1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Profesjonalny networking - jak budować kontakty w sieci

Profesjonalny networking - jak budować kontakty w sieci

Media społecznościowe stają się jednym z podstawowych narzędzi rekrutacyjnych (Fot. iStock)
Media społecznościowe stają się jednym z podstawowych narzędzi rekrutacyjnych (Fot. iStock)
LinkedIn

Profil w mediach społecznościowych może nam pomóc w karierze zawodowej. Ale – jak zastrzega dr Paweł Korzyński z Akademii Leona Koźmińskiego – wizerunek w Internecie musi iść w parze z rzeczywistym doświadczeniem. W rozmowie z Moniką Stachurą wyjaśnia, na czym polega profesjonalny networking i czym różni się od szukania pracy „po znajomości”.

Skończyła się era zawodów na całe życie, dzisiaj w Internecie można znaleźć kursy i tutoriale na każdy temat. Zatem po co studiować na uczelni? Studentów pierwszego roku, dla których prowadzę wykłady z podstaw zarządzania, na pierwszych zajęciach pytam, dlaczego wybrali studia biznesowe i jak planują wykorzystać czas na uczelni. Niektórzy dyplomatycznie odpowiadają, że chcą zdobywać wiedzę, a uczelnia jest najlepszym źródłem wiedzy, są tacy, którzy mówią wprost, że ktoś im polecił, ale oni sami nie wiedzą, czy to jest dobre miejsce... Ale rzadko pada odpowiedź związana ze zdobywaniem kontaktów, a moim zdaniem największą wartością uczelni biznesowej jest właśnie to, że ludzie wychodzą z niej z określoną liczbą kontaktów i określonym wizerunkiem. 

Co to znaczy? Jeśli ktoś zapisze się w pamięci kolegów tylko jako osoba, z którą było fajnie iść na piwo, to prawdopodobnie i w przyszłości będzie otrzymywać zaproszenia na spotkania niezwiązane z życiem zawodowym. A uczelnia daje możliwość stworzenia wizerunku profesjonalnego, z tym że nie wystarczy po prostu otworzyć profil na portalu społecznościowym i publikować na nim różne rzeczy.

Od czego więc zacząć? Po pierwsze trzeba wiedzieć, po co chcę budować swój wizerunek. Warto odpowiedzieć sobie na pytania: Jak jestem dziś postrzegany? Jak chciałbym być postrzegany w perspektywie trzech–pięciu lat? I dlaczego? To „dlaczego” jest bardzo ważne i jeśli – co się często zdarza – odpowiedź brzmi: „Chciałbym pracować w określonym zawodzie, bo mój kolega tam pracuje, a on jest fajny”, to nie rokuje to najlepiej. Chodzi przede wszystkim o osobiste przekonanie i znalezienie własnej motywacji, żeby pracować w określonym obszarze. Jeśli student, a potem absolwent kieruje się tym, co robią inni, jakie są obecne mody – a one i tak na niego wpływają, niezależnie od indywidualnej autorefleksji – to możliwe, że nie trafi we właściwe miejsce. Myślę, że podstawowym  źródłem sukcesu zawodowego jest frajda z tego, co robimy. Bo tylko wtedy możemy mieć motywację większą od przeciętnej, możemy zdopingować się do tego, żeby ciągle rozwijać się w danym kierunku. Motywacja „bo inni też tak robią” zazwyczaj nie wystarcza...

Cieszę się, że mówi pan o satysfakcji i frajdzie jako najlepszej motywacji, bo trochę przeraża mnie wizja koncentrowania się w czasie studiów na przyszłej pracy. Wydaje mi się, że to jeszcze nie czas na to... Na czym więc może polegać planowanie kariery i budowanie wizerunku przez studenta? A ja nie obawiam się myślenia o profesjonalnej karierze już na studiach, bo uważam, że może to też być interesujące, a nawet przybrać formę zabawy. U nas na uczelni mamy wiele przykładów start-upów studenckich, które rozpoczynają się od spotkań towarzyskich, a potem przeradzają się w coś profesjonalnego. Studenci są w tej specyficznej sytuacji, że mają jeszcze mało doświadczenia, a jednak wielu z nich chce już zaistnieć na platformach zawodowych. Tymczasem środowisko wirtualne musi iść w parze z rzeczywistym, także w przypadku osób bez dużego doświadczenia zawodowego. Zatem myślenie w kategoriach: „To teraz będę budował profesjonalny wizerunek na portalu czy Golden Line” nie przyniesie dobrych efektów. Bazą powinno być zbieranie doświadczenia na konferencjach, w kołach naukowych, przy realizacji projektów studenckich. Uczelnie dają takie możliwości. A media społecznościowe powinny wzmacniać działania rzeczywiste. Jeśli chodzi o narzędzia, to dominujący jest , czyli międzynarodowa platforma budowania sieci profesjonalnych kontaktów. Ma ona wiele pól związanych z doświadczeniem zawodowym, więc jeśli ktoś zaczyna, może nie mieć za dużo do napisania, ale mimo pokusy radzę dobrze przeanalizować doświadczenia uczelniane i wpisywać jedynie te rzeczy, które przybliżają nas do miejsca, które uznaliśmy za cel.

Założyliśmy profil, dodaliśmy opis doświadczeń zawodowych, ale najlepszy profil nic nie da, jeśli nikt nie będzie go oglądał... Jak zacząć budować sieć kontaktów? stwarza wiele możliwości, aby w szybkim czasie rozbudować swoją sieć społeczną. Oczywiście liczba kontaktów nie przynosi automatycznie polepszenia wizerunku, więc działanie na zasadzie „kolekcjonowania” jest bezwartościowe. Dobrze byłoby zacząć od znajomych, czyli kolegów, współpracowników, ale z czasem warto „łączyć się” z osobami, które interesują się podobnymi obszarami, na przykład poprzez uczestnictwo w seminariach, konferencjach i zapraszanie osób, których wystąpienie czy prezentacja nas zainteresowały, a wreszcie docierać do rekruterów i menedżerów. To sposób na budowanie rzetelnej sieci. Nie radziłbym działać odwrotnie i od razu zapraszać osoby odpowiadające za budowanie zespołów, bo w networkingu bardzo liczy się efekt pierwszego wrażenia, a z oczywistych względów będzie on na początku słabszy niż po dwóch czy trzech miesiącach od założenia profilu. 

Co będzie kolejnym krokiem w budowaniu wizerunku? Tworzenie treści. Jeśli mam już pewną grupę odbiorców, muszę się zastanowić nad tym, jakie treści tworzyć. Do wyboru są trzy opcje: treści tekstowe, zdjęcia i wideo. Z moich obserwacji wynika, że kiedyś na było więcej długich artykułów, prawie esejów, teraz dominują krótsze teksty, zdjęcia oraz pliki wideo. Te ostatnie mają większą popularność niż pozostałe treści i myślę, że to dobra wiadomość dla wielu osób bez doświadczenia zawodowego, ponieważ stworzenie merytorycznego tekstu jest trudniejsze niż stworzenie krótkiego pliku wideo. W tym przypadku najważniejszy jest pomysł, nagranie nie musi być profesjonalne, coraz częściej mówi się, że w Internecie bardziej niż jakość techniczna liczy się treść. Treści są ważne, ponieważ to właśnie w ten sposób można ciekawie zaprezentować się w świecie wirtualnym. Sama sieć kontaktów nie sprawi, że inni będą nas kojarzyć.

Jakie praktyczne korzyści przynosi dobry profil w zawodowej sieci społecznościowej? Przeprowadziłem badania na temat wpływu działań w mediach społecznościowych na wzrost ofert pracy i współpracy otrzymywanych za pośrednictwem tych mediów społecznościowych. Analizowałem setki osób z doświadczeniem zawodowym i zakładam, że w przypadku osób bez doświadczenia zawodowego zależność byłaby porównywalna. Okazuje się, że networking, czyli budowanie sieci kontaktów poprzez zapraszanie do grona znajomych osób spoza najbliższego kręgu, przynosi więcej ofert pracy i współpracy. Zatem możemy dzięki niemu realnie wpłynąć na swoją karierę. To jest główna korzyść z dobrze prowadzonego networkingu.

Dlaczego tak się dzieje? Czy networking jest wykorzystywany przez rekruterów, bo w razie potrzeby łatwiej sięgnąć do zasobów, niż szukać kogoś od początku? Media społecznościowe stają się jednym z podstawowych narzędzi rekrutacyjnych, rekruterzy i headhunterzy monitorują je w poszukiwaniu kandydatów. Zdarza się, że menedżer czy dyrektor, który na stałe nie prowadzi rekrutacji, ale czasami odpowiada za projekty i potrzebuje dodatkowych współpracowników, obserwuje, co dzieje się na platformie społecznościowej i gdy zauważa kogoś, kto wyróżnia się w pewnym obszarze, z czasem wysyła mu jakieś propozycje. Nie jest to nigdy od razu konkretna oferta pracy, a raczej swego rodzaju sondowanie. Sam ostatnio dostałem ofertę współpracy projektowej właśnie przez . Myślę, że na rynku będzie pojawiało się coraz więcej ofert pracy dodatkowej, czyli freelancerskiej, ponieważ na przykład firma nie potrzebuje stałego pracownika, ale jedynie kogoś na kilka godzin w miesiącu. I właśnie osoby, które wchodzą na rynek, będą miały większe szanse, żeby przez networking pozyskiwać takie oferty.

W jaki sposób sieć kontaktów na platformie społecznościowej polepsza naszą pozycję zawodową? Mniej ważne jest, ile osób należy do naszej sieci kontaktów, a bardziej – kim one są oraz na ile aktywnie korzystamy z networkingu. Bardzo ważne jest, żeby mieć w sieci osoby, które decydują o projektach rekrutacyjnych i odpowiadają za budowanie zespołów. Równie istotne to, o czym już mówiliśmy: wychodzenie poza krąg znajomych i tworzenie interesujących treści.

Lepiej aktywizować w razie konieczności, czyli kiedy poszukujemy pracy, czy raczej nie dawać o sobie zapomnieć przez cały czas? Moim zdaniem aktywizacja tylko w momencie szukania pracy nie jest dobrym rozwiązaniem. Tworzymy wtedy wizerunek poszukującego pracy w danej chwili, a jest taka prawidłowość – i mówię to z perspektywy kilkunastoletniego doświadczenia w branży rekrutacyjnej – że najlepsze oferty pracy i współpracy trafiają do osób, które w danej chwili pracy aktywnie nie poszukują. Zatem nagłówki „aktywnie poszukuję pracy”, które użytkownicy sami wyświetlają, paradoksalnie często działają na ich niekorzyść. Przyczyny są różne –  z jednej strony u rekrutera może pojawić się myśl, że pewnie taka osoba już dostała propozycje od innych, więc nie ma sensu konkurować z kilkunastoma procesami rekrutacyjnymi, a z drugiej – bardziej wartościowy wydaje się kandydat wyszukany samodzielnie. 

Coraz częściej słyszymy o dojrzałych osobach, które decydują się na radykalną zmianę zawodu. Jak kształtować wizerunek w czasach takiej zmienności zawodowej? To jest ciekawy trend i będzie się on intensyfikował. Wynika między innymi z rosnącej możliwości rozwoju zawodowego i dokształcania, więc obecnie na różnym etapie życia możemy coś zmienić, jeśli nie czujemy satysfakcji z tego, co robimy. Networking bardzo pomaga w takich okolicznościach, ponieważ sieć społeczna pozwala szybciej wejść w środowisko. Trzeba jednak zachować cierpliwość, bo według moich obserwacji efekty przychodzą po kilku miesiącach aktywnego korzystania z networkingu. Ważne jest, żeby o tym pamiętać i się nie zniechęcać.

A jak pokazać swoją wiarygodność w trakcie zmiany zawodowej? W przeszłości bardzo ważne były rekomendacje tradycyjne, teraz coraz częściej patrzy się na rekomendacje elektroniczne. Ponieważ równolegle pracuję w branży rekrutacyjnej, jestem często podpytywany przez znajomych, ile rekomendacji warto mieć i jakie są najbardziej wartościowe. Z badania, które przeprowadziłem, wynika, że najbardziej wiarygodny przedział rekomendacji to od pięciu do ośmiu. Powyżej tej liczby rodzi się podejrzenie, że rekomendacje zostały wystawione na prośbę. Drugi ważny aspekt w ocenie rekomendacji to zasada wzajemności – rekomendacje udzielane wzajemnie są mniej wiarygodne. 

Wreszcie, najbardziej cenione są rekomendacje od przełożonych i klientów. Jeżeli ktoś ma dużo rekomendacji od współpracowników, ich wartość spada, ponieważ rodzi się wątpliwość, na ile odzwierciedlają kompetencje, a na ile wynikają z sympatii. Rekomendacje to ciekawy sposób na potwierdzenie umiejętności i doświadczenia zawodowego, ale pamiętajmy, że na ich jakość składa się liczba, źródło i zasada wzajemności. 

Zawsze funkcjonowało coś takiego jak „dostać pracę po znajomości”. Na czym polega przewaga networkingu nad tzw. znajomościami? To zdecydowanie coś innego. Podstawowa różnica jest taka, że networking przynosi rzeczywiste długoterminowe korzyści biznesowe i osobom indywidualnym, i organizacjom, a polecenie na podstawie „znajomości” może przynieść jedynie korzyści doraźne. I jeżeli widać, że osoba polecana nie sprawdza się na danym stanowisku, to odbija się to nie tylko na jej wizerunku, ale i wizerunku osoby polecającej. 

Networking postrzegam jako współpracę na zdrowej biznesowej podstawie, czyli jeżeli polecę kogoś, z kim współpracowałem, to buduję rzetelny wizerunek samego siebie, ale i mogę liczyć na podobne traktowanie w przyszłości, czyli ktoś mi poleci kogoś nie z sympatii, ale ze względu na jego kompetencje jako osobę, która sprawdzi się w określonych okolicznościach zawodowych.  

dr Paweł Korzyński, ekspert z zakresu przywództwa i zarządzania zasobami ludzkimi. Jego zainteresowania naukowe obejmują również internetowe sieci społecznościowe, w tym wykorzystanie mediów społecznościowych do wywierania wpływu. Adiunkt w Katedrze Zarządzania Akademii Leona Koźmińskiego

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Trudne dzieciństwo nie odbiera szansy na szczęśliwe życie

W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
Trudne dzieciństwo nie odbiera nam szansy na pełne, szczęśliwe życie. Wręcz przeciwnie – może stanowić kapitał, dawać niebywałą siłę. Ale nie zawsze to wiemy. Przetransformować ból i wstyd w miłość i wdzięczność – tak, można to zrobić. I trzeba.

Być może zastanawiasz się, czy warto czytać ten tekst; czy temat dotyczy twojego doświadczenia. Bo właściwie co to znaczy mieć niełatwe dzieciństwo? „Nikt mnie nie bił, seksualnie nie wykorzystywał, no, był alkohol, a mama miała depresję, ale to przecież nic takiego, życie po prostu” – często słyszę takie stwierdzenia. John Bradshaw, autor książek o potencjale trudnego dzieciństwa (m.in. „Powrót do wewnętrznego domu”, „Twórcza moc miłości”), uogólnia je w hasło: „Nie było tak źle, był dach nad głową”. „Uwierzcie mi, naprawdę było źle – pisze w »Powrocie do wewnętrznego domu«. – Zadano nam duchową ranę. To, że rodzice nie pozwalali nam być sobą, było najgorszą krzywdą, jaka mogła nas spotkać. Jestem pewien, że gdy mówiliście coś w gniewie, ostrzegano was: »Nie waż się więcej podnosić głosu!«. Nie było w porządku się gniewać, odczuwać lęk, smutek, a nawet radość. Nie było w porządku dotykać sromu lub penisa, nawet jeżeli bardzo to intrygowało. Nie w porządku było nie lubić księdza; myśleć to, co myśleliście; chcieć tego, czego chcieliście; czuć to, co czuliście, lub wyobrażać sobie to, co sobie wyobrażaliście. Niekiedy nie było w porządku widzieć to, coście widzieli, lub wąchać to, coście wąchali. Nie było w porządku być sobą”. Rodzice często mówią dzieciom wprost: „Bądź silny! Nie bądź taki samolubny! Nie miej potrzeb, zapomnij o sobie, zapomnij o swoich chęciach i uczuciach!”. Wielu „wyczynowców”, ludzi tak zwanego sukcesu, czuje, że podają się za kogoś innego. Czują, że nie będą kochani, jeżeli nie będą mieli osiągnięć. Po czym poznać, że nasza indywidualność i wyjątkowość nie były szanowane? Skrzywdzone wewnętrzne dziecko w nas zatruwa dorosłe życie napadami złego humoru, dąsami, nieufnością, przeczuleniem, skłonnością do nałogów i zachowań kompulsywnych, toksycznym rodzicielstwem, napiętymi, niszczącymi stosunkami z ludźmi, nadmierną uprzejmością i posłuszeństwem, niezdolnością do nawiązywania bliskich relacji. W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej? Co z tym zrobić?

Miałem być księdzem, śniłem o dziewczynach

Bradshaw pokazał, w jaki sposób dramat przemienić w siłę. Wychowywany w dysfunkcyjnej rodzinie, porzucony przez ojca alkoholika pisze o sobie: „Byłem zastępczym mężem mojej matki, stałem się więc ofiarą niefizycznego kazirodztwa. Jako dziecko byłem niedostrzegany. W ciągu 14 lat przeprowadzaliśmy się dziesięć razy. Mieszkaliśmy u dalszych i bliższych krewnych. Mój ojciec nie udzielał nam żadnego wsparcia. Już jako dziecko pojąłem, że nie jestem kochany, gdy wyrażam swoje potrzeby”. Jako nastolatek był młodym gniewnym należącym do gangu sobie podobnych młodych ludzi bez ojców. W szkole – nadobowiązkowym prymusem, w domu – opiekunem matki. Chcąc dochować jej wierności, wstąpił do zakonu, gdzie żył w celibacie przez ponad dziewięć lat, by stwierdzić: „Dziś patrzę ze zgrozą na ten okres mojego życia”. Popadł w stan zaawansowanego alkoholizmu. Jego cztery kolejne partnerki były ofiarami kazirodztwa. Zaczął szukać dla siebie ratunku, między innymi w grupach AA. Gdy odzyskał pełnię zdrowia, poświęcił się pomaganiu innym w dochodzeniu do zdrowia i siły. Jego książki zostały przetłumaczone na 27 języków i uznane za najlepszą literaturę dotyczącą uzdrawiania zranionego dziecka. Gdy Bradshaw prowadzi zajęcia z ludźmi, prosi, by zrzucili maski i się odsłonili. By dotknęli swoich ran. Na nowo odczuli dziecięcy ból, lęk, wstyd, gniew, żal i smutek. To jest zabieg bolesny i najczęściej trudny do przeprowadzenia bez kogoś z zewnątrz – terapeuty, mądrej przewodniczki, przyjaciela. I trwa jakiś czas. Jednak otoczenie opieką wewnętrznego dziecka prowadzi do bezwarunkowej miłości do siebie i staje się źródłem odnowy i witalności.

– Miałem być idealnym dzieckiem, a potem doskonałym mężem, ojcem i trenerem – opowiada Marek Karpiński, trener piłkarek ręcznych. – Gdybym nie rozeznał się w sobie, nie skonfrontował z rozpaczą i wstydem we mnie, najpewniej marnie bym skończył: alkohol, zawał, rozpad rodziny, te rzeczy. Osiągałem sukcesy, byłem trenerem kadry narodowej, uchodziłem za silnego faceta, na którym można polegać zawsze, bo uniesie wszystko. Ale płaciłem za to najwyższą cenę – zdrowia. No więc w kółko operacje, alergie, problemy z sercem, z żołądkiem, z jelitami, z gardłem, wrzody na dwunastnicy.

Wychowywał się w niezamożnej kolejarskiej rodzinie, wśród trzech braci. W wieku dwóch lat został posłany do przedszkola, więc potem już wszystkie etapy rozwoju przechodził w przyśpieszonym tempie – szkołę podstawową skończył w wieku 13 lat, a maturę zdał jako 17-latek. Tam, gdzie się znalazł, był przywódcą – w szkole, na podwórku, w drużynie harcerskiej, na zawodach sportowych, w studium wojskowym. Tata kupował synom rękawice bokserskie, mieli wygrywać, nie pokazać nigdy słabości. Mama marzyła, że Marek zostanie lekarzem, spełni jej niespełnione życie; albo księdzem.

– Z pozoru bardzo łatwo wchodziłem w rolę silnego i odpowiedzialnego. Ale w środku przeżywałam dramat: czy sobie poradzę, czy nie zawiodę? Dla dziecka to było o wiele za dużo. I zawodziłem. W szkole miałem dwóje, na medycynę się nie dostałem. A zamiast myśleć o duchowym powołaniu, śniłem o dziewczynach, co było kolejnym horrorem. Obiecywałem przecież w konfesjonale, że nie będę grzeszył myślą, mową i uczynkiem. A grzeszyłem. Matka o tym nie wie, ojciec nie wie, ale przecież Boga nie oszukam! Bóg widzi wszystko. Nie mogłem spać, nie mogłem odpędzić natrętnych myśli. Zżerało mnie poczucie winy i wstydu; zaraz się wyda i przepadłem, koniec ze mną, będę się smażył w piekle. Miałem być najlepszy i święty, a kim jestem?

Dajemy z siebie wszystko, reszta jest bez znaczenia

W dorosłym życiu został trenerem sportowym, a w sporcie wymagana jest doskonałość; wygrywasz – jesteś Bogiem, przegrywasz – jesteś zerem.

– W polskim wydaniu bycie trenerem to bycie katem – mówi Marek. – Rozgrywki były co sobotę. Już w czwartek czułem skurcz żołądka. Z niedzieli na poniedziałek nie spałem z lęku, co napiszą w gazetach. Co tydzień ocena, czyli walka o życie. I tak przez 20 lat. Im twardsza skorupa na zewnątrz, tym człowiek słabszy w środku.

Pamięta przegrany mecz w Hiszpanii jednym punktem, co wykluczyło piłkarki z udziału w olimpiadzie w Atenach. To znaczyło, że jako trener jest skończony. „Co czujesz?” – zapytała żona. „Rozpacz, smutek” – odpowiedział. „Co najchętniej byś zrobił?” – pytała dalej. „Usiadłbym i płakał” – usłyszał. „Więc płacz”. Od tego się zaczęło: a więc można nie bać się słabości, łez, lęku, wstydu i bólu? Zainteresował się szkoleniami z zakresu rozwoju osobistego, nowoczesnego przywództwa, zapisał się na zajęcia w szkole trenerów, uczył się, jak rozmawiać, jak rozumieć emocje.

– Otworzyłem się na to, co wewnątrz mnie – mówi. – Po raz pierwszy zacząłem pytać siebie, po co robię to, co robię. Czemu i komu to służy? Co daję z siebie innym? Jaką to ma wartość? Zapragnąłem być z ludźmi inaczej niż do tej pory, nie w sposób kontrolujący i dominujący.

Od 2005 roku jest trenerem piłkarek z klubu studenckiego AZS AWF Wrocław. W tym roku dostały się do czołówki krajowej, do ekstraklasy. Cieszy się jak dziecko: – Świętujemy zwycięstwo, grając na bębnach! Otwartość i komunikacja, wspólne tworzenie procesu treningowego, zabawa, nie walka; partnerstwo, nie dryl i tresura, o to chodzi. Nie pracując więcej, osiągnęliśmy najwięcej, w naturalny sposób, poszło jak z płatka. Mówiłem dziewczynom: dajemy z siebie wszystko, ale to nie znaczy, że musimy wygrać. Mamy prawo przegrać, pogratulujemy zwycięzcom. W to, co robimy, angażujemy całe serce, dlatego nie ma znaczenia, co inni powiedzą czy napiszą.

Pod bólem jest zawsze miłość

Pisałam reportaże o rodzicach zastępczych dla dzieci osieroconych i chorych. Pokłady miłości i siły tych ludzi wręcz onieśmielały. Ze zdumieniem w ich przeszłości odkrywałam prawdziwe tragedie, na przykład śmierć własnego dziecka. Zdarza się, że ci, którzy adoptują dzieci, sami jako dzieci stracili rodziców. Terapeutka Małgorzata Rajchert-Lewandowska wyjaśnia to tak: – Ci ludzie dokonali czegoś nadzwyczajnego, zaakceptowali ból, którego doznali, zgodzili się na swój los. To daje niebywałą siłę. Łatwo poznać takich ludzi, bo są charyzmatyczni, skuteczni. Przekroczyli próg cierpienia i w kontakcie z nimi to się czuje od razu. Stają się dla innych źródłem siły. W naturalny sposób zajmują się w życiu tym, co kiedyś było ich raną.

– Pod bólem jest zawsze miłość – dodaje terapeutka. – Jeśli nie dotykamy bólu, wtedy pozostajemy jak zamrożeni, ponieważ jednocześnie odcinamy się od wszystkich uczuć, także od miłości i wdzięczności. Jeśli odważymy się zmierzyć z bólem, wtedy rusza fala. Ku własnemu zdumieniu możemy nagle poczuć miłość do ojca, który bił, do matki, która upokarzała. Byłam świadkiem, jak ludzie nie mogli w to uwierzyć, a przecież to czuli. To jest pierwszy krok do przyjęcia swojego losu, a później – co rzadko się zdarza, ale jednak – wdzięczności za swój los. Zaczyna się od uznania, że w każdym doświadczeniu tkwi siła.

– Co dobrego może płynąć z tego, że co najmniej połowa z nas wychowywała się i wychowuje w rodzinach, w których nadużywa się alkoholu? – pytam. – Dzieci z takich rodzin są samodzielne, niezależne i odpowiedzialne, łatwo koncentrują się na zadaniu, nawet w trudnych sytuacjach, ponieważ nauczyły się funkcjonować w stresie. A więc potencjał istnieje. Z drugiej strony takie dzieci są obciążone bólem, lękiem i nadmiarową odpowiedzialnością za cały świat, i oczywiście lepiej by było, gdyby nie musiały przechodzić przez piekło uzależnienia rodziców. Jeśli jednak jako dorośli uporają się z tym dziedzictwem, odzyskają spokój i równowagę, i mnóstwo siły.

Małgorzata Rajchert-Lewandowska opowiada o pacjencie w terapii, mężczyźnie, który pracował jako antyterrorysta. W dzieciństwie był świadkiem fizycznej i emocjonalnej przemocy ojca wobec mamy. Jako dziecko chronił ją, interweniował, wzywał policję. Dzisiaj rozbraja bomby, chroni innych przed zagrożeniem. Opowiada też o charyzmatycznej lekarce, która w dzieciństwie nie była w stanie uratować umierającego brata, a teraz ratuje dzieci. Daje przykład Andrzeja Wajdy, którego ojciec zginął w Katyniu. Uważa, że gdyby syn nie przetransformował w sobie związanego z tym bólu, nie dotarłby do miłości i nie byłby w stanie nakręcić o tym filmu.
– W jaki sposób to, co trudne, może przysłużyć się mojemu rozwojowi, mojej pracy dla innych? To istotne pytanie – mówi terapeutka. Wśród psychologów pracujących z ludźmi są i tacy, którzy gratulują, gdy słyszą o krzywdach doznanych w dzieciństwie. Gratulacje szokują. Ale też intrygują, bo to całkiem inne spojrzenie.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Psychologia

Choleryk, flegmatyk, melancholik i sangwinik. Którym typem osobowości jesteś?

Flegmatyk jest łatwy we współżyciu, uprzejmy i pogodny.  Perfekcyjny melancholik z łatwością wpada w stany zasmucenia. Sangwinikowi brakuje determinacji i bardzo rzadko kończy to co zaczął. Energiczny choleryk jest urodzonym przywódcą i organizatorem.
Flegmatyk jest łatwy we współżyciu, uprzejmy i pogodny. Perfekcyjny melancholik z łatwością wpada w stany zasmucenia. Sangwinikowi brakuje determinacji i bardzo rzadko kończy to co zaczął. Energiczny choleryk jest urodzonym przywódcą i organizatorem.
Przychodzimy na świat z określonym temperamentem. I widać to już, kiedy obserwuje się dzieci – są takie, które godzinami spokojnie patrzą w dal i te, które od początku rozpiera energia. Temperament to jedna ze składowych naszej osobowości. Znaczenie mają tu zatem geny, a z czasem dochodzi rozwój intelektualny,  umiejętności poznawcze.

Najpierw były soki

Przyjmuje się, że pierwszą osobą, która dokonała podzielenia ludzi ze względu na ich temperament był Hipokrates, grecki uczony i lekarz, uważany przez niektórych za „ojca medycyny”. Hipokrates nie klasyfikował ludzi analizując ich charakter, uważał że typy osobowości związane są z… sokami, które płyną w ludzkim ciele! W zależności od tego, którego z płynów – krwi, żółci, żółci czarnej czy śluzu – jest najwięcej, taki dana osoba ma charakter. Jeżeli to krew jest w przewadze mamy do czynienia z sangwinikiem; jeśli najwięcej jest żółci człowiek jest cholerykiem; przewaga żółci czarnej, to melancholik; u flegmatyka przeważa śluz.

Koncepcja Hipokratesa okazała się na tyle trafna, że jako rodzaj „bazy” funkcjonuje w psychologii do dziś. Choć oczywiście badania przeprowadzone na przestrzeni setek lat doprowadziły do powstania wielu teorii, które dużo dokładniej opisują rodzaje osobowości.

Florence Littauer, amerykańska mówczyni i autorka książek dotyczących rozwoju, w tym bardzo popularnej pozycji „Osobowość plus. Jak zrozumieć innych przez zrozumienie siebie” także nawiązuje do typów wyróżnionych przez Hipokratesa i zajmuje się analizą towarzyskiego sangwinika, perfekcyjnego melancholika, energicznego choleryka i spokojnego flegmatyka.

Towarzyski sangwinik

Ekstrawertyk i optymista. Otwarty, emocjonalny, wylewny z olbrzymią dawką entuzjazmu.

Praca to zabawa, a każde nowe doświadczenie nie budzi lęku tylko ciekawość i ekscytację. Sangwinik uwielbia ludzi, nie ma żadnego kłopotu z nawiązywaniem relacji. Nie lubi nudy, więc do niej nie dopuszcza, ciągle działa, rozpoczyna kolejne działania, zawsze z pozytywnym nastawieniem – zakłada, że wszystko się uda. Tyle tylko, że sangwinika cechuje słomiany zapał. Brakuje mu determinacji i bardzo rzadko kończy to co zaczął.

Lubi dużo mówić, a także koloryzować, bywa że mija się z prawdą. Nie dostrzega swoich wad, za to widzi wszystkie zalety, jest egocentryczny, skupiony przesadnie na sobie, wciąż mówi, nie ma zdolności słuchania. Nie jest stały w uczuciach, mało zorganizowany, woli bujać w obłokach niż dojrzale stawić czoła rzeczywistości.

Sangwinik odniesie największy sukces w zawodzie, który da mu możliwość kontaktowania się z innymi ludźmi i pozwalają działać spontanicznie, bez sztywnych zasad i reguł.

Perfekcyjny melancholik

Pesymista, introwertyk i myśliciel. Jego temperament to przeplatające się skrajności – od szybowania po niebie do głębokich depresji. Posiada analityczny umysł, jest poważny i zdeterminowany. To osobowość utalentowana i twórcza, ma zadatki na geniusza. Jest wrażliwy na piękno, dostrzega je w każdym obszarze, ma zdolności artystyczne. Na co dzień filozofuje, ma w sobie empatię, dostrzega problemy i potrzeby innych ludzi, jest skłonny do poświęceń. To idealista, również partnera szuka idealnego. Bardzo ostrożnie dobiera przyjaciół, nie lubi zwracać na siebie uwagi, najpewniej czuje się na drugim planie. To genialny słuchacz, jest wierny, pomocny i współczujący.

Perfekcyjny melancholik z łatwością wpada w depresję, czasem wręcz trudno określić czy jest w dobrym czy złym stanie emocjonalnym. Z czasem coraz częściej narzeka na wszystko i wszystkich, przemawia przez niego frustracja. Z upływem lat innych i życie zaczyna traktować ze śmiertelną powagą, wszelkie niewinne żarty bierze do siebie i cierpi. Ma niskie poczucie własnej wartości, wciąż węszy spisek i czuje się krytykowany.

Wszystko odkłada na później, bo czeka na „idealny” moment. Większość życia spędza na planowaniu, wszystko próbuje doprowadzić do perfekcji. Jest nieufny i przewrażliwiony.

Melancholik w pracy jest wytrwały i dokładny, uporządkowany i zorganizowany. Szybko dostrzega problem i znajduje twórcze rozwiązania. Zawsze kończy rozpoczęte zadania. Jest oszczędny. Najlepiej pracuje w pojedynkę. Ceni ciszę.

Energiczny choleryk

Ekstrawertyk, człowiek działania i czynu, optymista. Jest urodzonym przywódcą, zawsze aktywny i dynamiczny. Nie boi się zmian, dąży do nich, jest zdecydowany i konsekwentny. Ważne są dla niego niezależność i bycie samowystarczalnym. Nie zniechęca się i nie wzrusza zbyt łatwo, nie da się go zniechęcić. Budzi w ludziach zaufanie. Lubi działać dla większej grupy, doskonale sprawdza się w trudnych, zmiennych sytuacjach.

Jest urodzonym przywódcą i organizatorem, często ma rację. Do życia nie potrzebuje głębokich relacji, nie odczuwa potrzeby posiadania przyjaciół.

Często bywa pracoholikiem. Nie potrafi odpoczywać. Cały czas skupiony jest na podążaniu w stronę wytyczonego celu. Ma ogromną potrzebę sprawowania kontroli, nie lubi gdy inni podejmują decyzje, bo przekonany jest zawsze o swojej racji. Jest bardzo silny, nie lubi i nie akceptuje w ludziach słabości. Potrafi doskonale sterować ludźmi, robie to w białych rękawiczkach – ci, którymi zarządza nie są tego świadomi.

To mistrz manipulacji, lubi intrygi, osądza i ocenia z pozycji siły. Wciąż odczuwa przymus poprawiania wszystkiego i wszystkich dookoła. Jest apodyktyczny, nie znosi sprzeciwu. Nie jest wrażliwy na uczucia innych ludzi. Nawet przed samym sobą nie potrafi przyznać się do błędu, a słowo „przepraszam” jest według niego wyrazem słabości.

W pracy nastawiony jest wyłącznie na osiągnięcie celu. To dobry organizator, dostrzega praktyczne rozwiązania. Działa szybko, liczy się dla niego wydajność. Może osiągnąć więcej niż „przedstawiciele” innych typów osobowości.

Spokojny flegmatyk

To obserwator, introwertyk i pesymista. Jest powściągliwy, niewymagający, dość beztroski, zwykle chłodny i opanowany. Ma w sobie niewyczerpane pokłady cierpliwości. Jest zrównoważony, bardzo cichy, spokojny. Dowcipny i życzliwy, nie miewa złego humoru, nie popada w depresję i nie robi szumu wokół siebie. Emocje chowa bardzo głęboko, zwykle godzi się ze stanem rzeczy, nie poprawia świata zastanego. pogodzony z życiem.

Flegmatyk jest łatwy we współżyciu, uprzejmy i pogodny. To dobry słuchacz, ma wielu przyjaciół. Jest współczujący i troskliwy. Lubi stać z boku i przyglądać się ludziom i zdarzeniom z pozycji obserwatora.

Nie potrafi się ekscytować, mało w nim entuzjazmu. Ceni stagnację, nie lubi zmian. Sprawia wrażenie leniwego. Lubi odkładać wszystko „na jutro”. Potrzebuje „kopniaka” do działania, ale nie może być on zbyt mocny, bo nie lubi czuć się do czegoś przymuszany. Zawsze wybiera drogą najmniejszego oporu. Jest niezdolny do podejmowania decyzji. Nie chcąc nikogo ranić, bark mu asertywności, nie umie mówić „nie”.

W pracy jest kompetentny i solidny. Ma zdolności administracyjne. Pośredniczy w rozwiązywaniu problemów i znajduje proste wyjścia. Unika konfliktów. Zadowala go prawie każde miejsce pracy. Najlepiej funkcjonuje na takim stanowisku, które nie wymaga wykazania się większą inicjatywą, a praca polega na wykonywaniu rutynowych czynności.