1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy zazdrość w związku zawsze jest destrukcyjna? Odpowiada Katarzyna Miller

Czy zazdrość w związku zawsze jest destrukcyjna? Odpowiada Katarzyna Miller

Te wszystkie zazdrości, gdy ktoś ma czegoś więcej niż my, umie coś więcej, robi coś lepiej i czujemy, że też byśmy chcieli, powinny dla nas oznaczać gotowe zadanie do realizacji. Być wskazówką, że ponieważ na czymś nam bardzo zależy, to trzeba się tym zająć. (fot. iStock)
Te wszystkie zazdrości, gdy ktoś ma czegoś więcej niż my, umie coś więcej, robi coś lepiej i czujemy, że też byśmy chcieli, powinny dla nas oznaczać gotowe zadanie do realizacji. Być wskazówką, że ponieważ na czymś nam bardzo zależy, to trzeba się tym zająć. (fot. iStock)
Zazdrość jest ważna w związku, bo jest sprawdzianem tego, że uczucia wciąż żyją i partner/partnerka nie jest nam obojętny. Utrzymuje atrakcyjność partnerów, często uświadamia nam, że nasz partner jest dla nas ważny i pasuje do nas.

Niezdrowa zazdrość niszczy związek i ludzi w związku.

Czerwone lampki:

1. Twoja partnerka/ twój partner nie zgadza się na kontakty z płcią przeciwną; nie możesz iść na piwo z koleżanką lub wybrać masażystę zamiast masażystki.

2. Otrzymujesz negatywne komentarze, gdy się lepiej ubierzesz typu: "A po co ci taka krótka spódnica?" lub "Dla kogo tak się wystroiłaś?" Oczywiście w tonie, w którym wyraźnie czuć agresję.

2. Ciągłe pytania: "Gdzie idziesz?", "Po co?", "Nie mówiłaś, że musisz zrobić znowu zakupy", które powodują narastający niepokój i napięcie.

4. Sprawdzanie telefonu, komputera, czytanie esemesów.

5. Złośliwe komentarze do przeczytanych wiadomości.

6. Podejrzliwość i wrogość w sposobie zachowania.

7. Ciągłe sprawdzanie telefonami tego, gdzie jesteś i co robisz.

8. Interpretacja wydarzeń na twoją niekorzyść.

9. Nadawanie znaczenia drobnym rzeczom i sytuacjom: "A po co ty się spotykasz z tymi koleżaneczkami cały czas?".

10. Mówienie źle o przyjaciołach partnera.

11. Odciąganie od twojej rodziny.

12. Wymuszanie obecności i potrzeba bycia wciąż w centrum uwagi.

13. Sceny zazdrości przy innych osobach.

14. Zwracanie na siebie uwagi przez tragiczne wydarzenia, często wymyślone. Idziesz do kina ze znajomymi, a partnerka dzwoni, że się źle czuje, że chyba musi jechać do szpitala, a jak przyjeżdżasz, okazuje się, że nie jest tak źle.

15. Szantażowanie przeszłością i poprzednimi związkami.

16. Obrażanie byłych partnerów/partnerek oraz zakazywanie kontaktów z nimi.

17. Porównywanie się na korzyść lub na niekorzyść byłych partnerów.

18. Ciągłe umniejszanie.

19. Zajmowanie sobą całej przestrzeni.

20. Obgadywanie wszystkich znajomych i przyjaciół płci przeciwnej.

21. Brak zaufania w małych i dużych sprawach.

22. Niereagowanie na próbę wytłumaczenia sytuacji lub próbę kontaktu i komunikacji.

23. Karanie za spotykanie się z innymi ludźmi.

24. Grożenie zakończeniem związku, jeżeli partner nie zerwie kontaktów z tą czy tamtą osobą.

25. Szantażowanie zdradą.

26. Śledzenie.

27. Przemoc fizyczna i emocjonalna.

 

Katarzyna Miller: Zazdrość może nas dużo nauczyć, jeśli potraktujemy ją jako wskazówkę i sygnał. Dzięki niej możemy dojść do wniosku, że czegoś nam brakuje, z czymś nam jest bardzo źle, za czymś może tęsknimy, czegoś chcemy... Jednak istnieje też inny rodzaj zazdrości, kiedy ktoś nam coś odbiera, np. ukochanego, albo czujemy, że może nam odebrać. To już inna sprawa.

Te wszystkie zazdrości, gdy ktoś ma czegoś więcej niż my, umie coś więcej, robi coś lepiej i czujemy, że też byśmy chcieli, powinny dla nas oznaczać gotowe zadanie do realizacji. Być wskazówką, że ponieważ na czymś nam bardzo zależy, to trzeba się tym zająć. Albo podejmiemy wysiłek, aby coś osiągnąć i w końcu to dostaniemy albo nam się nie zechce. Wtedy jednak trzeba sobie powiedzieć: "Inni to mają, bo podejmują pracę, a ja nie mam, bo się nie wysiliłam:. Można dojść do wniosku, że właściwie nie muszę zazdrościć, bo nie podejmuję wysiłku, którego nie chcę, a inni tak. Inni muszą się starać i męczyć, a ja nie. I cieszyć się z tego.

Wracając do zazdrości o partnera... Albo nawet nie o partnera, a przyjaciółkę czy przyjaciela, jakąś bliską osobę, która np. przyjaźni się z kimś innym czy spędza z kimś innym więcej czasu... Tutaj mamy do czynienia z lękiem przed odrzuceniem. Strachem i niepewnością. Taka zazdrość może być bardzo męcząca i niszcząca nie tylko dla osoby zazdrosnej, ale i dla innych. Jeśli tak się dzieje, trzeba popracować nad sobą, może nawet terapeutycznie.

Suzan Giżyńska: Dużo mówi się o negatywnych aspektach zazdrości. A jak wygląda pozytywna zazdrość?

Katarzyna Miller: Pozytywna polega na tym, że mówisz o swojej zazdrości w sposób naturalny, np. "Bardzo ci zazdroszczę, że tyle ludzi cię lubi i szanuje". Oznacza to świadomość, że też byś tak chciała, ale cieszysz się, że ktoś to ma. Przerobiłam ten wątek na pięknych, zgrabnych i dobrze ubranych dziewczynach. One mnie zachwycają, cieszą moje oko, dobrze się na nie patrzy i naprawdę cieszę się, że chodzą takie cudne istoty po świecie. To, że ja taka nie jestem w ogóle już nie jest ważne. Ja jestem jaka jestem, zaakceptowałam to, lubię siebie, natomiast wiem, że daleko mi do cudów natury, które czasem spotykam. To jest pozytywna zazdrość. Fajnie byłoby być taką laską, gdybym to miała, bardzo bym się z tego cieszyła, ale za darmo! Nigdy się na tym nie skupiałam, bo postanowiłam żyć po swojemu, więc teraz mam to, co mam. Wciąż jednak się ciesze, że na te cuda mogę popatrzeć...

Suzan: A co z pozytywną zazdrością damsko-męską? W związku?

Katarzyna: Wyobraź sobie, że twój facet zachwyca się twoją atrakcyjną koleżanką. Niby czujesz ukłucie, ale mówisz: "Nie dziwię się, ja też jestem nią zachwycona". Możesz też powiedzieć, że jest ci trochę jednak przykro, bo tobą już dawno się tak nie zachwycał.

Z jednej strony go rozumiesz, z drugiej jest ci trochę przykro. Kiedy oglądam film z moim facetem i widzę atrakcyjną kobietę, to nie zasłaniam mu oczu tylko mówię: "Popatrz na nią!" Zobacz, jaką ma piękną buzię! A jakie nogi!. Kiedyś oglądaliśmy serial, w którym na ulicy pojawiły się dwie laski, które zrobiły sporo zamieszania. Widząc je, jeden facet rozbił samochód, drugi też coś tam zrobił, faceci ogólnie nie mogli oderwać wzroku. Baby były wściekłe! Pewnie by je chętnie wygoniły. Tylko po co? One powinny być!

Może gdybym była na miejscu żony Antka (powieść Chłopi), z którym najpiękniejsza ze wsi Jagna uprawiała namiętny seks, to bym jej tak bardzo nie lubiła. Byłoby mi bardzo przykro i źle, może nawet poszłabym do kobity z awanturą (oczywiście przede wszystkim oberwałby chłop), ale na pewno nigdzie bym jej nie wygoniła (tak jak zrobiły to kobiety ze wsi) i nie wygoniłabym żadnej atrakcyjnej kobiety z ulicy, po to, by faceci na nią nie patrzyli...

Suzan Giżyńska: Ja mam z tym trochę problem. Czy to w ogóle można nazwać zazdrością? "Przykro mi" to chyba nie jest zazdrość...

Katarzyna: Oczywiście, że zazdrość. Przykro mi, bo ona dostaje, a ja nie. Nie skatuję jej jednak za to. Gdy jakaś kobieta podoba się mojemu facetowi, nie mogę jej za to winić. To jego sprawa, żeby się opamiętał. Ona może oczywiście nie kusić go i nie zachęcać do niczego i wtedy będzie w porządku wobec innej kobiety czyli mnie, ale ostatecznie, to mężczyzna decyduje co zrobi...

Suzan: Czy faceci, którzy dostrzegają inne kobiety są bardziej sexy?

Katarzyna: Pewnie, że tak. Zależy jednak, co facet robi z tym swoim dostrzeganiem. Jeśli jest babiarzem i musi zaliczyć wszystko, co się rusza, to moim zdaniem nie jest sexy. To już jest seksoholizm albo jeszcze coś innego...

Wracając jednak do zazdrości, przypomina mi się sytuacja sprzed wielu, wielu lat, kiedy mój mąż przestał mi się podobać, ale na jakimś wyjeździe atrakcyjna kobitka zagięła na niego parol. Ja natychmiast zajęłam się tym, żeby jej się nie udało. Zachowałam się jak pies ogrodnika. A potem i tak się z nim rozstałam. Już dziś bym się tak nie zachowała. Pozwoliłabym mu zadecydować, czy chce odpowiedzieć na awanse tej pani.

Suzan: Mądrość przychodzi z wiekiem?

Katarzyna: Dobrze by było. Życie daje szanse na zmądrzenie. Ja pracowałam nad tym bardzo, bardzo długo, ale nie każdy, kto staje się starszy, staje się mądrzejszy. To nie jest automatyczne. Bywa różnie. Z tą zazdrością jest tak, że ważne, aby chcieć coś z nią zrobić. Człowiek ma się umieć cieszyć z tego, co ma. Może oczywiście dążyć do czegoś więcej, ale musi rozumieć, że jest sporo rzeczy w życiu, których nie osiągnie, ale są i takie, które trzeba doceniać. A każdy z nas ma powody, by doceniać co innego. Doceniajmy to, na co zapracowaliśmy.

Suzan: Zazdrość jest związana z niskim poczuciem własnej wartości?

Katarzyna: Absolutnie tak! Zarówno z niskim poczuciem własnej wartości, jak i poczuciem deficytu, bólem, brakiem... Odpowiada za to koszmarne powszechne porównywanie się. Jednak kiedy zauważysz, ile osób jest w gorszej niż ty sytuacji lub ma mniej, możesz się ze sobą poczuć dużo lepiej, zaczniesz się porównywać na lepsze, tzn. do osób, które np. mają mniej, staniesz się mniej zazdrosna. Kiedyś zazdrościłam kobietom, które wydały choć jedną książkę, dziś mam wydanych kilkanaście i już nikomu w tej kwestii nie zazdroszczę.

(...)

Więcej:

Instrukcja obsługi kobiety Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy sukces rewiduje znajomości?

Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. (Fot. iStock)
Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. (Fot. iStock)
Jeśli z niepewnej siebie osoby przeobrazisz się w śmiałą i ambitną, to licz się z tym, że część twoich przyjaciół się wykruszy. Ale ci prawdziwi zostaną. O tym, jak sukces rewiduje nasze znajomości, opowiada coach Karolina Cwalina.

Czas zmiany, budowania swojego sukcesu – to moment próby dla naszych przyjaźni?
Nie dla każdej. Sama mam przy sobie ludzi, których bardzo cieszy moje szczęście czy powodzenie w sprawach zawodowych. Kibicowali mi od samego początku, przez wiele lat, i trwali przy mnie, kiedy tego potrzebowałam, wspierali w gorszych momentach i popychali do przodu. Tacy przyjaciele są ze mną do dziś i wiem, że będą zawsze. Natomiast prawda jest taka, że każda relacja ma swoją dynamikę – coś wnosimy my, coś innego wnosi druga osoba. Duża zmiana w życiu jednej ze stron zaburza to status quo. Siłą rzeczy zmienia się też relacja.

To znaczy?
Jesteśmy przyzwyczajeni, że nasz przyjaciel jest „jakiś”. Ma swoje wady oraz zalety, ale właśnie to w nim lubimy. Jeśli poznałyśmy przyjaciółkę jako niepewną siebie dziewczynkę, trudno nam nagle zmienić perspektywę i zobaczyć w niej silną kobietę sukcesu. Może okazać się, że dobrze nam było w sytuacji, kiedy była mniej przebojowa. Doświadczyłam tego na własnej skórze.

Schudłam kilkadziesiąt kilogramów, spełniłam swoje marzenia o byciu coachem, założyłam firmę „Sexy zaczyna się w głowie”. Wygląd, jak się okazało, był tylko małą cząstką mojej pracy nad sobą. Zmieniłam się głównie wewnętrznie. Uwierzyłam, że w końcu mogę działać i cieszyć się czasem, który już umiałam dobrze rozplanować. Wiedziałam, jak się motywować, aby sprostać wyzwaniom, które się przede mną pojawiały. Stawałam przed lustrem i potrafiłam się do siebie uśmiechnąć, nabrałam pewności, że jestem wartościowym człowiekiem, który nie boi się zmian i potrafi walczyć każdego dnia. Mogę więc śmiało powiedzieć, że doświadczałam różnych reakcji ludzi. Kilka osób było przyzwyczajonych do tamtej Karoliny – niepewnej siebie, która brak poczucia wartości pokrywała wiecznym uśmiechem, robieniem wszystkiego, żeby inni ją lubili. Byłam „siostrą z wyboru”. Kiedyś więcej mi wybaczano. „No bo ona taka biedna, chora”. Gdy wyszłam z ciężkiej choroby, a potem wzięłam się za siebie – niektórzy nie za bardzo wiedzieli, co z tym zrobić. Prawdziwi przyjaciele cieszyli się razem ze mną i byli bardzo dumni. Inni, których uważałam za bliskie osoby, potrafili powiedzieć, że mam po prostu szczęście w życiu i mogę sobie robić, co chcę… Bolało, ale też nauczyłam się stawiać temu czoła. Robię dalej swoje, wspieram kogo mogę, i widzę, jak dobro wraca. Grunt to się nie poddać, nieżyczliwi ludzie są wszędzie.

Nie wspierali cię?
Zaczęłabym w ogóle od tego, że chyba łatwiej wspierać osoby słabsze od nas, potrzebujące pomocy. Po pierwsze, czujemy się wtedy naprawdę ważni i potrzebni. Po drugie, taki ktoś nie jest dla nas konkurencją, a dzisiejszy świat powoduje, że często konkurujemy nawet z najbliższymi. To my w tej pozycji jesteśmy silniejsi. Ja mam stałego partnera, ona nie ma, ja mam dobrą pracę, ona nie. Porównujemy się z innymi, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy. Jeśli porównanie wypada na naszą korzyć – możemy odetchnąć z ulgą i dawać komuś wsparcie. Zaspokajamy w ten sposób dwie istotne potrzeby – bycia ważnym i poczucia, że jesteśmy wyjątkowi. A nie jest łatwo być wyjątkowym na tle kogoś zaradnego, prawda? Oczywiście, nie zawsze pomagamy komuś z pozycji wyższości, ale bardzo często dopiero, gdy ktoś odnosi sukces, widzimy, co nas z nim naprawdę łączy. I czy to „wspieranie” to była reakcja na jakieś jego przejściowe kłopoty, czy raczej nieuświadomiony sposób na wzmacnianie swojego ego.

Zazdrość u swoich źródeł wiąże się z poczuciem wartości. Kiedy myślałam, że czegoś nie zrobię, nie umiem, nie nadaję się do tego, patrzyłam z zazdrością na innych, którzy potrafili, i zastanawiałam się, jak to robią, zamiast sama ruszyć do działania. Dziś, kiedy jestem szczęśliwa sama ze sobą, robię to, co kocham, i mam poczucie, że moje działania mają sens – jest zupełnie inaczej. Kibicuję innym, cieszę się, gdy spełniają swoje marzenia. Bo wiem, ile to ich kosztuje, jaką drogę muszą pokonać. Gdy patrzymy z boku, wszystko wydaje nam się takie łatwe. Lubię zawołanie: „Wstań, zrób to sam”. Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych.

Co jest dla nas trudne w sukcesie innych?
Sukces to pojęcie bardzo względne. Ale na ogół jako ludzi spełnionych postrzegamy tych, którzy osiągają swoje cele. To może nas złościć, szczególnie gdy my sami zamiast działać, wolimy narzekać, znajdować setki powodów, żeby nie realizować planów. Możemy wtedy zacząć unikać tej osoby albo dewaluować jej osiągnięcia.

Czyli?
Czyli jeśli z niepewnej siebie osoby staniesz się kobietą sukcesu, która spełnia marzenia, jest ambitna – pewnie część twoich przyjaciół się wykruszy. Widzisz, bo to trochę jest tak, że im więcej my sami ze sobą zrobimy, tym mamy głębsze poczucie, że się da. Że to jest właśnie kwestia planu, pokonania swoich ograniczających przekonań, w końcu – ciężkiej pracy. Ale większość rzeczy, jeśli tylko zdrowie nam dopisuje, jest w zasięgu ręki. Tyle że takie myślenie nie pasuje do naszej polskiej mentalności. Jeśli taka się stajesz – możesz być zagrożeniem dla ludzi, którzy kurczowo trzymają się przekonań: „Zmiany są niemożliwe”, „Tego się nie da, tamtego też”, „To nie dla mnie” , „Ty możesz, ja nie, bo mam to i to na głowie”.

Mówiłaś o dewaluowaniu osiągnięć.
Prawdziwy przyjaciel będzie cię wspierał, a gdy ci się uda osiągnąć cel, powie: „Super! Podziwiam. Cieszę się”, „Trzymaj tak dalej” – i będziesz czuć, że to jest autentyczne i szczere. Dewaluowanie to komunikaty wprost albo naokoło, ale chodzi w nich o pomniejszenie tego sukcesu. Ja słyszałam: „Coaching? To się nie sprzeda, bo za drogie”, „Jesteś za młoda, kto będzie do ciebie przychodził”, „Sexy zaczyna się w głowie? Co za infantylne hasło!”. Rzeczy totalnie niewspierające.

Czasem ktoś ci mówi je wprost, a czasem obgadując w gronie znajomych. Warto pamiętać, że osoby, które nas krytykują, najczęściej robią to z poczucia niespełnienia. Albo zazdroszczą, albo nie mają dość siły i samozaparcia, żeby realizować swoje cele. Część tych emocji jest naturalna – większość z nas je odczuwa. Ważne jednak, co z nimi robimy.

Jakimi ludźmi warto się otaczać, kiedy chcemy się zmienić? Albo gdy już to robimy?
Takimi, którzy inspirują, dodają energii, są szczerzy, ale którzy potrafią też nas zastopować. Czasem, gdy nagle odkrywamy jakąś pasję czy drogę, stajemy się egocentryczni. Prawdziwa przyjaciółka powie wtedy bez owijania w bawełnę: „Opamiętaj się!”, ale jednocześnie nigdy nie podetnie ci skrzydeł. Da ci pewność, że cokolwiek zrobisz dla siebie, ona będzie ci w tym kibicować, chyba że zaczniesz sama sobie szkodzić.

No właśnie, jak rozpoznać, czy nie uderzyła nam woda sodowa do głowy?
Do momentu, kiedy traktujesz innych z szacunkiem – wszystko jest w porządku. My też mamy prawo na chwilę zająć się sobą, mieć inne priorytety. Ktoś, kto na przykład rozwija swoją firmę – nie ma już tyle czasu dla znajomych. Czasem wystarczy jeden SMS na miesiąc i wiemy, że ktoś o nas myśli. Warunek, oczywiście, żeby to nie zamieniło się w stan permanentny, choć pewnie im bardziej jesteśmy spełnieni, tym grono tych najbliższych jest węższe – nie musimy się już karmić innymi, żeby mieć poczucie wartości, sami dla siebie jesteśmy wsparciem.

Ja całe życie walczyłam o ludzi. Chciałam, żeby mnie każdy lubił, bo sama siebie nie akceptowałam. Dziś już nie mam poczucia, że musi mnie kochać cały świat, siłą rzeczy odpuściłam pewne relacje, gdy stałam się bardziej zabiegana. Transformacja to naprawdę ważny moment, dobry na odpowiedzenie sobie na pytanie: „Jakich przyjaciół wybierałam do tej pory?”, „Jakie związki z nimi budowałam?”, „Jakie ich potrzeby zaspokajałam, a jakie oni moje?”. Ważne też, żeby zobaczyć, kogo teraz przyciągamy. Może nagle zainteresowały się nami osoby do tej pory niedostępne, które kiedyś na nas patrzyły z góry? I warto też odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy naprawdę chcemy je mieć w gronie swoich bliskich?”.

Karolina Cwalina ECPC, coach, autorka programu „Sexy zaczyna się w głowie”. 

  1. Psychologia

Kim naprawdę dla mężczyzny jest jego przyjaciółka?

Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Przyjacielska relacja sprawia, że lepiej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Pytam ostatnio bliskiego mi mężczyznę, w jaki sposób udało mu się przejść przez serię traumatycznych doświadczeń, kto mu pomógł, a on bez zastanowienia mówi: „przyjaciółka”. To kobieta, z którą nie jest w związku partnerskim, nie łączy ich relacja seksualna. Znają się od kilku lat, dzwonią do siebie, spotykają się, żeby pogadać, podzielić się tym, czego doświadczają i co przeżywają. Proste ludzkie rozmowy. Niby niewiele.
To jest to, co najważniejsze. Relacje są najważniejsze. Ten mężczyzna ma szczęście. Gdy ja rozmawiam z mężczyznami, wyczuwam w nich dojmującą samotność. Przyjaźń nazywają luksusem, w podtekście jest, oczywiście, sugestia, że oni na taki luksus nie mogą sobie pozwolić. Dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że to, co jest postrzegane jako luksus, jest jak powietrze, bez którego dusimy się i obumieramy. Kiedy brakuje przyjaźni, pojawia się to pytanie, które tak często słyszę od mężczyzn: „Po co to wszystko?”. Coś się wydarza, może awans w pracy, jakieś nowe możliwości. Jeśli jednak nie mamy z kim porozmawiać, trudno to nowe zintegrować, w pełni się ucieszyć. W pracy różnie bywa – jedni gratulują, inni zazdroszczą, jeszcze inni intrygują. W domu? Nierzadko zdarza się, że żona, partnerka ma dość rozmów o pracy, słuchania, wspierania. Brakuje jej dystansu, bo jest z mężem na co dzień. Musi ogarnąć wiele spraw. Mówi: „W najbliższy czwartek jest wywiadówka. Z Zuzą trzeba iść do ortodonty, ja nie mogę w tym czasie”. Kobiety są przeciążone obowiązkami, zmęczone. Bardzo łatwo wtedy w relacji partnerskiej zagubić aspekt przyjaźni. Relacja z przyjaciółką, która nie jest partnerką, pozwala odzyskać ten skarb, jakim jest możliwość pełnego zaufania, otwartego rozmawiania, zainteresowania, dzielenia się. To szansa na wyjście z męskiej klatki. Przyjaźnie z mężczyznami są inne. Najczęściej oparte na aktywności, na różnych działaniach, które wspólnie podejmujemy: wspinamy się w górach, latamy na paralotni, jeździmy na ryby. Jesteśmy razem, od czasu do czasu o czymś pogadamy…

…głównie o faktach, co się wydarzyło?
Tak, o działaniach. Z kobietami jest inaczej. Przyjaciółka jest bardziej otwarta, wrażliwa na różne kwestie emocjonalne, stany wewnętrzne. Kobiety mają dużo więcej samoświadomości, mądrości. My, mężczyźni, możemy z tej mądrości czerpać i uzupełniać swoje deficyty. Dzięki przyjaźniom z kobietami mamy szansę rozwinąć kobiecy punkt widzenia, wrażliwość, a tym samym zyskać więcej wewnętrznej równowagi.

I kobiety, i mężczyźni potrzebują różnych punktów odniesienia w świecie, żeby relacja partnerska mogła być bliska, dobra; żebyśmy się w niej nie udusili. Wewnętrzna mądrość podpowiada, abyśmy nie robiły z mężczyzny ojca, matki czy przyjaciółki. Ale też nie najlepiej, gdy mężczyźni oczekują od nas, że będziemy dla nich matkami czy terapeutkami.
W relacji z przyjaciółką nie ma oczekiwań, jakie są w związku partnerskim. Jedna z kobiet powiedziała mi: „Borykam się z problemami, dzieci chorują, rodzice wymagają opieki, a on przyszedł z pracy i się rozpłakał!”. Gdyby ten mężczyzna zapłakał w obecności przyjaciółki, ona nie czułaby się tym tak obciążona. Dzielenie się z kimś tym, co przeżywamy, w sposób wolny od uwikłań systemowych, związanych z pracą czy z domem, to wielka szansa na głębsze poznanie siebie. Jest tu jeszcze coś. Gdy rozmawiamy z kimś w sposób otwarty i szczery, to nas zmienia, transformuje, ożywia, rozwija w nas nowe umiejętności. Z całą pewnością mężczyzna, który ma kontakt z przyjaciółką, wszystko, co pozytywne w tej relacji, przeniesie na inne sfery życia, także do swojej partnerskiej relacji. Choćby świadomie o tym nie myślał, to i tak się stanie.

Moja przyjaciółka mawia, że zazdrość jest poniżej jej godności, i to powiedzenie stało się hitem wśród bliskich mi kobiet. Jednak zazdrość partnerki o przyjaciółkę może mocno skomplikować relacje. No bo o czym oni tak rozmawiają? Czy ta przyjaźń nie przerodzi się w romans?
No tak, to dla wielu mężczyzn spory problem. Zresztą dla kobiet też – szczególnie dla tych po rozstaniach i dla singielek. Zaczyna się od przyjaźni, tak nam się swobodnie rozmawia, tak się rozumiemy, już mamy do siebie zaufanie, jest coraz bliżej i pojawia się tęsknota za czymś więcej, za związkiem intymnym. Często tak właśnie się dzieje: z przyjaźni rodzi się partnerska relacja.

A więc partnerki mężczyzn mogą mieć uzasadnione obawy o romantyczny finał relacji z przyjaciółką…
Rzadko się zdarza, aby partnerka czy żona akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, ponieważ nie do końca wierzy, że ta relacja jest tylko przyjacielska. A poza tym jest zazdrosna o czas poświęcany innym ludziom, kolegom, a co dopiero innej kobiecie. Wielu mężczyzn ogranicza z tego powodu swoje relacje przyjacielskie. Kobiety są przepracowane tak jak mężczyźni. Gdy więc ona ma na głowie swoją pracę zawodową, sprawy związane z domem, z dziećmi, z rodzicami, z chorobami w rodzinie, a on umawia się na wieczór z przyjaciółką, to może nie sprzyjać harmonii domowej. Jeśli jednak kobieta widzi, że relacja z przyjaciółką buduje jej mężczyznę, ponieważ jest bardziej otwarty, żywy, chętnie dzieli się tym, co odkrył, zyskał, wtedy warto wspierać relację z przyjaciółką.

„Idź, pogadaj, pozdrów ją ode mnie”?
Dlaczego nie? Gdyby jednak pojawiło się zauroczenie seksualne przyjaciółką, dojrzały mężczyzna zwróciłby uwagę na to, co takiego wydarzyło się w tej relacji, czego brakuje w jego związku z żoną. Dlaczego jego energia i zainteresowanie podążyły w inną stronę? To zawsze szansa dla związku. Otwiera się przestrzeń do rozmowy: w jaką rutynę popadliśmy, co wymaga zaopiekowania, jak na nowo rozniecić ogień. Gdyby rozmowy nie pomogły, warto podjąć terapię dla par. Wszelkie relacje wymagają czujności, świadomości tego, co się dzieje, i odpowiedzialności.

Przyjaciel to ktoś, przy kim można odpocząć; rozluźnić się, odprężyć.
Musimy mieć pewność co do pozytywnych intencji; przyjaciółka akceptuje mnie, dobrze mi życzy, jestem dla niej ważny jako osoba. Czym innym są przyjaźnie biznesowe, a czym innym przyjaźnie naturalne – spotykamy się jako istoty ludzkie, a wszystko inne to jedynie elementy towarzyszące. Czujemy się ze sobą dobrze, bezpiecznie, po spotkaniu jesteśmy zainspirowani, odświeżeni, bogatsi. Relacja z przyjaciółką sprawia, że widzę świat jako lepszy, a to napawa mnie optymizmem, daje poczucie więzi, wspólnoty, rezonansu. Egzystencjaliści tacy jak Irvin Yalom czy Martin Buber mówią o spotkaniu ja i ty, spotkaniu egzystencjalnym, które bardzo trudno zdefiniować. To spotkanie jest wartością samą w sobie, ono przerasta jednostkowe potrzeby.

To jest podróż duchowa, ponieważ gdy jesteśmy z kimś blisko, bardzo szybko dochodzi do głosu cień, deficyty, ograniczenia, słabsze strony, nieuświadomione części siebie, lęk. Bardzo wyraźnie widać, z czym przyjaciel się boryka. Widać całość. I sztuką jest przyjąć tę całość. Być uważną. Nie interpretować, nie oceniać.
Tak, jednak w przyjaźni widzimy coś więcej – poprzez cień, maski, nawyki, ograniczenia i pozory promieniuje rdzeń, centrum z pełnym potencjałem, bez ograniczeń. Ograniczenia są na zewnątrz, w centrum rozpoznajemy wolną istotę i na nią rezonujemy. Właśnie wtedy możemy głęboko odpocząć, bo to pomaga również nam; łatwiej skontaktować się z naszym własnym centrum.

Trzeba się jednak zaangażować, zadzwonić, umówić się, pogadać, dać wyraz temu, że jestem, myślę, zależy mi na relacji. W jaki sposób mężczyzna ma znaleźć w sobie energię na pielęgnowanie przyjaźni?
Przyjaźń to jest ten rodzaj więzi, że niezależnie od tego, kiedy się spotykamy, jesteśmy cały czas w przyjacielskim rezonansie, w przestrzeni otwartości, zrozumienia i zaufania. Jeśli więc przyjaciel przez jakiś czas się nie odzywa, rozumiemy, że coś ważnego zaprząta jego uwagę; że najpewniej jest przeciążony. Wiem, że dla mężczyzn już sama świadomość, że przyjaźń istnieje, jest ważna. Kobiety potrzebują więcej czasu i uwagi, pragną, aby przyjaźń była zasilana, dążą do częstszego kontaktu, rozmowy. Najwyraźniej różnimy się w tym względzie. Poza tym mężczyźni angażują się najczęściej w przyjaźnie zawodowe, służbowe; są partnerami w biznesie, wspólnikami. To coś innego niż przyjaźnie naturalne, niepowiązane interesami. Prawdziwe przyjacielskie relacje to wielkie źródło radości. Radykalnie i totalnie zmieniają jakość naszego życia. Dlatego gdy w psychoterapii pytam mężczyznę, jak w jego życiu wygląda sprawa relacji, przyjaźni, a on mówi, że miał ją kiedyś, w szkole, ale teraz nie ma czasu, to wiem, że sprawa jest poważna, a nawet dramatyczna.

Tak jakby odmawiał sobie wsparcia.
Ktoś obecny w naszym życiu, kto o nas myśli, słucha, akceptuje, kto dobrze nam życzy, to wyjątkowy dar. Wsparciem jest istnienie przyjaciółki. Samo istnienie. To nawet nie o to chodzi, że musimy być wsparciem dla siebie w trudnych chwilach, choć to, oczywiście, bezcenne. Wystarczy samo bycie, dzielenie się sobą. To nas wzajemnie inspiruje. W trudnych chwilach możemy dać jakąś radę. Jednak w przyjaźni pozostawiamy drugiej osobie wolność; może zrobić z tą radą, co zechce, może nic nie zrobić.

Jak w każdej relacji bywają też kryzysy w tej przyjaźni.
W relacjach przyjacielskich uczymy się metakomunikacji, czyli porozumiewania się w kwestii tego, jak się porozumiewamy. W przyjaźni możemy o tym mówić – nawet jeśli pojawia się ból, złość, irytacja, zniecierpliwienie. Żadne stany wewnętrzne nie przesłaniają relacji jako takiej. W innych przypadkach ludzie się obrażają, dystansują, zamykają, wyziębiają. Dlaczego w przyjaźni potrafimy o tym mówić? Bo wiemy, że to są odpryski, sprawy poboczne, przemijające, wynikające z naszych emocji, stanów wewnętrznych.

Przyjacielska relacja sprawia, że zyskujemy świadomość, bardziej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie.

Nie warto, oczywiście, na siłę szukać przyjaźni z kobietą, zresztą z nikim, bo nie da się jej w ten sposób znaleźć. Paradoksalnie im bardziej gorączkowo poszukujemy relacji, tym bardziej się wymyka. Przyjaźń to spotkanie; zaczynamy odczuwać rezonans. Nawet jeśli na początku ta siła przyciągania nie jest zbyt wyraźna i silna, warto sobie na nią pozwolić. Dać przyjaźni szansę.

 

 

  1. Psychologia

Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
"Mam dobrą wiadomość. Z zazdrości można odbić się jak z trampoliny i zanurkować w dobrą miłość" - zapewnia psychoterapeutka Katarzyna Miller w rozmowie z Beatą Pawłowicz. 

Czasem, by poczuć niepokój, wystarczy mało wiarygodny news portalowy: najczęściej romansują i zdradzają w pracy analitycy giełdowi, brokerzy, finansiści. A twój partner pracuje w finansach, i to po 12 godzin na dobę.
Jeśli ktoś czuje niepokój z takiego powodu, to znaczy, że jest zajączkiem, czyli siedzi na strachu. A ten strach więcej mówi o wierze tegoż zajączka w siebie, a raczej o braku tejże wiary, niż o apetycie na seks jego drugiej połowy. Więcej mówi o zajączka samoocenie – raczej mizernej jak zwiędnięta kapusta – niż o tym, co wyczynia, jakie ma ekscesy seksualne w godzinach pracy jego partner czy partnerka.

Zajączek też człowiek! Co ma zrobić, żeby zazdrość schrupać? Na przykład jeździć w przerwie lunchowej do swojej drugiej połowy na seks?
Eeee... Jak ma taką ochotę, niech jeździ. Ale po co cokolwiek robić? Jak ona czy on chce się w pracy splątać z kimś, to niech to robi. Namawianie partnera do zmiany profesji na taką, w której zdrada statystycznie zdarza się rzadko, też nie ma sensu. Nauczyciel polskiego wbrew statystykom też może mieć kochankę, a nawet parę, jak będzie chciał... Moim zdaniem niech sobie zdradza, jak mu tak zależy.

Nigdy nie byłaś zazdrosna?
Tak solidnie – raz. Dawno temu, jak pozwoliłam sobie zapragnąć mężczyzny, który mi się naprawdę bardzo podobał. Przedtem nie czułam zazdrości, bo byłam z mężczyznami, którzy mnie wybierali i o mnie bardzo zabiegali. A więc wiedziałam, że się im podobam, że mnie bardzo chcą i nie musiałam być zazdrosna. Ten też mnie chciał, ale że on mi się tak bardzo podobał jak dotąd nikt, poczułam, że dookoła jest wiele atrakcyjnych kobiet. A skoro on mi się aż tak podoba, to im pewnie też aż tak i będą chciały razem z nim odlecieć.

I co? Pozwoliłaś mu na zdradę, pokonując swoją zazdrość?
Gdzie tam! Zwołałam zebranie wszystkich dziewczyn, z jakimi się kolegowałam, i kazałam im sobie pomóc w zmaganiach z tą zazdrością. Powiedziałam, że chcę wiedzieć, jak one się czują w tym temacie. To zwołanie przyjaciółek było wielkim krokiem dla mnie i prywatnym, i zawodowym, bo wtedy przyznałam się przed nimi do czegoś, czego bardzo się wstydziłam: że wcale nie jestem taka pewna siebie, jak udaję. Odwrotnie – nie jestem i dlatego każda ładna dziewczyna, jaką widzę na ulicy, idąc z nim na spacer czy do sklepu, budzi we mnie lęk, że on mnie zostawi i zaraz za nią poleci.

Koleżanki jako lek na zazdrość o mężczyznę?
Pomogły bardzo, bo powiedziały prawdę o sobie. Jedne przyznały, że są zazdrosne, drugie powiedziały, że nie. I już samo to, że szczerze pogadałyśmy, bardzo pomogło. Wtedy też samą siebie zaskoczyłam, zadziwiłam tym, że oto mogę o sobie samej czegoś nie wiedzieć. A więc pomyślała: „Jest tak, że człowiek nie spotyka się ze swoimi ważnymi, a trudnymi uczuciami, myślami, dopóki nie poczuje konieczności, żeby się z nimi spotkać. Tak jak ja!”. Ja się wtedy dopiero spotkałam ze swoją niepewnością, kiedy poczułam zazdrość, bo ona bardzo mnie bolała. Bardzo mi więc ta moja zazdrość pomogła także w pracy, bo wiedziałam, o co chodzi, kiedy na różnych grupach, które prowadziłam już jako terapeutka, słyszałam, jak dziewczyny mówiły: „Ośmieliłam się na najbardziej atrakcyjnego faceta i nawet z nim jestem, i co?! I dostaję spazmów lęku, że on mnie zostawi. Przy poprzednich nie miałam czegoś takiego...”. Mówię wtedy naprawę szczerze: „Bardzo cię rozumiem”.

Rozumiesz, ale też co radzisz, kiedy kobiety mówią ci o tym, jak bardzo boli je zazdrość?
Radzę zacząć od zdania sobie sprawy, że jest to bardzo ważny moment w ich życiu! Bo oto spotykają się same z sobą. A to ogromna szansa na poznawanie siebie. Czując zazdrość, docieramy bowiem do najbardziej głębokiego punktu intymności, czyli do naszej potrzeby bycia przyjętym, akceptowanym, kochanym, wybranym przez ważnych dla nas ludzi na kogoś bardzo szczególnego. To jest ten punkt, wokół którego rozgrywają się wszelkie nasze cierpienia, pragnienia, tęsknoty, marzenia. Szczególnie te związane ze związkami, z tą intymną przestrzenią, która jest ukryta przed ludźmi, nienazwana. Którą się nie dzielimy i nie wiemy, co z nią zrobić, bo tam w tej zazdrości stajemy się bezradnymi, małymi dziećmi.

Zazdrość jako drzwi do prawdy o mnie?
Tak, bo czując ją, dochodzimy do sedna siebie, do najbardziej głęboko ukrytego lęku – lęku przed odrzuceniem. Siła tego lęku zasadza się na tym, na ile zostaliśmy przez rodziców przyjęci tacy, jacy jesteśmy. Na ile zostaliśmy przez nich zaakceptowani, a więc też na ile zostaliśmy wyposażeni w poczucie wartości, w wiarę w siebie, a na ile nie.

Zazdrość mówi, że chyba nie za dużo tej miłości bezwarunkowej dostaliśmy jako dzieci od naszych opiekunów?
Jest na pewno sygnałem, że znów wydani jesteśmy na pastwę tego, czy ktoś nas przyjmie, czy się nami zachwyci, czy nie zachwyci, i znów w kącie będziemy gryźć paznokcie i nie będziemy mogli ruszyć z naszym życiem dalej. Kiedy ja sama poczułam zazdrość, podjęłam decyzję, że skoro to jest taki ważny moment, bo tak dalece sama spotykam się ze sobą, muszę go uszanować. A więc już nie ten mężczyzna jest najważniejszy, tylko ja i moje uczucia. On jest ważny, ale głównie jako ktoś, kto te uczucia we mnie wywołuje.

No właśnie, te uczucia to przede wszystkim lęk przed odrzuceniem, który bywa nad siły.
I właśnie! Pierwsza rzecz, którą zrobiłam, a która była dla mnie bardzo trudna, to powiedziałam mu coś, co by mi kiedyś przez usta nie przeszło: „Boję się, że mnie zostawisz”. Byłam do tego dnia neurotycznie ambitna, bo też ambicja jest osią neurozy, i nigdy nie pokazywałam tego, co mnie boli. Udawałam mocniejszą, niż jestem. Ale wtedy postawiłam na prawdę. I dobrze, bo on powiedział: „Nie chcę cię zostawiać”. Wtedy zabrałam się do intensywnej pracy nad sobą, zapisałam tony papieru, nazywając swoje uczucia, wzmacniając się afirmacjami, pisząc listy do wszystkich ważnych dla mnie osób o tym, co czuję, co mi zrobili, zapisując sny. Chodziłam też na terapie, kursy, warsztaty, wykłady. A więc przeorałam się przez siebie. To był czas nie tylko zazdrości, ale też bezradności, którą przy tym mężczyźnie poczułam.

Bezradność obok zazdrości? Oj...
Tak, byłam jak mała dziewczynka, bo oto rycerz się pojawił na białym koniu, ale zamiast wspaniałej królewny, w której się zakochał, spotkał dzidzię płaczącą ze strachu, że on będzie kolejną osobą, która ją opuści. Albo nie ukocha tak, jak ona tego potrzebuje. Moi rodzice mnie nie porzucili, a więc bałam się nie tyle tego, że będę porzucona, ile tego, że nie będę przyjęta taka, jaka jestem. Że mężczyzna, którego pokocham, nie potraktuje mnie tak, jak tego potrzebuję. A na to nie miałam wpływu. Wszystko wydawało mi się zależne od niego.

Gdzie tu pozytywne doświadczenie, które pomogło ci nie czuć już nigdy potem zazdrości?
Przeżyłam dużo lęku, bezradności, dużo zwątpień, ale też zobaczyłam, jak potrafię się sobą zajmować, jaka jestem wobec siebie uczciwa. Ile mogę zrobić dzięki ludziom, o ile jestem wobec nich otwarta i nic nie udaję. Postawiłam na siebie i na prawdę, a nie na „zwycięstwo”. Kobiety często poprzestają na tym „zwycięstwie”, a ma nim być to: „Mam go! I wszyscy to widzą, ja sama też”. Kobiety myślą, że to im wystarczy – mieć tego mężczyznę. Myślą, że miłość je uleczy. Ale nie uleczy, bo nie chodzi o miłość, która płynie z zewnątrz, tylko o miłość do siebie, o to wewnętrzne uczucie.

Niektórzy zazdrośnicy robią jednak coś innego, wolą wynająć detektywa.
Tropienie? Po co? To ja mam sobie zagwarantować dobrostan, odrzucić kompleksy i lęk przed zdradą, wypełnić się wiarą w siebie. Jeśli zacznę śledzić swojego mężczyznę, nigdy nie pokocham siebie, nie poczuję się pewna swojej wartości, nie uniezależnię się od oceny i akceptacji innych. A chodzi w tej zazdrości o to, by już nie być zewnątrzsterowną, czyli już nie oceniać siebie na podstawie opinii innych. Ani nie podejmować działań dla innych, tylko dla siebie. A tego, żeby tak robić, nauczyli nas rodzice. Rodzice przeważnie chcą, na szczęście nie wszyscy, żeby dziecko ich słuchało, a nie żeby słuchało siebie. Wydaje im się, że to potwierdzi ich ważność. To iluzja. A dzieci uczą się w ten sposób niesamodzielności życiowej. Szczególnie kobiety jej nabywają, bo są często przekazywane z rąk rodziców do rąk męża i nie mają gdzie nabrać wiary w swoje siły. I są urządzone! Na amen, bo zewnątrz sterowność polega na budowaniu swojej wartości na tym, że on mnie chce. Ale nawet jeśli chce, to co z tego? Nie wiadomo przecież, jak długo będzie mnie chciał?

Może będzie chciał mnie całe życie?
A co ze mną, jeśli nie? Kiedy spotkamy kogoś, o kogo jesteśmy tak zazdrosne, że nie możemy tego znieść, sięgnijmy nie po portfel, by zapłacić detektywowi, ale głęboko w siebie. Szczerość to nasza droga. Ja wtedy myślałam tak: „Skoro aż tak się boję, że moje wewnętrzne dziecko się obudziło, to czy jest szansa na to, by dowiedzieć się, kim naprawdę jestem?”. Poszłam trudną drogą poznania siebie, ale skoro już zaczynałam wtedy pracować jako psychoterapeutka, chciałam wiedzieć, co jest pod spodem zazdrości. To mi się udało, ta wiedza stała się bazą dla mojego życia i dla pracy.

Można być szczęśliwą z tym, kto zdradza, bo dzięki zazdrości zdobywamy się na samopoznanie?
Nie było zdrady, a już zaistniała zazdrość i obawa, że może zdradzić, bo było tyle niepewności. Ważne, żeby się zdobyć na samopoznanie, postawić na siebie. To ze sobą spędzę na pewno całe życie. A przede wszystkim myślę, że nie ma sensu zajmować się tym, czy on „to” robi, czy nie. Dlaczego ja mam się tym zajmować? Po co? Jeśli uprawia seks z kimś innym, to znaczy, że mu to potrzebne. Ja się nauczyłam nie brać wszystkiego, co ludzie robią, do siebie. Nie wszystko ma przyczynę we mnie. I to ja tego pana, o którego byłam tak zazdrosna, zdradziłam, bo mi było z nim smutno. Potrzebny mi był ktoś radosny i fajny. I powiedziałam mu, że nie zamierzam go za to przepraszać, bo zrobiłam to dla siebie. Potrzebowałam tego, ale też nie wymagam od niego, żeby był kimś innym, niż jest.

A może nie ma co walczyć z zazdrością, bo wtedy walczymy z samą miłością? Może to jej cena? Mówi się przecież, że kto nie jest zazdrosny, to nie kocha.
Zazdrosny trzyma na smyczy, chce zawłaszczyć, a nie kochać. Mówi: „Ja ci nie pozwalam!”, ale czy to jest miłość?! Sama powiedz.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek, filozofka i poetka.

  1. Psychologia

Zazdrość w związku - jakie ma oblicza?

Zazdrość w związku nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować. (fot. iStock)
Zazdrość w związku nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować. (fot. iStock)
„Kto nie jest zazdrosny, nie kocha” – twierdził święty Augustyn. Większość z nas dobrze zna ukłucie zazdrości, gdy partner wydaje się interesować kimś innym. Jeśli kochamy, to chcemy, by nasza miłość była odwzajemniona i trwała wiecznie.

Zazdrość ostrzega, stoi na straży związku, służy jego trwałości. Ale nadmiar zazdrości potrafi zabić największą miłość, choć początki wydają się zwykle niegroźne. Jak u Tomka i Beaty.

Gdyby Beata zdradzała męża, a przynajmniej interesowała się innymi mężczyznami, jego zazdrość byłaby zrozumiała. Mamy tu jednak do czynienia z wcale nierzadkim przypadkiem zazdrości, która karmi się jedynie podejrzeniami, a te nie giną wraz z brakiem dowodów na to, że są uzasadnione. Tomek kontroluje Beatę na każdym kroku, w swoim poczuciu uniemożliwia jej zdradę, ale czy to znaczy, że zapobiega jej pragnieniom? A co się dzieje wtedy, gdy on jest w pracy? Co się dzieje, gdy wyjeżdża w delegację? Mężczyzna męczy się podejrzeniami i zaostrza środki kontroli. Wraca do domu wcześniej, niż zapowiedział, czatuje na Beatę pod pracą, chce widzieć, z kim wychodzi. Oddycha z ulgą, ale wkrótce znów zaczyna się dręczyć, szuka dowodu jej winy, jakby to zdrada mogła przynieść mu ulgę.

Zazdrość w związku: jak kreujemy piekło?

Paweł nie może znieść poczucia niepewności, odkąd jego dziewczyna, Monika, wyjechała na studia do Madrytu. Chłopak ma świadomość, że problem tkwi w nim, nie w Monice. Zawsze był zazdrosny, jego zazdrość zniszczyła już dwa związki, teraz niszczy trzeci. Wydzwania do Moniki 10 razy dziennie, każe się jej rozliczać z każdej godziny. W przypływie szlachetności sam zachęca, żeby się z kimś spotkała, doskonaliła język w kontakcie z ludźmi, ale gdy nie ma jej na Skypie, oddaje się bolesnym fantazjom. Co teraz robi, gdzie jest, może kogoś poznała? Pojechał do niej znienacka, była sama w mieszkaniu, odetchnął z ulgą i spędzili razem tydzień. Po powrocie męka zaczęła się na nowo.

– Co mam robić? – Paweł czuje się bezradny wobec swoich uczuć. – Wciąż porównuję się z innymi facetami, wydaję się sobie gorszy od nich wszystkich, jestem pewien, że ona to w końcu odkryje, czemu miałaby chcieć być ze mną?

Paweł płacze, choć wie, że to mężczyznom nie przystoi. Jego ojciec też był mazgajem, jak sam o nim mówi. Może dlatego porzuciła go żona? Ojciec nigdy się z tego nie podniósł. Zostali sami, mama brała czasem Pawła do siebie, ale gdy w jej życiu pojawiał się nowy mężczyzna, syn przeszkadzał, oddawała go ojcu. Paweł, choć wie, że to nie ma nic wspólnego z Moniką, jednak wciąż podejrzewa ją o zdradę. W końcu postanawia z nią zerwać. – Najpierw muszę uporać się ze sobą – stwierdza z bólem.

Gdyby umieli to stwierdzić inni zazdrośnicy, nie zamienialiby życia swoich rodzin w piekło. Niestety. Wielu z nich zamiast pracować nad sobą, woli zmniejszać swój niepokój, wciąż zwiększając kontrolę nad partnerką.

Gdy patrzymy przez pryzmat podejrzliwości, świat nabiera nowych znaczeń. Każde zachowanie partnerki podlega interpretacji: nie chce ze mną rozmawiać, bo myśli o innym. Chce rozmawiać, jest miła i czuła – próbuje ukryć to, że myśli o innym. Niemal każde zachowanie wzmaga czujność i wymaga zwiększenia kontroli. Brak dowodów w niczym nie przeszkadza.

Zazdrość ma swoje ewolucyjne uzasadnienie

Niezliczone ofiary zazdrości padają na polu bitwy, która z miłością ma niewiele wspólnego. Zazdrość jest główną przyczyną przemocy fizycznej w małżeństwie. Wszystkie inne powody razem wzięte nie mogą się z nią równać! Spośród 60 maltretowanych kobiet, badanych w ośrodku dla ofiar przemocy w Północnej Karolinie, 57 stwierdziło, że ich partnerzy są tak zazdrośni, że każde wyjście kobiet z domu kończy się oskarżeniami o niewierność i przemocą fizyczną.

Zazdrość doczekała się wielu definicji naukowych. Mowa w nich o tym, że to reakcja na zagrożenie związku, który jest dla danej osoby wartością i w który wiele zainwestowała. Zazdrość motywuje do zachowań mających przeciwdziałać zagrożeniu, a więc pełni funkcję chroniącą związek i właśnie po to w procesie ewolucji powstała. Dlaczego zatem to uczucie tak często niszczy związek? David M. Buss, psycholog ewolucyjny, autor książki „Zazdrość – niebezpieczna namiętność” wyjaśnia to za pomocą teorii mniejszego zła. Błąd polegający na niezauważeniu oznak zdrady pociągał za sobą większe koszty w postaci wydatkowania energii na opiekowanie się cudzymi dziećmi niż błąd polegający na niesłusznych podejrzeniach o zdradę. Ewolucyjnie uzasadniona skłonność do nadmiernej zazdrości nie pojawia się jednak bez powodu. Predysponuje do niej niskie poczucie własnej wartości, traumatyczne wydarzenia z przeszłości – zdrada czy porzucenie, wysoki poziom lęku, zaburzenia erekcji, różnica w atrakcyjności partnerów. Wierność czy niewierność partnerki nie ma tu większego znaczenia.

Kontrola seksualności kobiet wpisana jest w patriarchat od wieków. Jeszcze dziś zdrada kobiety w krajach islamskich to plama na honorze mężczyzny – tak poważna, że jedynie zamordowanie żony może ten honor oczyścić. Aż do roku 1974 w stanie Teksas zabójstwo niewiernej żony nie podlegało karze, jeśli zostało dokonane, nim osoby zamieszane w akt cudzołóstwa opuściły miejsce zbrodni.

Zabicie kochanków, zanim wyszli z łóżka, nie było przestępstwem również w prawie angielskim, gdyż „nie można sobie wyobrazić większej prowokacji niż cudzołóstwo”.

I to wszystko w imię miłości!

  1. Psychologia

Czym jest zazdrość? Kiedy niszczy, kiedy jest naturalna?

Zazdrość, złość, smutek są częścią życia. Zrozumienie ich mechanizmów może spowodować, że nauczymy się sobie z nimi radzić, ale nie przestaniemy ich odczuwać. (Fot. iStock)
Zazdrość, złość, smutek są częścią życia. Zrozumienie ich mechanizmów może spowodować, że nauczymy się sobie z nimi radzić, ale nie przestaniemy ich odczuwać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wszyscy zazdrościmy. Tylko nie chcemy się do tego przyznać. Każdy kiedyś pobił się o zabawkę, pokłócił o chłopaka czy poczuł się wykluczony z jakiejś relacji. – Znacznie gorsze od samej zazdrości jest udawanie, że to uczucie jest nam obce – mówi psycholog Danuta Golec.

Kto najczęściej zazdrości? Paskudna sprawa ta zazdrość. Podobnie jak jej wyższy, wredniejszy stopień – zawiść.
Zawiść jest tak naprawdę niższym i wcześniejszym stopniem zazdrości. Obu słów używamy zamiennie, choć nie do końca oznaczają to samo uczucie. Zawiść jest bardziej prosta, bardziej prymitywna i rozwojowo wcześniejsza. Człowiek odczuwający zawiść jest nieszczęśliwy z tego powodu, że ktoś ma coś, co on też by chciał mieć. Czasem do tego dołącza się pragnienie, by ten ktoś nie miał danej rzeczy lub cechy. To, co różni zawiść od zazdrości, to fakt, że pojawia się w relacjach dwuosobowych, czyli: ja kontra ktoś jeszcze. Zawiść łączy poczucie nieszczęścia i niesprawiedliwości z niechęcią do danej osoby, nie dlatego, że jest zła, ale dlatego, że jest dobra, bo coś ma. To – można powiedzieć – normalny wymiar zawiści. W stanie nasilonym, czyli patologicznym, możemy nawet chcieć, by wspomnianej osobie stała się krzywda.

Czym jest zazdrość ludzka i czym w takim razie się wyróżnia?
Po pierwsze, odczuwamy coś w rodzaju lęku, podejrzliwości lub strachu, że albo już straciliśmy, albo dopiero stracimy kogoś bliskiego (to zawsze dotyczy osoby) lub jego uczucie na rzecz kogoś innego. Po drugie, towarzyszy temu poczucie bycia gorszym. Trzeci komponent to nienawiść do rywala. W zazdrości występuje bowiem relacja trójosobowa. Pod tym względem zazdrość jest rozwojowo wyższa od zawiści. W rozwoju człowieka najpierw dochodzi do relacji dwuosobowej: matka–dziecko, kiedy pojawia się zawiść dziecka o rzeczy, które ma matka (np. mleko), a potem do relacji trójosobowej, kiedy wyraźniej zaakcentowuje się rola ojca i dziecko robi się zazdrosne o wykluczenie z relacji, jaką zaczyna dostrzegać między matką a ojcem.

Ale oba uczucia, zazdrości i zawiści, też wiele łączy.
Oba są „w wyposażeniu” każdego człowieka. Rodzimy się z predyspozycją do ich odczuwania. To normalne, a nawet potrzebne, dopóki nie przekroczy pewnych granic, nie zacznie szkodzić nam lub innym. W dorosłym życiu zarówno zawiść, jak i zazdrość nigdy nie są wywołane tylko bieżącą sytuacją. Zawsze aktywują coś z przeszłości. I w zależności od tego, jak bardzo traumatyczne było to, co się zdarzyło dawno temu, różnie sobie z nimi radzimy. Jedni, widząc kogoś, kto pruje przez miasto superdrogim samochodem, pomyślą: „ale świetne auto”, inni: „pewnie je ukradł”, a jeszcze inni: „kurde, też sobie kiedyś takie kupię”. Są też tacy, u których może pojawić się chęć zniszczenia auta. I ten stopień zawiści jest najbardziej destrukcyjny.

Ale zawiść może być też konstruktywna?
Melanie Klein, XX-wieczna psychoanalityczka, twierdziła wręcz, że oba uczucia są warunkiem rozwoju, jeśli nawet nie przeżycia jednostki. Jej zdaniem dziecko rodzi się z potencjałem do odczuwania zawiści, bo samo z siebie nie ma mnóstwa rzeczy. Matka ma wszelkie dobra, ono nie ma nic. Dlatego musi odczuwać zawiść, by przeżyć. Dziecko ma małą zdolność do tolerowania frustracji z powodu tego, że czegoś nie ma, a za tym idzie jeszcze inna cecha, którą Klein nazywa zachłannością, a którą bardzo propaguje nasza kultura. Mamy więc wrodzoną skłonność plus podbicie kultury, a jeśli do tego dojdą jeszcze specyficzne warunki, w których dziecko się wychowywało, czyli atmosfera deficytu albo deprywacji podsycająca jego głód, to w dorosłym życiu u takiej osoby może wytworzyć się gigantyczna zawiść. Choć ma wiele, ciągle nienawidzi tych, którzy mają jeszcze więcej.

A zazdrość ludzka? Też jest nam potrzebna do przeżycia?
Badacze ewolucji są zgodni: osobniki nie odczuwające zazdrości nie są naszymi przodkami. Dobór naturalny preferował zazdrośników, bo byli skuteczniejsi w podtrzymywaniu gatunku. Przy czym mężczyźni i kobiety mieli w tym trochę odmienne interesy. Samiec, żeby przekazać swoje geny, musi mieć przekonanie, że samica jest mu wierna. Dlatego mężczyźni są zazdrośni o seks. Kobiety nie mają raczej wątpliwości, czy dziecko jest ich, dlatego one są bardziej zazdrosne o więź i bezpieczeństwo emocjonalne. Bo jeśli ojciec dziecka nawiąże relację z inną kobietą, to matka i dziecko stracą żywiciela i opiekuna.

Przymus przekazywania własnych genów sprawił, że w człowieku rozwijały się różne zachowania. W przypadku mężczyzn była to zazdrość seksualna, jak też rozwiązłość, czyli pęd do zapładniania wielu samic. Kobiety są z kolei nastawione na znalezienie dobrego dawcy genów i dobrego opiekuna dla potomstwa. Problem polega na tym, że nie zawsze jest to ta sama osoba. Na tym polega dość powszechny fenomen związków, w których mężczyźni – najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy – wychowują nie swoje dzieci. Jest teoria, która mówi, że ewolucyjnie – zgodnie z własnym interesem – mężczyźni wykształcili w sobie umiejętność oszukiwania, a kobiety – także we własnym interesie – umiejętność wychwytywania oszustwa. I tak ze sobą pogrywamy.

Czyli fala emocji związana z uczuciem zazdrości, jaka pojawia się w nas na widok partnera zatopionego w rozmowie z atrakcyjną kobietą, jest pewnego rodzaju spadkiem po przodkach?
Tak, jest automatyzmem, czymś poza rozumem. Ogarniają nas wtedy tzw. emocje gada, bardzo pierwotne. Współczesna kultura mówi dużo o tym, że partnerzy powinni dawać sobie przestrzeń, być dla siebie wyrozumiali, tolerancyjni, jednak jak przyjdzie co do czego, okazuje się, że nie panujemy nad sobą.

Ale geny to jedno. Do tego dochodzą jeszcze nasze doświadczenia, bardziej lub mniej uświadomione. Chociażby z dzieciństwa. Jeśli rodzice wychowują dziecko – niezależnie, czy ma rodzeństwo, czy nie – jakby było królem, to może mu być potem trudno poradzić sobie z zazdrością. Pierwszym swoistym treningiem w tej kwestii jest rozwiązanie konfliktu edypalnego, drugim – socjalizacja, czyli moment, kiedy dziecko idzie do przedszkola czy szkoły. Tam ma szansę nauczyć się radzić sobie z rywalizacją między rówieśnikami w niedestrukcyjny sposób.

Można osiągnąć taki stopień oświecenia, że przestaniemy w ogóle odczuwać zazdrość według psychologii?
Były takie eksperymenty, ale wszystkie zakończyły się niepowodzeniem. To naiwna wiara w to, że można stworzyć świat, w którym będziemy wolni od czegoś, co nas pozostawia z poczuciem niewygody. Nikt się nie czuje przecież dobrze po napadzie zazdrości – tak jakby się trochę ubłocił. Moim zdaniem cierpienie, złość, smutek i zazdrość są częścią życia. Zrozumienie ich mechanizmów może spowodować, że nauczymy się sobie z nimi radzić, ale nie przestaniemy ich odczuwać. Bardziej szkodliwe niż odczuwanie zazdrości, która może być i zdrowa, jeśli trzyma się w normie – jest udawanie, że to uczucie jest nam obce.

Nie ma miłości bez zazdrości?
Wierność ma sens tylko w obliczu pokus. Jeżeli ktoś uważa, że jego takie pokusy nie dotyczą, to stosuje mechanizm zwany zaprzeczeniem. Bo pokusy się pojawiają i będą pojawiać, co nie znaczy, że mamy za nimi podążać. Ktoś, kto się ich wypiera, oprócz zaprzeczenia stosuje również inny mechanizm – projekcji na drugą osobę. Będzie wtedy postrzegał każdy, nawet czysto grzecznościowy przejaw flirtu partnera, jako zdradę. I to jest baza do rozwoju patologicznej zazdrości. Już Freud pisał o tym, że kultura dopuszcza bezpieczny, niewinny flirt poza stałym związkiem jako rodzaj wentyla bezpieczeństwa, który pozwala opanować naturalną potrzebę szukania innych partnerów. Jeśli ktoś nie ma na to zgody, to zaprzecza swojemu człowieczeństwu.

Inna baza do rozwoju patologicznej zazdrości to niezdolność do przeżywania prawdziwej miłości. Jest taki świetny cytat z „Braci Karamazow” Dostojewskiego: „Zakochać się to nie znaczy kochać. Można się zakochać i nadal nienawidzić”. Żeby ze stanu zakochania rozwinęła się prawdziwa miłość, człowiek musi mieć w sobie taki rodzaj dojrzałości, która widzi drugiego człowieka jako odrębną osobę i pozwala jej na autonomię i niezależność. Chorobliwa zazdrość to rodzaj pętli, która stopniowo się zaciska: zazdrość pociąga za sobą wstyd, że jestem niekochana, ten z kolei powoduje jeszcze większą zazdrość, a ta – jeszcze większy wstyd. A wstyd jest dodatkowo zasilany przez niskie poczucie własnej wartości. Podsumowując, zazdrość patologiczna to powtarzająca się sekwencja uczuć, z których dominujące są wstyd i poczucie winy, połączone z nieprzyznawaniem sobie prawa do ich odczuwania. Nic dziwnego, że często prowadzi to do tragedii. Pojawia się nienawiść: do dopuszczającej się zdrady – mniej lub bardziej wyimaginowanej – bliskiej osoby, do rywala lub rywalki i na końcu do siebie – za to, że odczuwam zazdrość.

Jak znaleźć równowagę między wyłącznością a dzieleniem się? W miłości i w innych dziedzinach życia.
Tego właśnie powinni uczyć nas rodzice, od najmłodszych lat. Choć w miłości może być o to najtrudniej. Prawda jest taka, że miłość jest jak świeca, nie gaśnie, jeśli odpalisz od niej drugą. Miłość jest podzielna i pojemna: w jej obrębie może się mieścić nie tylko miłość do partnera, ale i do dzieci, przyjaciół czy innych członków rodziny, z zaznaczeniem, że są zachowania zarezerwowane dla każdej z tych relacji. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie jest zdolny do rywalizacji, choćby o partnera czy inne dobra w życiu, to też nie jest to dobre.

Danuta Golec
psycholog, psychoterapeutka psychoanalityczna, członkini Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej, tłumaczka, wydawca.