1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy możemy liczyć na szczęście w miłości, skoro już tyle razy nam nie wyszło?

Czy możemy liczyć na szczęście w miłości, skoro już tyle razy nam nie wyszło?

Aby miłość mogła się w nas rozwijać, należy uleczyć trudne i bolesne emocje. (Fot. iStock)
Aby miłość mogła się w nas rozwijać, należy uleczyć trudne i bolesne emocje. (Fot. iStock)
Czy możemy liczyć na szczęście w miłości, skoro już tyle razy nam nie wyszło? Regina Brett, amerykańska autorka popularnych poradników, mówi: „Możemy!”. W nowej książce „Kochaj” opowiada, jak jej się to udało. I jak otworzyć swoje serce.

Czytelnicy w warszawskim Empiku po pani autograf stali w ponadtrzygodzinnej kolejce. Mieli po kilka książek, także dla przyjaciół i bliskich. Mówili, że daje pani nadzieję i skuteczną receptę. Tym razem na miłość mimo wielu zawodów. W „Kochaj” czytamy, że powodem naszych niepowodzeń jest to, że mamy zamknięte serca. A serce zamyka się, kiedy jesteśmy krzywdzeni, odrzucani przez tych, których kochamy. Ale jak poznać, że tak się właśnie z nami dzieje?
Uświadamiasz sobie, że twoje serce jest zamknięte, gdy dostrzegasz, że za twoje decyzje odpowiada strach. Że kieruje tobą lęk, który wynika z tego, że boisz się ponownego zranienia. Wtedy też odczuwasz rodzaj obsesyjnego, niszczącego cię uczuciowego głodu. Na przykład wciąż czekasz na jego telefon. Pozornie – jak każdy zakochany. Jest w tym czekaniu nadzieja, że kiedy on się odezwie, wydarzy się coś pięknego. Jest tęsknota zakochanej kobiety. Ale nie tylko. Kiedy odczuwasz neurotyczny głód jego obecności, nie możesz nic robić: skupić się na czymkolwiek, nawet na pracy czy na hobby. Jesteś zdenerwowana, nieprzyjemna dla wszystkich, którzy nie są nim. Tracisz apetyt i nie możesz spać, jeśli nie zadzwonił... Ale nawet gdy się odezwie, po chwili znów tylko czekasz na kolejny telefon. Dobrej miłości towarzyszy coś całkiem odmiennego. Nawet gdy tęsknisz, gdy czekasz, wypełnia cię poczucie wewnętrznej ciszy i spokoju. Jeśli ich nie odczuwasz, możesz podejrzewać, że twoje serce jest zamknięte.

Głód jego obecności zamiast ciszy i spokoju jako sygnał, że powoduje nami lęk, nie miłość – pani doświadczyła tego stanu?
Tak, ale też miałam świadomość, że moje serce jest zamknięte, bo czułam, jak wiele mam w nim bólu. Kiedy się zamknęło? Moja mama jest krytyczną i nieokazującą czułości kobietą. Ojciec bywał agresywny i nadużywał alkoholu. Mam dużą rodzinę, 11 rodzeństwa, które jednak nie okazywało sobie miłości. Nie czułam się w domu ani kochana, ani chciana. Pewnego dnia, jeszcze jako dziewczynka, podczas jednego z tych ponurych rodzinnych obiadów zapytałam, czy mnie kochają. Choć czułam się przez nich odrzucona i samotna, miałam nadzieję, że powiedzą: „No pewnie!”. Niestety, zamiast ciepłych słów, których potrzebowałam, usłyszałam drwiny. Wybiegłam więc z domu, uciekłam, tak bardzo cierpiałam, że chciałam umrzeć. Miałam nadzieję, że za mną wybiegną. Ale nikt nie wybiegł. Usiadłam więc na torach, strasznie płakałam i czekałam na pociąg… Na szczęście jeden z braci przyszedł po mnie, nim pociąg nadjechał.

Jak otworzyć swoje serce?
Najważniejsze to uwolnić ten stary ból, lęk, smutek. Jeśli tego nie zrobisz, a zostałaś zraniona, wnosisz to zranienie do miłosnego związku, a potem do następnego i do następnego… I wszystkie twoje miłości stają się do siebie podobne, są nieszczęśliwe. Dzieje się tak, bo ty jesteś nieszczęśliwa. Zakochujesz się w mężczyznach podobnych do bliskich, którzy cię skrzywdzili. Wybierasz tych, którzy są na przykład tak samo niedostępni emocjonalnie. Tworzą dystans i emanują chłodem jak twoja matka. I ja też z tego powodu cierpiałam, czekając na czułość i ciepło od mężczyzn, którzy nie umieli mi ich dać. Zachowujemy się w miłości w taki sposób, jakiego nauczyliśmy się w rodzinnym domu. Trzeba wrócić do korzeni procesu zamykania się serca. Jeśli nie wykonamy tej pracy, to przez całe życie będziemy powielać tę samą relację – tak jakbyś wciąż zakochiwała się w matce czy ojcu. Zamieszkamy same, zaczniemy się spotykać z różnymi mężczyznami, ale tak naprawdę będziemy chodzić na randki, mieszkać i próbować być szczęśliwe ze swoimi rodzicami.

Jak uwolnić stary ból, lęk i smutek?
Możesz to zrobić na różne sposoby: choćby udać się do kogoś, z kim możesz szczerze pogadać. Do przyjaciela. Albo do kogoś, kto jest dla ciebie doradcą. Albo do profesjonalisty, czyli psychoterapeuty. To zależy od tego, jak bardzo zranione masz serce. Potrzebujemy psychoterapeuty, kiedy w dzieciństwie doświadczyliśmy nadużycia, przekroczenia granic, zwłaszcza tych cielesnych. I choć się nam wydaje, że przecież sobie radzimy – mamy pracę, przyjaciół, tylko po prostu nie trafiłyśmy na odpowiedniego mężczyznę – to jednak tak nie jest. Nie wystarczy, że weźmiemy się w garść i wszystko będzie dobrze. Są rany wymagające profesjonalnego opatrunku.

Co pani pomogło?
Pisanie, bo dzięki swoim książkom odkrywam, że nie byłam kochana i że trudno mi otworzyć się na miłość. Ale dopiero praca u psychoterapeuty umożliwiła mi pokochanie samej siebie. Mogłam wtedy dokonać wyboru, którym nie kierował ani głód miłości, ani strach przed zranieniem. Wtedy też pojawił się w moim życiu inny niż dotąd mężczyzna, pełen ciepła i miłości. Wcześniej kochałam ludzi tak samo poranionych jak ja, dlatego nawzajem się kaleczyliśmy. To doświadczenie wielu, którzy zabierają się do budowania relacji, choć są emocjonalnie zamknięci, „uszkodzeni”. W rezultacie rozstają się z kolejnymi partnerami, ale to niczego nie zmienia. Znajdują sobie bowiem do bycia razem następną tak samo poranioną osobę…

Można ten ciąg złych miłości zamknąć?
Tak, kiedy pokochamy siebie, staniemy się wewnętrznie bardziej pełnymi osobami, bo wtedy dochodzimy do wniosku, że zasługujemy na więcej i dlatego nie chcemy już być w kolejnej pokręconej relacji. Ktoś na mnie krzyczy? Ktoś się wydziera tak jak mój ojciec? Nie muszę z tym kimś być, zasługuję na szacunek. Nie chodzi o ocenianie tego, kto krzyczy. Chodzi o świadomość, co jest dla mnie dobre, a co nie jest.

Czy nie powinniśmy sobie nawzajem więcej wybaczać, jeśli wiemy, jakie dźwigamy bagaże? Czy odwrotnie – więcej wymagać? Jak sobie nawzajem pomóc?
Zasada jest taka, że najpierw to ja muszę się ogarnąć, zadbać o siebie, zanim będę w stanie komuś pomóc. Inaczej się wzajemnie wyczerpiemy, i to aż do dna tej relacji. Tymczasem kobiety często skupiają się na partnerze, dzieciach, a nie na sobie. I cierpią, bo nic się nie zmienia. Trzeba zacząć od siebie. A gdy w tym czasie druga osoba nie wykonuje swojej pracy domowej, to nasza relacja zacznie zanikać. Bo ja rosnę, rozwijam się – w innym tempie niż on, który po prostu doświadcza życia. Kluczowym elementem jest zajęcie się sobą po to, by być lepszą osobą. Pokochać siebie i otoczyć miłością. Obojętne, czy jesteś w małżeństwie, czy się z kimś spotykasz, możesz powiedzieć: „To są rzeczy, którymi się zajmuję, nad którymi pracuję, żeby być lepszą. Jeśli chcesz robić to razem ze mną, to super”.

A jeśli on czy też ona nie chce się zmienić?
Są ludzie, którzy nie chcą się zmienić. Mają prawo. Problem pojawia się, kiedy ich zmuszamy. Trudno się rozstać, ale jak zostaniemy razem, to żadne nie będzie szczęśliwe. Bo on wciąż nie będzie nikomu ufać, tylko będzie odczuwać lęk i mieć wiele złości za to, co go spotkało… Te uczucia staną na przeszkodzie waszemu szczęściu. A jeśli wiele wycierpiał, to nawet gdybyś była  najwspanialszą kobietą na świecie, może cię nie chcieć, bo jeśli nie kocha samego siebie, czuje, że na ciebie nie zasługuje.

Często nie rozumiemy, dlaczego ktoś odrzuca wspaniałego człowieka i wiąże się z kimś np. skłonnym do przemocy!
Przekonanie, że nie zasługuję na nic dobrego, stanowi jeden z głównych problemów. Przyciągamy do siebie tych, o których sądzimy, że jesteśmy ich warci. Niskie poczucie wartości sprawia, że są to ci, którzy nie są dla nas dobrzy. Z tego powodu trzeba najpierw pokochać siebie, żeby mieć radosne i udane życie miłosne. To trudna robota. Przejście przez swoje dzieciństwo przypomina wspinaczkę na wysoką górę. Ale kiedy już raz weszłaś, to tam jesteś, drogę masz za sobą. To wspaniałe uczucie.

Nie wszyscy wierzą, że to w dzieciństwie znajdziemy odpowiedzi na dorosłe problemy. Dlaczego powinniśmy się przyjrzeć temu, co działo się tak dawno, żeby dziś być szczęśliwymi?
Wierzę w to, co powiedział mi kiedyś jeden z moich terapeutów: „W twojej relacji z mężem spotykają się wasi rodzice”. Kiedy się kłóciliśmy, oni byli obok nas – w nas! To tak, jakby jego matka kłóciła się z moim ojcem. A że mama mojego męża miała w sobie dużo gniewu, podobnie mój ojciec – to jak dochodziło do spięcia między nami, nie były to zwykłe kłótnie. Jak ten jego i mój gniew wzmocnione gniewem naszych rodziców zetknęły się ze sobą, wybuchały prawdziwe awantury!

Cztery osoby krzyczały!?
Pół biedy, jeśli tylko jedno z nas utknie w gniewie swojego rodzica. Wtedy można było dać sobie radę. Ale jak oboje – to już ktoś musiał nam pomóc. Następował wówczas niebezpieczny regres – oboje wracaliśmy emocjonalnie do dzieciństwa, do tamtych uczuć, ale też do tamtego niedojrzałego stanu umysłu. Dzieci nie radzą sobie z uczuciami i są skupione na sobie, jakby były pępkiem świata. I my wtedy tacy byliśmy. Kiedy jedno z nas, czyli ja, swoją złość na rodziców przepracowało, zahamowaliśmy te konflikty. Mogliśmy je przegadać. Takie rozsądne działanie jest jednak niemożliwe, kiedy oboje jesteśmy w stanie regresu. Wtedy potrzeba pomocy specjalisty.

Czy to wszystko można uświadomić sobie, przegadać, wyleczyć?
Można mieć rozeznanie, z czego biorą się pewne zachowania. Na przykład mój mąż, gdy jest zmęczony, staje się krytyczny. Mój ojciec także był krytyczny i dlatego zachowanie męża było dla mnie trudne. Teraz wiem, że to sygnał zmęczenia, a nie tego, że coś się zmieniło w jego uczuciach do mnie. I jego krytyka już mnie nie rani. Warto nauczyć się oddzielać swoje dzieciństwo od tego, co teraz! Wtedy twoja relacja może się rozwijać. To narzędzie – oddzielanie teraźniejszości od przeszłości – możesz stosować w różnych aspektach życia. Bo jeśli twój ojciec był gwałtowny, a twój szef jest podobny, możesz czuć się w relacji z nim jak dziecko – cofać się do dzieciństwa i nie być w stanie funkcjonować normalnie, bo ktoś na ciebie krzyczy. Kiedy to zobaczysz, będziesz mogła zareagować jak dorosły – nie zamrzesz w bezruchu z lęku, nie popłaczesz się, ale powiesz: „Proszę na mnie nie krzyczeć!”.

Jakie przeżycia z przeszłości mogą zniszczyć miłość?
Dopóki chcemy się rozwijać, to cokolwiek w relacji się pojawi, poradzimy sobie z tym. Emocje bolesne i trudne wyłaniają się z nas po to właśnie, byśmy je uleczyli. Ale jeśli nie robisz nic z tym, co czujesz, to twoja miłość nie będzie się rozwijać.

Nikt nie chce być nieszczęśliwy. Czy więc można nauczyć się panować nad naszymi ranami, lękami i smutkami?
Jeżeli ktoś ma np. kłopot z gniewem, może ten gniew uleczyć albo nauczyć się nim tak zarządzać, by nikogo nie skrzywdzić. Trzeba wtedy wiedzieć, gdzie są zapalniki . Są też dni, kiedy czujemy się kruche, podatne na zranienia. Ja idę wtedy do lustra i staram się sama siebie wesprzeć. Mówię: „Dasz radę, Regina, nie masz dziesięciu lat, to nie twój ojciec, jesteś silna”. Bo nawet dziś często czuję się jak dziecko. Zwłaszcza gdy ktoś się na mnie wydziera. Mówię: „Jesteś w porządku, masz 60 lat i przeszłaś przez raka. Jesteś w stanie ogarnąć to, że ktoś jest na ciebie zły”.

Jak poznać, że mam emocjonalnie dziesięć lat?
Możesz zgadywać, że tak jest, kiedy twoja reakcja jest albo zbyt silna, albo zbyt słaba. Na przykład kiedy w sklepie chcę zwrócić bluzkę, a ekspedientka nie chce jej przyjąć, czuję się jak mała myszka. Ta sytuacja cofa mnie do dzieciństwa, do tamtego poczucia bezradności. I wtedy włącza mi się czerwona lampka, myślę sobie: „Regina! To nie jest rok 1967, ale 2018!”. Działa! To jedno z wielu narzędzi, o których piszę w książkach, a które na co dzień pomagają nam zarządzać bliznami, ranami z dzieciństwa i kochać szczęśliwie.

Tłumaczył Robert Krzyśków

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Regina Brett: "Zbyt często cierpimy w milczeniu"

Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma Alzheimera”. Potem postanowiłam poznać dziewczynkę, którą kiedyś była. Dopiero kiedy pokochałam dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce – opowiada Regina Brett. Właśnie ukazała się książka na temat jej trudnego dzieciństwa.

Zawsze podziwiałam twój ciepły, piękny uśmiech. Nie sądziłam, że kryje się za nim tyle cierpienia. Twoje wspomnienia „Trudna miłość. Mama i ja” ukazały mi ogrom bólu niekochanego dziecka, którym byłaś. Jak się podnosi z czegoś takiego? Myślę, że wiele osób cierpi z powodu rzeczy, jakie przytrafiły im się w życiu. Upychamy to w środku i jakoś funkcjonujemy – zakochujemy się, realizujemy się zawodowo. Jednak od czasu do czasu ten ból daje o sobie znać, kiedy ktoś lub coś dotyka naszego czułego miejsca – wtedy reagujemy często nie tak, jak byśmy chcieli: złością, a czasem smutkiem. W moim przypadku był to zazwyczaj smutek. Wychowałam się w dużej rodzinie – moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci – ale zawsze czułam się samotna. Ktoś spyta, jak to w ogóle możliwe. Ale jeśli nie masz prawdziwej więzi ze swoją matką, to jest w tobie wielka pustka, której nic nie jest w stanie zapełnić. Z moją córką jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, sama jednak tego nie zaznałam. Żyłam więc z wielkim głodem miłości. Starałam się go zagłuszyć alkoholem lub kolejnymi randkami, ale nie mijał. Na szczęście trafiłam na mądrych ludzi, którzy poradzili mi, żebym zaczęła o tym mówić i pisać. I tak robiłam – najpierw pisałam dziennik, potem artykuły i moje książki motywacyjne. Uważam, że kiedy dzielimy się swoją historią, a inni mogą ją usłyszeć i pomyśleć: „O Boże, miałam tak samo” – to pomaga uleczyć ból przeszłości. Nam wszystkim.

Kiedy jednak pierwszy raz napisałaś o swoim trudnym dzieciństwie, twoja rodzina wcale nie była zachwycona. Widzisz, ja od zawsze byłam pisarką. Już jako mała dziewczynka prowadziłam pamiętnik, w którym notowałam ważne wydarzenia. Czasem pomocne jest już samo zapisanie własnej historii, bo widzisz ją wreszcie czarno na białym, czytasz to i nie możesz uwierzyć: „Ona naprawdę coś takiego zrobiła? On to rzeczywiście powiedział?”. To pomaga poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, ujrzeć je we właściwym świetle. Dziennik czy pamiętnik jest też naczyniem, w które możesz przelać swój ból i łzy. Pierwszy raz podzieliłam się historią mojego dzieciństwa, poza pamiętnikiem, z czytelnikami gazety, w której pracowałam. Pisałam o mężczyźnie, który popełnił samobójstwo, bo tak bardzo cierpiał, a ja czułam, że bardzo dobrze go rozumiem, więc odnosząc się do jego sytuacji, napisałam o swoim cierpieniu. Przypuszczam, że wtedy też po raz pierwszy moi bracia i siostry zobaczyli, z jak wieloma trudnościami zmagałam się jako dziecko. Byli w szoku. Owszem, pamiętali, że byłam wiecznie smutna i płaczliwa, ale było nas tak dużo i każdy z nas miał swoje potrzeby, że łatwo było przegapić potrzeby innych. Zawsze gdy ktoś ujawnia o czymś prawdę, powoduje to małe trzęsienie ziemi. Oczywiście trudno być tą osobą, ale czy mamy wybór? W Ameryce mówimy: „Your secrets will keep you sick”, czyli: „Twoje tajemnice wpędzą cię w chorobę”. Jeśli nic nie mówimy o złu, które się dzieje, tylko je umacniamy. Spójrzmy choćby na Kościół katolicki i jego długie milczenie na temat molestowanych przez księży dzieci. Kiedy więc napisałam po raz pierwszy o tym, że jako dziecko czułam się niekochana i niechciana, większość mojego rodzeństwa uznała, że skrzywdziłam rodziców. A ja przecież wyjawiłam jedynie mały kawałek prawdy. Ogromnego wsparcia udzielił mi mój terapeuta. Zwłaszcza kiedy artykuł ukazał się w książce „Bóg nigdy nie mruga” – byłam przerażona, myślałam, że stracę wszystkich, których kocham, ale okazało się, że dostałam jeszcze więcej miłości, bo ludzie zobaczyli w mojej opowieści samych siebie. Dlatego teraz opowiedziałam im wreszcie o mojej relacji z mamą. Uważam, że zbyt często cierpimy w milczeniu.

Wkraczasz na terytorium, które nadal jest tematem tabu. Piszesz o  matce, która nie potrafi kochać, która nie wspiera, nie zauważa i która nie broni przed złem. Twoje słowa mogą wydać się brutalne: „Moja mama była okropna”; „Tak naprawdę nie miałam matki, nigdy nie byłam córką”. Piszę też, że długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. Później w trakcie terapii musiałam stawić czoło temu przekonaniu i powiedzieć sobie: „Zaraz, chwileczkę, przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość”. Przyszliśmy na ten świat piękni i pełni, a jeśli tacy się nie czujemy, to powinniśmy brać przykład z księżyca, który nawet kiedy nie jest w pełni, to nadal świeci. To, że matka nie potrafi kochać dziecka, nie jest tego dziecka winą. Nie jest też winą matki. Tobie udało się zobaczyć w swojej matce dziewczynkę, która sama była przerażająco samotna. Jedyną istotą, którą naprawdę kochała, był jej pies Frankie. Moja mama była emigrantką z Czechosłowacji, jej rodzice nawet nie mówili po angielsku, kiedy przypłynęli do Ameryki, brat poszedł na wojnę, została więc z nimi sama na farmie. Nie było tam czułości, nie było bliskości, nie było na to czasu – wszyscy starali się przetrwać w obcym kraju, i to jeszcze w czasach Wielkiego Kryzysu. Piszesz, że pomogłaś swojej matce umrzeć i że to był najwspanialszy prezent, jaki jej kiedykolwiek dałaś. W moim odczuciu dałaś jej więcej, niż ona dała tobie. Sądzisz, że pracując nad sobą i swoimi ranami, możemy pomóc też tym, od których tych ran doświadczyliśmy? Mama pod koniec życia cierpiała na alzheimera. To okrutna choroba, która powoli niszczy twój mózg, pozbawiając cię cech, które czynią cię człowiekiem. Bywała złośliwa, niewdzięczna i niesprawiedliwa, co oczywiście automatycznie cofało mnie do dzieciństwa i wspomnień, w których skarżyła na nas tacie  – wiedząc, że dostaniemy za to lanie – czy nie pożyczyła mojej siostrze swojej sukienki na ślub. Ale widocznie Bóg dał mi moją mamę po to, żebym ją kochała. Nie wiem, czemu akurat z jedenaściorga dzieci wybrał mnie, ale to głównie ja zajmowałam się nią w ostatnich latach. Jestem przekonana, że ten czas został mi podarowany po to, by uleczyć naszą relację, bym pokochała ją bardziej, niż ona była w stanie kochać mnie. Wybaczyłaś jej? Wybaczenie nie działa jak zaklęcie, czyli mówisz „wybaczam ci” i wszystko się odmienia. To bardzo długi i bolesny proces, musi taki być, bo inaczej nie będzie prawdziwy. Aby wybaczyć mojej matce, musiałam porozmawiać z nią szczerze o tym, co się naprawdę wydarzyło w moim dzieciństwie. Nie po to, by ją obwiniać, ale by w naszej relacji pojawiła się prawda. Powiedziałam więc: „Mamo, kocham cię, ale nie było ciebie przy mnie, kiedy tego najbardziej potrzebowałam”. Wiesz, co usłyszałam? „Nie wiedziałam, jak to zrobić, bo mojej mamy też nie było przy mnie”. Całe życie czekałam na te słowa, na jakieś wyjaśnienie. Kiedy piszę, że pomogłam mojej mamie umrzeć, mam na myśli to, że byłam przy niej fizycznie i duchowo, modliłam się za nią, a czasem modliłam się o siłę dla siebie, szeptałam: „Boże, wiem, że ona jest twoim dzieckiem, ale jak ty dajesz sobie z nią radę?”. Niektórzy ludzie są trudni do kochania – twój rodzic może być taką osobą, twoje dzieci, twój mąż... Ale według mnie miłość jest działaniem, nie tylko uczuciem, dlatego okazywałam mamie miłość chociażby poprzez robienie zakupów czy bycie dla niej miłą, kiedy ona nie była zbyt miła dla mnie. Nie robiłam tego tylko dla siebie, ale też dla mojej córki, jej dzieci i ich dzieci. Postanowiłam bowiem, że nigdy więcej nie będziemy przekazywać sobie poczucia winy, wstydu i tajemnic. To niesamowite, ale to nas wszystkich naprawdę uwolniło. Ostatnio jeden z moich braci przeprosił mnie za to, co kiedyś mówił, i wyznał, że chodzi na terapię, by poradzić sobie z naszą przeszłością. Potem przeprosiła mnie jedna z sióstr, powiedziała, że wtedy, dawno temu, nie umiała właściwie zareagować; a potem jeszcze kolejna. Kiedy więc przestałam domagać się przeprosin, dostałam je. Minęło wiele czasu, upłynęło wiele lat i wiele łez, ale czuję teraz, że jestem z moim rodzeństwem bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Podoba mi się jedna z rad, jakie dostałaś. Kiedy nie jesteś w stanie traktować swojej matki jako matki, traktuj ją jak siostrę. W takim sensie, w jakim wszystkie kobiety są dla siebie siostrami. Zobacz w niej kobietę, która jest czyjąś córką i czyjąś matką. Kogoś, kto siedzi obok ciebie na przystanku. Zwykle kiedy nasza matka nie jest matką, jakiej potrzebujemy, chcemy ją całkowicie wyciąć z naszego życia. Mój terapeuta powiedział mi, że kiedy spojrzę na nią jak na siostrę, to może okaże się, że nigdy nie była w stanie być matką, jakiej potrzebowałam, ale za to ujrzę w niej kobietę, z którą mogę stworzyć dobrą relację. Będę nawet w stanie ją pokochać, bo nie wniosę do tej relacji bagażu mojego dzieciństwa. Gdybym usiadła obok obcej osoby na ławce, byłabym dla niej przecież miła, prawda? Dlatego mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma alzheimera”. Potem postanowiłam poznać małą dziewczynkę, którą była i którą nadal nosiła w sobie, co było już odrobinę łatwiejsze, bo uwielbiam dzieci. Dlatego przynosiłam jej prezenty, które ucieszyłyby dziewczynkę: lody, batoniki. Bardzo się z nich cieszyła. Dopiero kiedy nauczyłam się kochać dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce. W Kościele katolickim mówi się o odkupieniu. Myślę, że ostatnie lata życia mamy, które spędziła już w ośrodku opieki, były takim właśnie odkupieniem, czasem, w którym pogodziła się z Bogiem i swoim życiem. Inną dobrą radą była właśnie ta, by powiedzieć jej przed śmiercią prawdę. Strasznie się tego bałam. Mama była gotowa, by odejść, ale ten moment nie nadchodził. Zastanawiałam się, dlaczego Bóg jej na to nie pozwala. Na jednym ze spotkań z przyjaciółmi spytałam, jak sądzą, co może jej przynieść ukojenie. Powiedzieli: „Może prawda? Próbowałaś z nią porozmawiać o przeszłości?”. „Nie. Powiedziałam jej tylko, że jestem jej wdzięczna”. „A jesteś?”. „Oczywiście, że nie! Była okropną matką”. „To dlaczego jej tego nie powiesz?”. „Bo nie chcę jej skrzywdzić”. „Ale może ona tego potrzebuje? Może na to właśnie czeka?”. Siostra, z którą byłam najbliżej, przyznała im rację, powiedziała, że powinnam porozmawiać z mamą w imieniu nas wszystkich. Pomyślałam, że tego chyba nie udźwignę, ale potem usiadłam i zapisałam wszystko, co pamiętałam z przeszłości i co dotyczyło każdego z moich braci i każdej z moich sióstr, a było ze strony mamy okrucieństwem. Wzięłam tę listę ze sobą. I stał się cud. Przez 45 minut mama nie miała alzheimera, słyszała mnie i słuchała, mówiąc: „Pamiętam, tak było”. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek przyzna. Spytałam, czemu nie reagowała, kiedy tata nas bił, krzyczał na nas i ubliżał nam – przez chwilę siedziała w ciszy, a potem powiedziała, że raz stanęła w naszej obronie, ale ktoś jej powiedział, że w ten sposób tylko pogorszyła sprawę. I od tego momentu już się nie wtrącała. Nigdy mi o tym wcześniej nie mówiła. I właśnie wtedy, po raz pierwszy w życiu, poczułam, że obie się zrozumiałyśmy. Mama jest główną bohaterką twojej książki, ale inną, równie ważną postacią, jest twój tata. Piszesz: „Często sięgał po pas, a i tak kochał nas bardziej niż ona”, ale też że molestował cię w dzieciństwie. Trudniej było wybaczyć ci jemu czy matce, która cię przed nim nie obroniła? A może rodzeństwu, że ci nie uwierzyli, kiedy o tym opowiedziałaś po latach? Mój ojciec dorastał w trudnych czasach, kiedy miał 14 lat, jego rodzina straciła wszystko. Wychowywał się więc w wielkiej biedzie, do tego prawdopodobnie miał PTSD po kilkudziesięciu wojskowych misjach. Na co dzień życie z nim wyglądało tak, że wszystko było w porządku, rozmawiał z nami i żartował, aż nagle z byle powodu wpadał w szał, krzyczał i bił nas. Dziś jestem przekonana, że zmagał się z poważnymi psychicznymi problemami, choć nikt go nigdy nie zdiagnozował. Raz tak długo bił mojego brata deską, że ta się na nim złamała. Chyba najtrudniej było mi patrzeć na to, jak tata rani braci i siostry, już chyba wolałabym, by uderzył mnie. A mama za każdym razem po prostu wychodziła z pokoju. Myślę, że nienawidziłam – choć nie, to zbyt wielkie słowo – myślę, że o wiele gorzej było mi z tym, że ona nic nie zrobiła, niż z tym, co robił nam on. Ja bym powstrzymała obcego mężczyznę, który biłby swojego psa na ulicy, a ona nie obroniła swoich dzieci. Więc tak, było mi trudniej wybaczyć mamie. Nie dlatego, że winiłam ją za postępki taty, ale dlatego, że była jedyną osobą, która mogła to przerwać, a tego nie zrobiła. Potem, kiedy przyjrzałam się jej przeszłości, doszłam do wniosku, że ona też była molestowana przez swojego ojca.  I to jest kolejny powód, dla którego napisałam tę książkę, by przerwać cykl przemocy i krzywd, by moja córka nigdy już tego nie zaznała. Spędziłam wiele lat na terapii, by uporać się z tym, czego doświadczyłam ze strony taty, zwłaszcza z molestowaniem seksualnym, i doszłam do wniosku, że on nie do końca był świadom, jak wielką krzywdę mi wyrządza, był w jakimś sensie emocjonalnie upośledzony. Ale wiesz, co jest w tym najlepsze? Jestem żywym przykładem na to, że niezależnie od tego, jak wiele zła doświadczyłeś, możesz skierować się w stronę dobra, i są ludzie, którzy są w stanie ci w tym pomóc.
Często mówisz o tym, że odczuwasz ogromny przymus ratowania innych, ale ja sądzę, że najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłaś, było to, że uratowałaś siebie. Jakaś część mnie wyrzuca sobie, że mogłam zrobić więcej, uratować też swoich braci i siostry. Ale cieszę się, że to mówisz, bo kiedy słyszę to od kogoś innego, odczuwam te wyrzuty odrobinę mniej. Nadal mam w sobie odruch ratowania innych, ale wtedy sobie zawsze powtarzam: „Masz za zadanie ich kochać, nie ratować”. Bo kochając ludzi, pomagasz im uratować samych siebie. Co ci pomogło najbardziej w tej drodze uzdrawiania przeszłości? Dwie rzeczy. Pierwsza – pozbyłam się wizji okrutnego Boga, w którego długo wierzyłam. To stało się podczas pewnych rekolekcji, piszę o tym w książce „Bóg nigdy nie mruga”.  Prowadził je ojciec Joe, który ciągle podkreślał, że Bóg go kocha. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. Prędzej, że nie powinnam go obrażać i złościć. Więc kiedy usłyszałam o Bogu, który nas – mnie – kocha, pomyślałam: „Nie chcę mojego Boga, chcę Boga ojca Joe”. Nie wiedziałam, że wolno nam wierzyć w radosnego, pełnego miłości Boga. Jeśli nie masz takiego, pożycz go ode mnie, tak jak ja pożyczyłam Boga od ojca Joe. Ten Bóg przeprowadził mnie przez raka piersi i przez śmierć moich rodziców. Druga rzecz to mieć kogoś, kogo się kocha. Fakt, że tak bardzo kochałam moją córkę, uświadomił mi, że jestem zdolna do miłości. Trzeba mieć kogoś, kogo się darzy czystym uczuciem. To może być nawet pies, kot czy chomik... Bóg, który mnie kocha, i ktoś, kogo kocham ja – to właśnie mnie uratowało.

Regina Brett, jedna z najbardziej poczytnych pisarek w Polsce, autorka takich książek, jak: „Bóg nigdy nie mruga”,  „Jesteś cudem”, najnowsza to „Trudna miłość. Mama i ja”. Mieszka w Cleveland w stanie Ohio. Prowadzi podcast „Little Detours with Regina Brett”, www.reginabrett.com</

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.

  1. Kultura

„Nasze zadanie: pokochać samych siebie”. Premiera książki autobiograficznej Reginy Brett „Trudna miłość. Mama i ja”

„Trudna miłość. Mama i ja” - nowa autobiograficzna książka Reginy Brett. (Fot. materiały prasowe)
„Trudna miłość. Mama i ja” - nowa autobiograficzna książka Reginy Brett. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Na tę książkę czekało wielu czytelników Reginy Brett, autorki między innymi stale obecnego na listach bestsellerów tytułu „Bóg nigdy nie mruga”. Czekała na tę książkę również sama autorka – dopiero teraz, po wielu latach, poczuła się gotowa, by opisać najtrudniejszą, ale i najważniejszą relację w jej życiu: relację z własną matką.

„To ja mam być dla siebie dobrą mamą. To ja mam kochać siebie bezwarunkowo, zarówno zranioną, jak i szczęśliwą czy poszukującą swojej drogi. Nie muszę niczego w sobie zmieniać. Wystarczy, że pokocham siebie taką, jaką jestem. Mocniej, niż kochała mnie mama” – Regina Brett.

Nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo

„Trudna miłość. Mama i ja” to wzruszająca opowieść o miłości do mamy, która nie potrafiła kochać własnej córki. Czytając wspomnienia pisarki i oglądając jej zdjęcia z dzieciństwa i dorosłości towarzyszące narracji, czujemy się jak podczas intymnej rozmowy z przyjacielem – przyjacielem, który przedstawia nam historię swojego życia, a zarazem pokazuje uniwersalne prawdy. Jak pisała w jednej ze swych wcześniejszych książek:

„Muszę sama spojrzeć na swoje dzieciństwo i zobaczyć, ile spotkało mnie w nim radości. Przyjrzeć się swojemu życiu dziś i zobaczyć, ile radości spotyka mnie każdego dnia. Zajrzeć w przyszłość i odnaleźć w niej radość, która wciąż jeszcze może mnie spotkać. Muszę sama zaczarować swój świat”.

Właśnie ta umiejętności przekazania tych niezmiennych prawd tkwi siła pisarstwa Reginy, co potwierdza ogromna popularność Amerykanki w Polsce. Pisarka przekuwa własne doświadczenia w poruszające opowieści, w których odnajdzie się każdy z nas.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

„Trudna miłość. Mama i ja” ma w zamyśle przynieść uzdrowienia nie tylko autorce, ale przede wszystkim czytelnikom. W mocnych i pięknych słowach Regina Brett portretuje trudną relację rodzic–dziecko; sięga zarówno do pięknych, jak i trudnych chwil, kreśląc niezapomnianą historię bólu, przebaczenia, a wreszcie – wszechogarniającej miłości. A dedykuje tę książkę wszystkim swoim czytelnikom, pragnąc, aby zawsze kochali dzieci, którymi byli i po części wciąż są.

Najlepsze jeszcze przed nami

Dziś Regina Brett jest doskonale znana polskim czytelnikom. Zanim jednak stała się poczytną autorką i uznaną felietonistką, finalistką Nagrody Pulitzera w dziedzinie reportażu, wiele przeszła. Była dzieckiem w wielodzietnej rodzinie, jej rodzice ciężko pracowali, miała bardzo trudne relacje z ojcem i matką – i między innymi o tym traktuje jej najnowsza autobiograficzna książka „Trudna miłość. Mama i ja”. Na studiach popadła w alkoholizm i zaszła w nieplanowaną ciążę. By się utrzymać, imała się różnych zajęć: pracowała jako kelnerka, doradczyni ds. alkoholizmu, pracowniczka techniczna pogotowia ratunkowego, sekretarka w kancelarii prawniczej i urzędniczka w sądzie ds. wykroczeń drogowych. Kiedy ustabilizowało się jej życie osobiste, zachorowała na raka piersi.

Przełomowym punktem w jej dziennikarskiej karierze był cykl czterdziestu pięciu felietonów, w których opisała między innymi swoją zakończoną zwycięstwem walkę z tą chorobą. Jej życiowe lekcje na trudniejsze chwile w życiu bardzo szybko stały się popularne; czytelnicy przekazywali je sobie rozmaitymi sposobami, za pośrednictwem e-maili i klasycznie (osiągnięcie tym większe, że wówczas, w roku 2008, media społecznościowe praktycznie jeszcze nie istniały). Myśli i sentencje Reginy przyozdobiły niejedną lodówkę w Stanach Zjednoczonych, zagościły na wielu stronach internetowych i stały się duchową podporą dla poszukujących pocieszenia, inspiracji i pozytywnej motywacji. Nic więc dziwnego, że wkrótce po tym sukcesie (uzupełnione o pięć dodatkowych felietonów) zostały wydane jako książka pod tytułem „Bóg nigdy nie mruga”, którą do tej pory przetłumaczono na dwadzieścia dwa języki. W Polsce felietony te trafiły do księgarń nakładem wydawnictwa Insignis i po kilku miesiącach stały się olbrzymim bestsellerem, pozostającym przez wiele tygodni – wraz z kolejnymi książkami Reginy Brett – w zestawieniach najlepiej sprzedających się książek.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Nic nie przydarza się tylko tobie – wszystko dzieje się dla ciebie i dla innych

„Bóg nigdy nie mruga” – największy bestseller Reginy Brett – to jednak dopiero początek wspaniałego odbioru, jakim cieszy się w Polsce. Druga jej książka, czyli „Jesteś cudem”, powtórzyła sukces poprzedniej, trzecia zaś („Bóg zawsze znajdzie ci pracę”) – co na rynku wydawniczym zdarza się niezwykle rzadko – została jako przekład wydana w Polsce wcześniej niż oryginał w USA. Kolejne tytuły: „Twój dziennik”, „Kochaj” oraz „Mów własnym głosem” zostały jak dotąd wydane wyłącznie w Polsce ze względu na największą popularność autorki w naszym kraju; wciąż szukają wydawcy w Stanach Zjednoczonych, który zdołałby powtórzyć polski sukces Reginy w jej ojczyźnie.

Dowodem popularności Reginy Brett w Polsce są nie tylko wysokie nakłady jej książek, ale frekwencja i niepowtarzalna atmosfera na jej spotkaniach autorskich. Regina Brett kilkakrotnie odwiedziła Polskę, a jej dwie ostatnie wizyty miały charakter objazdowy – podczas każdej z nich odwiedziła kilka największych polskich miast. Każde spotkanie Reginy Brett z jej czytelniczkami okazywało się czasem wzruszeń, osobistych rozmów, podziękowań i nieskrywanej wdzięczności za to, że jej książki potrafią odmienić tak wiele ludzkich losów.

Dziś – oprócz działalności pisarskiej – Regina Brett pisze dla „Cleveland Jewish News” i prowadzi podcast „Little Detours with Regina Brett”, który będzie dostępny w Polsce pod nazwą „Przez wyboje życia z Reginą Brett” na jej polskojęzycznej stronie reginabrett.pl. Jej najnowsza książka „Trudna miłość. Mama i ja” ukazała się nakładem wydawnictwa Insignis 30 września.

„Trudna miłość. Mama i ja”, Regina Brett, Wydawnictwo Insignis. „Trudna miłość. Mama i ja”, Regina Brett, Wydawnictwo Insignis.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.