1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak pomóc nastolatkowi uporać się z hejtem, odrzuceniem i silną potrzebą akceptacji?

Jak pomóc nastolatkowi uporać się z hejtem, odrzuceniem i silną potrzebą akceptacji?

Niejeden nastolatek cierpi z powodu odrzucenia. (Fot. iStock)
Niejeden nastolatek cierpi z powodu odrzucenia. (Fot. iStock)
Na kolegach świat się nie kończy – mówią rodzice swoim dorastającym dzieciom. Dla nastolatka świat kończy się właśnie na kolegach! Jak pomóc mu uporać się z hejtem, odrzuceniem i silną potrzebą akceptacji – radzi pedagożka Ewa Nowak.

Choć minęło wiele lat, wciąż pamiętam, jak bardzo byłam nieszczęśliwa, gdy przez okno zobaczyłam trzy koleżanki z klasy, które szły gdzieś razem roześmiane i nawet nie spojrzały w moją stronę. Może dlatego dokładnie rozumiem, jakie emocje przeżywa odrzucony przez kolegów nastolatek. Kiedy rodzice mówią swoim dzieciom, że im nigdy nie zależało na byciu lubianym, brzmią po prostu śmiesznie. Zaprzeczanie najsilniejszej potrzebie emocjonalnej tego okresu, czyli potrzebie akceptacji rówieśniczej, kończy się tym, że między nastolatkiem a nami rośnie mur.

Bez nich nie wiesz, kim jesteś

W okresie 12–17 lat liczą się tylko i wyłącznie rówieśnicy. Nie ma znaczenia, że babcia powie „jaki jesteś przystojny” albo tatuś zapewni, jak bardzo jest dumny z córeczki. Nastolatkom nie zależy na pochwałach płynących ze świata dorosłych, bo nie cenią sobie w ogóle opinii tego świata. Koledzy bywają ważniejsi nawet niż rodzina i czasem mają większy wpływ na ich kształtującą się osobowość niż rodzice czy rodzeństwo. Dlatego tak ważne jest, żeby jakość kontaktów ze znajomymi nie była traumą.

Grupa rówieśnicza determinuje rozwój procesów identyfikacji. Nastolatek bez takiej grupy nie ma się z kim utożsamić, do kogo się porównać, nie czuje się częścią większego obrazka. Jeśli twoje dziecko nie ma znajomych rówieśników (również tych w sieci), jest nieszczęśliwe.

Ryba chce być częścią ławicy

Okres dorastania jak żaden inny sprzyja pojawianiu się kompleksów (kompleks to utrwalony, negatywny i rzutujący na wybór aktywności obraz samego siebie). Wśród swoich znajomych nastolatek co kilka sekund jest wystawiany na bodźce, które mogą być pożywką dla jego nadwątlonej samooceny. Jest wyzywany, znieważany, porównywany, ośmieszany. „Ty złamasie, ty debilu, idioto, kretynie, mutancie! Widzieliście mordę jego ojca? Śmierdzisz, kurde! Gdybym był takim tępakiem, tobym się powiesił” – młody człowiek słyszy takie teksty kilkanaście razy dziennie. To dlatego wraca ze szkoły lub ze spotkania z „kolegami” zmęczony i wściekły. Nie chce mówić, jak było, bo jest na skraju załamania nerwowego. I tu zaczyna się wielki paradoks tego okresu życia: mimo że powinien odruchowo uciekać od takich ludzi, nie może tego zrobić. Jak ryba chce być w ławicy, nawet jeśli ta ławica prowadzi do piekła.

Nastolatek, który lubi samotność (na przykład ucieka w gry komputerowe) i nie przesiaduje poza domem, zwykle cieszy rodziców, a powinien zaniepokoić. Zazwyczaj kryje się za tym odrzucenie przez grupę rówieśniczą. Ze statystyk wynika, że doświadcza go jeden na ośmiu nastolatków. Niemal wszyscy rodzice chcieliby mówić, że ich dziecko lubi samotność, tymczasem samoakceptacja to potężny filar osobowości. Opinia, którą budujemy na swój temat, ma korzenie właśnie w okresie dorastania. Kiedy grupa postrzega kogoś jako niewartego akceptacji, on zaczyna widzieć sam siebie jako niezdolnego do uzyskania akceptacji. Dzieje się tak dlatego, że jaźń kształtuje się w oparciu o ważne kontakty z innymi, w tym wypadku z kolegami.

Złapani w sieć

Nastolatki spędzają w Internecie przeciętnie 4–5 godzin dziennie. Tu mają swoich znajomych, miłości, przyjaciół, tu dowiadują się, czy są fajne, czy beznadziejne. Nie ignoruj tego. Jeśli myślisz: „I oni się teraz przejmują, że ktoś dostał za mało lajków?”, to znaczy, że masz lekceważący stosunek do świata nastolatków i nie ochronisz swojego dziecka, bo do tradycyjnego nielubienia doszło teraz coś o wiele większego kalibru: hejt w sieci. Hejt to forma rozładowania emocji, ale często też po prostu niewybredna rozrywka. Aż 96 proc. nastolatków uważa, że hejt to „wyrażanie swojego zdania”!

W 2003 r. 15-letni Ghyslain Raza nagrał niewinny filmik „Star Wars Kid”, na którym udaje, że walczy mieczem świetlnym. Doświadczył takiej fali hejtu, że przeszedł załamanie nerwowe. Był pierwszym tak szeroko omawianym przypadkiem psychicznego sadyzmu swoich znajomych. Według raportu Global Dignity „Wilki i owce w Internecie” co siódma osoba, która sama była hejterem, doświadczyła wcześniej cyberprzemocy. Dlatego nie zakładaj, że skoro inni dokuczają twojemu nastolatkowi, to on nie dokucza innym. Niejeden nastolatek cierpi z powodu odrzucenia, a jednocześnie sam jest hejterem. Porozmawiaj z nim o obu tych rolach. Nie zakładaj, że twoje dziecko nigdy by czegoś takiego nie zrobiło.

Nastolatki zazwyczaj nie ujawniają, jakiej doświadczają traumy, bo boją się reakcji rodziców. Piętnastoletnia M. zwierzyła mi się, że nienawidzi swojej szkoły, bo jej były chłopak wrzucił do sieci zdjęcia jej piersi. Stała się pośmiewiskiem, została nazwana szmatą i kurwą. Jej koledzy pisali: „Ja bym się brzydził takie wory dotknąć. Ale masz krzywe, ale brzydkie”.  M. nic nie powiedziała rodzicom, bo wstydziła się i bała reakcji mamy. Dopiero jej próba samobójcza, na szczęście nieudana, ujawniła, co „znajomi” jej zrobili i jaki dramat przeżywała od wielu tygodni.

Z lęku i bezradności

Z raportu badawczego NASK „Nastolatki 3.0” wynika, że 32 proc. dorastających dzieci dotknęły wyzwiska, 19 proc. było poniżanych, 14 proc. straszonych, 12 proc. doświadczyło rozsyłania na ich temat kompromitujących materiałów, a 11 proc. szantażowano. To skutkuje poczuciem bezradności, spadkiem samooceny, obniżonym nastrojem, depresją i zaburzeniami somatycznymi. Dlaczego wciąż nie dotarło do nas, że dzieci w wieku szkolnym tak dużo chorują ze stresu?

Już jednorazowe doświadczenie cyberprzemocy wpływa bardzo niekorzystnie na rozwój osobowości, a  bycie narażonym na powtarzającą się przemoc prowadzi do ciężkich zaburzeń psychicznych.  Jeśli dziecko boi się reakcji dorosłych (rodziców, nauczycieli, dziadków) – zostaje samo. Nie poprosi nikogo o pomoc, a zaszczute – może nawet próbować się zabić. Nasze „nie przejmuj się” powiedziane do nastolatka on odczyta tak: „Jesteś z tym sam, mnie to nie obchodzi”.

Oaza akceptacji

Wielu rodziców próbuje rywalizować z kolegami swoich dzieci. To bez sensu, bo nawet najcudowniejsi rodzice nie zastąpią nastolatkowi towarzystwa rówieśników. Jest jednak coś, co możesz zrobić. Ponieważ szkoła jest najbardziej stresogenną przestrzenią w jego codziennym życiu, dla równowagi zapewnij mu środowisko, które go akceptuje. Boks, wspinaczka, nurkowanie... Nawet jeśli ciebie to nie zachwyca, ale on jest na takich zajęciach lubiany — pilnuj, żeby systematycznie w nich uczestniczył. I bądź przy nim, mimo wszystko. Pamiętaj, że nawet najlepsi znajomi nie zastąpią wsparcia rodziców!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Jak przygotować dzieci do życia seksualnego? Nie bądźmy głusi na pytania

Wychowanie seksualne to nie jest oddzielny proces, tylko część wychowania w ogóle, a nawet część rozwoju człowieka i naszego życia. (Fot. iStock)
Wychowanie seksualne to nie jest oddzielny proces, tylko część wychowania w ogóle, a nawet część rozwoju człowieka i naszego życia. (Fot. iStock)
Seksualność człowieka jest wartością, źródłem szczęścia i radości, a także atrybutem i prawem każdego. Powinniśmy jednak uczyć dzieci także wyznaczania granic seksualności. Bo tam, gdzie realizują się pragnienia seksualne jednego człowieka, może dziać się krzywda drugiemu – mówi seksuolożka i terapeutka Maria Beisert.

Teoretycznie wiemy, że dzieci trzeba uświadamiać, ale w praktyce nam to nie wychodzi. Dlaczego?
Prawdopodobnie dlatego, że traktujemy wychowanie seksualne jako coś osobnego. Tymczasem to nie jest oddzielny proces, tylko część wychowania w ogóle, a nawet część rozwoju człowieka i naszego życia.

Od kiedy zaczynać?
Tak jak nie da się określić punktu startowego wychowania, tak nie można określić początku wychowania seksualnego. Zaczyna się już w momencie, gdy dwoje ludzi decyduje się na dzieci, a w sensie duchowym nawet wcześniej – gdy młodzi ludzie podejmują kontakty seksualne i może pojawić się dziecko.

Znam rodziców, którzy niczego przed dziećmi nie ukrywają, także własnej nagości. To dobrze?
Wszystkie sposoby wychowania mają swoje zalety i wady. W tym pozytywne jest to, że dziecko, blisko dopuszczane do intymności innych ludzi, dosyć wcześnie i swobodnie porusza się po zagadnieniach seksualnych. Ta sfera nie łączy mu się poza tym z negatywnymi uczuciami, takimi jak wstyd, złość, lęk. Seks jest czymś dobrym, naturalnym i przynależnym każdemu człowiekowi. Wady – to mało wyraźne granice stawiane dziecku, co powoduje, że ma mało informacji, dokąd mu wolno dojść, lub nie ma ich wcale, bo rodzice uważają, że ciekawość dziecka jest wielką wartością, którą należy promować. Konsekwencje tego mogą być takie, że dziecko nie bardzo wie, co jest dobre, a co złe, dokąd może się posunąć, a gdzie zaczyna się obszar, na który nie powinno wkraczać. I to jest bardzo groźne na przyszłość.

Dlaczego?
Po pierwsze dziecko może samo przekraczać cudze granice niechcący, bez złej woli, mając szlachetne pobudki, jak chęć poznania czyjegoś ciała. Ale czyjeś ciało to nie krzesło czy drzewo, tylko prywatna własność, i żeby je eksplorować, trzeba mieć pozwolenie. Wszystkie kultury podkreślają, że istnieją części ciała dostępne dużej grupie osób i takie dostępne wyłącznie partnerowi. Jeśli dziecko przekracza wyznaczone w danej kulturze granice, rodzice mówią: stop.

Powinni wyjaśnić, dlaczego nie wolno?
Dwulatkowi mówią tylko stop. Pięciolatkowi tłumaczą, że tych części ciała nie wszyscy mogą dotykać. Nastolatkowi należy się dokładniejsza informacja z wyjaśnieniem, że tylko w intymnym kontakcie można mieć do tych obszarów dostęp. Konsekwencją pozwalania dzieciom na wszystko jest to, co słyszę potem od dorosłych pacjentów. Na przykład: człowiek powinien być otwarty, tymczasem blokują go bariery kulturowe zabraniające uprawiania seksu z dziećmi czy ze zwierzętami. W takim dorosłym słyszę dziecko, które w wieku pięciu lat było zachęcane do eksperymentów z przekraczaniem granicy intymności, któremu nie udzielano wskazówek, co wolno. Wychowanie przyzwalające na wszystko wyrządza podwójną krzywdę – dziecku i otoczeniu, które potem będzie musiało sobie z nim radzić.

U nas dominuje opresyjne wychowanie seksualne. Jakie mogą być konsekwencje tego modelu?
Seks obciążony zostaje lękiem, wstydem, gniewem, złością, czyli wszystkim tym, co kojarzy się z przykrymi przeżyciami, co jest negatywnie wartościowane, brzydkie, brudne, z czym porządni ludzie woleliby nie mieć do czynienia, a jeśli już, to szybko, byle jak i ewentualnie jak najkrócej. Seks to też to, co jest dozwolone tylko w celu prokreacyjnym.

Dlaczego w Polsce wychowanie seksualne budzi tyle emocji?
Duży wpływ na wychowanie w ogóle ma jedna religia, która w dodatku traktuje seksualność jako coś nieczystego, a ponadto istnieje wzorzec matki Polki, który kładzie akcent tylko na jeden aspekt płciowości, czyli na bycie matką, tak jakby matki brały się z wiecznego zatrudniania bocianów, a nie z seksualności. Tymczasem należy podkreślać, że seksualność człowieka jest wartością, źródłem szczęścia i radości, a także – atrybutem i prawem każdego. Powinniśmy też jednak uczyć, że eksploracja seksualności – naszej i innych ludzi – musi mieć granice. Bo tam, gdzie realizują się pragnienia seksualne jednego człowieka, może dziać się krzywda drugiemu.

Jakie to granice?
Po pierwsze seksualność powinna być realizowana bez przemocy, manipulacji, przymusu, zawsze z pozwoleniem. Brak przyzwolenia jest sprzeczny z istotą seksualności. Po drugie formy realizacji seksualności powinny być wzajemnie akceptowane i uzgodnione. Po trzecie nie mogą szkodzić zdrowiu. A po czwarte realizując naszą seksualność, nie możemy nią atakować innych.

Ważne są pewnie nie tylko wskazówki, ale i własny przykład.
Nie łudźmy się, że uda się nam wychować dzieci, dając im spójne wskazówki. Rodzice wyuczeni wiedzą, że dziecku należy się informacja, więc siadają z nim do rozmowy, oddychając głęboko, jakby zamierzali skoczyć do wody. Dziecko to widzi. Z jednej strony otrzymuje komunikat, że należy mu się informacja, a z drugiej – jakiż to ciężki obowiązek! Oczywiście rodziców nikt nie uczył, jak rozmawiać o seksualności, więc nie ma sensu czynić im wyrzutów, że tego nie potrafią. Chwała im za to, że próbują.

Lepiej się przyznać przed dzieckiem, że mamy z tym problem?
Oczywiście. Lepiej powiedzieć: „Porozmawiajmy, ale weź pod uwagę, że to dla mnie trudne, że robię mnóstwo błędów, choć się staram”.

Kiedy rodzice zabierają się do tej najważniejszej rozmowy z nastolatkiem, on na ogół macha ręką: „Nie wygłupiajcie się, ja to wszystko już wiem”.
Otóż to. Nadal pokutuje w rodzicach przekonanie, że trzeba odbyć tę jedną rozmowę, która nagle ustawi dziecko na całe życie. Nieprawda! Z dzieckiem trzeba rozmawiać od małego. I jak trzyletni Jaś pyta mamę, czemu nie ma siusiaka, to mama powinna odpowiedzieć: „dlatego, że mam coś zupełnie innego – małą cipkę, którą mają tylko dziewczynki, bo ja jestem kobietą”. A gdy córka dziwi się: „o, mama połknęła piłkę”, rodzice powinni wyjaśnić: „w mamy brzuchu jest twoja siostrzyczka, która wzięła się tam stąd, że się kochamy”. Takie rozmowy sprawiają, że nie będzie potrzebna ta przełomowa z nastolatkiem.

A jeśli dziecko nie pyta?
Na ogół pyta, tylko jesteśmy głusi na jego pytania, zniechęcamy go albo nie ma nas pod ręką. Oczywiście są dzieci mniej zainteresowane sferą seksualną. Ale bardzo ważne jest wychwytywanie pytań, bo dziecko nie mówi przecież: proszę o uświadomienie. Raczej powie: Czy ty wiesz, że ja czasami mam siusiaka, a czasami kijek? Mama, która odburknie „aha”, zamyka temat. Ta, która nie ucieka od tematu, powie: To nadal twój siusiak, tylko raz może być miękki, a raz twardy. Czasami dziecko nie pyta, a jednak prosi o informację. Trzeba podążać za nim, być czujnym, a czasem trzeba podać pewne informacje, nie czekając na pytania. Czekanie jest niedobrą strategią. Dziecko musi być przygotowane do tego, że jego seksualność może być wykorzystywana i powinno wiedzieć, jak się obronić. Nie możemy czekać, aż zapyta, czy to dobrze, że ktoś dotykał jego narządów płciowych.

Do jakiego stopnia wtajemniczać dzieci w nasze intymne kontakty?
Już dwu–trzyletnie dzieci muszą wiedzieć, że rodzice mają prawo do intymności. Robimy to przez drobne fakty, które uczą granic, na przykład prosząc o pukanie do sypialni.

Dziecko wchodzi do sypialni w trakcie aktu seksualnego. Jak reagować?
Zależy, ile ma lat i co widzi. Jeżeli trzylatek widzi jedną głowę na górze, drugą na dole, a zawsze widział je obok siebie, to znaczy, że niewiele zobaczył. Ale kiedy widzi dwa golasy w trakcie aktu penetracji, w dodatku od tyłu, może sądzić: „w konia się bawią”. Czternastolatek pewnie powie: „coś okropnego”. Reakcja dziecka na seks rodziców jest różna w zależności od tego, jakie kontakty obserwuje między nimi w dzień i co słyszy na temat seksu. Jeżeli matka mówi o seksie jako o „świństwie, za które idzie się do piekła”, po czym to świństwo uprawia, to córka, która przyłapie na tym matkę, jest zszokowana i zrozpaczona, że mamusia pójdzie do piekła. To wymaga poważnej rozmowy z dzieckiem – że rodzice są dorośli i okazują sobie czasami uczucia inaczej niż dzieci i obcy ludzie. Ale mało prawdopodobne, żeby taką rozmowę przeprowadziła matka źle wyrażająca się o seksie i konsekwencje tej sytuacji będą się za dzieckiem ciągnąć. W jeszcze trudniejszej sytuacji jest dziecko, które w dzień widzi między rodzicami przemoc, wrogość, poniżanie, a w nocy zobaczy kontakt seksualny. Seks może kojarzyć mu się z kontynuacją przemocy („znowu ją bije”), co potrafi fatalnie zaważyć na stosunku dziecka do tej sfery życia. W przyszłości dziewczynka może podjąć decyzję: nigdy nie pozwolę się nikomu dotknąć, albo: trzeba mamie pomóc. I na przykład ucieka w chorobę, wymyśla różne strategie po to, żeby odciągnąć ją od ojca.

Co to znaczy: dobrze przygotować dzieci do życia seksualnego?
Przygotować do różnorodności, do wyboru. Popatrz, jacy ludzie są różni. Na religii siostra mówi, że współżycie przed ślubem jest grzechem, a twoja babcia urodziła mnie, zanim wyszła za mąż za dziadka. Jedni mają taki system wartości, inni siaki, ciebie będzie czekał wybór. To jest jeden z poglądów, bo oczywiście można powiedzieć: istnieje jeden jedyny słuszny. Ja wolę patrzeć na świat jak na propozycję różnorodności. I z niej czerpać siłę.

Maria Beisert prof. dr hab., kieruje Pracownią Seksuologii Społecznej i Klinicznej w Instytucie Psychologii UAM oraz Podyplomowym Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii działającym przy Instytucie. Prowadzi własną praktykę terapeutyczną. Autorka książek, m.in.: „Seks twojego dziecka”, „Seksualność w cyklu życia człowieka”, „Kazirodztwo. Rodzice w roli sprawców”, „Rozwód. Proces radzenia sobie z kryzysem”.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!