Woli obwiniać o wszystko innych. 

Pesymizm i optymizm to dwa skrajne podejścia do życia, interpretacji wydarzeń, a w szczególności wyjaśniania sukcesów i porażek. Pesymista jest przekonany, ze niepowodzenia zdarzają mu się stale, we wszystkich dziedzinach i zawsze nie z jego winy. Ma też skłonność do długotrwałego analizowania niepowodzeń, przeżywania zmartwień i opowiadania o tym wszystkim dookoła. Zdaniem optymisty niepowodzenia przytrafiają mu się czasami, można im zapobiec i zamiast szukać winnego, lepiej usuwać szkody. Pesymiście sukcesy przydarzają się rzadko, w nielicznych dziedzinach życia i raczej są dziełem przypadku niż jego zasługą. Optymista natomiast zakłada, że wszystko jest w zasięgu jego możliwości, a on sam zasługuje, na to, co najlepsze.

Bo ja już tak mam

Tak twierdzi przeciętny pesymista i zwykle szuka winnego swojego ponurego nastroju. Może geny? Bardzo proszę, naukowcy w wielu ośrodkach na całym świecie od lat próbują odkryć gen obecny w DNA wyznawców teorii o szklance do połowy pustej. I tak badawcze z Uniwersytetu Columbia doszli do wniosku, że genem pesymizmu jest prawdopodobnie ADRA2b, który reguluje wydzielanie neuroprzekaźnika noradrenaliny. Osoby obdarzone mutacją owego genu wychwytują z otoczenia głównie negatywne bodźce i całą energię psychiczną inwestują w wyłapywanie i unikanie potencjalnych zagrożeń.

Z kolei naukowcy w kilku ośrodków badawczych w Kalifornii odkryli, że niska ekspresja genu stymulującego poziom MAO-A, czyli enzymu odpowiadające za eliminację m.in. serotoniny, adrenaliny i noradrenaliny, wiąże się z wyższym poziomem optymizmu i ogólnego zadowolenia z życia, ale... tylko u kobiet. U mężczyzn gen ów związany jest raczej ze skłonnością do alkoholizmu, agresji i zachowań antyspołecznych.

Co jeśli to nie geny? Może wezwać na dywanik mamusię i tatusia? Naukowcy nieprzerwanie próbują szukać korelacji pomiędzy stylami przywiązania a pesymizmem czy poziomem lęku matek a nastawieniem do sukcesów i porażek dzieci. Wnioski? Mało konkretne i niewiele wnoszące.

Samolot czy spadochron?

Teoretycznie każdy pesymista może stać się optymistą. W praktyce wygląda to jednak gorzej. Pesymista jest bowiem niezwykle stały w swoim podejściu do życia. Choć czuje się pechowcem, to wcale nie chce się zmienić. Zwyczajnie nie wierzy, że w jego życiu mogłoby być lepiej. Droga od pesymisty do optymisty polega na żmudnej nauce świadomego zmieniania sposobu wyjaśniania tego, co mu się przydarzy. Żmudnej dlatego, że pesymista zaczyna stawiać warunki - podświadomie czerpie przecież zyski z "czarnej" wizji świata. Zwykle to on jest wygranym w relacjach - jego narzekań wszyscy muszą wysłuchiwać, podczas gdy on innych w ogóle nie zauważa. To jemu trzeba współczuć, dwoić się i troić w wymyślaniu cennych rad, z których i tak nie skorzysta.

Z moich obserwacji wynika, że do gabinetu terapeuty trafiają dwa rodzaje pesymistów. Pierwszy to pesymista depresyjny - bierze antydepresanty i twierdzi, że na niego nie działają i prawdopodobnie nigdy nie zaczną, ewentualnie zadziałają, ale będzie je musiał zażywać do końca życia. Drugi typ to pesymista o rysie cierpiętnika - nie bierze antydepresantów i cierpi, a im bardziej cierpi, tym jest większym przeciwnikiem leków, psychiatrów i terapii. Oba typy uważają, że największym ich problemem jest świat, czyli inny.

Zwykle zaczynam nasze spotkanie od historii przytoczonej przez Philipa Zimbardo o tym, dlaczego światu potrzebni są pesymiści. Bo wprawdzie optymista wynalazł samolot, ale to pesymista wynalazł spadochron. Dopóki samolot jest w górze, triumfuje optymista, ale kiedy zaczyna spadać, wszyscy przypominają sobie o wielkiej roli pesymisty. Na dłuższą metę pesymizm jest jednak męczący zarówno dla jego "wyznawcy", jak i otoczenia.

Optymista-realista

Zdaniem Martina Seligmana, twórcy psychologii pozytywnej, optymizm i pesymizm mają szczególne znaczenie przy podejmowaniu decyzji. Skrajni pesymiści podejmują decyzję na podstawie przeszłych zdarzeń, zwłaszcza tych niezbyt pozytywnych. Umiarkowani pesymiści całą swoją energię koncentrują na przyszłości - przewidywaniu i eliminacji niebezpieczeństw.

Najskuteczniejsi są jednak optymiści-realiści, bo dokonują wyboru, kierując się "tu i teraz", czyli faktami. Wyróżniają się największą stabilnością charakteru, co pozwala im wyjść cało z traumatycznych wydarzeń, które im też się zdarzają. W obliczu stresu martwią się przez chwilę, potem zakasują rękawy i zaczynają szukać wyjścia z sytuacji, przekonani, że mają odpowiednie zasoby, żeby sobie poradzić. A jeśli nie mają - że będą potrafili sobie je zorganizować. I takie właśnie podejście warto w sobie wypracować.

Jako terapeutka powtarzam pacjentom: kiedy w twoim życiu wydarzy się coś trudnego, to zazwyczaj emocje i działania, które podejmujesz, nie są bezpośrednim następstwem trudności, lecz twoich przekonań na ich temat. To, jak zinterpretujesz daną sytuację i jej przyczyny, wpływa bezpośrednio na twoją reakcję. Nie możesz wpłynąć na sytuację, ale na swoje przekonania na jej temat - tak.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto nie obawia się pandemii Covid-19? – badania lekarzy i psychologów

Okazuje się, że na postrzeganie zagrożenia epidemicznego w największym stopniu wpływa profesjonalna wiedza medyczna. (fot. iStock)
Okazuje się, że na postrzeganie zagrożenia epidemicznego w największym stopniu wpływa profesjonalna wiedza medyczna. (fot. iStock)
Pomimo coraz większej liczby zakażeń, wiele osób jest przekonanych, że choroba ich nie dotknie i nie muszę się jej obawiać. Czy słusznie? Jakie zjawiska, zdaniem psychologów, kryją się za taką postawą? I jak na postrzeganie pandemii wpływa stan wiedzy medycznej?

Mimo wielu ograniczeń mających na celu zaprzestanie rozprzestrzeniania się wirusa, epidemia nie wygasa, a zachorowań wciąż przybywa. Eksperci stale przypominają, że do czasu pojawienia się szczepionki lub skutecznego leku, nie powinniśmy lekceważyć choroby, bo może ona dotknąć każdego z nas. Część obywateli zdaje się jednak zupełnie nie przejmować potencjalnym zagrożeniem, co więcej, do głosu często dochodzą tak zwani „koronasceptycy”, całkowicie negujący zagrożenie związane z pandemią. Pojawia się jednak pytanie, skąd w ludziach przekonanie o tym, że nie muszą się niczego obawiać? Problem wydaje się niezwykle istotny, ponieważ nierealistyczny optymizm, obserwowany w wielu grupach społecznych, wiąże się z lekceważeniem zagrożenia, a to może prowadzić do zwiększenia się liczby zachorowań na Covid-19.

Zjawisko nierealistycznego optymizmu zbadali profesorowie Uniwersytetu SWPS (Wojciech Kulesza i Dariusz Doliński) oraz profesor nauk medycznych – Maciej Banach.

Nierealistyczny optymizm

Bywa czasem, że ludzie w sytuacjach potencjalnie niebezpiecznych potrafią wykazywać się irracjonalnie optymistycznym podejściem. W psychologii, zjawisko to nazywane jest „nierealistycznym optymizmem”. Wiąże się z przekonaniem, że zagrożenie, z którego istnienia zdajemy sobie sprawę, nas nie dotyczy i istnieje bardzo mała szansa, że będziemy na nie narażeni, nawet, gdy dotknie naszych sąsiadów czy współpracowników. Oznacza to, że jesteśmy przekonani, że pewne rzeczy dzieją się „obok nas” i dotykają jedynie innych, przypadkowych ludzi. W kontraście do zjawiska nierealistycznego optymizmu, pojawia się też nierealistyczny pesymizm, czyli nadmierna ostrożność wynikająca z obaw o nasze zdrowie, życie czy szczęście. Analizując jednak niebezpieczne wydarzenia z przeszłości, można stwierdzić, że nierealistyczny pesymizm mógłby być kluczowym czynnikiem, który przyczyniłby się do redukowania negatywnych skutków pandemii Covid-19. Jak mówi słynne polskie powiedzenie – „przezorny zawsze ubezpieczony”.

Jak oceniamy szanse na zakażenie SARS-CoV-2?

W swoim badaniu, prof. Wojciech Kulesza, prof. Maciej Banach i prof. Dariusz Doliński postanowili sprawdzić opinię ludzi dotyczącą ich szans na zarażenie się SARS-CoV-2. Z przeprowadzonego wśród studentów z Polski, Iranu i Kazachstanu badania, wynikało, że poczucie nierealistycznego optymizmu wśród badanych jest wysokie, niezależnie od kraju pochodzenia. Jest to więc jednoznaczne z tym, że uczestnicy badania postrzegali swoje szanse zachorowania na Covid-19 jako mniejsze w porównaniu z innymi osobami. Wniosek nasuwa się więc sam - zjawisko nierealistycznego optymizmu jest powszechne w wielu krajach, co wiąże się z tym, że efekt z niego wynikający może być globalny. Co więcej, okazało się, że pomimo rozwoju pandemii ten efekt utrzymuje się w czasie: wcale nie zaczynamy być realistami, gdy stoimy twarzą w twarz z narastającym zagrożeniem.

Co ciekawe, drugie badanie wykazało, że osoby posiadające bogatą wiedzę medyczną oraz medyczne kwalifikacje, są zdecydowanie bardziej wyczulone na potencjalne niebezpieczeństwa wynikające z możliwości zachorowania na koronawirusa. Pracownicy służby zdrowia niemal na własnej skórze doświadczają aktualnej sytuacji epidemicznej, co czyni ich bardziej świadomymi zagrożenia. W związku z tą zależnością, u pracowników służby zdrowia biorących udział w badaniu, podejście świadczące o nierealistycznym optymizmie nie występowało.

Możliwe scenariusze

Jak zauważa prof. Kulesza, dostępne są dwa scenariusze przyszłości. Pesymistyczny zakłada, że naukowcy i światowi przywódcy odpowiedzialni za globalne zdrowie mogą założyć, że zjawisko nierealistycznego optymizmu jest na tyle powszechne i niemożliwe do zmiany, że nie ma sensu się mu przeciwstawiać i z nim walczyć, ponieważ i tak nikt nie będzie w stanie go do końca wyeliminować. Taki scenariusz wiązałby się oczywiście, z tym, że światowe środki walki z pandemią skupione byłyby na innych rozwiązaniach, niekoniecznie skutecznych. Z drugiej strony możliwy jest również drugi, bardziej optymistyczny scenariusz. Zakłada on, że nierealistycznie optymistyczne podejście, mogłoby zostać zredukowane tylko dzięki zapewnieniu obywatelom jak najbardziej zrozumiałej i profesjonalnej wiedzy dotyczącej dotkliwości Covid-19. Duży nacisk na masową edukację w tym temacie, mógłby skutkować większą świadomością zagrożenia i zachowaniem szczególnej ostrożności - tak samo jak w przypadku pracowników służby zdrowia. W efekcie mogłoby się to przyczynić się do wyeliminowania wirusa.

Optymizm nie jest zły!

Oczywiście nie należy mylić optymizmu z tzw. nierealistycznym optymizmem. W trudnych sytuacjach warto myśleć pozytywnie. Pozytywne podejście pozwala zachować pogodę ducha, a także obniża poziom stresu i nasila zdrowe reakcje biologiczne. Z pewnością, w kontekście ochrony zdrowia, optymizm pełni ważną rolę w przypadku rekonwalescencji po przebytej chorobie czy operacji lub w trakcie leczenia. Jedyne o czym należy pamiętać to zdrowy rozsądek, który powinniśmy zachowywać w każdej dziedzinie życia.

W badaniu wzięli udział studenci trzech uczelni wyższych: Uniwersytetu SWPS (filia we Wrocławiu, kierunek psychologia), Uniwersytetu Golestan w Iranie (Wydział Nauk Humanistycznych i Społecznych), University of International Business w Kazachstanie, a także pracownicy Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Badanie zrealizował zespół: prof. Wojciech Kulesza, Uniwersytet SWPS, prof. Dariusz Doliński, Uniwersytet SWPS, Paweł Muniak, Uniwersytet SWPS, Ali Derakhshan, Uniwersytet Golestan w Iranie, Aidana Rizulla, University of International Business w Kazachstanie i Maciej Banach, Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki.

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Optymizmu można się nauczyć

Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Rozglądajmy się za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. (Fot. Getty Images)
Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Człowiek pozytywnie nastawiony do świata wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz.

Optymizm to postawa, która powoduje, że człowiek się podnosi ze wszystkich dołków i upadków, odradza jak Feniks z popiołów. Coś się popsuje, popłaczemy, poprzejmujemy się, a potem powiemy sobie: „No dobra, trzeba się zabrać do sprzątania”. A jeżeli coś stracimy, to wiemy, że dzięki tej stracie zrobiło się miejsce na coś nowego. W optymizmie kryje się zaufanie do siebie i do życia. Choć ma on też swoje zagrożenia, jeśli jest bezrefleksyjny, może się na przykład wiązać z podejmowaniem zbyt dużego ryzyka. Ta postawa jest związana z tym, jak sobie wyjaśniamy świat. Budują ją nawyki i wzory myślowe. Buduje ją przekaz, jaki dostaliśmy w dzieciństwie, ale też inteligencja emocjonalna. Bo inteligencji emocjonalnej bliżej do optymizmu niż do pesymizmu. Optymista lepiej sobie radzi ze stresem, mniej choruje, jest lubiany, ma większą szansę na sukces. Lepiej też znosi porażki. Ma poczucie wpływu na wydarzenia. Nie przewiduje nieszczęść, choć wie, że mogą się zdarzyć. To postawa bardziej racjonalna, przecież koncentrowanie się na trudnościach i zagrożeniach nic nie daje. Optymista wie, że wszystkie uczucia są potrzebne, nie boi się nawet tych trudnych, jak strach i rozpacz. Straty, przemijanie – dla pesymisty to koszmar, a optymista wie, że starość jest nieuchronna, ale przecież zdąży się nacieszyć życiem. Śmierć jest dla niego zwieńczeniem, a nie klęską życia. Szkoda, że naszą cechą narodową jest pesymizm, a nie optymizm, często szukamy ukojenia w narzekaniu, które przynosi tylko chwilową ulgę.

Na optymizm wpływają też temperament, biologiczne skłonności. Jednak nie jesteśmy na te predyspozycje skazani. Wszyscy możemy dążyć w stronę optymizmu, choć niektórym przychodzi on łatwiej.

Miałam świadomość, w których momentach mojego życia decydowałam, jaką postawę wybieram. Na przykład: ryczałam naprawdę głośno z powodu jakiegoś czarnego dołka i sąsiadka z góry zadzwoniła z pytaniem, czy nie potrzebuję pomocy. To było bardzo kochane, podziękowałam i wytłumaczyłam jej, że czasem będę tak sobie płakać, bo mi to pomaga, ale gdyby potrzebna była mi jej pomoc, to popukam szczotką w sufit. Spytałam, czy mój płacz jej przeszkadza. Powiedziała, że nie i że teraz już będzie wiedziała. Superkobieta. To było moje pierwsze własne mieszkanie, poczułam wtedy, jak fantastyczne jest to, że mam się gdzie wypłakać i że te moje emocje są przecież chwilowe.

To podejście optymisty: „Bywa mi paskudnie, ale co jakiś czas musi tak być, wiem, że to prędzej czy później minie”. Optymista wie, że wszystkie uczucia mijają. Ja mówię tak: „Złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca”. Pesymista mówi: „Dobre zawsze mija, a złe zawsze wraca”. To ja wybieram, w co chcę wierzyć. Chcę dać priorytet dobremu, więc daję. Optymizmu można się nauczyć, nawet jest książka Martina Seligmana o takim tytule. Rozglądajmy się też za optymistami w naszym otoczeniu i uczmy się od nich nastawienia do życia. Jeśli chcemy. Ja swój optymizm, czyli moją filozofię życiową, przekazuję podczas terapii.

Zdarza się, że psychologia pozytywna staje się rodzajem politycznej poprawności, nie daje przyzwolenia na wyrażanie tych uczuć, które uważamy za złe. Choremu na nowotwór mówimy: „Myśl pozytywnie”. Ale uczucia, których nie wyrażamy, magazynują się w nas, rosną. Optymizm trzeba odróżniać od myślenia życzeniowego. Lepiej uważać z terminem „potęga pozytywnego myślenia”. Bo za przekonaniami musi iść działanie, same afirmacje nie wystarczą. Optymizm to zgoda na to, co jest. Także na cierpienie. Spotykają nas różne rzeczy, czasem bolesne i trudne. Na tyle, na ile umiemy, unikamy tego, czego nie chcemy, i wpływamy na to, na co możemy wpływać. Jestem optymistką, ale to nie znaczy, że nie mam takich stanów, że mi się nic nie chce albo jestem rozczarowana życiem czy ludźmi.

Pesymista próbuje uniknąć przykrych doświadczeń czy zła, a przecież tego całkowicie nie da się uniknąć. Zamiast żyć pełnią, zatruwa się strachem, dopóki wydarzenia, których się boi, się nie pojawią. Strategia: nie będę miała dużych oczekiwań, a więc nie będę miała dużych rozczarowań, nie uchroni od cierpienia. Chcę wam podarować ważne dla mnie przekonanie: Życie jest długie i wszystko w nim się zmieści!

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Styl Życia

Potrzebujemy pozytywnych wiadomości

Ponad 58 proc. konsumentów uważa, że treści w Internecie czy telewizji mają negatywny wpływ na ich nastrój. Potrzebujemy więcej pozytywnego przekazu. (Fot. iStock)
Ponad 58 proc. konsumentów uważa, że treści w Internecie czy telewizji mają negatywny wpływ na ich nastrój. Potrzebujemy więcej pozytywnego przekazu. (Fot. iStock)
Za dużo złych informacji zwiększa poziom stresu, dekoncentruje, obniża kreatywność. Masz dość przygnębiających newsów? Dzięki aplikacji Asystent Google możesz na żądanie otrzymać garść dobrych informacji.

Każdego roku przyswajamy średnio dziesięć tysięcy informacji -  w większości opisują negatywne wydarzenia. W 2013 roku na łamach “Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America”, ukazał się raport amerykańskich naukowców. Celem badania było sprawdzenie, w jaki sposób reagujemy na negatywne newsy. Okazało się, że oglądanie, a często wyłącznie czytanie, dramatycznych informacji, wywoływało takie same reakcje w organizmie, jakie zaobserwować można u uczestników traumatycznych zdarzeń: poziom stresu był tym większy, im więcej negatywnych newsów otrzymywali respondenci.

Do podobnych wniosków doszła grupa naukowców z Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologów, która w 2017 roku opublikowała wyniki raportu na temat negatywnego wpływu “konsumowania newsów”. Odczuwanie niepokoju, lęk, zmęczenie i problemy ze snem, to tylko niektóre z najczęściej wymienianych objawów, które pojawiały się u osób regularnie sprawdzających wiadomości z kraju i ze świata.

Rolf Dobelli, autor książki “Sztuka jasnego myślenia", analizując badania z dziedziny psychologii i neurologii, podsumował, że czytanie wiadomości jest dla nas po prostu szkodliwe. Nie tylko wywołuje agresję i zwiększa poziom stresu, ale także obniża pamięć, dekoncentruje i pozbawia umiejętności kreatywnego myślenia. Dobelli wskazał największe zagrożenia płynące z nieustannego przeglądania newsów i chęci “bycia na bieżąco”: konsumowanie informacji jest nie tylko niezdrowe dla naszego organizmu, ale także nie uczy nas niczego wartościowego o życiu i nie stara się objaśniać otaczającego nas świata.

Dziennikarstwo rozwiązań: pisać mniej, ale lepiej

Wyniki największego na świecie badania konsumpcji wiadomości w Internecie “Digital News Report” z 2019 roku, potwierdzają wnioski, do których wcześniej doszli już naukowcy. Ponad 58 proc. konsumentów uważa, że treści w Internecie czy telewizji mają negatywny wpływ na ich nastrój, ponad połowa wskazuje, że media nie dbają o to, by czytelnicy rozumieli szerszy kontekst opisywanych wydarzeń, a jedna trzecia zauważa, że newsów jest po prostu zbyt dużo.

Pośród informacyjnego szumu coraz trudniej znaleźć wiadomości, które nie potęgują poczucia bezsilności, ale poszerzają horyzonty i motywują odbiorców do kreatywnego myślenia. Odpowiedzią na problemy związane ze współczesnymi mediami może być cieszące się coraz większym zainteresowaniem tzw. dziennikarstwo rozwiązań.

David Boardman, dziekan na wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Filadelfii wspólnie z Davidem Bornstainem z “The New York Times”, kilka lat temu założyli The Solution Journalism Network, niezależną organizację promującą idee dziennikarstwa rozwiązań, zakorzenionego w tradycyjnym dziennikarstwie śledczym. W wywiadzie dla radia TOK FM David Boardman zauważył, że ludzie na całym świecie tracą zaufanie do mediów, co z kolei przyczynia się do zwiększonego poczucia bezradności. Coraz więcej osób rezygnuje z poszukiwania informacji, zamiast tego wolą oglądać seriale na Netflix. Dziennikarstwo rozwiązań nie zostawia odbiorców z poczuciem bezradności, pokazując, że opisywany problem już gdzieś się pojawił i został skutecznie rozwiązany. Ponadto wzmacnia obywatelskie inicjatywy i zachęca ludzi do angażowania się w ważne dla społeczności wydarzenia.

Ideę dziennikarstwa rozwiązań wykorzystuje serwis Outriders, nowa inicjatywa na mapie polskich mediów. “W Outriders zajmujemy się światem, bo coraz trudniej nam go zrozumieć. Ale czy chcemy, czy nie, ma on wpływ na sytuację w Polsce. Jesteśmy idealistami, wierzącymi w obiektywne i rzetelne dziennikarstwo.” W ten sposób w 2017 roku, poprzez platformę crowfundingową Wspieram.to, twórcy zachęcali do finansowego wsparcia projektu. W krótkim czasie udało się zebrać ponad 100 proc. sumy potrzebnej do rozpoczęcia działalności Outriders, dzięki czemu dziennikarze związani z serwisem mogą dziś tworzyć pogłębione i jakościowe artykuły, opisujące ważne wydarzenia ze świata. O czym można przeczytać w cotygodniowym briefie przygotowanym przez redakcję? Między innymi o pszczołach, które chronią przed konfliktami ludzi ze słoniami, o chińskiej inicjatywie przeciwko marnotrawieniu żywności, prywatnych firmach kompostujących odpady w Nowym Jorku czy o rdzennych ludach i niszczeniu ich środowiska naturalnego.

“Powiedz mi coś dobrego”

W maju 2020 roku polski zespół Outriders nawiązał współpracę z firmą Google, w ramach inicjatywy, która ma na celu popularyzowanie dziennikarstwa rozwiązań. Asystent Google, aplikacja, która działa jak wirtualny pomocnik, to zalążek sztucznej inteligencji oraz bardzo pomocna funkcja w smartfonie. Wyszukuje informacje w Internecie, może zrobić za nas zakupy, zarezerwować bilet do kina, a nawet zaśpiewać piosenkę. Polska jest trzecim krajem, po Stanach Zjednoczonych i Francji, która może korzystać z nowej funkcji Asystenta. Wystarczy po uruchomieniu aplikacji powiedzieć “Ok Google, powiedz mi coś dobrego”, aby usłyszeć polskie streszczenie pozytywnych newsów publikowanych przez światowe media, opracowane przez zespół Outriders.

Pozytywnymi newsami związanymi z odpowiedzialną konsumpcją i życiem less waste dzieli się również blogerka Paulina Górska. Cotygodniowa akcja na Instagramie #dobryczwartek to podsumowanie najważniejszych, wyłącznie dobrych, wiadomości związanych z ekologią. Na Instagramowym koncie @eko.paulinagorska można przeczytać o studentkach, które opracowały biodegradowalne testy ciążowe, amerykańskim startupie, który wymyślił metodę mającą powstrzymać degradację koralowców czy o pływających ogrodach dla kaczek w parku Wilsona w Poznaniu.

Może następnym razem zamiast przeglądania negatywnych newsów z kraju i świata, poproś Asystenta Google, aby powiedział ci coś dobrego?

  1. Zdrowie

Optymiści żyją dłużej - śmiech lekarstwem na stres

Ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. (Fot. iStock)
Ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. (Fot. iStock)
Zdrowie to nie tylko osiem godzin snu dziennie, mądra dieta i regularne zażywanie ruchu. To także spotkania z przyjaciółmi, taniec, pisanie pamiętnika, a nawet... modlitwa. 

Stres. Jak alarmują psychologowie, jest prawdziwą zmorą nowoczesności. Pod jego wpływem cierpi nasza głowa – gonitwa myśli, niepokój, nerwowość. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Zanim odczujemy rozchwianie emocji, zachodzą bowiem poważne zmiany w całym organizmie. – Stres sprawia, że nadnercza zaczynają produkować kortyzol, adrenalinę i noradrenalinę – mówi Agnieszka Fudzińska, psycholog i coach. Na obecność tych hormonów reaguje dosłownie całe nasze ciało. Wzburzona fala rozprzestrzenia się dalej. – Pojawiają się problemy z trawieniem, bo mózg wysyła do jelit sygnały, że organizm powinien się skupić na stresorze, więc trawienie nie jest teraz najważniejsze – trzeba zatem obejść się mniejszą ilością krwi – tłumaczy psycholog. – Jelita przez to pracują wolniej, zmienia się też skład ich flory bakteryjnej na mniej korzystny dla naszego zdrowia i ogólnej odporności.

Efekt? Jeśli stres jest chroniczny, spada nasza odporność, jesteśmy więc narażeni na częstsze infekcje, które w dodatku intensywniej przechodzimy i dłużej wracamy do zdrowia. Rośnie też zagrożenie ze strony chorób przewlekłych oraz nowotworów, bo kortyzol nie tylko potrafi zwiększać apetyt, ale też skłania ciało do gromadzenia tłuszczu na brzuchu – a taki tłuszcz uwalnia tzw. cytokiny prozapalne, które podnoszą ryzyko rozwoju wspomnianych chorób. – W dodatku stres powoduje, że napinamy mięśnie – mówi Agnieszka Fudzińska. – Zestresowani ludzie mają wiecznie napięte barki, kark i plecy. Na dłuższą metę taki stan prowadzi do zwyrodnień i bólu, ale i na krótszą daje się we znaki: stężałe mięśnie zmęczy nawet niewielka praca.

Jako lekarstwo wielu specjalistów zaleca sprawdzone od lat metody: medytację, jogę, sport, masaże oraz naukę zarządzania napięciem. Regularnie stosowane działają jak najlepsza terapia. Jednak równie ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. W skrócie: optymiści żyją dłużej!

Śmiej się i pielęgnuj pozytywne emocje

Śmiech nie tylko rozkłada stres na łopatki, ale też stymuluje układ odpornościowy. Lee S. Berk, neuroimmunolog z Loma Linda University School of Medicine w Kalifornii, latami badał wpływ śmiechu na ludzki organizm. Podczas badań wykazał, że pozytywne emocje, które wyzwala śmiech, obniżają poziom hormonów stresu, jednocześnie stymulując do działania układ odpornościowy. Sam śmiech, jako zjawisko fizyczne, zmusza przeponę do pracy, pogłębia oddech i dotlenia organizm. Okazało się też, że po solidnej dawce śmiechu we krwi podnosi się poziom interferonu gamma – hormonu układu immunologicznego. Co ciekawe, do uzyskania takiego efektu wystarczyło obejrzenie godzinnej komedii czy zabawnego występu stand-uperów.

– Szukajmy wokół siebie elementów humorystycznych – okazuje się, że to, jak interpretujemy otaczającą rzeczywistość, też jest bardzo ważne – dodaje Agnieszka Fudzińska. Potęgę optymizmu potwierdzają zresztą badania wspomnianego doktora Berka: kontrolował on obraz krwi u studentów pierwszego semestru prawa. I stwierdził, że ci, którzy zaczynali naukę z optymistycznym nastawieniem, mieli w połowie semestru więcej komórek typu T i więcej białych krwinek (oba typy ciałek to nasi naturalni obrońcy). Zdaniem Agnieszki Fudzińskiej, optymiści rzeczywiście lepiej radzą sobie ze stresem i rzadziej chorują. – Starajmy się więc otaczać ludźmi o pozytywnym nastawieniu – radzi psycholog. – Każdy z nas jest częściowo zlepkiem pięciu osób, które spotyka najczęściej. Jeśli są to ludzie optymistycznie nastawieni do życia, będą nas karmić dobrą energią. W dodatku zmotywują do wysiłku i aktywności, sprzedadzą przepis na fajną sałatkę i doradzą w kłopotach. Z takimi ludźmi łatwiej być i szczęśliwym, i zdrowym.

Módl się i wychodź z domu

Obie te aktywności, jak się okazuje, sprzyjają zdrowiu. Modlitwa oczyszcza z zalegających emocji: to przecież rodzaj rozmowy z kimś, kto jest nam życzliwy, jakkolwiek nazwiemy istotę, której się zwierzamy – bo działa każdy rodzaj modlitwy, nie tylko ta chrześcijańska. Na potwierdzenie tej tezy istnieją namacalne badania: naukowcy z Duke University Medical Center w Durham badali krew ludzi uczestniczących przynajmniej raz w tygodniu w jakimś nabożeństwie. Zauważyli, że osoby te mają wyższy poziom interleukiny-6, będącej rodzajem odpornościowego białka. Naukowcy zadali sobie pytania: Co takiego w modlitwie sprawia, że rośnie poziom tej substancji? Czy tylko to, że wyzwala reakcję relaksacyjną, odprężającą? A może ma to związek także z faktem, że znajdujemy się w gronie współwyznawców i czujemy ich wsparcie? Okazuje się, że obie zmienne wpływają na naszą odporność. Potęgę wsparcia grupy potwierdzają też badania przeprowadzone w Szwecji, które wykazały, że ludzie chodzący na koncerty, wystawy czy choćby mecze piłkarskie żyją dłużej niż ich rówieśnicy domatorzy. Podobne wyniki osiągnęli badacze z Carnegie Mellon University w Pittsburghu, którzy stwierdzili, że z przeziębieniami lepiej radziły sobie osoby mające szerokie kontakty towarzyskie. Ich system immunologiczny funkcjonował o 20 proc. lepiej w porównaniu z introwertykami. Dlaczego? Ponieważ kontakty międzyludzkie to rodzaj mikroszczepionki: obcując z innymi, stykamy się z różnymi bakteriami i wirusami, na których nasz układ immunologiczny stale ćwiczy. Naukowcy stwierdzili, że ślina towarzyskich osób zawiera wyższy poziom immunoglobuliny A (IgA) – przeciwciała broniącego przed infekcjami i rakiem. – Kolejny powód, by mieć wielu przyjaciół – i to nie tylko na Facebooku – uśmiecha się Agnieszka Fudzińska.

Let’s dance!

Jeśli masz bolesne okresy, bóle krzyża czy skłonności do migren, powinnaś pomyśleć o tańcu! Ale nie byle jakim, lecz takim, który sprawi, że będziesz tańczyć ramię w ramię z innymi. Doskonale sprawdzi się zumba albo west coast swing dance – oba wymagają, by wszyscy tancerze poruszali się jednakowo, w tym samym rytmie i tym samym krokiem. Co to daje? Okazuje się, że wspólny taniec z przyjaciółmi… podwyższa próg bólu! Zauważyły to oksfordzkie badaczki podczas testowania młodzieży ze szkoły tanecznej w Marajo Island w Brazylii. – Wspólny taniec łączy w sobie dwa zjawiska: ćwiczenie fizyczne oraz poczucie jedności – wyjaśnia Agnieszka Fudzińska. – Oba powodują, że mózg zaczyna produkować hormonalny koktajl, który można nazwać „hormonami szczęścia” (znajdziemy w nim endorfiny, ale także endokanabinoidy), bo ich wyzwalanie następuje w efekcie wysiłku fizycznego, jak i poczucia jedności i bliskości. Okazuje się, że już nawet stukanie palcem w tym samym rytmie co inna osoba, sprawia, że mamy poczucie bycia bliżej. Indianie wiedzieli, co robią, tańcząc całymi wioskami – zwłaszcza przed bitwą czy polowaniem.

Brazylijscy badacze niejako przy okazji odkryli, że po takim tańcu uczestnicy mają także wyższy próg bólu, a efekt ten utrzymywał się jeszcze kilka godzin później. Przy czym ważniejsza okazała się synchronizacja niż wysiłek fizyczny. Odporność na ból rosła bowiem też u ludzi, którzy poruszali się leniwie – ale tak samo jak pozostali. Tak długo, jak długo widzieli innych, robiących to samo w tym samym czasie, eksperyment działał. Może więc, jeśli nie lubisz zumby, zapisz się na chi kung lub tai chi? Efekty osiągniesz podobne.

  1. Psychologia

Szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością

Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Ludzie mogą być szczęśliwi, jednak bardzo często są tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć – mówi Christophe André, psycholog i psychiatra, twórca francuskiej szkoły psychologii pozytywnej.

Jest pan jednym z mistrzów psychologii pozytywnej zainicjowanej przez amerykańskiego psychiatrę Martina Seligmana. Na czym polega jej specyfika?
Zadaniem psychologii pozytywnej jest ulżenie cierpieniu i pomoc w dostrzeżeniu pozytywnych aspektów życia. Smutek, frustracja czy gniew zawężają nasze pole emocjonalnej percepcji – skupiamy się na tym, co wywołuje nasze cierpienie, nie zauważając tego, co mogłoby przynieść nam ulgę. Należy pamiętać, że 50 procent pozytywnych odczuć zależy od nas i że właściwa proporcja to trzy czwarte myśli pozytywnych i jedna czwarta negatywnych. Ta logika jest szczególnie skuteczna przy leczeniu depresji i problemów psychologicznych.

„Każdy z nas może być szczęśliwy” – głoszą poradniki. Również u pana szczęście zajmuje centralną rolę – jedna z pana bestsellerowych książek nosi tytuł „Et n’oubliez pas d’être heureux” [I nie zapomnij być szczęśliwym]. Skąd w człowieku przekonanie o jego prawie do szczęścia?
Pojęcie szczęścia jest zdeterminowane historycznie – znane było już starożytnym filozofom, ale oni zwracali się tylko do elity. W Europie przez całe wieki Kościół wpajał wiernym, że życie to padół łez i że należy myśleć tylko o zbawieniu. Zmiana nastąpiła w epoce oświecenia – koncepcja szczęścia ulega wtedy demokratyzacji i zaprząta najwybitniejsze umysły. Jednak w XIX wieku europejscy intelektualiści odwracają się od niej jako wulgarnej i adresowanej do mas – we Francji zadowolenie z życia i dobroć zostają wtedy przypisane niskiemu poziomowi intelektualnemu. XX i XXI wiek to triumf życiowego sukcesu – nikt nie kwestionuje prawa jednostki do szczęścia, ale szybko „być” oznacza „mieć”. Osobiście uważam, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą: wprawdzie pojęcie szczęścia zostało w dużym stopniu zwulgaryzowane, ale nie przestało być wartością i celem, do którego trzeba dążyć. Bo szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością: ktoś, kto nie jest do niego zdolny, zmarnuje swoje życie, będzie koncentrował się na problemach i cierpieniach i w rezultacie zwracał mniejszą uwagę na innych. Nie będzie potrafił dawać – tylko ludzie szczęśliwi mogą być wielkoduszni i otwarci na świat. Dążenie do szczęścia wydaje mi się więc podstawowym warunkiem udanej egzystencji dla siebie i dla innych.

Na czym polega to prawdziwe szczęście?
Ująłbym to tak: nasz życiowy obowiązek polega na byciu szczęśliwym i wielkodusznym. Prawdziwe szczęście to dar siebie samego – szczęście i solidarność są jak najbardziej kompatybilne. Niestety, wciąż jeszcze stawia się znak równości między szczęściem a egoizmem czy szczęściem a naiwnością. Musimy prowadzić prawdziwą walkę, żeby nobilitować to pojęcie.

To prowadzi nas do pojęcia optymizmu.
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. Optymista uważa, że można rozwiązać spotykane w życiu problemy, stara się więc działać. Pesymista w to nie wierzy, jest pasywny. To właśnie dlatego pesymizm przynosi najwięcej szkód: wyobraźmy sobie lekarza pesymistę, który nie wierzy w wyzdrowienie pacjenta. Czy pacjenta niewierzącego w skutki terapii – badania wykazały, że im mniej optymizmu wykazuje chory, tym mniejsze są jego szanse na wyzdrowienie. Nie dlatego, że optymizm sprawia cuda, ale że pozwala na skuteczniejsze działanie. Podobne mechanizmy funkcjonują na każdym poziomie naszego życia osobistego, gospodarki, polityki...

Pana zdaniem szczęścia można się nauczyć, należy tylko w tym celu regularnie ćwiczyć. Przytacza pan swój własny przykład, chociaż trudno uwierzyć, że posiada pan tendencje depresyjne...
Bardzo dużo nad sobą pracowałem – dyscyplina to więcej niż połowa sukcesu. Istnieje wiele pozornie błahych ćwiczeń, które każdy z nas może wykonywać. Po pierwsze, codziennie przed zaśnięciem spróbujmy przypomnieć sobie trzy przyjemne momenty kończącego się dnia. Jest to bardzo interesujące z punktu widzenia mechanizmów naszej percepcji, z reguły koncentrujemy się bowiem na problemach. Zawsze możemy znaleźć pozytywy: skrawek błękitnego nieba, zapach róż w ogrodzie, telefon od przyjaznej osoby... Już po upływie 15 dni nasz mózg nastawi się na ich dostrzeganie – zmieni to nasze spojrzenie na życie. Bardzo ważny jest też uśmiech. Zwykle uśmiechamy się, kiedy jesteśmy zadowoleni, ale badania wykazały, że uśmiech wpływa pozytywnie na receptory mózgowe i stan naszej psychiki. To tzw. fenomen retrofeedbacku. Budda zawsze się uśmiecha: uważa się, że to nie tylko dowód wewnętrznej harmonii, ale także sposób na jej osiągnięcie. Powtarzam więc moim pacjentom: „Jeśli nie macie autentycznych powodów do płaczu, zmuszajcie się do uśmiechu!”. Odkąd sam stosuję tę metodę, ludzie częściej pozdrawiają mnie na ulicy, częściej ze mną rozmawiają. Uśmiech jest znakiem społecznej akceptacji. Są też inne plusy: lekarze stwierdzili, że osoby uśmiechnięte i zadowolone mniej chorują i z reguły dłużej żyją.

Wspomniał pan także o wielkoduszności...
To bardzo ważne, żeby robić coś dla innych. Może się to wydawać paradoksalne, ale im bardziej jesteśmy przygnębieni i sfrustrowani, tym bardziej zainteresowanie się innymi poprawi nasze samopoczucie. Nie chodzi o to, żeby stać się Matką Teresą – starajmy się po prostu sprawić komuś przyjemność czy wyświadczyć przysługę, nie oczekując niczego w zamian.

Do szczęścia prowadzi także medytacja...
Od lat medytuję – świadoma medytacja to jeden z elementów wiodących do harmonii ze sobą samym i światem. Nie chodzi o godziny przebywania w samotności – wystarczy regularnie poświęcać na medytację kilka minut dziennie. Mogą to być trzy minuty spokoju, kiedy możemy głęboko oddychać, spacer ulicą, kiedy koncentrujemy się na przyjemnych odczuciach, czy smaczny posiłek. Służy temu także ćwiczenie, które nazwałem „ćwiczeniem wdzięczności” – wieczorem podziękujmy za wszystko, co przydarzyło się nam w ciągu dnia, i zadajmy sobie pytanie, komu to zawdzięczamy. Cieszmy się, że te osoby istnieją, że piekarz upiekł dobry chleb, że przyjaciele o nas myślą, że ktoś okazał nam sympatię. Że otaczają nas ludzie, którzy przynoszą nam radość.

A jeśli jest inaczej? Jeśli nasze otoczenie jest nieprzyjazne i toksyczne?
Psychologia pozytywna nie twierdzi, że zawsze można i trzeba być szczęśliwym. Mówi, że dobrze jest nim być, kiedy to możliwe, ale w życiu każdego człowieka istnieją etapy, na których przeżywa dramaty, spotykają go przeciwności losu. Naszym priorytetem nie jest wtedy szczęście, ale walka o przeżycie. Psychologia pozytywna nie głosi pasywności – jeśli w naszym otoczeniu znajduje się osoba toksyczna, możemy, oczywiście, próbować zrozumieć źródła jej patologicznych zachowań, ale nie znaczy to, że mamy się do niej przyjaźnie ustosunkowywać. Wręcz przeciwnie, należy się przed nią chronić. Psychologia pozytywna nie próbuje ukazać takiej osoby w pozytywnym świetle – chodzi o to, żeby po zakończeniu kontaktu negatywne przeżycia nie zatruły naszej psychiki. Myślmy o naszych źródłach energii i radości, nie tylko o problemach. Szersze spojrzenie na otaczający świat pozwala na większą relatywizację i chroni przed zgorzknieniem.

Problemy jednak nie znikają drogą psychologicznego wypierania.
Nie chodzi o maskowanie problemów, chodzi o to, żeby nie opanowały całej naszej mentalnej przestrzeni. Konkretny problem istnieje, ale istnieją też aspekty pozytywne. Jeszcze raz zaznaczam, że nie mówię tu o prawdziwych tragediach czy walce o przeżycie.

Pomówmy o relacjach w związkach – nigdy dotąd nie były one tak kruche. Czy to również rezultat niewłaściwego podejścia do problematyki szczęścia?
Kryzys związków wynika m.in. z tego, że za wiele od nich oczekujemy: nie możemy wymagać od naszego partnera, żeby był jednocześnie wspaniałym kochankiem, przyjacielem, terapeutą, bankierem i żebyśmy wciąż były w nim zakochane jak pierwszego dnia. Nie idealizujmy przesadnie życia w parze! Jeśli założymy, że wybraliśmy wartościową osobę, bardzo ważne jest regularne myślenie o jej zaletach, nawet jeśli widzimy w niej same wady. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy nie są stworzeni do życia razem, ale jestem przekonany, że wiele par można by uratować.

Naukowcy twierdzą, że odkryli gen szczęścia – słynny gen H5TT. Czy niektórzy ludzie rodzą się szczęśliwi?
Specyficzna forma tego genu jest odpowiedzialna za stres, inna wpływa na pozytywne nastawienie do życia. Powiedziałbym, że szczęście to raczej kwestia temperamentu niż genów, chociaż to prawda, że istnieją osoby bardziej zdolne do szczęścia niż inne. Ale na naturalne dyspozycje nakłada się historia rodziny i edukacja, nie mówiąc o kontekście kulturowym.

Często podkreśla pan, jak bardzo ważne jest smakowanie chwili. Czy nie prowadzi to jednak czasami do taktyki strusia chowającego głowę w piasek?
Życie chwilą nie oznacza wymazania przeszłości, pomaga za to uświadomić sobie wagę tego, co właśnie przeżywamy. Inaczej zapominamy żyć. Psychologia pozytywna mówi: mamy takie czy inne trudności, zastanówmy się, jak je rozwiązać, a następnie pójdźmy na spacer, zagrajmy w piłkę, pobawmy się z dziećmi. Inaczej nasze życie nie będzie interesujące. Ludzie mają na ogół możliwość bycia szczęśliwymi, są jednak tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć, ponieważ zostali uformowani przez takie czy inne doświadczenia. Czują się wypaleni, sfrustrowani, nie mają ochoty walczyć, odnajdują poczucie bezpieczeństwa w inercji i złym samopoczuciu. Po co szukać szczęścia, skoro depresja jest za progiem? – głosiło satyryczne hasło.

Szczęście byłoby więc bronią?
Jak najbardziej! Szczęście jest jak zbroja – chroni nas przed przeciwnościami losu. Jest także wielką siłą pomocną w walce z tragediami życia – bez niego nie bylibyśmy w stanie im sprostać.

Może nasze przekonanie o tym, że mamy prawo do szczęścia, przeszkadza nam w jego dostrzeżeniu?
Należy założyć, że szczęście w naszym życiu pojawia się i znika, że nigdy nie jest pewnikiem. Najtrudniej jest być szczęśliwym w dwóch sytuacjach: losowych dramatów i życiowej rutyny. W pierwszym przypadku psychologia pozytywna zaleca nam nie negować smutku i rozpaczy, tylko przeżyć okres żałoby i następnie zwrócić się ku życiu, w drugim – przypominać sobie regularnie, jak wielkie szczęście spotyka nas choćby z tego powodu, że nie toczy się wojna, że żyjemy w wolnych krajach, możemy podróżować, uczyć się, pracować... Wydaje nam się to oczywiste.

Zbudowanie własnego szczęścia nie jest możliwe bez szacunku dla siebie samego. Co zrobić, żeby go zachować?
Szacunku dla siebie uczymy się od wczesnego dzieciństwa. Zależy on od stosunków panujących w rodzinie, kultury otoczenia, rodzaju odebranej edukacji. W wiek dorosły wkraczamy z szeregiem automatyzmów i przekonań – jeśli nas nie szanowano, możemy zachowywać się aspołecznie, dezawuować się bądź przeciwnie – zbudować osobowość narcystyczną. Szacunek dla siebie samego rodzi się z sympatii – nasza własna osoba jest przyjacielem, którego pragniemy chronić przed złem i któremu życzymy jak najlepiej. Troska o samego siebie jest aktem odpowiedzialności cywilnej. Zrównoważone, zadowolone z siebie jednostki czynią świat lepszym. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem – jeśli jesteśmy szczęśliwi, dajemy szczęście innym. Należy jednak uważać, bowiem w naszej epoce wpadliśmy w pułapkę rozbuchanego indywidualizmu. Musimy być bardzo czujni i jednocześnie strzec się przed myśleniem schematami – to nieprawda na przykład, że trzeba brać udział w wyścigu szczurów i że wszyscy ludzie są źli...

Nasze społeczeństwo charakteryzuje ciągła pogoń za młodością i lęk przed śmiercią. Pan głosi zdumiewająco pogodną wizję własnego odejścia.
Szczęście pozwala nam oswoić strach przed śmiercią. Jeśli skoncentrujemy się tylko na naszej śmiertelności, życie wyda się absurdalne. Jaką postawę powinniśmy zająć? Ubolewać nad nicością egzystencji czy też korzystać z każdego dnia? Odpowiedź wydaje mi się oczywista: smakujmy każdą chwilę i nie zamartwiajmy się tym, co nas czeka. I tak najczęściej nie mamy na to wpływu. Bądźmy szczęśliwi i wielkoduszni. Szczęście może naprawdę czynić cuda – tu i teraz.

Christophe André psychiatra i psycholog, ojciec francuskiej szkoły psychologii pozytywnej i terapii behawioralnych, do których jako jeden z pierwszych wprowadził techniki medytacji. Specjalizuje się w leczeniu stanów lękowych i depresyjnych. Jest autorem wielu książek, m.in. „Niedoskonali, wolni i szczęśliwi”, „Medytacja dzień po dniu”, "Życie wewnętrzne".