1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Płeć kulturowa - o narzuconej kobiecości…

Płeć kulturowa - o narzuconej kobiecości…

fot.123rf
fot.123rf
Teza, że kobiecość ssie się z mlekiem matki, jest systematycznie kwestionowana od czasów Simone de Beauvoir. Nie wchodząc w dyskurs feministyczny, można tę tezę sobie uzmysłowić, podróżując choćby przez Europę.

Od Francuzek uczymy się, jak być prawdziwą damą, od Włoszek –  zmysłową diva, od Polek – wzorową matką, od kobiet w Kraju Basków – jak sprawować władzę w rodzinie. Przykłady ilustrują założenie o kulturowości płci, co między innymi oznacza, że sami mamy ogromny wpływ na to, kim się stajemy... pod warunkiem, że jesteśmy tego świadomi. Można powiedzieć, iż kwestia płci jest jedną z najmniej odmitologizowanych w świadomości społecznej. Bardzo często mamy wrażenie, że rodzimy się kobietami czy mężczyznami jako gotowe produkty. Podróżowanie między płciami i uczestnictwo w ich tworzeniu budzi w nas lęk... ponieważ wypadamy z jednej z najbardziej podstawowej dla nas roli.  Mamy wrażenie utraty tożsamości.

Podczas podroży do Kraju Basków, jednej z najbardziej matriarchalnie zorientowanych społeczności w Europie, miałam okazję z wielkim zdziwieniem przyglądać się napotykanym kobietom. Tuż po wylądowaniu w Madrycie wsiadłam do autobusu, którego kierowcą była kobieta, z soczystą czerwienią na ustach i powiewającymi długimi włosami. Za nią w kabinie cockpitu wisiał krwisto-czerwony płaszcz. Aha ... pomyślałam: żeby zostać kierowcą autobusu, nie trzeba upodabniać się do mężczyzny! Gdy wysiadłam na dworcu autobusowym wpadła na mnie młoda kobieta, goniąca odjeżdżający właśnie autobus. Po kilku szybkich krokach zdjęła szpilki, które uniemożliwiały jej osiągnięcie celu, i w ostatniej chwili wskoczyła do czekającego na nią  autokaru. Aha... pomyślałam: szpilki to zdobycz cywilizacyjna w naszej ewolucji, ale raczej zaprojektowanej przez mężczyzn! Gdy dotarłam w końcu do "maternistycznego" raju, na ulicach ujrzałam niecodzienny pejzaż. Podział ról społecznych był odmiennie zorganizowany.  Mężczyzna w uścisku ze swoim pierworodnym, kobieta swobodnie spacerująca obok.  Zdumnienie wywołuje jednak fakt, że to reguła a nie pojedyncze przypadki. Idźmy więc dalej – Baskijka nie jest „puchem marnym”. Ma krótkie włosy, dżinsy i aparycją przypomina swojego męża. Nie ma mowy o żadnych szpilkach. Kobiety, które same decydują o sobie, nie wyrażają się poprzez uwodzicielski wygląd. Za to stadnie chodzą w swoim towarzystwie do pubów i popijają wino. To również widok dla mnie, dobrze wychowanej Polki, szokujący. Grupa starszych pań pijąca vino tinto i głośno dyskutująca o zasadniczych dla świata sprawach, wywołała moje najgłębsze zdumienie.

A więc płeć jest tworzona społecznie. Co więcej, to jakie role mają być przypisane do płci, jak mają wyglądać, jak mają być ostatecznie zdefiniowane – jest kwestią decyzji tej grupy, która akurat sprawuje władzę w danej społeczności. W większości społeczeństw są to mężczyźni, jednakże są i wyjątki jak wspomniany Kraj Basków czy stan Karela w Indiach.

Biorąc pod uwagę historię Europy, można zaobserwować, że konstrukcja płci jest tworzona  głównie z męskiego punktu widzenia. Mało kto pamięta, że mitologiczna Europa jest przecież kobietą – kobietą, uprowadzoną przez mężczyznę. Jak donosi Owidiusz, Zeus przemieniony w białego byka, podstępnie porwał Europę, łudząc ją swą łagodnością i delikatnością. Gdy tylko ta usiadła na jego grzbiecie pognał w galopie. Europadrży z lęku, wiatr rozwiewa jej szaty,” Zeus zaś zatrzymuje się dopiero na innym kontynencie. I tak uczynił ją sobie poddaną…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Marta Frej: "Nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość"

Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów.  (Fot. Marta Lityńska)
Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów. (Fot. Marta Lityńska)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
- Bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je - mówi Marta Frej, ilustratorka i autorka memów, pokazujących kobiecą codzienność - pełną absurdów, ciągłej walki ze stereotypami i niekończącego się udowadniania swojej siły. 

Czym jest dla ciebie feminizm?
Sposobem myślenia, patrzenia na świat, odczuwania, życia, ale też radzenia sobie z trudnymi rzeczami. A mówiąc mniej prywatnie – jest to dla mnie światopogląd, według którego ludzie powinni mieć równe szanse. Jest wiele feminizmów, wiele feministek i coraz więcej feministów. Mam do tego poznawczy stosunek. Według mnie każda osoba musi sama zdefiniować sobie feminizm.

Można śmiało stwierdzić, że wprowadziłaś feminizm do polskiej popkultury.
To duże słowa, ale nie chcę tak o sobie myśleć, bo nie chciałabym, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Popkultura jest ważna, bo to bardzo dobre narzędzie kształtowania opinii i postaw. Ja cały czas żyję trochę na uboczu, nie bywam na salonach i nie jestem osobą publiczną. Zależy mi na tym, żeby nie stracić perspektywy przeciętnej kobiety, która jeździ rowerem, gada z sąsiadami i sąsiadkami, angażuje się w społeczność lokalną. Jednocześnie, bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je.

Ukrywasz się za swoją twórczością?
Chyba trochę tak. To jest kwestia mojej osobowości. Poza tym, często mam nieodparte wrażenie, że osoby, które poznaję w ostatnich latach, mają jakieś konkretne wyobrażenie na mój temat i konkretne oczekiwania, wtedy dość szybko się zamykam, bo to nie jest komfortowe. Muszę nauczyć się to akceptować. Chciałabym znaleźć swój gang kobiet, stworzyć jakąś społeczność. To jest moje marzenie i mój feministyczny kawałek na teraz.

Kobiety, które podczas Strajku Kobiet niosły na transparentach twoją grafikę „Wody odeszły, rodzimy rewolucję” już należą do tego gangu.
To dla mnie największa radość, gdy to co robię, komuś służy. Gdy można to wydrukować i wynieść na ulicę jako manifest, postulat czy znak tego, co się myśli. To największa nagroda, najlepsza wystawa w najlepszej galerii świata.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Katarzyna Kasia we wstępie do najnowszego albumu z twoimi rysunkami „120 twarzy Marty Frej” zadała pytanie: „Czy jesteśmy w stanie zmienić schemat, przeprogramować system, w którym kobiety z góry są na przegranej pozycji?”. Jak myślisz?
Tak! Choć najważniejszą rzeczą, którą musimy sobie wbić do głowy jest to, że nie zrobimy tego od razu. Być może beneficjentkami i beneficjentami tej zmiany będą przyszłe pokolenia i to jest ok. Ważne, by wierzyć w tę zmianę i robić wszystko co się da, by się dokonała.

Na jakim etapie tej zmiany teraz się znajdujemy?
Mam nadzieję, że to już jest dno, od którego się odbijemy. Kobiety od stuleci walczą o swoje prawa i nieprędko pewnie przestaniemy. Toczymy tę walkę na różnych poziomach i różnymi sposobami, z różną świadomością. Ale wszystkie robimy to wiedzione naturalną potrzebą samostanowienia i wolności. Dlatego jestem spokojna, że wola zmiany w nas nie umrze.

Od początku przekazywanie treści feministycznych poprzez sztukę było twoim pomysłem na siebie?
To był przypadek. Przez długi czas płynęłam poprzez życie, ale niespecjalnie odnajdowałam się w mainstreamie. Feminizm pojawił się w moim życiu, gdy byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, posypało mi się wiele rzeczy naraz. I oczywiście wzięłam to na klatę, jak typowa Polka wytresowana do tego, by obarczać się winą za wszystko. Myślałam, że to ja zawaliłam, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Skoro tyle pracy, miłości i entuzjazmu nie wystarczyło, to jak tu żyć dalej ? Skąd wziąć siły i środki? Kiedy już trochę się uspokoiłam i dostrzegłam pewne przykre wzory zachowań i mechanizmy stosunków społecznych związane z płcią, zaczęłam rysować o tym rysunki. Próbowałam to obśmiać, spojrzeć z dystansem, bo co więcej mogłam zrobić? Wtedy potwierdziły się moje przeczucia: moje przeżycia i problemy okazały się przeżyciami i problemami tysięcy kobiet. Tak narodził się mój feminizm.

Kobiety w twoich memach odnajdują siebie.
Okazało się, że ten mój przeciętny głos ma znaczenie. Ta świadomość dała mi chęć do życia, do dzielenia się swoim głosem i opowiedzenia swojej historii, a ściślej mówiąc, herstorii. To ważne, bo nie wszystkie mamy szczęście dostawać komunikat z rzeczywistości: „Halo, twoja herstoria jest ważna i ciekawa”. A każda jest ważna i ciekawa, a co najważniejsze, opowiadanie jej jest ważnym momentem terapeutycznym i emancypacyjnym.

Twoja twórczość jest formą autoterapii?
Na pewno. I być może dlatego, że wynika z przeżyć i doświadczeń, a nie z książek i abstrakcyjnego myślenia pod tytułem „będę udawać kogoś, kim nie jestem, żeby na chwilę uciec od codzienności”, prowokuje moje odbiorczynie i odbiorców do reakcji, polemik, dzielenia się własnymi opowieściami. Dzięki tysiącom komentarzy kobiet sformułowałam listę tematów, które pojawiają się jako najczęstsze problemy: umiejętność powiedzenia nie, stawianie granic, dbanie o swój dobrostan w takim samym stopniu, jak o innych, no i uwolnienie się od jarzma ciągłych ocen, od lęku przed oceną sąsiadek i sąsiadów, koleżanek i kolegów, rodziny... My, polskie kobiety, mamy bardzo niską samoocenę. Bez przerwy spotykam kobiety, które robią wspaniałe rzeczy, są mądre, odważne i pełne innych zalet, a najgorsze zdanie o nich mają one same.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Odpowiedzią na to był twój zeszłoroczny projekt „Jestem silna, bo…”.
Odkąd pamiętam zastanawiałam się kim jest „silny człowiek” - jakie ma cechy, czym się charakteryzuje? Kiedy prosiłam osoby na warsztatach, żeby zamknęły oczy i zwizualizowały sobie silnego człowieka, a potem opisały efekt, przeważająca większość zobaczyła mężczyznę. W końcu jeszcze niedawno funkcjonowało określenie „słaba płeć”... Z drugiej jednak strony, często słyszałam od facetów, że kobiety są silniejsze psychicznie. Do tego dochodzi jeszcze wiele stereotypów dotyczących tego, jak mamy się zachowywać, wyglądać. A że ja strasznie nie lubię gier, w których reguły nie są głośno nazwane i w gruncie rzeczy trzeba się domyślać, jak grać, postanowiłam poprosić kobiety, by dokończyły zdanie „Jestem silna, bo…”.

Nie obawiałaś się, że Polki będą z góry źle nastawione do zdania, które zaczyna się od takich słów?
Miałam takie podejrzenie i to się oczywiście potwierdziło, bo początek projektu był zupełnie inny niż to, co dzieje się teraz. Teraz to zdanie jest już akceptowane, nawet chętnie powtarzane. Na początku każde jego dokończenie budziło opór, zdziwienie, niechęć u dużej części odbiorczyń i odbiorców. Spotkałam się nawet z zarzutem, że promuję „kult siły”, co ma dla mnie wymiar groteski, biorąc pod uwagę, jak brzmi zakończenie większości bohaterek...

Z czasem zdanie „Jestem silna, bo…” urosło na ogromną skalę.
W krótkim czasie dostałam jakieś 2 tys. maili – wtedy zrozumiałam, jak trudne zadanie sobie stworzyłam i jak ciężko mi to będzie udźwignąć. Skala przemocy domowej, która ujawniła się w tym projekcie była przerażająca. Bo z przemocą domową to jest tak, że wszyscy o niej wiemy, wszyscy o niej mówimy, ale nie do końca zdajemy sobie z niej sprawę. A gdy dostaje się maila od kobiety, która ma imię i nazwisko i opisuje swoje przeżycia związane z przemocą domową, a do tego jeszcze pisze: „Jestem silna, bo…”, czyli poradziła sobie z tym wszystkim i wyszła z tego, to zupełnie zmienia się perspektywa. Wtedy dotarło do mnie, że ten projekt powinien nazywać się: „Jestem silna, pomimo że…”, bo okazało się, że największą siłę, według bohaterek tego projektu, dały im te najcięższe przeżycia, z którymi sobie poradziły.

To ćwiczenie było też ważne dlatego, że uświadomiło, że nikt nie jest silny przez cały czas. Możemy codziennie robić sobie takie ćwiczenie i pytać siebie, jak dzisiaj dokończymy to zdanie. I za każdym razem możemy kończyć je inaczej, bo to jest nasza decyzja, my decydujemy, czy to, że dziś wstałyśmy z łóżka to jest powód, dla którego możemy dziś się nazwać silną. I co z tego, że ktoś napisze: „Jesteś silna, bo wstałaś z łóżka – też mi coś”.  Tylko ja sama mogę ocenić, czy jestem silna – mogę sobie tę siłę przypisać, nazwać ją i sobie ją uświadomić oraz być z niej dumna.

Nie czułaś się trochę przytłoczona?
Trochę czułam. Teraz mam przerwę w tym projekcie, choć myślę, że do niego wrócę. To jest bardzo trudne, bo ja jestem tylko kronikarką i tak naprawdę nic nie mogę zrobić. A jednocześnie mam głębokie poczucie, że robię coś prawdziwego i potrzebnego.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Czy zaczynając spełniać się jako artystka myślałaś, że będziesz publikować swoją twórczość w Internecie?
Gdy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi uczono mnie, że artysta – bo nie artystka, końcówki żeńskie wtedy w ogóle nie funkcjonowały – może tylko wystawiać w dużych galeriach, gdzie przychodzą ważni ludzie i jego elitarny przekaz dotrze tylko do garstki wybranych osób. Zresztą, ukończyłam szkołę imienia Władysława Strzemińskiego i wtedy nikt nie mówił o tym, że Strzemiński za żonę miał wielką artystkę Katarzynę Kobro, którą równo tłukł, a jej prace dopiero od kilku lat są doceniane. Gdybym na studiach wiedziała, że będą media społecznościowe i moi profesorowie dowiedzieliby się, że będę tam cokolwiek publikować, zostałabym wyśmiana. Dopiero gdy zrozumiałam, że nigdy nie będę wielkim „artystą” i że kompletnie w tym świecie nie umiem funkcjonować, zaczęłam publikować w mediach społecznościowych i uwolniłam się od wyobrażeń, jakim artystą powinnam być. I zostałam artystką.

Ale jednak wydałaś album z memami, czyli twórczością typowo internetową, w formie tradycyjnej. Czym jest dla ciebie ten album?
Taką nieoczekiwaną przyjemnością. Już tak przywykłam do Internetu, że onieśmiela mnie za każdym razem, gdy widzę swoje prace na papierze. Ale nie ukrywam, że to wielka przyjemność – dotykanie i posiadanie materialnego albumu ze swoimi pracami. Nawet mi się podobają te moje rysunki!

Bije z ciebie skromność, a przecież jesteś jedną z najbardziej znanych współczesnych artystek feministycznych w Polsce.
Trochę trudno mi w to uwierzyć... Jestem szczęśliwa i jest mi miło, ale z drugiej strony trochę się wstydzę i krępuje mnie, gdy ktoś tak mówi. Wiem, że to skutek polskiego wychowania, gdzie skromność jest największą cnotą dziewczynki. Walcząc z tym odpowiem: Dziękuję, miło mi to słyszeć.

„Twórczość Marty Frej jest – w najgłębszym sensie tego słowa – niepokorna” – to znowu słowa Katarzyny Kasi. Czy ty też jesteś niepokorna?
Ja po prostu nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość, bo bardzo dużo trzeba w niej naprawić. Jestem też bardzo przekorna i jeśli słyszę, że jakaś grupa ludzi (płci męskiej) coś ustaliła dawno temu i dlatego tak trzeba postępować, i że od dziada pradziada (no bo przecież nie od baby prababy) tak było i tak jest najlepiej, to w to nie wierzę.

Polecamy: album '120 twarzy Marty Frej', Wydawnictwo RM. Polecamy: album "120 twarzy Marty Frej", Wydawnictwo RM.

  1. Psychologia

Co to znaczy być dziś feministą – pytamy psychoterapeutę Piotra Pietuchę

"Ja czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androgeniczny. W pewnym sensie ponadpłciowy" - mówi psychoterapeuta Piotr Pietucha. (Fot. archiwum prywatne)
Jeśli podchodziłbym do mojego związku rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. A ja powinienem być sfrustrowanym dupkiem – mówi Piotr Pietucha, psychoterapeuta, partner Manueli Gretkowskiej.

Co to znaczy być dzisiaj feministą?
Już w samej deklaracji, że mężczyzna jest feministą, jest coś żenującego. Dla mnie to oczywistość, tak jakbym afiszował się z tym, że jestem normalnym człowiekiem, a nie półgłówkiem czy rasistą. Myślę, że w polskim świecie feminista oznacza nie tylko, że jesteś za równością i przeciw dyskryminacji, ale też, że nie jesteś seksistą, mizoginem ani patriarchalnym debilem. Natomiast w świecie normalnym, liberalnym i obyczajowo cywilizowanym, np. w Szwecji, gdzie żyją moi synowie, feminista oznacza rozgarniętego, wrażliwego faceta, który nie potrzebuje w żaden sposób tego podkreślać ani deklarować.

W Polsce mężczyźni też się z tym nie afiszują. Pytani o to, czy są feministami, odpowiadają zdziwieni: kim?!
Nie wiem, co oznacza feminizm dla przeciętnego Polaka, jak on to sobie definiuje, odczuwa i jak sobie z tym radzi. Podejrzewam, że ma z tym kłopot. Dla mnie feminizm jest jednoznaczny z humanizmem. Jest wyrazem współcześnie pojmowanego człowieczeństwa. Być może wielu facetów rozumie to kompletnie inaczej. Feminista to dla nich symbol ,,miękkiszona’’, który poddaje się lub ulega kobietom, godzi się na tę fałszywą interpretację patriarchatu – że to mężczyźni zniszczyli świat, a teraz powinni się kajać. Część mężczyzn reaguje na feminizm wściekle alergicznie jako na przejaw kobiecej niezrozumiałej agresji, ataku na męskość.

To w jaki sposób rozpoznać w sobie, że jest się feministą?
Już sam fakt, że ktoś ma potrzebę takiego rozpoznania, jest bardzo cenny. Świadczy o pewnym poziomie autorefleksji, mentalnym nadążaniu za współczesnością. Fajnie jest chyba mieć jakiś klarowny pogląd na tak ważny temat, nie być durniem, ślepym na połowę ludzkości.

Czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androginiczny. W pewnym sensie ponadpłciowy. A moja kobiecość, cokolwiek się pod tym słowem kryje, nie przeraża mnie, nie neguję jej. Nie zagraża mojej męskości, nie muszę być dzielny ani dumny ze swojego pawiego ogona. Maczyzm – czyli taka stereotypowa, przesadna męskość – to karykatura człowieka.

A może być tak, że facet z przekonaniem mówi: „jestem feministą”, a nieświadomie gotuje się w sobie, jeśli kobieta jest krok przed, a nie za nim?
Świadoma nieświadomość, czyli nasza kultura, jest przesiąknięta mizoginią. Z jakiegoś powodu mężczyźni od zawsze czuli wrogość i niechęć do kobiet, bali się ich. Kobieca seksualność im zagrażała, dlatego chcieli ją zawłaszczyć, zdominować i kontrolować. To siedzi do dzisiaj w mężczyznach na nieświadomym poziomie. Kultura patriarchalna jest mocno przesiąknięta przekonaniem o naturalnej wyższości męskiej płci. Kobiety są gorsze – słabsze, grzeszniejsze, mniej rozumne. Zasługują więc na gorsze warunki i traktowanie. Tysiące lat takiej dominacji odcisnęły w umysłach obu płci ogromne piętno. Niestety, to siedzi także w kobietach, nawet w sposobie, w jaki wychowują chłopców. Widziałem sztandarowe feministki, które miały kompletnego fioła na punkcie swoich synków. W ich narcystycznej nadopiekuńczości było mnóstwo nieświadomego ubóstwienia męskiej płci, gruntującego w tych chłopczykach poczucie nie tylko wyjątkowości, ale lepszości. Jakie to może mieć skutki dla równouprawnienia i partnerstwa? Jak będzie funkcjonował ten niuniuś – prywatny ideał nowoczesnej mamusi – w przyszłości?

My z Manuelą, wychowując Polę, raczej nie programowaliśmy jej na jakieś mocne poczucie tożsamości płciowej, nie podkreślaliśmy jej kobiecości. A ona jednak, już jako malutka dziewczynka, odrzucała ze wzgardliwą niechęcią niektóre zabawki, książeczki, kolory jako ,,za bardzo chłopaczywe”. Ciekawe, gdzie tym nasiąkała?

'Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej' - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne) "Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej" - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne)

To jest chyba w powietrzu, w mentalnej atmosferze naszego świata.
Wystarczy się rozejrzeć. Moja przyjaciółka obserwowała ostatnio grupę jedenastolatków na basenie. Wszystkie dziewczynki samodzielnie suszyły i czesały swoje długie włosy, a babcie były skoncentrowane jedynie na wnukach. Z suszarkami i grzebyczkami robiły cyrk wokół tych chłopców, jakby byli bezradnymi idiotami. Właśnie takie, często nieświadome zachowania, podkreślające ważność i uprzywilejowanie męskiej płci, spychają kobiety do podrzędności i uległości. Skazują od początku na zaradną, wymuszoną samodzielność. To jest bardzo mocny podprogowy przekaz. Uważam, że kobiety w Polsce dostają często podwójny, niemożliwy do spełnienia komunikat: „Musisz w siebie wierzyć i jednocześnie nie wierzyć. Masz być silna i niezależna, ale też uległa i słuchać swojego pana. Masz liczyć na siebie, umieć o siebie zadbać, ale nie wyobrażaj sobie szczęśliwego życia bez mężczyzny, wokół którego będziesz tańczyć”.

Komu udaje się wyjść z tego gadziego mózgu? Mężczyznom, którzy zdają sobie sprawę z nieuświadomionych stereotypów w sobie?
Jestem wielkim fanem świadomości. Ona potrafi przenosić góry – nawet jeśli to góry stereotypowych śmieci. Wydobywa z bagna uprzedzeń. Daje kopa w dupę kompleksom, fałszywym przekonaniom. Pokazuje środkowy palec głupiemu, automatycznemu osądzaniu.

Weźmy mnie samego. Jeżeli podchodziłbym do mojego związku nieświadomie rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. Jest utalentowana, bogata, sławna i lepiej sobie radzi w życiu. I teraz jako mężczyzna, który żyje w jej cieniu, powinienem być sfrustrowanym dupkiem, który tylko udaje, że jest feministą i chce ją wspierać. Tak naprawdę siedzi w kącie, chlipie nad sobą i marzy o kobiecie, przy której będzie mógł brylować, ponapawać się własną męską zajefajnością. Dziękuję, ale nie mam takich potrzeb. Realizuję się po swojemu i jestem w tym spełniony. Uszczęśliwia i fascynuje mnie to, że potrafimy być szanującymi siebie nawzajem partnerami.

Jednak nieczęsto mężczyzna czuje się dobrze u boku silnej partnerki. Jak ci się to udało?
Nikt nie jest do końca silny ani słaby. Co do Manueli, to pozytywnego kopa daje mi to, że zdobyłem jej wzajemność i jestem jej wart. Podziwiam ją i uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Mimo życiowych niepowodzeń, związkowych porażek czy osobistej niepewności, nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej. Bo życiowy partner mówi o nas wszystko. Pokaż mi, z kim jesteś, to powiem ci, kim jesteś.

Czyli podstawą udanego, partnerskiego związku jest to, jak się czujesz sam ze sobą?
Moim zdaniem tak. Partnerstwo, czyli dojrzała miłość, jest nagrodą za pracę nad sobą. Najpierw trzeba jednak uwierzyć w siebie, nie podkopywać własnej męskości i człowieczeństwa, tego poczucia, że jesteś okej. Później najważniejsza jest otwarta komunikacja. Taka nawet wulkaniczna jak w filmie „Malcolm i Marie”, dostępnym teraz na Netfliksie. Oglądamy w nim dwoje ludzi, którzy mają w sobie mnóstwo gniewu, niewdzięczności i niezrozumienia dla siebie nawzajem. Mają też siłę, żeby w otwarty sposób to z siebie wyrzucić. Jakie to piękne, oczyszczające! Lepsze niż fochy, zamykanie się czy zamiatanie bolesnych spraw pod dywan. Taka odważna, uczciwa walka o siebie jest też walką o związek. Nie prowadzi do rozstania, tylko do większej bliskości. Powoduje, że nie boisz się ani nie wstydzisz powiedzieć partnerowi, co cię boli. W końcu chodzi o to, żeby zrozumieć się nawzajem. Nie bać się prawdy, nawet kiedy jest nie do zniesienia.

Kobiety stały się też bardziej świadome, wymagające. Wiedzą, czego chcą, co im się słusznie należy. Jak do tych większych wymagań odnosi się feminista? Męska duma cierpi?
Jest taki seksistowski dowcip, kiedy po kochaniu on ją pyta: „Miałaś orgazm?”. Ona odpowiada: „Nie”. On na to: „I co się mówi?”. Ona: „Przepraszam”. Ohydny sarkazm – bo niby on się interesuje tym, co ona przeżyła, a kiedyś faceci mieli to gdzieś. Ale nadal dbałość o kobiece spełnienie bywa dla wielu mało kręcąca. Teraz to się nieco zmieniło, oczekiwania i presja kobiet wzrosły, a mężczyźni są w defensywie. A one atakują: „Nie zrobiłeś tego, nie byłeś taki!”. Wyrzuty, pretensje, domaganie się. Jest w tym dużo agresji wobec mężczyzn. Nic dziwnego, nawarstwiała się wiekami. Mężczyźni źle się z tym czują, nie wiedzą, jak reagować. Co z tym zrobić? A jeśli odrobinę myślą, to wiedzą, że jest w tych wybuchach dużo słusznego gniewu. Głupio wtedy bystrej, świadomej kobiecie zaprzeczać. Udawać niefrasobliwego, zadowolonego z siebie idiotę, który nic nie kuma. Tak czy owak, faceci mają trochę przekichane.

Myślę, że łatwiej jest być feministą wobec koleżanki z pracy niż wobec partnerki. „Niech kobiety się realizują, ale jeśli moja kobieta za wiele energii wkłada w świat zewnętrzny, to czuję się niekochany”.
To tylko świadczy o mężczyźnie. Powinien się zastanowić, skąd ta jego niepewność, ciągła potrzeba uwagi, troski i dominacji. Siła patriarchatu jest monstrualna, między innymi dlatego, że bywa wygodna i użyteczna dla mężczyzn. Oczywiście tylko pozornie, bo za te zacofane schematy też płacą ogromną cenę: nałogów czy przymusu bycia męskim, czyli często bezwzględnym i niewrażliwym, wypierającym uczucia emocjonalnym zakalcem.

Często myślimy, że po partnersku znaczy po równo. Ty zmywarkę, to ja pranie, a nie da się tak. Zawsze ktoś czuje się wyrolowany.
To jest problem każdego, kto ma określoną ilość snu i energii. My z Manuelą również mieliśmy z tym kłopot, dopóki w pewnym momencie kategorycznie nie podzieliliśmy się obowiązkami. Teraz włączam trzy zmywarki dziennie, wynoszę śmieci, piorę. Ale zakupy i sprzątanie, czyli coś, czego nienawidzę, mam w nosie. Gotujemy sobie sami, jemy o różnych porach. Nie prasujemy. I od kilku lat nie mamy poczucia, że ktoś kogoś wykorzystuje, kradnie mu czas czy energię lub jest bardziej uprzywilejowany. To typowo relacyjna rozkminka, obowiązki, ani lepsze, ani gorsze, ani męskie, ani kobiece, po prostu codzienne.

A jakich kobiet szuka feminista? Czy nie jest tak, że podobają mu się silne i niezależne, a później okazuje się, że tak naprawdę oczekuje od partnerki rozwiązania wszystkich swoich problemów?
Jeśli trzymamy się mojej definicji feministy, czyli człowieka, który nie racjonalizuje swojego lęku przed kobietą, tyko jest w harmonii ze swoją animą, animusem i cieniem – to taki mężczyzna nie będzie szukał sobie partnerki matki, on już dorósł. Myślę, że wrażliwy, rozgarnięty człowiek szuka drugiego wrażliwego, rozgarniętego człowieka. I choć mam się za taoistę, to nie ortodoksyjnego – wcale nie uważam, że męskość jest aktywna i dominująca, a kobiecość bierna czy oddająca się. Widzę to jako anachronizm, który może czasem odnosi się tylko do naszej biologii, ekonomii hormonów, seksualności. W aspekcie humanistycznym, czyli ludzkim, już tak tego nie pojmuję. Bo nie ma silnych kobiet lub słabych mężczyzn. Wszyscy jesteśmy trochę silni i trochę słabi.

A jak definiujesz męskość?
Nie miałem realnego wzorca mężczyzny, nie był nim mój ojciec. Miałem literackich i filmowych bohaterów, fantazje, wizje, tęsknoty, ideały. Męskie aspekty we mnie kultywowały sport, harcerstwo, zabawy w Indian. Byłem szczęściarzem, bo nigdy w swoją męskość nie wątpiłem. Mimo że byłem nieśmiały i delikatny, na swój sposób kobiecy, to podobałem się dziewczynom. Zaakceptowałem takiego siebie – swoją androginiczność uznałem za pełnię. Uważam, że stereotyp kobiecości i męskości bardziej nam dzisiaj przeszkadza niż służy. Na moim seminarium zapyta­łem kiedyś studentów, co jest najbardziej kobiecą, a co męską cechą. Uznali, że jest to – w obu wypadkach – opiekuńczość. To wymowne i symboliczne. W końcu opiekuńczość, czyli mądre dbanie o siebie i innych, to istota człowieczeństwa.

Piotr Pietucha, psychoterapeuta, autor książek "Stróż obłąkanych", "Dożywotni kochankowie", "Miłość klasy średniej".

  1. Kultura

Dołącz do Judy - śledź legendę sztuki feministycznej w sieci

Judy Chicago na tle jednej ze swoich prac. (Fot. materiały prasowe)
Judy Chicago na tle jednej ze swoich prac. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Judy Chicago nigdy nie poddawała się patriarchatowi. A teraz nie poddaje się pandemii.

W czasach, w których wirus bezlitośnie zamyka wystawy i odcina publiczność od kontaktu ze sztuką, 81-letnia artystka przeprowadza się do sieci. Swoją nową pracę „Judy Chicago Rainbow” wydała w formie aplikacji, którą za darmo można ściągnąć na urządzenia mobilne. Żywa legenda sztuki feministycznej najbardziej znana jest z monumentalnej instalacji „The Dinner Party” (przy gigantycznym stole każde z 39 nakryć upamiętnia jakąś historyczną kobiecą postać). Równie ważne są jednak spektakularne akcje Chicago, które od końca lat 60. przeprowadza z użyciem pirotechniki i kolorowych świec dymnych.

Performance na pustyni w Kalifornii „Smoke Bodies” (1972) z cyklu „Women and Smoke”. (Fot. materiały prasowe) Performance na pustyni w Kalifornii „Smoke Bodies” (1972) z cyklu „Women and Smoke”. (Fot. materiały prasowe)

Mistrzyni feministycznych fajerwerków w nowej aplikacji wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (augmented reality), dając nam możliwość urządzenia sobie kolorowej, wyzwalającej emancypacyjnej zadymy w najbliższym otoczeniu. Z całą pewnością dostęp do takiej wirtualnej tęczy nam się przyda.

Performance na terenie Muzeum Sztuki w Pasadenie „Multi-color Atmosphere” (1970). (Fot.materiały prasowe) Performance na terenie Muzeum Sztuki w Pasadenie „Multi-color Atmosphere” (1970). (Fot.materiały prasowe)

Aplikacja i informacje na temat „Judy Chicago Rainbow” są dostępne na stronie lightartspace.org

 

  1. Psychologia

Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Czasami myślimy o niej jak o kobiecej naturze, energii animy albo intuicji. Bardziej potrafimy ją poczuć ciałem niż rozpoznać umysłem. Kobieca moc niejedno ma imię... Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz inauguruje nowy cykl artykułów w miesięczniku "Sens".

Wiele z nas doświadczyło szczególnych momentów, w których wyraźnie poczułyśmy swoją moc np. w trakcie narodzin dziecka, ukończenia artystycznego dzieła (to tzw. euforia ostatniego pociągnięcia pędzlem) czy podjęcia jakiejś bardzo ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji. Co najważniejsze, ta moc pojawia się zwykle wtedy, kiedy głowa odpuszcza, a czasami nawet budzi się rezygnacja: „trudno, nie dam rady”, „nie wiem, co robić”, „to wszystko, na co mnie stać”... – i nagle gdzieś w głębi siebie już wszystko wiesz!

Siła czy moc?

Męska siła kojarzy nam się z działaniem w świecie zewnętrznym, z myśleniem analitycznym. Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. Mężczyzna czuje się silny, kiedy ma osiągnięcia i uznanie w zawodzie, w sporcie, w życiu. Kobieta czuje swoją moc, jeśli żyje w zgodzie z własną legendą podąża świadomie wybraną przez siebie drogą, jest obecna w „tu i teraz”, potrafi zintergrować głowę, serce i ciało... Jednak taki sposób odczuwania przychodzi z wiekiem.

Jako nastolatki czy dwudziestoparolatki chętnie próbujemy swoich sił w sportach, często ekstremalnych, lubimy rywalizować z mężczyznami. Kickboxing, MMA czy choćby zwykłe sztuki walki – czemu nie? Dieta ketogeniczna, płaski brzuch i „kaloryfer” wyćwiczony w siłowni, morsowanie czy wejście zimą na Śnieżkę w spodenkach i sportowym biustonoszu – czemu nie? Przed trzydziestką nadal realizujemy swoją moc bardziej „po męsku”: w rywalizacji, wspinaniu się po szczeblach kariery, sięganiu po eksponowane stanowiska. Momentem przełomowym często bywa ciąża. Być może to wtedy po raz pierwszy zaczynamy odróżniać siłę od mocy. Moc „z brzucha” pojawia się także w momentach, kiedy budzi się nasza energia twórcza: pragnienie namalowania obrazu, napisania książki czy ekspresji emocji poprzez ruch. Pojawia się świadomość, że siła wynika z naszego działania na zewnątrz a moc płynie z ekspresji tego, co wewnątrz.

Około czterdziestki wiele kobiet nagle odczuwa potrzebę radykalnje zmiany życia. Bywa, że bilans przeszłości wcale nie wypada na plus albo pojawia się tęsknota odnalezienia czy odkrycia celu i sensu życia. Czujemy, że dotąd żyłyśmy zgodnie z nieswoim scenariuszem. Doskonale tłumaczy to Paulina Młynarska, autorka rocznego planeru „Moc kobiet” pisząc, że jedyne, co może każda z nas, to wprowadzić korektę do wręczonego nam w chwili narodzin scenariusza – gotowca, który przypisuje określone z góry role, zadania i ograniczenia. Trzeba wiele odwagi i buntowniczej energii, aby je zakwestionować. I jeszcze więcej, aby rozpoznać czy też powołać do życia nowe wewnętrzne postaci, których energia pozytywnie zasili nasze życie psychiczne”.

Po pięćdziesiątce, kiedy siła działania w zewnętrznym świecie nie jest już taka oczywista, coraz częściej i wyraźniej zdarza nam się słyszeć głos wewnętrznej mocy. Na początku to bardziej szept: ,,Czy na pewno musisz tak dużo pracować?”, „Czy dzisiaj zrobiłaś coś, co nakarmiło twoją duszę, a jeśli nie dzisiaj, to kiedy ostatnio ci się udało?”. Dopóki traktujemy wycofanie się z jakiejkolwiek aktywności za oznakę słabości, nadal bardziej jesteśmy w energii siły niż mocy. Ale pewnego dnia, kiedy coraz częściej łapiemy się na tym, że wolimy być niż mieć, być tak prosto z brzucha; zachwycić się słońcem na twarzy, wąchać deszcz, popłakać się nad zdjęciem wnuczka tuż po narodzeniu – czujemy, że wróciłyśmy do domu. Swoją moc zaczynamy odczuwać jako wewnętrzny zew, którego nie sposób nie usłyszeć.

W podróży do siebie

Od czasu covidowej zawieruchy większość moich pacjentek przychodzi z kłopotami, które tak naprawdę są opowieściami o mocy – o tym, że czasami ona je przeraża, że nie czują się gotowe do przyjęcia, otworzenia się na tak intensywną energię, że jest jakaś ogromna siła, która próbuje się wydostać z ich wnętrza, że nagle poczuły potrzebę odmienienia całego swojego życia...

Nic w tym dziwnego, kobieca moc ma potężną energię, zarówno do działania jak i bycia w swojej prawdzie, wizji, osobistym micie. Pandemia, która w każdym z nas uruchomiła najbardziej pierwotne lęki, zmiany w tzw. ustawie antyaborcyjnej, które ,,dotknęły” kobiecych brzuchów, i era Wodnika (odpowiedzialnej wolności) – sprawiły, że nie mamy innego wyjścia jak dopuścić do głosu swoją moc. I to bez względu na wiek.

Jak przekonuje Maureen Murdock, analityczka jungowska, zadaniem, jakie dziś mają do spełnienia kobiety, jest wewnętrzna podróż ku całkowitej integracji, równowadze i pełni. Dziś, wszystkie jesteśmy w podróży „do siebie i po siebie”. Dla wielu z nas wyjście na ulice i głośny protest był początkiem tej ważnej podróży. Inne, dotknięte chorobą własną lub w rodzinie przeżyły poważne kryzysy: drobne śmierci iluzji, całkowite załamanie się dotychczasowych wartości. Niektóre, na początku nieśmiało, w oczekiwaniu na pozwolenie czy akceptację zaczęły, czasami po raz pierwszy w życiu, opiekować się sobą. Pielęgnować własne potrzeby, zagłębiać się w świat książek czy muzyki. Tańczyć, oddychać, tworzyć, być. Konfrontować się z demonami przeszłości i z lękiem.

Już czas…

Agnieszka Maciąg przekonuje, że tę moc czerpiemy ze swojego duchowego Ja, które jest pełne spokoju, pewności i siły. „Świat ducha istnieje w przestrzeni pomiędzy bodźcem i reakcją. W tej przestrzeni pojawia się świadomość. To właśnie ona daje nam możliwość dokonania wyboru reakcji” – pisze w książce „Twoja wewnętrzna moc”. Czas na porzucenie, choćby symboliczne, wszystkich ról życiowych, zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i lękami. Czas na powrót do kontaktu z własnym ciałem i odkrycie, kim tak naprawdę jestem, co chcę albo co mogę dać światu i co chcę dostać.

Przyda nam się w tym pomoc od innych kobiet. Wiele z nas już odnalazło swojej miejsce w kręgu kobiet czy innej grupie rozwojowej. Praca z baśniami, taniec 5 rytmów, medytacje, malowanie intuicyjne – każda metoda, która porusza naszą duszę jest dobra.

Potrzebujemy wysłuchania a właściwie usłyszenia swojej indywidualnej narracji o mocy, poczucia i uwierzenia, że naprawdę ją mamy. Każda z nas musi sama odkryć swój wzorzec. Ale warto słuchać opowieści, zarówno tych przekazywanych w baśniach, jak i opowieści kobiet, które chcą się dzielić swoim doświadczeniem.

Opowieści o mocy zaczniemy od tej, która budzi się w reakcji na krzywdy z przeszłości. To moc, którą czujesz w biodrach, brzuchu, udach… To ona pozwala ci mocno stanąć na ziemi, poczuć jej energię. Odwrócić się za siebie, otworzyć drzwi do dziecięcego pokoiku i poczuć tamten ból. Popatrzeć na matkę i ojca, którzy nie umieli ochronić przed krzywdą a może nawet byli jej sprawcami i przede wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że w dorosłym życiu nikt nie da ci tego, czego nie dostałaś od rodziców. Ty już to wiesz, bo czujesz swoją moc.

Gdzie czujesz swoją moc?

Mocno stań na nogach. Poczuj kontakt z podłożem. Lekko ugnij nogi w kolanach, zamknij oczy. Pozwól ciału odkryć swój balans i poddaj się kołysaniu. Poczekaj cierpliwie, aż poczujesz się wygodnie w tej pozycji. Lewą dłoń połóż na brzuchu, prawą na sercu. Poczuj, gdzie znajduje się twój ośrodek mocy. Czy leży w brzuchu? W sercu? A może jeszcze w innym miejscu? Jak to jest czuć moc w ciele?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Kobiece i męskie - skąd się biorą stereotypy płci?

- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Co jest kobiece, a co męskie? A po co się nad tym zastanawiać, skoro mamy równość? Wszystko jest uniseks. A jeśli nie wszystko? I czy chcemy, żeby tak było? O tym, czy jesteśmy wolni od stereotypów i czym są antystereotypy – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Artykuł archiwalny. 

W książce „Królewicz Śnieżek. Baśniowe stereotypy płci” (Agnieszka Suchowierska, Wojciech Eichelberger, wyd. Czarna Owca) pozamieniane są płcie bohaterów. Czy stare baśnie i bajki nam się nie podobają? Ja chciałabym sobie pobyć królewną, odsapnąć od tej cudnej równości! Ale wy, proszę bardzo, psujecie bajki.
Nic nie psujemy, zainteresowało nas tylko pytanie, czy baśnie przekazują stereotypy płci, czy są nośnikiem tego, co archetypowe. Hipoteza była oczywiście taka, że lansują patriarchalne stereotypy. Ale nie byliśmy tego pewni, dlatego Agnieszka w większości bajek na opak bawi się, tworząc język, w którym wszystkie rzeczowniki są rodzaju żeńskiego. Ale tak opisany świat wydaje się absurdalny – przegięty w drugą stronę. Szukajmy więc równowagi. Jeśli jednak jest więcej takich kobiet jak ty, które tęsknią za baśniowymi prototypami, to może bajki nie były narzędziem indoktrynacji. Przypuszczam jednak, że twoja reakcja spowodowana jest tym, że pod płaszczykiem wolności i dostępu do kariery liberalny patriarchat zaprzągł kobiety do pracy ponad siły, wpuścił w kredytowo-konsumpcyjny kołowrotek.

Królewna nie musiała zakładać firmy, płacić ZUS-u.
Ale nie wiem, czy dobrze czułabyś się jako królewna? W bajkach kobiety są nijakie i naiwne albo zawistne i mściwe. Natomiast mężczyźni to silni, mądrzy, szlachetni przywódcy. No w najgorszym razie – czarnoksiężnicy. Wygląda więc na to, że baśnie jednak nie lansują archetypów, lecz stereotypy. Księżniczka to jeden z nich. Spójrz na reklamy. Tam przygłupia kobieta potrzebuje pomocy mądrego doradcy. Ten stereotyp nadal żyje – po części za sprawą bajek – ale myślę, że udało się nam go częściowo skompromitować.

Mam wrażenie, że wszyscy to robimy, zamieniając się rolami. I mamy: silne kobiety, ale samotne i sfrustrowane. I wrażliwych mężczyzn, ale z pretensjami do tych kobiet, że są kastrowani. I jak tu żyć razem długo i szczęśliwie?
Może tak się dzieje, bo nadal tkwimy w stereotypach? Mówimy: „Ona wchodzi w rolę męską, on w kobiecą”. Gdybyśmy byli wolni od stereotypów, tak byśmy nie mówili. Nawet gdy on nie ma pracy, czy jest leniuchem, a ona programistką i go utrzymuje, to i tak nie zamienili się rolami. Bycie bez pracy czy lenistwo nie jest przypisane do jednej płci.

Odwrócenie ról to nie droga do szczęścia, bo trzeba przestać myśleć w kategoriach płci i reagować adekwatnie do okoliczności. Jeśli kobieta pracuje na utrzymanie domu czy dowodzi armią, ale ma przekonanie, że występuje przeciwko świętej regule kobiecości, to na pewno cierpi. Nie cierpiałaby, gdyby czuła, że jest wolnym człowiekiem, który decyduje o sobie. Oczywiście, kobieta może dojść do wniosku, że dowodzenie nie jest tym, co chce robić. Ale jeśli wycofuje się tylko dlatego, że uważa to za sprzeczne ze społecznie zdefiniowaną płcią, to sama siebie dyskryminuje.

Jednak nawet w bajkach na opak widać różnice między nami. Jedna nosi tytuł: „Dziewczynka z zapałkami i chłopiec z petardami”, bo jak pisze autorka, do chłopca zapałczany smutek nie pasuje. Chłopiec, gdy jest mu źle, łobuzuje.
To też stereotyp. Możemy spotkać chłopca z zapałkami, który umrze z głodu i zimna bez słowa skargi czy próby buntu. Możemy spotkać też dziewczynkę, która – jak na ilustracji Lidii Dańko – podpali spodnie facetowi, który, nie zważając na jej prośby, minie ją obojętnie. Choć prawdą jest, że statystyczny chłopiec częściej złość, strach, odrzucenie odreaguje petardami. Jednak naszym zachowaniem w coraz mniejszym stopniu sterują stereotypy, a coraz bardziej osobowość. Ale tu się sprawa komplikuje: bo osobowość kształtuje się w ogniu wpływów rodziców, wychowania  i kultury, a one są przesiąknięte stereotypami płci.

Gdy jednak sięgniemy poza odziedziczony stereotyp, do najgłębszych pragnień i kobiet, i mężczyzn, to okazuje się, że różnice znikają. Im dłużej pracuję z ludźmi, tym wyraźniej widzę, że na poziomie podstawowym, egzystencjalnym między kobietami a mężczyznami nie ma żadnej różnicy.

Mamy trochę inne ciała, więc też inne możliwości, i przyzwyczailiśmy się adekwatnie do nich dzielić obowiązkami, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia. W istocie obie strony potrzebują tego samego: wolności, autonomii, miłości, samorealizacji, szczęścia. Nie ma osobnej dla mężczyzn i osobnej dla kobiet drogi do ich zaspokojenia. Wszystkie przepisy na to, co jest właściwe (oprócz ciąży, porodu, karmienia piersią), są przejawem kulturowego stereotypu zależnego od świadomości społeczności, polityki i ekonomii. Dlatego trzeba konfrontować obowiązujące stereotypy z tym, co w nas archetypowe, podstawowe i ponad podziałami.

A może bajki to dowód, że się różnimy, tylko strach o tym mówić, bo to grozi dyskryminacją
? Weźmy Kopciuszka. Bohaterka to kobieta, która haruje w poczuciu upokorzenia w jakiejś komórce i marzy, żeby znaleźć się na balu. Ale przecież wielu mężczyzn też jest Kopciuszkami, też marzy o jakimś „balu”. W dodatku dzielenie ludzi na upokorzonych, aspirujących Kopciuszków i na książąt, od których szczęście Kopciuszków zależy, też tworzy stereotyp i pozór. Bo na podstawowym poziomie każdy z nas jest jednym i drugim. Każdy ma jakąś swoją udrękę i jakiś bal. Tylko – w zależności od charakteru, a nie od płci – na różne sposoby sobie z tym radzimy. Jedni zaciskają zęby i walczą, żeby kupić sobie bilet na wymarzony bal. A inni myślą, żeby ich ktoś tam zabrał, jakaś wróżka, książę albo księżna. Niektórzy, gdy się tam dostaną, czują się na jasnych salonach głupio, nie u siebie. Są też tacy, którzy nie dają rady i żyją w poczuciu krzywdy. Inni znowu dochodzą do wniosku, że to OK być Kopciuszkiem i w tym odnajdują szczęście.

Skoro tego samego pragniemy, to dlaczego się nie dogadujemy?
Bo nam się mylą stereotypy z tym, co podstawowe, egzystencjalne, wspólne. To są kulturowe filtry, przez które patrzymy na siebie. I to one są przyczyną niesprawiedliwości i nieporozumień. „Bo kobieta nie powinna być władcza”, „bo mężczyzna powinien być silny”. I już po porozumieniu, bo kobieta też potrzebuje być silna, a mężczyzna słaby. „Zawsze... nie wolno inaczej” – to stereotypowe myślenie.

Żeby się dogadać, iść razem na bal i dobrze bawić, trzeba dostrzec, że jesteśmy tacy sami, tego samego pragniemy, takie same pytania stawiamy. Trzeba odrzucić sztance naszego rozwoju i stawać się w pełni sobą. Nie rezygnujmy z siły dlatego, że jesteśmy kobietami, i nie rezygnujmy z empatii dlatego, że jesteśmy mężczyznami.

O uzupełnieniu siebie mówi „Książę na ziarnku prochu”. Księżniczka wybiera na męża supermacho. Ale ten po nocy spędzonej na płatku róży staje się poetą. Ofiarowuje księżniczce wiersz i wyznaje miłość. Ale ona go nie odrzuca!? Czy to możliwe, że kobieta, która chciała samca alfa, zaakceptuje w mężczyźnie wrażliwość i słabość?
Właśnie o tym mówi nowa wersja bajki, o możliwościach wyrwania się z kleszczy stereotypów zarówno kobiecych, jak i męskich. Wybranek królewny był mężczyzną świadomym tego, że kobiety cenią siłę, waleczność, odwagę, odporność na ból i zdolności seksualno-rozrodcze. Rozwinął więc w sobie te cechy aż do absurdu: „Będę taki, bo to najlepszy przepis na to, żeby podobać się najlepszym kobietom”. Chodził więc na siłownię, ćwiczył, wojował, obojętniał na ból, a przy okazji na wszystko. Być może już wcześniej poczuł, że ten mięśniak w lustrze to nie on, ale wolał o tym zapomnieć. Jednak po nocy spędzonej na płatku róży nastąpiła chwila prawdy. Supermacho odkrywa, że ma wrażliwe serce. Gdy odczytał księżniczce swój niezdarny, lecz szczery poemat, wzruszona władczyni uwalnia się od własnego – zapewne pseudofeministycznego – stereotypu zimnej suki. Oboje więc wyszli ze stereotypowych ról. I to jest wielki krok w ich rozwoju i poszukiwaniu szczęścia.

On stał się naszym ideałem: mężczyzną silnym i wrażliwym.
Mężczyzną z łamiącej stereotypy reklamy, który do wielkiej, umięśnionej klaty tuli niemowlę. Morał z bajeczki o „Księciu na ziarnku prochu” jest taki, że dopiero gdy mężczyzna zapomni o przechowywanym także w umysłach kobiet ideale męskości i stanie się prawdziwym człowiekiem, to wtedy kobieta w pełni otworzy na niego swoje wytęsknione serce. Zasada ta działa też w odwrotnej konfiguracji.

Płatek róży, który zakłócił męski sen księcia i wywołał tę przemianę, podłożył król, ojciec księżniczki.
Najwyraźniej zorientował się, że jego córka brnie w ślepą uliczkę, reagując wyłącznie na wymiary, rozmiary i twardość wybranka. Podejrzewał, że ta zbroja mięśni chroni jakieś wrażliwe, współczujące serce, i postanowił to sprawdzić, a właściwie dać temu szansę. Pewnie sam był za młodu macho okrutnikiem i uczestniczył w castingu na zięcia. Zrozumiał też, jak bardzo skrzywdził własną córkę, nie pokazując jej swojej wrażliwej strony.

Dziś bywa odwrotnie, nie serca brakuje mężczyznom. Sam w tej książce przyznajesz, że jako chłopiec przegrywałeś w rywalizacji o dziewczyny z innymi chłopakami, bo choć byłeś silny i sprawny, to wychowany przez matkę, za mało przebojowy. Dziewczyny wolały zuchwałych łobuzów... I co?
Musiałem w sobie rozwinąć macho, wojownika, czyli zrobić coś odwrotnego niż książę. Ale to nie był gwałt na sobie. Dzięki temu poczułem się bardziej kompletny, bo po drodze udało mi się zachować również wrażliwość i inteligencję. Nasze ludzkie poszukiwania prawdziwego siebie nie mogą polegać tylko na kultywowaniu tego, co nam łatwo przychodzi – np. jakiegoś talentu – lecz przede wszystkim na przekraczaniu naszych słabości i ograniczeń.

A co dzisiejsza kobieta może zrobić, żeby rozwinąć się w pełni?
Bohaterka tej nowej bajki ma coś, czego nie mają stereotypowe księżniczki z tradycyjnych bajek: naturalną, zuchwałą seksualność, siłę i władzę. Pewnie postanowiła kiedyś, że nie będzie taką nijaką i bezpłciową osobą jak tamte księżniczki. Nie zauważyła, że antystereotyp też jest stereotypem, który ją ogranicza, i zgubiła po drodze swoją wrażliwość. Ten sam błąd popełniają współczesne kobiety. Odnajdują w sobie dawno zapomniane siłę, autonomię, twardość i nieposkromioną seksualność. To dobrze. Problem w tym, że zapominają o całej reszcie. Słuszna i sprawiedliwa emancypacja kobiet sprawia, że kobiety zyskują siłę, ale tracą wrażliwość serc – a młodzi mężczyźni wprawdzie odzyskują wrażliwe serca, ale tracą tzw. jaja. Młodszy o pokolenie znajomy zwierzył mi się kiedyś: „Moja partnerka oszalała. Gdy jedziemy na rowerach, to się ze mną ściga, gdy idziemy do łóżka, to się ze mną ściga, a gdy kupuje samochód, to nie ten, który jej się podoba, tylko lepszy od mojego”. I tak jest dziś w wielu związkach, i tak byłoby w związku księżniczki, gdyby król nie podłożył płatka róży.

A jeśli nie ma króla, nie ma róży, nie ma księcia, który przeczyta wiersz, to co może zrobić królewna suka? Jak samej sobie pomóc osiągnąć pełnię człowieczeństwa, odnaleźć serce?
Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym. Kobieta nosi w sobie mężczyznę, a mężczyzna kobietę. Jeśli uwolnieni od stereotypów płci będziemy rozwijać cały swój ludzki potencjał, to nie będzie się o co kłócić ani rywalizować. Wszyscy – bez względu na płeć – mamy te same podstawowe potrzeby, aspiracje, lęki. Wszyscy – bez względu na płeć – wybieramy różne sposoby na poszukiwanie swojego szczęścia. Wszelkie formy ideologizowania płci: feminizm i maskulinizm, matriarchat i patriarchat, nas ograniczają i niepotrzebnie antagonizują. W swej istocie są antyludzkie.

Skąd mamy wiedzieć, czy coś wynika z archetypu, czy stereotypu?
Pytanie za milion dolarów! Możemy się tylko domyślać i sprawdzać na sobie. Aby mieć pewność, musielibyśmy całkowicie utracić społeczną i indywidualną pamięć i zobaczyć, czego wtedy chcemy. I większość tych, którzy ją utracili, zmienia całkowicie swoje życie. To znaczy, że ich wartości i wybory rozmijały się z tym, co było ich indywidualną drogą do szczęścia. Ale to nie znaczy, że autonomia, wolność, miłość, szczęście i nieustraszoność przestały być najważniejszymi potrzebami. Ci ludzie przed utratą pamięci chcieli tego samego, tylko szli narzuconą im przez kulturę i wychowanie ścieżką. To, czego najbardziej potrzebujemy, jest ludzkie – ani kobiece, ani męskie. Ale prowadzą do tego miliardy dróg. Tyle dróg, ilu ludzi.