1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Cel w życiu mężczyzny: kiedy prowadzi do zniewolenia?

Cel w życiu mężczyzny: kiedy prowadzi do zniewolenia?

Ambicja może być drogowskazem, ale bywa, że rujnuje życie. Dlatego warto wyzwolić się z tyrani celów. (Fot. iStock)
Ambicja może być drogowskazem, ale bywa, że rujnuje życie. Dlatego warto wyzwolić się z tyrani celów. (Fot. iStock)
Cele w życiu? Warto je mieć. Ale trzeba uważać, bo czasem „przestają być drogowskazem, pasją, a stają się bezwzględnym panem poganiającym niewolnika. Cele powinny być dla nas, a nie my dla nich” – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Bez celu i działania on jest całkowicie zgubiony, marnieje w oczach – mówią kobiety, obserwując mężczyzn. Gdy jednak on ustala cele i podejmuje działania, aby je osiągnąć, a mimo to nie widzi efektów tych starań, cierpi. Nie rozumie, co robi nie tak.
My, mężczyźni, zbyt często bywamy niewolnikami swoich celów. Ulegamy ich tyranii. One są, oczywiście, ważne, ponieważ wyznaczają kierunek dążeń, porządkują życie. Jednak mam wrażenie, że trzymamy się ich zbyt sztywno i kurczowo. Gdy przestają służyć realizacji naszego potencjału, a zaczynają pełnić funkcję zastępczą, żyć własnym życiem, szkodzą nam zamiast nas wzmacniać.

Na przykład?
Taki skrajny przypadek, który jednak dobrze ilustruje ten mechanizm. Jeden z moich klientów sformułował swój cel następująco: „Gdy zarobię milion dolarów, poczuję się jak prawdziwy mężczyzna”. To wcale nierzadkie. Mężczyźni zakładają, że realizując jakiś cel – finansowy, materialny, zawodowy czy sportowy – będą mogli o sobie dobrze pomyśleć. Sprawdzą się jako mężczyźni. Popatrzą sobie w oczy w lustrze i powiedzą: „Zrobiłeś to! Jesteś spełniony! Należysz do elity! Teraz możesz już podnosić poprzeczkę!”.

Mężczyzna, który postawił sobie za cel zarobienie miliona dolarów, nie dopiął swego. Musiał sprzedać przedsiębiorstwo, ponieważ zmieniły się warunki rynkowe, zaczął podupadać na zdrowiu. Milion dolarów jako męskie spełnienie to są klapki na oczach konia, który ma nie widzieć tego, co dookoła. Hipnotyzujemy się takimi celami…

…wierząc, że naprawdę dadzą spełnienie?
Spełnienie siebie także jako partnera i ogólnie jako człowieka. A więc spełnienie ma zależeć od arbitralnie narzuconych sobie czynników zewnętrznych. Gdyby tak było, wszyscy milionerzy byliby szczęśliwymi mężczyznami. Pracowałem z wieloma biznesmenami około trzydziestki, którzy osiągnęli materialny sukces: samochody tylko klasy premium, apartamenty tylko w prestiżowych lokalizacjach, wyjazdy na krańce świata. A w głębi poczucie pustki, nieszczęścia, niespełnienia. Związki w ruinie. „Czuję się tak, jakbym już przeżył życie, nic mnie nie cieszy” – powiedział jeden z nich. Szukał pomocy. Na tym właśnie polega tyrania celów. Przestają być dla nas drogowskazem, pasją, a stają się bezwzględnym panem poganiającym niewolnika.

Tymczasem to nieszczęście nie przychodzi z zewnątrz; mężczyzna sam wyznacza sobie takie cele.
To jest ważny moment: gdy niedoszły milioner uświadomił sobie, że nikt nie podsunął mu tego szalonego pomysłu, tylko sam go wymyślił, mógł pójść dalej, zdjąć klapki z oczu, rozejrzeć się dookoła i zobaczyć, ile osiągnął. Udana rodzina, dobre relacje z żoną i z dziećmi, dom, samochód, zabezpieczenie finansowe na przyszłość – docenienie tego, co już się udało, pozwoliło sformułować nowe cele, tym razem w oparciu o wewnętrzne, a nie zewnętrzne priorytety.

To brzmi jak porzucenie marzenia o „byciu kimś”.
Rzeczywiście, mężczyźni chcą „być kimś”, czyli pragną kariery i prestiżu. Warto jednak doprecyzować, co to znaczy „być kimś”, ponieważ to sformułowanie często odnosi się do poczucia własnej wartości, samoakceptacji i pewności siebie. Gdyby mężczyzna akceptował siebie i czuł się ze sobą dobrze, to czy w dalszym ciągu miałby motywację, aby dążyć do prestiżu? Najczęściej gdy odkrywamy poczucie własnej wartości poza karierą i prestiżem, zaczynają mieć znaczenie inne sprawy niż dotąd: przyjaźń, związek, hobby, pasje. Wtedy tak zwane bycie kimś traci na atrakcyjności. Rozpoznajemy je jako pewną koncepcję, której ulegamy, skazując się na przymus: „Muszę to zrobić, żeby być kimś”. Jest jeszcze jedna pułapka, której zazwyczaj nie jesteśmy świadomi: rozglądanie się wokoło i porównywanie z innymi.

To może być rozumiane jako przejaw dobrej ambicji.
Rozmawiam z mężczyzną, który skończył brytyjską szkołę biznesową i od kilku lat pracuje w dużej międzynarodowej korporacji. Był zadowolony do czasu, gdy jego koledzy, którzy w innych firmach zajęli stanowiska prezesów i dyrektorów, zaczęli tłumaczyć mu, że marnuje życie, bo tak naprawdę niczego jeszcze nie osiągnął. Jeśli myślimy, że powinniśmy być dyrektorami czy prezesami, to znaczy, że staliśmy się własnością naszego zawodu. Przecież cele są dla nas, a nie my dla nich. Inny przypadek – menedżer wysokiego szczebla w dobrze prosperującym przedsiębiorstwie słyszy od członków rodziny, że powinien już mieć rozkręconą własną firmę, inwestować w siebie, a nie „pracować na cudzym”.

Mężczyźni biorą do serca takie sugestie?
Przejmują się nimi. Sięgają po książki z psychologii biznesu, żeby nauczyć się być bardziej ambitnymi. A w tych książkach czytają: wyznacz cele, zaplanuj, motywuj siebie, podejmuj działania. Starają się tak postępować, ale bezskutecznie. Szukają pomocy, ponieważ ich poczucie własnej wartości dramatycznie spada. Uruchamia się poczucie winy: „Wszystko mam: cel, narzędzia, sposoby, ale nie działam”. Jedyny wniosek, jaki przychodzi im do głowy, to to, że coś jest z nimi nie w porządku.

A to po prostu efekt ulegania głosom z zewnątrz?
Niewielu mężczyzn ufa wewnętrznemu głosowi, pragnieniom i priorytetom. Poznałem młodego człowieka, któremu ważni dla niego ludzie mówili, że powinien zostać księdzem. Gdy zajrzał w głąb siebie i zapytał, czy to droga dla niego, odpowiedź przyszła natychmiast. „W wyobraźni zobaczyłem wolną przestrzeń, bujną naturę i zrozumiałem, że nie odnajdę się w kościelnej hierarchicznej organizacji”. Często ci, którzy nam doradzają, mówią o własnych preferencjach. Podpowiadają w najlepszej wierze, ponieważ dobrze nam życzą, jednak kierują się swoimi kryteriami oceny. Albo projektują na nas niespełnione marzenia.

Sugestie przyjaciół mogą też inspirować, motywować do działania.
Warto z nich korzystać, gdy wybudzają nas z letargu, dają energię: „Rzeczywiście, to ciekawe, dotąd tak nie myślałem!”. Czy sugestie przyjaciół rezonują z nami? Co podpowiada intuicja? Jak reaguje ciało? Czy pojawiają się dreszcze ekscytacji? Jeśli tak, to sygnały potwierdzające, że usłyszeliśmy coś w sam raz dla siebie.

U mężczyzny intuicja rzadko ma siłę przebicia. Bardziej liczą się osiągnięcia. (Fot. iStock) U mężczyzny intuicja rzadko ma siłę przebicia. Bardziej liczą się osiągnięcia. (Fot. iStock)

Wewnętrzny głos wydaje się czymś enigmatycznym, nieokreślonym.
Tak, większość mężczyzn nie uświadamia sobie własnej wrażliwości na wewnętrzne powołanie, wezwanie: „Tak, to twoje, tego właśnie potrzebujesz”. Znawca mitów Joseph Campbell w książce „Bohater o tysiącu twarzy” zwraca uwagę na mity związane z życiową podróżą. Ich istotą są wezwanie, potrzeba dokonania czegoś ważnego, realizacja zadania. Archetyp podróży bohatera związany jest z męskimi wzorcami wojownika, podróżnika, myśliwego, odkrywcy. Nie można bezkarnie odrzucić wezwania. Rezygnacja z prawdziwych pragnień, z powołania dużo kosztuje, skutkuje poczuciem frustracji, przegranej, niezadowolenia z życia.

W jaki sposób powołanie przekształcić w cel?
Powołanie to wewnętrzny nakaz: „Wyjdź z miejsca, które znasz, opuść bezpieczny teren. Idź po złote runo”. Cel jest tym złotym runem. Chodzi o to, aby mu zaufać, ponieważ jest nasz, prawdziwy. Po drodze może pojawić się wiele przeszkód. Bohater wyrusza w podróż, ponieważ zaakceptował powołanie, jednak po drodze napotyka demony, czyli na przykład głosy wewnętrznego krytyka, wątpliwości, poczucie beznadziei. Spotyka także sprzymierzeńców. Jeśli skorzysta z ich wsparcia, okaże się, że przeszkody można zamienić w zasoby. Inspirujący jest tu mit o podróży Odyseusza. Odys zbłądził, podążył za śpiewem syren, na jakiś czas stracił kierunek. Syreny, czyli te zewnętrzne głosy, którym ulegamy, nawołują: „Chodź do nas, my mamy upragnione miliony, karierę, prestiż, sławę, władzę”. Odyseusz nie mógł uwolnić się od głosów syren do tego stopnia, że towarzysze podróży przywiązali go do masztu. Został tak silnie uwiedziony, że zerwał więzy i dopłynął do wyspy nimfy Kalipso, gdzie ugrzązł wraz z załogą na długi czas. Pogrążyli się w iluzjach, stracili czas, siły, energię, zanim Odys mógł wrócić na właściwy kurs wiodący do Itaki, do domu, do żony Penelopy i syna.

Jednak powołanie się zmienia.
I wtedy wyruszamy po kolejne złote runo. Tyrania celów, o której mówimy, dotyczy także uporczywego przywiązania do przeszłych zamierzeń i nieuznawania faktu, że wszystko się zmienia: my sami, nasze życie i świat wokół nas. Przemiany są czymś naturalnym. Coś, co kiedyś było ekscytujące, obojętnieje, przemija. Gdybyśmy chcieli pozostać jedynym niezmiennym elementem i takim uczynić nasz cel, to byłoby szaleństwo. Nasze życie to nieustające podróże bohatera. Wciąż na nowo z głębi nas wyłaniają się fascynujące wyzwania. Mężczyzna, który przez 20 lat był dyrektorem przedsiębiorstwa handlowego, pragnie założyć własną firmę agroturystyczną, ponieważ zachwycił się górami, pięknem natury, przestrzenią. W jego życiu zaczyna się kolejna podróż.

Jak zaufać nowemu powołaniu?
Ono zawsze poszerza nasze horyzonty. Nic nie zostaje zaprzepaszczone. Uruchamiając firmę agroturystyczną, ten mężczyzna wykorzystuje swoje kompetencje, umiejętności i wszelkie zdobycze z poprzedniego etapu drogi zawodowej. Umie zarządzać własną energią życiową, finansami, motywować współpracowników. Ale jest jeszcze coś. Często lekceważymy tzw. szalone podszepty wewnętrznego głosu. Na przykład intuicja podpowiada mi, że dobrze byłoby nauczyć się grać na instrumencie. Przypominam sobie, że w dzieciństwie chciałem być pianistą. Dlaczego nie podjąć tego wyzwania? Dlaczego nie nauczyć się grać na pianinie w takim stopniu, aby sprawiać sobie przyjemność? Poza tym to doskonały sposób na odmłodzenie mózgu – uczymy się czegoś nowego, ćwiczymy elastyczność, zmienia się nasze postrzeganie tego, co możliwe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak znaleźć pomysł na siebie? Radzi trenerka Iwona Firmanty

Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Czujesz, że dotychczasowe miejsce pracy już ci nie służy? Najwyższy czas rozejrzeć się za nowym pomysłem na siebie. Jak się do takiej zmiany odpowiednio przygotować, by nie podjąć decyzji zbyt pochopnie? I jak sprawdzić, czy nowe zajęcie, które sobie wymarzyłaś, rzeczywiście jest dla ciebie?

Powody chęci zmiany mogą być różne – kryzys w branży i wieści o kolejnych zwolnieniach kolegów po fachu, pogłoski w firmie o redukcjach lub zamknięciu naszego działu albo poczucie frustracji z powodu szklanego sufitu. Niezależnie od tego, jaki jest twój punkt wyjścia, jedno w takiej sytuacji jest pewne – że masz poczucie, że stare buty zaczęły cię uwierać i chcesz wymienić je na nowe. Tylko jak przekuć to doświadczenie w pozytywną sytuację – czyli zamiast szukać czegoś po omacku, znaleźć nowy pomysł na siebie, a może nawet „stworzyć” swoją pracę marzeń?

– Sytuacja pod tytułem „Chcę stworzyć plan B, ale nie mam pomysłu na nową siebie” to bardzo częsty problem, z którym zgłaszają się do mnie klienci. Szczególnie dotyczy to ludzi z pokolenia X, ponieważ w polskiej rzeczywistości jeszcze 15–20 lat temu nie uczono młodych tego, jakimi powodami kierować się przy wyborze określonego zawodu – mówi coach i trenerka umiejętności osobistych Iwona Firmanty. – W takich historiach często powtarza się pewien schemat, np. dziewczyna, która świetnie nadawałaby się do marketingu, bo ma wspaniały kontakt z ludźmi, trafia na ekonomię i potem ląduje w firmie, która ją zabija wewnętrznie. Szczególnie jeżeli otoczenie mówi jej: „Zostaw, nie zmieniaj, to dobra firma, dobra marka, dobre stanowisko”.

Strategia Sześciu kapeluszy de Bono

Nieznajomość siebie i własnych zasobów to pierwsza bariera hamująca na drodze do trafnego przedefiniowania siebie na nowo. Drugą często są emocje, które włączają się szczególnie w sytuacji nagłych zmian w otoczeniu i powodują, że zamiast na chłodno ocenić swoje kompetencje i opracować nowy scenariusz, nakręcamy się czarnymi wizjami i przez to osłabiamy samych siebie.

Iwona Firmanty wspomina szkolenie, podczas którego jej klienci dostali informację pocztą pantoflową, że w ich organizacji szykują się degradacje i zwolnienia na wyższych szczeblach. W chwili kiedy rozeszła się pogłoska o cięciach, wszystkich ogarnął strach – przed tym, co się dalej stanie i jak sobie poradzą. Nagle poczuli utratę bezpieczeństwa, choć do tej pory byli przekonani, że w ich branży nagłe zmiany nikomu nie grożą.

– Przeprowadziłam wtedy z grupą strategię sześciu kapeluszy de Bono. Ta metoda polega na spojrzeniu na problem z sześciu stron, w zależności od tego, jaki kapelusz założymy symbolicznie na głowę – opowiada coach.

I tak w sytuacji bardzo emocjonalnej zaczyna się od kapelusza czerwonego, który odpowiada za uczucia, impulsywność. Tutaj wylewamy wszystkie emocje: „Czuję się przerażona”, „Jestem frustrowana i przybita”. Jeżeli emocje są na tyle silne, że włącza się krytykowanie, oskarżanie innych, przechodzimy do kapelusza czarnego – odpowiadającego za negatywizm. Tu można z siebie wyrzucić myśli typu: „To niesprawiedliwe, jak oni mogli nas tak potraktować?!”, „No ładnie, teraz wyląduję bez pracy i z kredytem”. Następny jest kapelusz biały – czyli poziom neutralnych faktów typu: „Nie wiem, czy ta informacja jest prawdziwa, będę mogła ją zweryfikować dopiero w poniedziałek”. Później kapelusz żółty, czyli stacja optymizmu – a więc pozytywne nastawienie do nadchodzącej zmiany. I następnie kapelusz zielony, który odpowiada za nowe możliwości: „Co mi może dać ta sytuacja? Do czego mnie zmobilizuje?”. Ostatni jest kapelusz niebieski – czyli planowanie rozwiązania ze szwajcarską precyzją.

Iwona Firmanty opowiada, że na etapie zielonego kapelusza jednej z uczestniczek szkolenia wyklarował się pomysł na własny biznes – dziewczyna w chwilach stresu piekła wieczorami ciasta, które przynosiła potem do pracy, pod wpływem namowy kolegów postanowiła przekuć swoje hobby w działanie komercyjne – i założyć własny punkt ze zdrowymi domowymi wypiekami.

Uszyj sobie nowe buty: czas na przebranżowienie

Dobrze, tylko jak dotrzeć do swojego potencjału w sytuacji, gdy wiemy, że nie chcemy już robić tego, co do tej pory, ale zupełnie nie mamy nowego pomysłu na siebie?

Iwona Firmanty radzi, żeby zacząć od zebrania wszystkich swoich zawodowych złotych monet, czyli od zastanowienia się, jakie osiągnięcia mamy już na swoim koncie i o czym możemy powiedzieć, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy.

– Zazwyczaj w takiej sytuacji pracę z klientem zaczynam od matrycy kompetencji. Dana osoba ocenia swoje zasoby na dzień dzisiejszy. Wyłania się z tego obraz, w czym jest mocna, co do tej pory wypracowała. I to może być pierwsza wskazówka na temat tego, w którą stronę się kierować.

Jak radzi trenerka, następna rzecz, na której powinniśmy się skupić, to zastanowić się, co takiego potrafimy robić, co może przydać się ludziom. – W dzisiejszych zabieganych czasach zarabia się albo na odciążaniu innych czy też przeciwdziałaniu lenistwu, albo na sprzedawaniu przyjemności – dodaje Iwona Firmanty.

Chodzi o to, żeby spojrzeć na siebie trochę bardziej kreatywnie – masz lekkie pióro, umiejętności copywriterskie, a nie chcesz dłużej pracować na etacie w wydawnictwie? Twoje umiejętności mogą się przydać osobom, które mają wiedzę, odniosły sukces w swoim fachu i marzą o napisaniu książki, a nie mają czasu, żeby usiąść i spisać swoje przemyślenia. A może interesujesz się zdrowym stylem życia, czytasz specjalistyczne książki – pomyśl o założeniu bloga, który będzie motywował innych do wprowadzania zdrowych nawyków.

Druga opcja to sięgnięcie do dzieciństwa i próba odkurzenia swoich pasji – co lubiłam kiedyś robić? Co mi zawsze sprawiało przyjemność? Może np. zawsze chciałam pomagać innym, ale zamiast na wymarzoną psychologię za namową rodziny poszłam na rachunkowość? Warto na chwilę przyciszyć głos rozsądku i przypomnieć sobie, co nas tak naprawdę zawsze kręciło, przychodziło z lekkością i sprawiało radość. Albo skupić się na bieżących pasjach: – Jeżeli mamy osobę, która wykonuje swój zawód jako tako, żeby mieć tylko na rachunki, ale np. ma pasję rowerową, to może się okazać, że jeżdżąc hobbystycznie np. 200 km dziennie, może zdobyć sponsorów – mówi Iwona Firmanty. – Mając sponsorów, może z kolei zarabiać na testowaniu rowerów, koszulek itp. Jeżeli chcemy zarabiać na swojej pasji, to bosko, tylko zróbmy to w taki sposób, żeby nam ona nie obrzydła – przestrzega trenerka.

Personal branding: Wyciśnij cytrynę do cna

Fajny pomysł na siebie to już dużo, ale trzeba jeszcze zadbać o to, żeby nie rzucić się przedwcześnie na głęboką wodę. Iwona Firmanty radzi, żeby zanim odejdziemy ze starej firmy, wykorzystać ją jeszcze do zbudowania swojego wizerunku, czyli do personal brandingu. – Świadomi własnej wartości, będziemy lepiej rozdawać karty, nieważne, czy planujemy zmianę branży, firmy czy przejście na freelancing – mówi Iwona Firmanty. – Dlatego póki jesteśmy jeszcze w organizacji, zbierzmy wszystkie dowody społeczne na to, że byliśmy i jesteśmy świetni, przynieśliśmy określony zwrot z inwestycji, a zatem jesteśmy cennymi fachowcami.

A zatem spisujemy wszystkie dotychczasowe osiągnięcia, żeby stworzyć mapę swoich sukcesów. To mogą być dyplomy, pochwały czy nawet projekty, które niekoniecznie przełożyły się na pieniądze, ale pozwoliły zdobyć fajne doświadczenie. – Następnie robimy „instrukcję obsługi” osób, przy których powinniśmy się wykazać takimi kompetencjami, żeby stały się naszymi osobami referencyjnymi – mówi Iwona Firmanty.

Nic tak nie uwiarygodni naszej marki, jak lista osiągnięć i pozytywne opinie wystawione w dotychczasowym miejscu pracy – i to niezależnie od tego, czy będziemy chcieli później pokazać się od najlepszej strony przed HR-owcem podczas rekrutacji do innej firmy, czy będziemy promować w Internecie swoje usługi jako freelancer.

Dobrym pomysłem jest też wykorzystywanie obecnej firmy do zdobycia kompetencji potrzebnych w nowym miejscu. – Można pójść do szefa i zaproponować, że chcemy zrobić dla niego nieodpłatnie coś, co przyda nam się w nowej branży – np. marzymy o pracy w szkoleniach, nie mamy doświadczenia, ale proponujemy szkolenie dla naszych kolegów z pracy – mówi Iwona Firmanty. – To nic, że zrobimy je za darmo – potraktujmy to jak inwestycję, która zwróci się z nawiązką w przyszłości. Możliwość wystąpienia przed grupą, sprawdzenia siebie jest bezcenna.

Inny pomysł to pomoc kolegom z sąsiedniego działu, np. pracujemy w dziale finansów, a ciągnie nas do marketingu – pójdźmy i spytajmy, czy nie przyda się dodatkowa osoba do jakiegoś projektu. Dla nich to bonusowa siła robocza, a dla nas cenny wpis do CV.

Nie odpuszczaj na finiszu

Ostatni etap to przeniesienie pomysłu z fazy wizji do etapu realizacji. – Osobom, które chcą założyć własny biznes, rekomenduję rozwiązanie, że jestem w jednej firmie, a buduję kolejną – mówi Iwona Firmanty. – Ja ten model przeszłam i się sprawdził, bez żadnych kredytów czy finansowego wsparcia osób z zewnątrz – z ciężkiej pracy mojej i zespołu ludzi, którzy mi zaufali. Kiedy inni kończyli swój dzień pracy, u mnie zaczynał się drugi etat. I wtedy nie było opcji, że się nie chce. Była chęć działania i motywacja zadbania o coś swojego, co dzisiaj jest moim źródłem dochodu i pozwala zatrudniać zespół świetnych ludzi.

Jak podkreśla Iwona Firmanty, w momencie gdy szefostwo już wie, że mamy plan B, nie powinniśmy odpuszczać, tylko tym bardziej pokazać, że jesteśmy kompetentnymi i odpowiedzialnymi ludźmi: – Każdy, kto zarządza firmą, ma podstawowy cel – zwrot z inwestycji. I owszem, może kogoś lubić, ale jeżeli ten ktoś chce odejść, to szef chce mieć pewność, że nie będzie miał luki kadrowej.

Szycie nowych butów, czyli kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie – uruchamiając wewnętrznego wizjonera, czyli zaprzęgając wyobraźnię do stworzenia nowych celów, możemy odkryć całkiem nowe lądy, których zupełnie się po sobie nie spodziewaliśmy. I tylko od nas zależy, co zrobimy ze  swoim odkryciem dalej – przejdziemy do realizacji czy pozostaniemy na etapie snucia marzeń.

Iwona Firmanty, trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. 

  1. Psychologia

Jak pomóc samemu sobie? Autocoaching

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Po raz kolejny nie udało ci się wytrwać w decyzji, by regularnie biegać? Nawet nie pamiętasz swoich noworocznych postanowień? Próba wprowadzenia zdrowszej diety znowu spełzła na niczym? To znak, że masz problem z realizacją swoich planów. Możesz poprosić o pomoc coacha albo zgodnie z zasadą „zrób to sam” zostać swoim własnym trenerem. Na początek wystarczy uwierzyć, że możesz się zmienić.

Coach to ktoś, kto ma nam pomóc w uwolnieniu potencjału i wprowadzeniu zmian w naszym życiu, a także ułatwić osiągnięcie wybranych przez nas celów. Jak to wygląda w praktyce? Coach zadaje pytania, żeby skłonić swojego klienta do szukania odpowiedzi, samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Czy zgodnie z modną ostatnio na świecie, a od czasów PRL-u w Polsce, filozofią DIY (do it yourself, czyli zrób to sam) można zostać swoim własnym trenerem, takim Adamem Słodowym osobistego rozwoju? Na pewno warto spróbować, stawka jest wysoka, kto by nie chciał osiągać własnych celów, poprawić swojej motywacji i skuteczności.

Prosto do celu

Trudność polega na tym, że autocoaching to samodzielne wypracowanie planu działania. Naszym zadaniem jest stawianie sobie pytań, tylko jakich? O odpowiednie narzędzia pracy ze sobą podpytuję zajmujące się coachingiem, konsultingiem i mentoringiem Katarzynę Ramirez-Cyzio i Dagmarę Miąsek.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Pierwszym i najważniejszym krokiem jest określenie celu, nawet jeśli on nie jest wyrażony wprost („Tego nie chcę” znaczy przecież, że czegoś chcę w zamian). To może być na przykład jakiś problem do rozwiązania, który przeformułujemy na cel. Dobrze wyobrazić sobie, jak to będzie, gdy ten cel już zrealizujemy. Pozwoli nam to dokonać wstępnego sprawdzenia, czy to przypadkiem nie jest cel pozorny (np. uwewnętrznione oczekiwania innych). Pobudzi też do refleksji nad tym, jak jest, a jak chcę, żeby było. Podobnie działają pytania doprecyzowujące. Jeśli ktoś chce „być dobrym ojcem”, dobrze dookreślić ten przymiotnik. Zastanowić się, co to znaczy i jak to będzie, jak już nim się stanie, co się zmieni. Gdy ktoś mówi: „Chcę więcej biegać”. Zastanawiamy się: „Więcej, czyli ile?”. A potem: „Jak często? Gdzie?”. Po takim doprecyzowaniu czasem człowiek zauważa, że jednak właściwie nie chodzi mu o bieganie, tylko na przykład o to, żeby być zdrowym, a o zdrowie można zadbać na różne sposoby.

Pytania o cel: Czego chcę? Do czego w życiu dążę?, powinny nas skłonić do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne.

Dagmara Miąsek: – Bo jedno to jest mierzalny i dookreślony cel, a drugie to wartości: Po co chcesz biegać? Co dzięki temu będziesz miał, a co stracisz? Tych pytań może być wiele, ale tu chodzi o dojście do tego, jakie korzyści stoją za naszym celem. Co zyskam, jeśli coś w swoim życiu zmienię, czy bilans zysków i strat wprowadzania danej zmiany jest dla mnie korzystny?

Porozmawiaj – ze sobą

Budowaniu samoświadomości sprzyjają ćwiczenia medytacyjne i trening mindfulness. Bycie obecnym w sobie, uważność na to, co się dzieje dookoła, ale także w nas samych, to podstawa. Trenerki z Pracowni Satysfakcji mówią, że taką uważność najprościej uruchomić z poziomu ciała. Proponują proste ćwiczenie – podczas rozmowy koncentrować uwagę nie tylko na relacji z drugą osobą, ale też na własnych odczuciach: czy mi gorąco, co robi moja lewa noga itp. Kolejnym ćwiczeniem może być świadome skupienie na ciele podczas wykonywania prostych fizycznych czynności, takich jak zmywanie albo kopanie w ogródku.

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. Ludzie bardzo często unikają takiej refleksji, bo boją się, że poczują brak satysfakcji i nie będą wiedzieli, co z tym dalej zrobić. Wybierają więc życie w pędzie, na autopilocie, bo obecny stan rzeczy jest znany i oswojony. Jeśli chcę stosować autocoaching, muszę się zatrzymać, sprawdzić, w którym miejscu swojego życia aktualnie się znajduję, co mi się podoba, a co przeszkadza. Innymi słowy każdego dnia zadawać sobie pytanie o to, czy chcę być tu, gdzie jestem. Czy mam radość z tego, czym się zajmuję.

Przekonanie podlega zmianie

Warunkami coachingowej pracy z samym sobą są dyscyplina i uczciwość wobec samego siebie. Kiedy już nazwiemy cel i wartości, pora zastanowić się nad tym, które doświadczenia pomogą nam w jego realizacji, a które będą tylko przeszkadzać. Dochodzimy do szczególnego momentu – pracy z własnymi przekonaniami.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – W coachingu zawsze zaczynamy od celu i wartości, potem są zasoby i na końcu działanie. Ale clou to także obawy i przekonania, one mogą dotyczyć celu („To nie dla mnie, to za trudne”; „Nie dam rady”). Mogą dotyczyć wartości („Nie wiem, czy to jest do końca uczciwe”; „Co na to mój mąż czy przełożony?”), mogą dotyczyć zasobów („Nie umiem tego zrobić, bo nigdy tego nie robiłem, nie potrafię”) albo działania („Jak to, ja mam tak po prostu pójść i zapytać?!”).

Dagmara Miąsek: – Własne przekonania trudno rozpoznać bez pomocy kogoś z boku. Są widoczne na przykład w języku, którego używamy. Warto się przyjrzeć choćby przekonaniu o tym, że coś muszę. Mogę przecież powiedzieć: „Powinnam, należy, wybieram, decyduję” albo po prostu: „chcę”. Może się okazać, że ja wcale nie „muszę”, tylko decyduję się coś zrobić w tej chwili, bo przyniesie to określone skutki w niedalekiej przyszłości. To jest przeformułowywanie i praca z wewnętrzną motywacją. Jak ja mam w głowie, że coś muszę, to ja tej motywacji nie mam. Zmuszam się, jestem w napięciu.

Jak ważne są nasze przekonania, dowodzą zwolennicy psychologii pozytywnej, mózg o wiele lepiej działa z optymistycznym niż z negatywnym nastawieniem. Optymista potrafi porzucić dotychczasowe schematy, znajduje nowe drogi do ważnych celów, ma konstruktywne podejście do porażek, traktuje je jak lekcję, informację zwrotną na temat tego, jak należy działać. Ba, bardziej niż pesymista dba o swoje zdrowie i przyszły dobrostan. Nawet realiści mają niższą samoocenę, częściej czują się przygnębieni i chorują. Choć może nam się to nie podobać, złudzenia na własny temat nam służą, oczywiście, pod warunkiem że są pozytywne. Na szczęście nie musimy być raz na zawsze optymistami albo pesymistami. Możemy nauczyć się reinterpretacji zdarzeń w taki sposób, żeby zmieniać swoje skłonności do czarnowidztwa. Zmieniając sposób myślenia, możemy z kolei zmienić swoje uczucia, zachowanie, a więc to, kim się stajemy.

Przekonaniem, które jest fundamentem podejmowania trudnych wyborów i wytrwałego dążenia do celów – oprócz optymistycznych zapatrywań na przyszłość – jest nastawienie: „Myślę, że dam radę” . Profesor Walter Mischel z Uniwersytetu Columbia, autor książki „Test marshmallow...” (wydawnictwo Smak Słowa), widzi w połączeniu tych dwóch elementów sedno definicji samokontroli. To dzięki samokontroli właśnie przypominamy sobie o wybranych celach i warunkach ich osiągnięcia, sprawdzamy postępy w naszych dążeniach, panujemy nad pokusami, które nas od nich odciągają. Poczucie kontroli można budować, pielęgnując w sobie przekonanie: „Mam wpływ na swoje zachowanie, mogę się zmieniać, rozwijać, uczyć”, i zmieniając swoje nawyki.

Dagmara Miąsek: – Przypominam jeszcze raz – uważajmy na słowa! Nie mówmy: „Udało się”, bo w tym sformułowaniu brakuje poczucia sprawczości, tylko: „Zrobiłam to”. Zamieniamy słowa, wypracowujemy pewien automatyzm, a pójdzie za tym refleksja, że ja jednak mam wpływ na to, co robię.

Wyrokujący kontra uczeń

Myślenie przebiega według wzoru: pytanie – odpowiedź, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nasz mózg instynktownie szuka odpowiedzi na postawione pytania. Opierając się na tym założeniu, doktor psychologii Marilee Adams w swojej książce „Myślenie pytaniami” (wydawnictwo Studio Emka)  dowodzi, że poprzez umiejętne zadawanie pytań sobie (ale również innym) możemy kształtować swój sposób myślenia i działania oraz wpływać na osiągane rezultaty. Cała sztuka to nauczyć się formułować w myślach odpowiednie pytania. Jedne mogą bowiem stymulować naszą ciekawość, otwierać na nowe rozwiązania, a inne doprowadzać do rozpaczy, wywoływać bierność lub poczucie przegranej.

Adams przedstawia dwie strategie reagowania na otaczającą rzeczywistość obecne w naszych głowach. Pierwsza to postawa wyrokującego związana z automatycznymi reakcjami pod wpływem emocji, skupieniem na obwinianiu innych albo siebie, a co za tym idzie – z zamknięciem na nowe pomysły i kompletnym brakiem efektywności. Uciekamy w taki sposób myślenia zwłaszcza podczas wszelkiego rodzaju konfliktów. Wyrokujący jest często defensywny, przekonany o własnej nieomylności, ma poczucie wyższości i potępia innych albo siebie. Pytania, które mu towarzyszą, to: Kto jest winien? Jak mogłem przegrać? Jak mogę udowodnić, że mam rację? W jaki sposób przejąć kontrolę? Co jest z nimi/ze mną nie tak? Dlaczego oni są tacy głupi? Dlaczego jestem nieudacznikiem? Po co się tym przejmować?

O wiele bardziej efektywna jest postawa uczącego się, którą charakteryzuje przemyślany wybór, ciekawość, dociekliwość oraz koncentracja na rozwiązaniu i relacjach wygrana – wygrana. Pytania, które reprezentują tę postawę, to: Co się stało? Co w tym pożytecznego? Czego chcę? Czego mogę się nauczyć? Za co jestem odpowiedzialny? Co druga osoba myśli, czuje, czego potrzebuje, chce? Jakie są fakty? Co jest możliwe? Jaki mam wybór? Co teraz najlepiej zrobić?

Wprawdzie nie zawsze mamy wpływ na to, co nam się przytrafia, ale zawsze możemy wybrać, jak to potraktujemy. Rozwinięta zdolność obserwacji samego siebie pozwoli nam na dokonywanie świadomego wyboru naszych reakcji w taki sposób, by nie kierowały nimi negatywne emocje, poczucie zagrożenia czy bodźce z zewnątrz.

Oba sposoby myślenia – wyrokującego i uczącego się – w nas współistnieją i najlepiej to zaakceptować. Adams podpowiada na szczęście prosty sposób na przestawienie się na tryb uczącego się. Jak to zrobić? Oczywiście, zadając sobie odpowiednie, tzw. przełączające pytania. Oto kilka z nich: Jak mogę inaczej o tym myśleć? Jakie przyjmuję założenia? Gdzie chciałbym być? Czy moje nastawienie da mi to, czego chcę? Czy jestem w pozycji wyrokującego?

Wcześniej jednak dobrze się upewnić, czy rzeczywiście przyjęliśmy postawę wyrokującego. Najłatwiej zrobić to na podstawie sygnałów wysyłanych przez ciało, takich jak napięcie, wyczerpanie, niepokój, podenerwowanie, przygnębienie. W rozpoznawaniu różnic między wyrokującym a uczącym się „ja” pomocna bywa także umiejętność spojrzenia na siebie z zewnątrz, bycia świadkiem swoich myśli i działań.

Zmieniamy się poprzez działanie

Kolejnym krokiem autocoachingowej pracy jest sprecyzowanie planu działania, który ma nas doprowadzić do obranego celu. Ta droga powinna być zgodna z naszymi umiejętnościami, czyli zasobami. Jak do nich dotrzeć? Pomocne okażą się pytania, takie jak: Jakie mam doświadczenie w tej dziedzinie? Czego mogę się nauczyć? Kto może mi pomóc w osiągnięciu celu? Czego potrzebuję, żeby to osiągnąć?

Dagmara Miąsek: – Zwykle koncentrujemy się na porażkach, mamy łatwość zapominania o własnych sukcesach, a one budują poczucie sprawczości, poczucie własnej wartości. Polecam ćwiczenie „Linia życia”. Polega na wypisaniu pozytywnych zdarzeń ze swojego życia, które wydarzyły się dzięki nam, mieliśmy na nie wpływ, czyli swoich sukcesów, a potem umiejętności, cech, doświadczeń, które pomogły je osiągnąć. Tak powstaje mapa zasobów.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Każdy krok, który zrobimy samodzielnie, przybliża nas do tego, żebyśmy wsparcia potrafili też szukać obok. Jeśli ja się rozwijam i w którymś momencie dochodzę do ściany, to szukam wsparcia. Zaczynam zbierać informacje z najbliższego otoczenia. Często proszę klientów, żeby ich najbliżsi zadali im pytania dotyczące celu, jaki sami sobie wybrali.  Na przykład: „Chcę wybudować dom. Zadajcie mi jakieś inspirujące pytanie, które może mi pokazać coś, czego nie wziąłem pod uwagę”. 50 otrzymanych tak pytań to mogą być kwestie dawno przez nas przemyślane, ale któreś może nas zainspirować. To prosta metoda na selfcoaching wśród najbliższych. Można też zbierać sobie pytania, robić ich listę: Kiedy? Po co? Dlaczego? Z kim? W jaki sposób? Którędy? I badać za ich pomocą własne cele.

Pozostaje jeszcze realizacja planu. Jeśli wybraliśmy cel zgodnie z założeniami SMART, możemy go podzielić na konkretne zadania i dać sobie na nie określony czas. Ważne jest sprawdzanie postępów, to informacja zwrotna o skuteczności działań i źródło wewnętrznej motywacji. Zaczynamy od pierwszego punktu z listy kroków, które mają nas przybliżyć do osiągnięcia celu. Nie ma się czego bać, jak śpiewała Anna Jantar: „Najtrudniejszy pierwszy krok, za nim innych zrobisz sto”.

  1. Styl Życia

Jak się zmotywować? Stwórz swój kod motywacyjny!

Spróbujmy zmienić podejście do zadań, jakie mamy wykonać – z „muszę” na „chcę i mogę”. Bo czyż nie na tym w gruncie rzeczy polega automotywacja? (Fot. iStock)
Spróbujmy zmienić podejście do zadań, jakie mamy wykonać – z „muszę” na „chcę i mogę”. Bo czyż nie na tym w gruncie rzeczy polega automotywacja? (Fot. iStock)
Kluczem do zmotywowania się do działania jest traktowanie przeszkód jak mądrych doradców. To nie jest łatwe, ale możliwe. A skutecznie pomoże w tym stworzenie kodu motywacyjnego, za pomocą którego skłonimy samych siebie do osiągnięcia celu.

Według Tamary Lowe, współczesnej amerykańskiej ekspertki od motywacji, ustalenie swojego kodu motywacyjnego nie jest trudne. Wystarczy odpowiedzieć na trzy pytania:

1. Lubisz rywalizację czy raczej wolisz współpracę? Jeżeli lubisz rywalizację, zapewne bardziej koncentrujesz się na powierzonych zadaniach (Lowe nazywa takich ludzi „Wydajnymi”). Natomiast jeżeli wybierasz współpracę, to tak naprawdę znaczy, że dążysz do kontaktów z innymi (jesteś „Kontaktowy”). 2. Wolisz stabilizację czy zmiany? W pierwszym przypadku stymuluje cię ustalony porządek (Lowe nazywa takich ludzi „Stabilnymi”). W drugim – nowe doświadczenia (jesteś „Zmienny”). 3. Co daje ci większe poczucie wartości w pracy – uznanie czy pieniądze? Jeżeli wybierasz uznanie, to znaczy, że masz potrzebę akceptacji, czyli jesteś motywowany systemem nagród wewnętrznych („Wewnętrzny”). Jeśli natomiast optujesz za wynagrodzeniem pieniężnym, stymulują cię nagrody zewnętrzne (jesteś „Zewnętrzny”).

Ale to nie znaczy, że zawsze i wszędzie motywuje nas to samo. Typy motywacyjne mogą się różnić w zależności od miejsca i okoliczności naszego działania. Na przykład w pracy możemy być „Wydajnymi”, a w domu „Kontaktowymi”. Preferencje motywacyjne mogą zmienić się też wraz z wiekiem.

Dlaczego odkrycie kodu motywacyjnego jest tak ważne? Bo od tego zależy jakość naszego życia, tu tkwi tajemnica sukcesów zawodowych i tych w relacjach z innymi. Lowe twierdzi wręcz, że to klucz do samorealizacji. Zatem według badaczki nieodkrycie tego klucza utrudnia nasz rozwój. Załóżmy, że nie znasz swojego kodu motywacyjnego. A motywują cię: potrzeba kontaktu z innymi, dążenie do stabilizacji, uznanie. Masz stabilną posadę, która daje ci możliwość pracy z przyjaznym zespołem ludzi o podobnych poglądach. Innymi słowy – praca gwarantuje dwa z trzech charakterystycznych dla ciebie czynników motywacyjnych (potrzeba kontaktu i dążenie do stabilizacji). Natomiast trzeci (uznanie) w ogóle się w niej nie liczy. Nikt z przełożonych nie daje ci odczuć, że dobre wykonywanie obowiązków ma jakieś znaczenie. Co wtedy? Możesz oczywiście nadal z powodzeniem robić to, co robisz, lubić swoją pracę, ale twoja motywacja będzie powoli słabła, aż w końcu całkowicie wygaśnie. I nie będziesz wiedzieć, dlaczego tak się stało.

Mało bowiem ludzi intuicyjnie wyczuwa, co ich motywuje. Dlatego, zdaniem Tamary Lowe, tak ważne jest poznanie swojego kodu motywacyjnego, czyli swoich potrzeb, dążeń i preferowanych nagród. Jak zapewnia badaczka, wtedy łatwiej nam będzie osiągnąć prawdziwe spełnienie zawodowe i osobiste. Wiadomo, że każdy z nas woli wypoczywać, niż pracować. Robić to, co lubi, niż to, co powinien. Ale nie zawsze jest to możliwe. Może więc spróbujmy zmienić podejście do zadań, jakie mamy wykonać – z „muszę” na „chcę i mogę”. Bo czyż nie na tym w gruncie rzeczy polega automotywacja?

Plan mobilizacyjny - jak skłonić siebie do osiągnięcia celu (na przykładzie rzucania palenia):

1. Zacznij od końca. Stwórz jasny obraz tego, czego pragniesz. Ten obraz ma być tak żywy, że patrzenie na niego oczyma wyobraźni powinno dodawać energii. (Nie wydaję pieniędzy na papierosy, mam czysty oddech, nie kaszlę). 2. Wypisz swoje atuty pomocne w realizacji celu. Umieść na tej liście talenty, zdobyte umiejętności, zasoby finansowe, które wykorzystasz do osiągnięcia tego, co sobie założyłaś. (Jestem wytrwała, konsekwentna, potrafię dotrzymywać słowa, wiem, jakie są skutki palenia). 3. Odwołuj się do pozytywnych przykładów. Nie wyważaj otwartych drzwi. Jeżeli ktoś przed tobą osiągnął ten sam cel, możesz wykorzystać jego doświadczenie. Znajdź więc taką osobę i wzoruj się na niej. (Moja przyjaciółka rzuciła palenie z dnia na dzień. Zacznę więc nie od ograniczania liczby wypalanych papierosów, ale tak jak ona rzucę palenie definitywnie i od zaraz). 4. Określ swoje ograniczenia. Wypisz potencjalne przeszkody i wyzwania, jakie możesz napotkać na drodze do celu. I znajdź sposób na ich pokonanie. (Jestem impulsywna. W trudnej sytuacji czy w stresie zawsze sięgam po papierosa. Zanim jednak to zrobię, wezmę kilka głębszych oddechów, sięgnę po gumę do żucia lub coś małego do przegryzienia). 5. Nawiąż współpracę. Nie chodzi o samą znajomość, ale o realne wsparcie. Nie broń się przed przyjęciem go. (Skorzystam z pomocy psychoterapeuty). 6. Przygotuj się na małe sukcesy, zanim osiągniesz ten oczekiwany. Nawet jeśli od razu masz sukces, pamiętaj, że trzeba go utrwalić. Powtarzaj więc wielokrotnie swoje dokonania. (Nie palę już drugi miesiąc! Ale nadal unikam sytuacji kojarzących się z paleniem). 7. Bądź gotowa na wszystko. Przygotuj się na nieoczekiwane przeciwności losu. Już na początku zaplanuj, co zrobisz, żeby wytrwać mimo wszystko. (Na imprezie po dwóch lampkach wina kolega częstuje mnie papierosem. „Tylko jednego” – kusi. Muszę być asertywna, bo zniweczę wszystko, co mi się udało! „Już nie palę, zapamiętaj to” – odpowiadam).

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.