1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szekspir - doskonały znawca psychosomatyki

Szekspir - doskonały znawca psychosomatyki

fot.123rf
fot.123rf
Aby lepiej zrozumieć jak zaburzenia emocjonalne objawiają się w ciele, należy sięgnąć do literackich dzieł sprzed 400 lat autorstwa Williama Szekspira. Okazuje się, że był on mistrzem w portretowaniu fizycznych objawów wewnętrznych rozterek swoich bohaterów.

Dr Kenneth Heaton, lekarz i znawca dzieł Szekspira, w artykule opublikowanym w „Medical Humanities” przeanalizował 42 teksty mistrza i 46 stworzonych przez niego bohaterów literackich. Odkrył, że jego opisy chorobowych objawów takich jak zawroty głowy, omdlenia, stępiona lub podwyższona wrażliwość na dotyk i ból, które wyrażają głębokie, często wyparte emocje, jest znacznie bardziej trafna i świadoma niż w pracach innych autorów tamtych czasów.

Na zawroty głowy cierpiało aż pięciu mężczyzn, powołanych do życia na kartach dzieł Szekspira (m.in.: „Poskromienie złośnicy”, „Romeo i Julia”, „Henryk VI, część 1”). Opisał aż 11 przypadków duszności, związanych z przeżywaniem ekstremalnych emocji (m.in.: „Dwóch panów z Werony”, „Gwałt na Lukrecji”, „Wenus i Adonis”). Chroniczne zmęczenie w wyniku bólu i cierpienia to te znana dolegliwość wśród bohaterów Szekspira (m.in.: „Hamlet”, „Kupiec wenecki”, „Ryszard II” „Henryku IV, część 2”). Silny niepokój podczas trudnych przeżyć pojawia się równie często („Król Lear”, „Ryszard II”, „Wiele hałasu o nic”, „Wenus i Adonis”). Szekspir zauważył też, że drętwienie ciała a także jego wyziębianie ma szerokie psychologiczne podłoże. Żaden jemu współczesny pisarz nie był w temacie psychosomatyki tak wnikliwy.

Dr Heaton stwierdza, że Szekspir „był wyjątkowy świadomy reakcji ciała na emocje”. Wiedzę ta mistrzowsko wykorzystał do stwarzania postaci, które wydają się „bardziej ludzkie” a ich losy wywołują u czytelników większą empatię. Dzięki temu „temperatura emocjonalna” jego sztuk jest wysoka. - Dzisiaj wielu lekarzy lekceważy emocjonalne podłoże fizycznych dolegliwości, co powoduje opóźnienie diagnozy i niewłaściwe leczenie - mówi Heaton. - Mogą się tego nauczyć poprzez studiowanie dzieł Szekspira.

Źródło: BMJ-British Medical Journal

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wstydliwe jelito - jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O zaburzeniach somatoformicznych mówi się, że to choroby typu „pomocy, nic mi nie jest”. Prawie co trzeci pacjent słyszy od swojego lekarza rodzinnego: „Nic panu nie jest” albo „Jak na razie wszystko w  porządku”. Również w gabinetach wielu lekarzy specjalistów, a przede wszystkim na szpitalnych oddziałach ratunkowych pojawia się masa takich pacjentów.

 

Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka 'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka "Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia.

Od lekarza do lekarza 

Takie dolegliwości jak biegunki, bóle brzucha, zaparcia, kaszel, częstoskurcz serca, bezsenność lub wysypka skórna, które lekarz kwituje machnięciem ręki i  uspokaja pacjenta słowami: „Wszystko jest w porządku”, są na dłuższą metę dużym obciążeniem. Efekt uspokajający następujący po stwierdzeniu, że nie występują żadne nieprawidłowości fizjologiczne, przeważnie trwa bardzo krótko. Po tym czasie dolegliwości znów nadszarpują nerwy. Dodatkowo nasuwa się pytanie, czy czasem lekarz czegoś nie przeoczył. Niestety często zdarza się, że subiektywne wrażenie nieprawidłowego funkcjonowania organizmu nie pokrywa się z diagnozą lekarską.

Odrzucenie emocji 

Kiedy osoby z dolegliwościami somatoformicznymi w końcu zjawiają się w moim gabinecie na konsultacjach psychosomatycznych, ponieważ z braku innego wyboru zaczynają dopuszczać do siebie myśl o psychicznych przyczynach swojej choroby, takie spotkanie jest przeważnie bardzo ciekawe. Moje podejście do pacjenta jest zupełnie inne niż podejście specjalistów, którzy stawiając diagnozę, skupiają się na danym narządzie. Oczywiście dokładnie pytam o szczegóły objawów i wymagam przedstawienia badań lekarskich, aby dowiedzieć się, co zostało już zbadane. Nie traktuję osobiście ani wywieranej przez pacjenta presji na postawienie diagnozy i szybkie wyleczenie dolegliwości, ani uczucia rozczarowania, gdy nie mogę zaproponować cudownej tabletki na ozdrowienie. Traktuję to jako część choroby.

Za długotrwałymi objawami kryje się często obrona przed emocjami. Oznacza to, że pierwotną przyczyną objawów były emocje. Bóle powstały wskutek poczucia winy, uczucie zmęczenia wywołał smutek, a biegunki są rezultatem lęków.

Ze względu na to, że emocje i  ich właściwy powód były trudne do zniesienia, elementy psychiczne emocji zostały odrzucone i  przeniesione do obszaru nieświadomości. Reakcje organizmu natomiast pozostały i odwracają naszą uwagę od podstawowego problemu, który tkwi w  sferze psychiki. W związku z tym koncentrujemy się na organizmie lub jego narządach oraz na objawach. W pierwszej chwili taka osoba czuje psychiczną ulgę, wiedząc, że jej problemem są dolegliwości fizjologiczne! Jeszcze większe poczucie ulgi daje jej bieganie od lekarza do lekarza i wyładowywanie w relacji ze specjalistami odrzuconych emocji, takich jak złość lub lęk. Tymczasem z a s a d n i c z o chodzi o coś zupełnie innego, co jest emocjonalnie trudne do strawienia.

Kiedy biegunka jest ulgą dla psychiki

Być może nie spodziewałeś się, że obszar cielesny jest tak ściśle związany z  obszarem psychicznym, a  podział między światem materialnym a niematerialnym istnieje wyłącznie w naszej głowie.

Jeśli zgodnie z najnowszym stanem wiedzy zaakceptujemy jedność emocji i poczucia ciała, wcześniejszych doświadczeń i ich wpływu na zdrowie organizmu, nie zdziwi nas, że większość przyczyn chorób znajduje się w psychice, a napięcia psychiczne objawiają się w ciele i przez ciało.

Pamiętam swoją pacjentkę Denise, młodą kobietę niemającą jeszcze dwudziestu lat, która cierpiała na biegunki. Problem przybrał takie rozmiary, że niekiedy nie spotykała się ze znajomymi z obawy, że w każdej chwili może się jej to przytrafić. Denise odbywała praktyki w pracowni fotograficznej i w pracy często musiała się pilnować, kiedy najlepiej iść do toalety, żeby nic jej nie ominęło. Całkowicie skoncentrowała się na swoich jelitach i próbowała przeciwdziałać dolegliwościom, zmieniając nawet dietę.

Kiedy Denise zjawiła się w moim gabinecie, uzgodniliśmy, że przeprowadzimy diagnostykę psychosomatyczną. Po szczegółowym omówieniu aspektów fizjologicznych i  po wykluczeniu przez gastroenterologa (lekarza zajmującego się chorobami układu pokarmowego) wszelkich infekcji i przewlekłego zapalenia jelit przyjrzeliśmy się życiu Denise. Wraz z rozpoczęciem naszych rozmów przestała w końcu chodzić do kolejnych gastroenterologów i poddawać się następnym kolonoskopiom. Dowiedziałem się, że gdy Denise w wieku osiemnastu lat wyprowadziła się z  domu, nadal była zależna od matki. Matka mówiła, że córka jest bardzo lękliwa. W zasadzie robiła dla niej wszystko, począwszy od gotowania, przez zawożenie jej na spotkania ze znajomymi i odwożenie do domu, aż po wybór najlepszych zajęć i hobby. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że Denise, mieszkając teraz w jednopokojowym mieszkaniu i mogąc dowolnie organizować swój czas, jest przeciążona wieloma obowiązkami. Nie dało się ukryć, że czuje się z tym niekomfortowo, ponieważ pozornie sprawiała wrażenie osoby samodzielnej i kompetentnej. Lęk kojarzył się ze wstydem, dlatego objawiał się w dolegliwościach jelitowych. Te objawy dało się łatwo wytłumaczyć, ponieważ Denise, gdy chodziła jeszcze do szkoły, przeżywała trudny czas, a jej reakcją na trudności były bóle brzucha. Wtedy jej matka bardzo się tym martwiła i wciąż zaprowadzała ją do pediatry.

Na tym przykładzie widzimy powtarzający się objaw i jego przyczynę. Biegunka chroni Denise przed trudnymi wyzwaniami, jak na przykład odnalezienie się w środowisku równolatków. Jednocześnie dolegliwości w coraz większym stopniu powodowały, że traciła szansę na nawiązanie kontaktów. Objawy fizjologiczne mogą odciążyć psychikę od napięć, w pierwszej chwili ich funkcja się sprawdza. Na dłuższą metę problem wymyka się jednak spod kontroli, wskutek czego nie pokonujemy dalszych ważnych etapów rozwoju.

 Jak pokonać zaburzenia somatoformiczne 

Zmiana okularów

Jeśli czytasz tę książkę, ponieważ cierpisz na niewyjaśnione dolegliwości fizjologiczne, zrobiłeś już jeden duży krok naprzód. Pierwszym etapem leczenia jest bowiem odrzucenie dotychczasowego wzorca oceny, który przeważnie brzmi tak: „Z moim ciałem jest coś nie tak, muszę iść do lekarza, w  końcu trzeba znaleźć jakąś przyczynę”. Skupienie się na powiązaniach między psychiką a ciałem przynosi efekty, ponieważ na tym etapie zaczynasz spoglądać na swój problem przez zupełnie inne okulary, a to decydująca kwestia.

Zaufanie

Drugi krok to nauczenie się zaufania do innych ludzi. Trzeba mieć zaufanie do lekarzy, którzy mówią ci, że nie widzą objawów poważnej choroby. Choroby typu „pomocy, nic mi nie jest” to przeważnie choroby relacyjne, w  których nasz wyuczony wzorzec relacji przenosimy na ciało lub tam go odtwarzamy. Ów wzorzec jest powiązany z brakiem zaufania. Kiedy się martwimy i krążymy wokół własnych dolegliwości, daleko nam do wiary w to, że organizm sam zrobi, co trzeba. Nic więc dziwnego, że dokładnie ten sam wzorzec przenosimy na kontakt z lekarzem i nie wierzymy mu na sto procent. W pierwszej chwili to całkiem zrozumiałe, ale po konsultacji z trzema specjalistami powiedziałbym: „Już dość”. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę i tak czy inaczej nikt nie zagwarantuje, czy czasem rzeczywiście nie chodzi o jakąś chorobę na tle organicznym.

Zmiana punktu skupienia

Wspominaliśmy już o  tym, że zaburzenia somatoformiczne utrzymują się, jeśli przez cały czas z  troską zagłębiamy się w siebie i przyglądamy się swoim narządom, swojemu ciału, swoim objawom, które odciągają naszą uwagę od trudnych emocji i konfliktów.

W pewnej mierze możemy sami odwrócić ten mechanizm, wykorzystując domowy sposób polegający na poszukaniu sobie jakiegoś zajęcia i poświęceniu się mu. Nie ma dużego znaczenia, czy takie zajęcie służy rozrywce, czy wyższym celom, choć z reguły lepsze efekty przynosi robienie czegoś na rzecz innych. Chodzi o to, żeby skupić się na czymś, co nie jest częścią naszego ego. W ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ z zaburzeniami somatoformicznymi często wiąże się obniżone poczucie własnej wartości, czyli poczucie, ile jesteśmy warci i jak bardzo jesteśmy ważni. Działając dla dobra innych, możemy je sobie podwyższyć.

Jeśli choć przez kilka minut uda się nie zajmować się swoimi jelitami, sercem czy bólami pleców, to już duży sukces. Należy wyznaczać sobie realne cele, w innym razie poczujesz się rozczarowany sam sobą. Z mojego doświadczenia wynika, że w dzisiejszych czasach ludzie stawiają sobie zbyt wysokie oczekiwania, choć nie mam pojęcia, jak bywało wcześniej.

Rozmowy z ciałem

Ostatnim środkiem pierwszej pomocy w przypadku chorób typu „pomocy, nic mi nie jest” może być wsłuchanie się w historię, którą opowiada nam ciało, i  zejście z  pola bitwy toczonej z chorobą. Tutaj nie da się zastosować gotowych schematów; powiedzenie „mieć czegoś po dziurki w  nosie” nie oznacza tak po prostu, że czegoś już nie chcemy, lumbago niekoniecznie oznacza, że jesteśmy „człowiekiem bez kręgosłupa”. Takie klasyczne, potoczne przypisywanie pewnych cech jest dzięki swojej prostocie kuszącym wyjaśnieniem. Nie można jednak zapominać, że decydujące znaczenie ma indywidualna historia danej osoby, która jest tłem opowieści przekazywanej przez ciało.

Zastanów się, czy w  twojej rodzinie lub w  środowisku, w którym teraz przebywasz, danemu narządowi przypisuje się jakieś szczególne znaczenie wykraczające poza jego mechaniczno-biologiczną funkcję, jak pompowanie krwi przez serce lub trawienie składników pokarmowych przez jelita. Poza tym pomyśl, jakich sytuacji lub czynności unikasz z powodu swoich objawów i czy nie są to czasami ważne wyzwania życiowe, z którymi do tej pory nie miałeś się odwagi zmierzyć i wymigiwałeś się od nich za pomocą objawów.

Jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Jeśli masz objawy choroby psychosomatycznej, potrzebujesz lekarza. Dotyczy to także opisywanych tutaj, często niezdiagnozowanych i niesprawiedliwie wyśmiewanych chorób. Powyższe rozważania są dobre na początek, ale rzetelna diagnostyka lekarska i psychosomatyczna, jeśli jest wskazana, w  połączeniu z psychoterapią stanowią najlepsze metody.

'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte. "Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte.

 

  1. Psychologia

Dawny stres - obecny zabójca. Ciało utrwala napięcie, uwolnij je

Stres odczuwany w ciele to w dużym stopniu stres z przeszłości; to wszystkie dziecięce zranienia i protesty, których nie byłeś w stanie wyrazić albo nie miałeś komu o nich opowiedzieć. (Fot. iStock)
Stres odczuwany w ciele to w dużym stopniu stres z przeszłości; to wszystkie dziecięce zranienia i protesty, których nie byłeś w stanie wyrazić albo nie miałeś komu o nich opowiedzieć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie zmienisz świata ani ludzi, ale możesz zmniejszyć stres odczuwany z powodu realizacji przedawnionych scenariuszy. Aby to osiągnąć, potrzebujesz jedynie bliskości z własnym ciałem – żeby je lepiej czuć i rozumieć; przestrzeni, czasu i uważności – żeby poznać siebie lepiej i zaakceptować bez zastrzeżeń. A potem wystarczy już tylko oddzielić przeszłość od tego, co „tu i teraz” .

Emocje, myśli i ciało przenikają się, tworząc jedność. Jeśli w twoim życiu wciąż powraca coś, mimo że już dawno to sobie uświadomiłeś, czas popracować nad tym za pomocą ruchu. Otworzyć się na to, co komunikuje ciało.

Stres odczuwany w ciele to w dużym stopniu stres z przeszłości; to wszystkie dziecięce zranienia i protesty, których nie byłeś w stanie wyrazić albo nie miałeś komu o nich opowiedzieć. To wszystkie dziecięce „nie”, których nie mogłeś wypowiedzieć. W miarę upływu czasu przekształcają się w chroniczne napięcia mięśniowe, przede wszystkim w obszarze szyi i głowy, odcinając w ten sposób czucie od myślenia. Mięśnie obracające głową w geście zaprzeczenia usztywniają się, żeby powstrzymać wykonywanie tego gestu. Aby ochronić się przed kolejnymi zranieniami, stajesz się uparty, a twoje niewypowiedziane czy niewysłuchane „nie” zamienia się w nieuświadomioną zawziętość . Mięśnie szczęk przykurczają się, co nadaje twarzy wyraz wyzwania lub uporu. Napięcia mięśniowe występują również w gardle, by powstrzymać krzyk sprzeciwu.

Mijają lata, a twoje ciało reaguje na wydarzenia codziennego życia, uruchamiając nieaktualny scenariusz z przeszłości. Okaże się na przykład, że każdy nowo poznany mężczyzna prędzej czy później wyda ci się niesłownym dupkiem. Na przykład ten ostatni – biedak nie rozumie, dlaczego kiedy rzuca mimochodem: „Zadzwonię o 9.00” i dzwoni o 10.00, ty dostajesz ataku szału. Nawet ty nie do końca to rozumiesz i po fakcie czujesz się winna: „Może rzeczywiście przesadzam, a on mnie tak bardzo kocha”. Gdybyś z uważnością zaobserwowała, co dzieje się w twoim ciele, kiedy mija 9.00, a on nie dzwoni (jakie pojawiają się wówczas myśli w twojej głowie i jakie w konsekwencji czujesz emocje), zrozumiałabyś, że to scenariusz z twoim ojcem w roli głównej. Zapisane w ciele migdałowatym i zastygłe w powięziach wspomnienie ojca, który nigdy nie dotrzymywał dawanych ci obietnic, uaktywnia lawinę cierpienia, ilekroć ktoś kolejny raz rzuca słowa na wiatr. I nieważne, że chodzi o drobiazg: telefon spóźniony o godzinę czy nieodebrane rzeczy z pralni, choć ten ktoś obiecał ci, że na pewno dziś to zrobi... To boli zawsze tak samo jak przed laty.

Nawiąż kontakt z własnym ciałem

Twoje ciało wyraża się przede wszystkim poprzez ruch. Jeśli boisz się albo z jakiegoś innego powodu unikasz ruchu – ciało utrwala napięcia, które z czasem przekształcają się w dotkliwe symptomy, na przykład napięciowe bóle głowy, ucisk w splocie słonecznym czy skurcze żołądka.

Każdy moment jest dobry, by stawać się coraz wrażliwszym na swoje ciało.

Wystarczy uważnie go słuchać; zwykle jednak jesteś tak zasłuchany w to, co masz w głowie, że je lekceważysz. Ilekroć wystąpi konflikt między umysłem i ciałem, prawie zawsze to właśnie ciało ma rację, bo jest naturalne, a umysł został uwarunkowany społecznie. Ciało należy do niezgłębionej natury, umysł do społeczeństwa. Ciało jest głęboko zakorzenione w istnieniu, umysł ślizga się jedynie po powierzchni.

Stres od zawsze kojarzy nam się z napięciem, a jeśli napięcie, to trzeba się rozluźnić... Jednak w dzisiejszych czasach często to już nie działa. Kiedy brałam udział w sesjach łączonych, na których razem z terapeutą manualnym pracowaliśmy z pacjentem, nierzadko okazywało się, że wiele osób odczuwa lęk przed rozluźnieniem. Do gabinetu trafiali też tacy, którzy bali się położyć na wznak na stole do masażu. Zapytani, o co chodzi, najczęściej tłumaczyli się zawrotami głowy albo niechęcią do leżenia na plecach. Niektórzy mówili wprost, że obawiają się rozluźnienia, bo kojarzy im się ze słabością w ciele. Pamiętam pacjentkę, którą następnego dnia po sesji miała czekać sprawa rozwodowa. „Na sesję rozluźniającą przyjdę po rozwodzie, teraz muszę zebrać się w sobie, by mieć siłę walczyć” – tłumaczyła.

Przyjemnie jest być rozluźnionym, ale podświadomie znacznie częściej wybieramy spięcie. Ciała niektórych z nas w ogóle nie pamiętają doznania rozluźnienia. Stan napięcia daje poczucie działania, starania się. Rozluźnienie to bierność, wrażliwość i... otwarcie na zranienie. Wydaje ci się, że kiedy jesteś spięty, to kontrolujesz sytuację, a rozluźniony możesz coś przeoczyć, czegoś nie dopilnować... Na co dzień żyjesz w chaosie wielu spraw, które jak mocny wicher rozwiewają twój wewnętrzny spokój. Trudno zajrzeć do środka, kiedy każdą chwilę próbujesz wypełnić działaniem.

Gdy rozciągasz ciało do granicy bólu, w pewnym momencie zaczynasz czuć napięcie. Żeby poczuć rozluźnienie – musisz puścić.

Więcej dla poszukujących spokoju i życia bez stresu w książce "Kiedy Twoja wrażliwość staje się zaletą". Polecamy! 

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Styl Życia

Medytacja - lek dla ciała i umysłu

Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Z badań wynika, że w przypadku wielu chorób regularna praktyka medytacyjna sprawdziła się jako metoda wspierająca konwencjonalną terapię medyczną. Nieoceniona jest też profilaktyczna rola medytacji w życiu wszystkich zestresowanych.

Artykuł archiwalny 

Medytacja często jest postrzegana jako tajemna praktyka dostępna tylko dla wschodnich myślicieli, buddystów. Praktykowana przez Europejczyków potrafi budzić zadziwienie i sprzeciw. Chciałabym rozwiać te niepokoje i przedstawić wiele niezwykłych korzyści płynących z medytacji.

Na początek definicja. Medytacja, z łac. meditatio, oznacza rozmyślanie, zagłębianie się w myślach. Nie sposób wszystkie techniki medytacyjne wrzucić do jednego worka. Potrafią się różnić od siebie diametralnie, zarówno w technice, jak i w samym celu. Medytację zalecają religie Wschodu: buddyzm, zen, taoizm, hinduizm; modlitwa kontemplacyjna jest jej przykładem w praktyce chrześcijańskiej. Medytacja jest także obecna w psychoterapii i procesach samodoskonalenia się pozbawionych elementów religijnych. Warto wymienić kilka metod medytacyjnych.

W wielu przypadkach medytacja polega na powtarzaniu w kółko jakiegoś dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam.

Vipassana polega na uświadamianiu sobie własnych naturalnych reakcji w ciele na wszystkie zewnętrzne bodźce oraz na koncentracji na oddechu. Zen skupia się na liczeniu oddechów. W buddyzmie tybetańskim to proces tworzenia i niszczenia mandali. Medytacja transcendentalna to powtarzanie mantr, czyli formuł. Są mantry uniwersalne wypowiadane w sanskrycie, za odmianę mantry można także jednak uznać modlitwę różańcową do Matki Boskiej. Jest też medytacja tonglen polegająca na wizualizacji cierpienia – swojego lub czyjegoś, „wdychaniu” tego cierpienia, przetwarzaniu na poziomie serca w stan ukojenia i wydychaniu go w postaci promiennego światła. Wyróżnia się także medytację w ruchu: ćwiczenia tai-chi i qigong, a także tańce transowe.

Po co się medytuje? By osiągnąć oświecenie, pełną kontrolę nad duszą i ciałem, pozbyć się lęku przed śmiercią, a także by poprawić swoje zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

Więcej niż relaksacja

Podczas medytacji ciało odpoczywa, a stan głębokiej relaksacji działa uzdrawiająco na cały organizm. W zapisie badania EEG medytującej osoby pojawiają się fale alfa wskazujące na stan najwyższego odprężenia i dobrego samopoczucia. Medytacja może wzmacniać odporność organizmu i przywracać równowagę w autonomicznym układzie nerwowym (unerwiającym narządy wewnętrzne) – między układem sympatycznym, pobudzającym, np. przyspieszającym oddychanie, i parasympatycznym, hamującym, spowalniającym oddychanie. Powoduje rozluźnienie mięśni, często trwalsze niż w trakcie ćwiczeń relaksacyjnych. Co ważne, dzięki medytacji wydolność i aktywność układu nerwowego wzrastają, a nie obniżają się, jak w przypadku innych technik relaksacyjnych.

Już od lat 70. nauka bardzo interesuje się wpływem medytacji na organizm. Badania wykazały, że jest to z jednej strony metoda profilaktyczna, zapobiegająca różnym chorobom, wywołanym przede wszystkim permanentnym stresem, a z drugiej – metoda uzdrawiająca i wspierająca leczenie farmakologiczne, szczególnie w przypadku chorób przewlekłych.

Osoby praktykujące medytację są mniej nerwowe, mniej agresywne, mniej podatne na depresję, za to szczęśliwsze i zdrowsze od tych, które nie medytują. Medytacja to sposób na radzenie sobie ze stresem, a więc jednocześnie na zapobieganie niechcianym następstwom stresu, takim jak nadciśnienie, atak serca, udar, zwiększona podatność na alergie czy rozwój nowotworów. Dlaczego tak się dzieje? Stres powoduje przyspieszone oddychanie, wzrost ciśnienia krwi, napięcia mięśniowego, przyspieszenie akcji serca. Przez ciągłe napięcie wyczerpują nam się naturalne zapasy energii i spada odporność. Regularne codzienne medytowanie po 20 minutach przynosi ulgę i zmniejsza objawy u osób przewlekle chorych m.in. na astmę, cukrzycę, nadciśnienie, migreny. Tam, gdzie lekarze zalecają spokój, opanowanie, zdrowy tryb życia, bo już same leki nie pomagają, z pomocą przychodzi właśnie medytacja.

Wyciszenie umysłu

Dr Dean Ornish (ur. 1953 r.), amerykański lekarz i uczony z Uniwersytetu w San Francisco, a także założyciel Preventive Medicine Research Institute w Sausalito, od lat stosuje terapię łączącą medytację i specjalną dietę niskotłuszczową u pacjentów cierpiących na chorobę wieńcową i nowotwory prostaty.

Zaleca też medytację jako doskonałą terapię na nadciśnienie i obniżanie poziomu cholesterolu.

W jednym z wywiadów szczegółowo opisuje działanie regularnej medytacji: „Medytacja to potężne narzędzie redukujące stres, ale też dużo więcej. To praktyka i proces koncentrowania się na własnej świadomości. W wielu przypadkach medytacja polega na ciągłym powtarzaniu dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. (…) Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam. Jeśli czujesz się lepiej ze świecką medytacją, możesz powtarzać słowo one [ang. jeden]. Rodzice, usypiając czy uspokajając dziecko, często intuicyjnie nucą mruczanki typu aaaa, yhmmmm. Zazwyczaj dźwięki zaczynają się od o lub a, a kończą na m lub n. Na przykład »ommmmmmmmmmmmm«, »amennnnnnnnnnnn« czy »szalommmmmmmm« czy »onnnnnnnnnne«.

Weź wdech i na wydechu wypowiedz swój dźwięk w przeciągły sposób, następnie znów weź wdech i powtarzaj. Możesz powtarzać dźwięk głośno bądź w myśli, choć wielu osobom łatwiej jest się skoncentrować, kiedy powtarzają na głos. Kiedy skupiasz się na swoim umyśle, zaczyna się dziać wiele dobrych rzeczy. Po pierwsze, łatwiej ci się skoncentrować, tak więc cokolwiek robisz, robisz to lepiej. Po drugie, na poziomie zmysłów, kiedy podchodzisz do czegoś z uwagą, czerpiesz z tego więcej korzyści. (…) Twój umysł zaczyna się wyciszać i zaczynasz doświadczać coraz większego wewnętrznego spokoju, radości i dobrego samopoczucia. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że to nasz naturalny stan, trwający, dopóki sami go nie popsujemy, co jest bardzo wzmacniającą świadomością. Bo kiedy czujemy się zestresowani, przestajemy oskarżać o to innych, tylko skupiamy się na tym, co możemy z tym stresem zrobić sami”.

 
Przeprowadzono badania grupy osób, które zdecydowały się na zmianę stylu życia według wskazówek doktora Ornisha (regularna medytacja, niskotłuszczowa dieta i udział w zajęciach grupy wsparcia). Po roku okazało się, że zmiany miażdżycowe częściowo się u nich cofnęły, a po pięciu latach ta korzystna tendencja była jeszcze wyraźniejsza.

Zamiast leków nasennych

Jednym z pionierów w dziedzinie psychosomatyki – łączenia umysłu i ciała w jeden system – jest Herbert Benson (ur. 1935), amerykański kardiolog, założyciel Mind/Body Medical Institute pod Bostonem i profesor związany z Harvard Medical School. W swoich badaniach, rozpoczętych 35 lat temu, koncentruje się na szkodliwym wpływie stresu na zdrowie i metodach przeciwdziałania mu. Medytację uznał za jeden ze skuteczniejszych sposobów na ograniczenie negatywnych skutków stresu.

Medytacja jako sposób radzenia sobie ze stresem jednocześnie pomaga zapobiegać nadciśnieniu, atakom serca, udarom, zwiększonej podatności na alergie czy rozwojowi nowotworów.

Benson zauważył, że w czasie wizyt kontrolnych jego pacjenci zawsze mają podwyższone ciśnienie krwi. Wysunął hipotezę, że powoduje to stres związany z wizytą u lekarza. Powrócił na uczelnię – Harvard Medical School – by rozpocząć swoje wieloletnie badania. W czasie studiów spotkał młode osoby praktykujące medytację transcendentalną, które poprosiły go o przeanalizowanie ich poziomu ciśnienia.

Tak więc Benson wraz kolegą Robertem Keithem Wallace’em przeprowadzili badania w dwóch fazach: najpierw gdy ochotnicy po prostu spokojnie siedzieli przez 20 minut, a potem w trakcie ich 20-minutowej medytacji. Wyniki okazały się zaskakujące. W czasie medytacji (w przeciwieństwie do fazy siedzenia) u badanych zaobserwowano obniżony metabolizm, wolniejsze tempo oddechu i bicia serca, a także wolniejszy przepływ fal mózgowych. Benson określił to jako reakcję organizmu na relaksację, przeciwstawiając ten stan reakcji na stres. Na podstawie badań doszedł do wniosku, że aby organizm osiągał reakcję na relaksację, można stosować różne rodzaje medytacji, w zależności od potrzeb pacjenta. Powinny zostać jednak spełnione dwa warunki: powtarzanie jakiegoś dźwięku, słowa, frazy z modlitwy lub ruchu oraz koncentracja na tym powtórzeniu, czyli odłożenie na bok wszelkich przeszkadzających myśli.

Wieloletnie badania wykazały, że od 60 do 90 proc. wizyt u lekarza jest spowodowane dolegliwościami lub chorobami pacjenta wywołanymi przez stres. Program leczenia Bensona obejmuje techniki medytacji, odpowiednią dietę, ćwiczenia fizyczne i grupę wsparcia pomagającą przeformułować negatywne myślenie w pozytywne. Efekty terapii zostały odnotowane.

75 proc. pacjentów cierpiących na bezsenność dzięki medytacji zostało całkowicie uleczonych i mogło odstawić bezpowrotnie leki nasenne, 36 proc. kobiet cierpiących na nieuzasadnioną medycznie bezpłodność zaszło w ciążę w ciągu sześciu miesięcy od zakończenia programu. U pacjentów z nadciśnieniem ciśnienie krwi zdecydowanie się obniżyło. U wielu kobiet ustąpiły napięcia przedmiesiączkowe i dokuczliwe objawy menopauzy.

Druga strona medalu

Medytacje są bezpieczne. Przestrzega się jednak, że regularne praktykowanie medytacji może wzmocnić działanie niektórych leków, zwłaszcza przeciwlękowych i obniżających ciśnienie krwi. Konieczna w takich przypadkach jest konsultacja z lekarzem prowadzącym. Medytacja może być niebezpieczna dla osób ciężko chorych psychicznie. Istnieje teoria, że podczas medytacji może pogarszać się stan osób cierpiących na schizofrenię, odradza się ją również chorym na cyklofrenię.

Konsultacja: lekarz med. Tomasz Nocuń

  1. Zdrowie

Psychosomatyka - wsłuchaj się w swój organizm

Kiedy mówimy o zdrowiu, mamy zwykle na myśli kondycję ciała. Zachodnia medycyna – przy wszystkich swoich wspaniałych osiągnięciach – wciąż podtrzymuje podział między ciałem a umysłem. (Fot. iStock)
Kiedy mówimy o zdrowiu, mamy zwykle na myśli kondycję ciała. Zachodnia medycyna – przy wszystkich swoich wspaniałych osiągnięciach – wciąż podtrzymuje podział między ciałem a umysłem. (Fot. iStock)
Czym jest choroba? Problemem? Usterką? A może wiadomością od kochającego ciała? Masz prawo wybrać, w co wierzysz... Masz też wszystko, czego potrzeba, by współpracować ze swoim ciałem. Czy jesteś gotów uznać je za najlepszego przyjaciela, gdy woła „dość!”? Odczytać wiadomość, którą poprzez ból czy inny objaw chce ci przekazać?

Tego rodzaju opracowań jest więcej. Wystarczy wspomnieć „Wpływ emocji na zdrowie” Debbie Shapiro oraz „Twoje ciało mówi: pokochaj siebie” Lise Bourbeau. A przecież mamy też Totalną Biologię, Biologikę, medycynę chińską czy germańską. Interpretacje w poszczególnych systemach mogą się różnić, ale założenie jest to samo: ciało ma ci coś ważnego do powiedzenia. Szepce, prosi, w końcu krzyczy... Zamiast złościć się, że słabe, niedoskonałe – uszanuj jego potrzeby. Jak reagujesz na sygnały płynące z ciała? Czy przeziębienie znaczy dla ciebie „Za lekko się ubrałem”, „To przez ten deszcz”, a może dostrzegasz więcej? Według Louise Hay, autorki przełomowych poradników na temat wpływu na własne ciało, nazywanej „królową New Age’u”, przeziębienie niesie w sobie komunikat: „Zbyt wiele dzieje się naraz”. Oznacza psychiczny zamęt, drobne urazy. Znam wiele osób, które przy pojawieniu się każdej dolegliwości zaglądają do słynnych tabelek Hay (z jej książek „Możesz uzdrowić swoje życie” i „Możesz uzdrowić swoje ciało”). Jak to działa? Znajdujesz w wykazie alfabetycznym chorobę, sprawdzasz jej przyczynę emocjonalną lub mentalną, a obok masz podany nowy wzorzec myślowy, pomagający wprowadzić stosowne zmiany (dla przeziębienia brzmi on: „Pozwalam umysłowi odpocząć i zaznać spokoju. Jasność i harmonia są we mnie i wokół mnie”).

Naturopatka, którą odwiedzam od lat, zwykła powtarzać: „Nie pozbędziemy się tej dolegliwości, dopóki nie dowiemy się, jaka emocja za nią stoi”. Owszem, można stosować doraźne remedia, wyciszyć objawy, ale posłaniec, którego nie zrozumiemy, będzie wracał. W książce „Wsłuchaj się w swoje ciało” (wyd. KOS) Lise Bourbeau, założycielka największej szkoły rozwoju duchowego w Quebecu, podaje przykład sąsiada, który puka w nocy do drzwi, żeby powiedzieć ci, że nie wyłączyłeś świateł w samochodzie. Wie, że potrzebujesz auta na dojazd do pracy, dlatego zależy mu na przekazaniu informacji. Jeżeli zignorujesz jego pukanie, wróci – z nadzieją, że wreszcie cię obudzi. Nie chce ci dokuczyć, po prostu lubi cię i chce pomóc. Możesz nie reagować, tyle że wtedy prawdopodobnie akumulator samochodu się wyładuje... Może więc lepiej wstać, odebrać wiadomość, podziękować i zająć się sprawą?

Być w kontakcie

Kiedy mówimy o zdrowiu, mamy zwykle na myśli kondycję ciała. Zachodnia medycyna – przy wszystkich swoich wspaniałych osiągnięciach – wciąż podtrzymuje podział między ciałem a umysłem. Jednocześnie coraz więcej mówi się o chorobach psychosomatycznych i wpływie stresu na zdrowie. Tak, ciało reaguje nieustannie na nasze przekonania, emocje, stany. Jeśli więc utkniemy w pewnych wzorcach myślowych albo będziemy wypierać niechcianą emocję, wcześniej czy później znajdzie to odbicie w ciele. Tak naprawdę wszyscy mamy tego mniejszą lub większą świadomość. Mówimy: „W tej pracy nabawiłem się wrzodów”, „Nie trawię tego zachowania” albo „Jeśli czegoś nie zmienię, dostanę zawału”. Nauczycielka duchowa Debbie Shapiro w książce „Wpływ emocji na zdrowie” przypomina na tę okoliczność scenę z filmu „Manhattan” Woody’ego Allena. Gdy dziewczyna głównego bohatera oznajmia, że porzuca go dla innego mężczyzny, ten wydaje się spokojny. Ale to tylko pozory. „Nie złoszczę się – tłumaczy – zamiast tego hoduję sobie guzy”.

„Twoje fizyczne ciało jest najcudowniejszą maszyną, jaka istnieje na tym świecie” – twierdzi Lise Bourbeau. Kanadyjka nie ma też wątpliwości, że (choć może się to wydawać trudne do przyjęcia) to my prowokujemy nasze choroby i wypadki. To sposób wewnętrznej komunikacji. Weźmy ból kolana – zdaniem Bourbeau (ale też Hay i Shapiro) oznacza on, że jesteś mało elastyczny, zbyt uparty. „To, jak ważne są kolana, uświadamia nam pozycja klęcząca” – pisze Debbie Shapiro. „Klękamy na znak poddania – zwykle jakiejś władzy zwierzchniej. Zginając nogi w kolanach, możemy się pochylić, poddać, pokłonić, dać coś komuś lub oddać mu pole, a także okazać pokorę”. Dolegliwości gardła w większości opisów łączone są z zablokowaną ekspresją (również twórczą). Ze zdławioną złością. Prawdopodobnie coś domaga się wypowiedzenia... To zaproszenie do pełniejszego wyrażania swojego „ja”. Inne opisy i diagnozy wydają się równie logiczne: bóle pleców wskazują na nadmierną odpowiedzialność i nieprzyjmowanie wsparcia, choroby jelit – na lęk przed porzuceniem tego, co stare i niepotrzebne, a wypadki – na poczucie winy (nie możesz sobie czegoś wybaczyć i wymierzasz sobie karę). Jednocześnie warto pamiętać, że to tylko niezobowiązujące podpowiedzi i nie należy traktować ich zbyt ortodoksyjnie. Każde ciało jest jedyne, niepowtarzalne. Znam przypadek osoby z niedosłuchem, która wciąż atakowana była przez „życzliwych” pytaniem „Czego nie chcesz usłyszeć?”. To niekoniecznie pomaga...

Kluczowe jest, by zwrócić uwagę na ostrzeżenie. Coś boli, kurczy się, ciąży? Twoje ciało mówi, że jakaś postawa, którą przyjąłeś, nie jest dla ciebie korzystna. Że nie poruszasz się zgodnie z nurtem życia. Czy wiesz, że większość przekonań, na których się opieramy, sięga czasów wczesnego dzieciństwa? A to bardzo przestarzały program operacyjny... Nic dziwnego, że ciało upomina się: zmień, uaktualnij, to nie działa! Sęk w tym, że niektóre przekonania stają się naszymi wartościami i zasadami, a wtedy naprawdę trudno dostrzec, jak bardzo nas ograniczają. Zaczynamy łączyć je z koncepcjami dobra i zła, zapominając, że to, co nazywamy naszą wewnętrzną prawdą, ma prawo podczas rozwoju ewoluować. „Gdy pojęcia dobra i zła są mocno zakorzenione, stajesz się zaskorupiały i sztywny wobec samego siebie i innych” – ostrzega Lise Bourbeau. „Przechodzą ci koło nosa wspaniałe okazje, chwile, dzięki którym mógłbyś stać się szczęśliwszy. Tak bardzo zajęty jesteś krytykowaniem innych, że nie widzisz, co dzieje się w twoim własnym życiu, co mógłbyś uczynić dla siebie samego”.

Stać się całością

Co zatem możesz zrobić? Usiądź i jak proponuje Lise Bourbeau – wypisz na kartce wszystkie dolegliwości, jakie ci doskwierają. Podziękuj za przekazane wiadomości i poproś nadświadomość, by pomogła ci odszyfrować ich znaczenie. Możesz zajrzeć do opisów dolegliwości w dostępnych źródłach, wynotowując to, co wydaje ci się istotne. A potem odpowiedz sobie na pytania:
  1. Jakie określenia najlepiej opisują stan, w jakim jestem i jak czuję się w tym stanie?
To pierwsza warstwa problemu – blokada fizyczna.
  1. a. Co uniemożliwia mi moja dolegliwość? (szukamy zablokowanych pragnień) b. Kim w związku z tym nie mogę być w życiu?
Odpowiedzi na te pytania pomagają – według kanadyjskiej terapeutki – zidentyfikować blokadę emocjonalną.
  1. Gdybym pozwolił sobie na bycie w życiu… (odpowiedź na pytanie 2b), co mogłoby mi się przydarzyć nieprzyjemnego i niepożądanego i jak oceniliby mnie inni?
Na tym etapie docieramy do blokady mentalnej, czyli przekonania, które blokuje twoje pragnienia i uniemożliwia ich realizację.

Zwróć uwagę na pytanie 2a. Jeśli dokładnie określisz, co uniemożliwia ci twoja dolegliwość, dużo łatwiej będzie ci znaleźć jej głęboką przyczynę – podkreśla Lise Bourbeau. I podaje przykład kobiety, która zgłosiła się do niej z zapaleniem ścięgna w prawym ramieniu. Oznajmiła, że ból uniemożliwia jej grę w tenisa (choć przeszkadzał jej niewątpliwie również przy innych, dużo ważniejszych, czynnościach). Terapeutka poszła tym tropem i spytała pacjentkę, co skłoniło ją do zapisania się na lekcje tenisa. Okazało się, że pacjentce zależało na znalezieniu rozrywki – brała życie zbyt serio. Jednak po jakimś czasie koleżanki z klubu namówiły ją na cotygodniowe rozgrywki. Partnerka od dubla czyniła jej uwagi – rozrywka zamieniła się w poważną rywalizację... Gdyby nie kontuzja, pewnie kobiecie trudno byłoby zaprotestować, może nawet nie zauważyłaby, że sprawy przyjęły niepożądany obrót. Jak widać, dolegliwości nie muszą sugerować, że mamy się z czegoś wycofać. Raczej, że coś przegapiliśmy, że wymagana jest zmiana podejścia.

Odpowiedz więc uczciwie na pytania i sprawdź, co przyczyniło się do zakłócenia równowagi. Bądź dla siebie łagodny. Wybacz sobie. Uwierzyłeś w coś, co do tej pory nie pozwoliło ci być w pełni sobą. Miałeś swoje powody. Nawiąż kontakt ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem – sugeruje Bourbeau. Tym, które – wskutek trudnych doświadczeń, cierpienia – wyrobiło sobie jakąś opinię na temat otaczającego go świata. Czy to przekonanie wciąż jest silne? Czy jesteś gotów pożegnać je i zacząć ujawniać swoje pragnienia? Nie oznacza to, że – docierając do tego miejsca – masz rezygnować z opieki lekarskiej. Dobrze jednak mieć świadomość tego, czym jest pełne uzdrowienie. To coś więcej niż przywrócenie prawidłowej funkcji jakiegoś narządu lub części ciała. „Według definicji przyjętej przez Światową Organizację Zdrowia, zdrowie to całkowity fizyczny, umysłowy i społeczny dobrostan” – przypomina Debbie Shapiro. Jej zdaniem uzdrowienie oznacza, że mamy wyjść poza schematyczne podziały na dobro oraz zło i na nowo stać się całością. „Musimy spowodować, by to wszystko, co dotychczas ignorowaliśmy, czemu zaprzeczaliśmy, co odpychaliśmy od siebie lub czego chcieliśmy się pozbyć, stało się częścią nas – musimy objąć to świadomością i sercem, włączyć w swoje życie. Na tym właśnie polega proces uzdrawiania”.

Co mówi ból?

Według Louise Hay każdy ból jest oznaką winy. „Wina zawsze szuka ukarania, a kara powoduje ból. Chroniczny ból wywodzi się z chronicznego poczucia winy, często zalegającego tak głęboko, że nawet nie jesteśmy tego świadomi” – pisze. Zgodnie z tym podejściem:
  • bóle głowy są spowodowane umniejszaniem własnej wartości. „Przy następnym bólu głowy zastanów się, za co się obwiniasz” – radzi Hay. „Wybacz sobie, pozwól temu odejść, a ból głowy rozpłynie się w nicości, z której przybył”;
  • bóle zatok odczuwane w okolicach czoła i nosa świadczą o tym, że irytuje cię ktoś w twoim otoczeniu, ktoś bliski. „Możesz nawet odczuwać, że cię przytłacza” – dodaje Hay.
  • ból gardła to zawsze złość. Jeśli jest połączony z przeziębieniem, zazwyczaj oznacza to zagubienie. Zapalenia krtani to oznaka, że jesteśmy tak źli, że nie możemy mówić.
Zdaniem Hay także wypadki, które nam się przydarzają, nie są wypadkami, a konsekwencją psychicznych wzorców. Wskazują na frustrację z powodu tego, że nie możemy wypowiedzieć swojego zdania, a także są przejawem buntu wobec autorytetów. „Jesteśmy tak wściekli, że chcemy bić ludzi. Zamiast tego uderzamy w siebie” – pisze Hay. Autorka zastrzega, że nie każda z tych interpretacji jest w stu procentach trafna w odniesieniu do każdego człowieka, ale może być punktem wyjścia do rozpoczęcia poszukiwania przyczyny dolegliwości.

Ćwiczenia na pogłębianie znajomości ciała

Przez tydzień obserwuj, jak różne sytuacje, myśli i uczucia wpływają na twoje ciało na poziomie somatycznym. Postaraj się uchwycić doznania cielesne, które pojawiają się, gdy jesteś poirytowany lub sfrustrowany. Możesz je notować.
  • Co się dzieje z twoimi ramionami, kręgosłupem, żołądkiem, gdy utkniesz w korku, klient spóźnia się na spotkanie lub dzieci nie dają ci spokojnie z kimś porozmawiać?
  • Co się dzieje z twoim ciałem, gdy niepokoisz się o coś lub czegoś się boisz – na przykład w sytuacji, gdy twoje dziecko długo nie wraca do domu, przed publicznym wystąpieniem albo gdy czekasz na wyniki badań bliskiej osoby? Jakie objawy zauważasz? Czy czujesz ból żołądka, gdy myślisz o przyszłości? A może ból w nogach?
  • Gdy szef lub partner robią ci awanturę, jak reagują twoje serce, głowa, trzewia? Czy ból głowy pojawia się, ponieważ ktoś na ciebie krzyczy, czy dlatego, że przestajesz czuć się bezpiecznie lub złości cię to?
  • Jak sobie radzisz ze złością i podobnymi emocjami? Wyrażasz je czy tłumisz w sobie, pozwalając, by gromadziły się w jakimś miejscu w ciele? Może zaciskasz zęby lub napinasz mięśnie albo dostajesz obstrukcji?
Pomyśl też o chorobach, które dotychczas przeszedłeś lub o wypadkach, którym uległeś. Zastanów się, z jakimi częściami ciała bądź narządami były one związane. Może zawsze miałeś żołądek zawiązany na supeł, cierpiałeś na uporczywe bóle głowy, odnosiłeś obrażenia po tej samej stronie ciała? Obserwuj siebie, swoje reakcje, ciało. Stopniowo zaczniesz dostrzegać, jak ściśle powiązane są ze sobą wszystkie aspekty twojego jestestwa – ciało, psychika i emocje.

Źródło: Debbie Shapiro „Wpływ emocji na zdrowie”, wyd. Klub dla Ciebie.