1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przestańmy martwić się o naszych bliskich. Zacznijmy w nich wierzyć!

Przestańmy martwić się o naszych bliskich. Zacznijmy w nich wierzyć!

fot.123rf
fot.123rf

Oczekiwania, jakie mamy w stosunku do ważnych dla nas ludzi mają ogromny wpływ na osiągane przez nich efekty w wybranej dziedzinie życia.

Dla wielu osób informacja ta wydaje się mało prawdopodobna, jednak po tym jak w 1968 roku Robert Rosenthal i Lenore Jacobson, postawili tezę: nastawienie nauczycieli do dzieci wpływa na ich wyniki w szkole, psycholodzy baczniej zaczęli przyglądać się tej teorii.

Aby się o tym przekonać Rosenthal i Jacobson, podali nauczycielom nieprawdziwą informację na temat osiągnięć szkolnych, pięciorga dzieci w każdej klasie. Powiedzieli nauczycielom, że dzieci te zostały poddane specjalistycznym badaniom, według których w ciągu najbliższego roku osiągną ogromne postępy w nauce. Dzieci, od których nauczyciele oczekiwali szybkiego rozwoju rzeczywiście rozkwitły.

Naukowcy zjawisko to nazwali samospełniającą się przepowiednią. Działa ono wszędzie tam, gdzie ludzie polegają na oczekiwaniach formułowanych przez innych lub przez samych siebie.

Teoria ta w zaskakujący sposób pokrywa się ze współczesną nauką i obserwacją psychologów. Myśli mają swoją energię i chociaż nasze ograniczone zmysły nie do końca pozwalają nam to zobaczyć i zrozumieć, to zachęcam abyśmy otworzyli się na tą wiedzę i zaczęli ją świadomie wykorzystywać.

Moim klientkom często polecam, aby na jeden miesiąc przestały martwić się o dzieci lub rodziców. W zamian za to proszę, aby skupiły się na ich mocnych stronach, uwierzyły w ich wewnętrzną siłę. W trakcie eksperymentu, konieczne jest skoncentrowanie się na pozytywnych rozwiązaniach.

Podaję przykład; jeśli dziecko ma słabe oceny w szkole wyobraźmy sobie: dobre stopnie na jego świadectwie, jak jesteśmy dumni z niego pod koniec roku, jak chwalą go nauczyciele, itp. My sami w tym czasie powinniśmy mocno reagować na najdrobniejszy postęp dziecka, a dużo delikatniej na to, z czego jesteśmy niezadowoleni. I najważniejsze: przestać martwić się.

Tylko przez jeden miesiąc.

Wyniki takich eksperymentów są zdumiewające. W większości przypadków ludzie, w których zaczęliśmy wierzyć, wzmacniani pozytywną energią, którą ich obdarzyliśmy poprawiają znacznie jakość swojego życia.

Sama przez długi okres borykałam się z brakiem wiary w siebie, koledzy psycholodzy próbowali pomóc mi zgłębiając dzieciństwo zadawali pytania, typu: czy rodzice mówili ci, że jesteś beznadziejna? Ze złością odpowiadałam „nigdy w życiu”.

Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że rodzice po prostu martwili się o mnie, a ja to czułam i chociaż nigdy nie usłyszałam od nich, że nie wierzą we mnie, moja podświadomość tak to zrozumiała. Na szczęście oprócz martwienia się nauczyli mnie, czym jest wolność, dlatego, od kiedy zrozumiałam, z czego wynikały moje obawy, mam dostęp on-line do mojego potencjału, ograniczonego jedynie wyobraźnią.

Zachęcam, podarujcie go również swoim bliskim, pamiętając, że nie można jednocześnie martwić się o kogoś i w niego wierzyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fałszywa troska - na czym polega?

"Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń". (fot. iStock)
Im bardziej martwiła się o swoją mamę, tym mniej ją kochała. A to potęgowało poczucie winy, że za mało się stara. Przykład Anity pokazuje, że zamartwianie się tak naprawdę jest ucieczką od prawdziwego kontaktu.

Anita zbliża się do czterdziestki, ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym i mieszka w małym miasteczku pod Poznaniem. Cztery lata temu Bożena, jej mama, przeszła mastektomię prawej piersi, obecnie jest pod stałą kontrolą lekarską. Bożena mieszka sama, jej mąż, ojciec Anity, umarł ponad 10 lat temu. Wraz z rakiem pojawiła się u niej również depresja, której nie chce leczyć farmakologicznie ani terapeutycznie, gdyż twierdzi, że i tak jej koniec się zbliża. Anita czuje się jak w potrzasku, obowiązek pomocy mamie miesza się u niej z potrzebą bycia blisko, niepokój o stan zdrowia wywołuje lęk, czasami niechęć i złość, której nie wyraża, ponieważ mama choruje. Jednak to, co najbardziej męczy Anitę, to właśnie stałe zamartwianie się, które wypełnia większość jej myśli. I chociaż kobiety spędzają ze sobą dużo czasu, to nie pamięta, by kiedykolwiek dzieliła je tak wielka emocjonalna przepaść.

Martwe zmartwienie

Słowo „martwić” jeszcze w XV wieku znaczyło tyle, co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później „martwić” zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę.

– Nie lubię słowa „zmartwienie”, kojarzy mi się z czymś śmiercionośnym, z wycofaniem się z relacji, z czegoś żywego – mówi Agata Algierska, psychoterapeutka pracująca w Centrum Psychoterapii Integralnej w Poznaniu. – Zamartwianie się bywa narcystyczną obroną przed spotkaniem z drugą osobą.

Dzieje się tak dlatego, że zamartwianie nigdy nie odbywa się w teraźniejszości, jest wyobrażaniem przyszłości w oparciu o jakiś fakt z przeszłości lub tylko owego faktu interpretację. Martwiąc się o kogoś, pozostajemy w złudzeniu, że dążymy do spotkania, do budowania, do dawania, ale tak naprawdę robimy krok od człowieka, od emocji, od bliskości, od intymności.

Pod zamartwianiem Anity znajduje się bardzo dużo złości i frustracji do mamy. Złość niesie w sobie zagrożenie utraty relacji. Zazwyczaj nie boimy się złości, tylko jej konsekwencji, a tak naprawdę fantazji na temat konsekwencji. Anita boi się konfrontacji, samej myśli o tym, że może się zezłościć na chorą mamę. Im więcej się martwi, tym rzadziej mierzy się ze swoimi wypartymi negatywnymi uczuciami. – Dlatego wolimy się zamartwiać, niż złościć, bo w naszej kulturze jest to łatwiej akceptowane. Dodatkowo zamartwianie kojarzone jest z miłością, bywa odbierane jako deklaracja, że jestem przy kimś. Ale to jest ucieczkowe, służy podtrzymywaniu iluzji kontaktu, a nie kontaktowi – komentuje Agata Algierska.

Czy sobie poradzisz?

Czym innym jest troska, rozumiana jako zainteresowanie drugą osobą i uważność na nią. Gdy ktoś obok nas cierpi, zazwyczaj doświadczamy bezradności, tym bardziej jeśli jest to bliska osoba. Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń. Wtedy ludzie nie są ze sobą, grają w grę pod tytułem „tak bardzo cię kocham, że będę się o ciebie zamartwiał i będę cierpiał jeszcze mocniej od ciebie”. To złudzenie obecności. Ale wolimy się martwić, niż być blisko.

– „Ja się, dziecko, o ciebie martwię”, tak naprawdę pod tym zdaniem bywa ukryty inny komunikat: „Nie ufam, że sobie poradzisz”, „Nie wierzę, że jesteś wystarczająco dorosły”. Czym innym jest zapytać: „Jak mogę ci pomóc?” albo powiedzieć: „Nie umiem ci pomóc, ale może ty wiesz, czego potrzebujesz”. To właśnie jest troska – komentuje Agata Algierska i dodaje, że zamartwianie się jest prawie zawsze nawykową formą obrony przed rzeczywistością zewnętrzną i wewnętrzną. A każda psychologiczna obrona służy ochronie przed jakąś odmianą bólu i realnością tego wszystkiego, co niesie ze sobą relacja. Dopóki się martwimy, nie musimy kontaktować się z rzeczywistością, nie musimy przeżywać takich emocji, jak złość, smutek, frustracja. Wtedy właśnie włącza się mechanizm wyobrażania sobie przyszłości, tego wszystkiego, co może się przytrafić, snucia historii, czyli martwienia się.

Daleko od bliskości

Niektórzy manipulują sobą nawzajem, dając drugiej osobie powody do zmartwienia, bo tak wyobrażają sobie bliskość. Czasami w ten sposób zachowują się zakochani, którzy pozostają w przekonaniu, że martwienie się o kogoś lub bycie z kimś, kto się martwi, jest równoznaczne z bliskością. Na podobnej zasadzie opartych jest szereg relacji koleżeńskich, niekiedy przyjacielskich, dopóki jedna ze stron pod wpływem psychicznego wyczerpania nie zechce odejść lub nawet uciec. Zmartwienie uniemożliwia pozostawanie w kontakcie z realnymi uczuciami, np. złością na drugą osobę o to, że nie dba o siebie, że zapomniała wziąć leków i jest chora, że oczekuje pomocy i wysłuchania.

– W troszczeniu się jest coś bardzo żywego, nastawionego na drugiego człowieka, w zamartwianiu przeciwnie – oddalamy się, odcinamy. Bo druga osoba nam zupełnie nie jest potrzebna, żebyśmy mogli się zamartwiać. Wystarczy wyobrażenie – mówi Agata Algierska.

Bywa również, że martwimy się nawykowo, że jest to nieświadomy odruch, którego nigdy nie poddaliśmy analizie, krytycznej ocenie, wtedy martwimy się, bo wydaje się to naturalne, dodatkowo nagradzane przez współczesną kulturę. Jednak za każdym razem, gdy zaczynam się martwić, warto siebie zapytać, po co to robię. Dlaczego wolę odpływać w zamartwianie, niż wybrać troskę.

Anita nie odważyła się powiedzieć mamie o złości, paraliżującym ją uczuciu bezradności, ale też lęku przed śmiercią. Taka rozmowa jest dla niej obecnie zbyt trudna, ale na konsultacjach z terapeutką uczy się rozpoznawać mechanizm zamartwiania, tego, jak wybiera pozostawanie ze swoimi myślami zamiast pozostawania w kontakcie z mamą. Uczy się też zadawać pytania: „Jak mogę pomóc? Czego potrzebujesz?” i słuchać odpowiedzi. Uczy się nie wybiegać w przyszłość i nie brać odpowiedzialności za nastrój mamy. Wie, że w spotkaniu dwojga osób potrzebna jest przestrzeń, stara się ją wypełnić nie tylko zabiegami pielęgnacyjnymi, rozmowami o receptach, ale również milczeniem, z którego powoli wyłania się bezradność, troska, i miłość.

  1. Psychologia

Zamartwianie się działa jak zaklęcie

Zamiast zamartwiać się, lepiej zebrać informacje i opracować strategię, która zakłada plan B. (Fot. iStock)
Zamiast zamartwiać się, lepiej zebrać informacje i opracować strategię, która zakłada plan B. (Fot. iStock)
Sprawia, że wszystko zamiera i nie widzimy tego, że przecież z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. A czasem nawet sama sytuacja ulega zmianie. Zatem: przestańmy się zamartwiać - apeluje psycholożka Katarzyna Miller. 

Mimo że domyślałam się źródłosłowu terminu "zamartwianie się", to kiedy sprawdziłam go w słowniku etymologicznym, przyznam, że trochę się przeraziłam. Martwić dawniej oznaczało "sprawiać, że coś drętwieje", "czynić martwym, uśmiercać".
No jest się czego przerazić. Tym właśnie jest zamartwianie - czynieniem martwym siebie, życia i właściwie wszystkiego, co się dzieje. To tak jakby patrzeć na świat, nie dostrzegając jego żywotności, nie widząc tego, że wszystko się w jakiś sposób rozwija, przewleka przez siebie, cały czas dzieje.

Jest takie słowo jak "petryfikacja", które według słownika oznacza "zamienianie w kamień" albo "utrwalanie czegoś w formie niepodatnej na zmiany". W "Harrym Potterze" petryfikacja to stan, w którym ktoś, na kogo jest rzucone to zaklęcie, drętwieje, zamiera w ruchu. I to jest genialny obraz zamartwiania się. Przestraszeni ludzie boją się ruchu i chcą wszystko zatrzymać, spetryfikować, tak jak zatrzymuje się film, wciskając pauzę. Gdy moja mama mówiła, że się o mnie martwi, czułam, że jestem załatwiona: nie wyjdzie mi, jestem do kitu, nie ma szansy. Na szczęście kiedy już w miarę dorosłam, odpowiadałam jej wtedy: "Przestań się o mnie martwić, ty we mnie wierz", co jest absolutnym odwróceniem petryfikacji...

...i co warto mówić wszystkim, którzy się o nas martwią.
Polecam! Kiedy rodzice mówią, że się martwią o swoje dziecko, to zwykle oczami wyobraźni widzą je rozjechane, rozdeptane, utopione, pod mostem, biedne na stare lata, ogłupiałe, chore... - no po prostu nieustanna petryfikacja.

Zamartwianie się rzeczywiście działa jak zaklęcie. W dodatku bardzo potężne, bo przecież zamraża coś, czego nie da się zamrozić. W końcu już w starożytności mawiano: pantha rei, czyli: wszystko płynie. Każda sytuacja, nawet najbardziej niesprzyjająca, może się zmienić na co najmniej kilka sposobów.
Na mnóstwo sposobów. Mało tego, samo podjęcie jakiejś decyzji nie oznacza, że stanie się tak, jak postanowiliśmy. Bo może życie będzie sobie życzyło, żeby było inaczej. A poza tym zamartwianie się jest w praktyce tworzeniem wyłącznie czarnych scenariuszy, a zgodnie z mechanizmem samospełniającej się przepowiedni, jeśli spodziewamy się najgorszego, to najgorsze dostajemy. I tak ludzie swoim narzekaniem i czarnowidztwem sprawiają sobie los.

Na jakiej zasadzie działa ta samospełniająca się przepowiednia?
To jest właśnie tajemnica! Ale generalnie chodzi o to, że jeśli nastawiamy się na wyłapywanie negatywów, to tylko je dookoła widzimy. I nawet kiedy coś nam wychodzi, to nie dostrzegamy tego, bo przecież już nastawiliśmy się, że nam nie wyjdzie. Tak samo jak z prognozą pogody, która mówi, że będzie padał deszcz. Niektórzy tak się do niej przywiązują, że nawet jeśli nie pada, to tylko ich utwierdza w pewności, że zaraz zacznie. No bo przecież musimy mieć rację. Stąd znane i bardzo mądre pytanie: „Chcesz mieć rację czy chcesz być szczęśliwy?”.

No, ale kiedy przewidujemy, że coś skończy się dobrze i tak się rzeczywiście dzieje, też mamy rację...
Wtedy to nie jest racja, tylko głupota (śmiech). No bo co to znaczy, że coś się dobrze skończy? Co za dziecinne podejście! Mądry to ten, kto czarno myśli... Co się śmiejesz, nie jest tak?

Niestety. Choć jest też takie pojęcie jak „szczęście w nieszczęściu”. Dla przykładu – ostatnio padł mi akumulator. Zaparkowałam samochód, a kiedy wróciłam, okazało się, że nie chce odpalić. Nie dość, że musiałam wzywać pomoc drogową, to jeszcze byłam strasznie głodna. Zamiast nakręcać się sytuacją, rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że zaparkowałam tuż obok obiadów domowych. I wyobraź sobie, że czas oczekiwania na pomoc wystarczył mi akurat na to, by zjeść pyszną zupę z botwinki i dorsza z ziemniakami i surówką.
Genialnie jest mieć awarię pod obiadami domowymi! I na tym właśnie polega pozytywne myślenie.

Ale przyznam, że na początku jadłam z odrobinę ściśniętym żołądkiem, bo się martwiłam: ile będzie kosztować naprawa, czy to na pewno akumulator, że muszę poprzekładać plany. To mi uzmysłowiło, że zamartwianie się sprawia, że nie czerpiemy przyjemności z życia.
I nie jest wcale produktywne, bo ani nie przyspiesza załatwienia sprawy, ani nie pociesza. A do tego zawsze można sobie znaleźć powód do zamartwiania się: że nie przyjechał autobus, że koleżanka nie zadzwoniła, że pensja nie przyszła na konto.

Ja się niedawno zamartwiałam, bo mnie bardzo boli kręgosłup. Próbowałam masaży i różnych terapii, i nic. Ani nie wiedziałam, co z tym zrobić, ani w co to się rozwinie. I ten ból, i to zamartwianie się wszystko mi psuły. I pomyślałam sobie: „co jeśli to mi tak zostanie?”. No cóż, będę z tym żyła. Z mnóstwem rzeczy da się żyć. Ale od niedawna mam wspaniałego rehabilitanta i już się dużo lepiej czuję. Hurra życie!

Co tak naprawdę napędza nasze zamartwianie się? Strach czy może raczej lęk?
Najpierw strach, który potem jednak przeradza się w lęk. A lęk jest związany z obawą, która niekoniecznie musi być realna.

Czyli zamartwianie się w pierwszym odruchu byłoby taką atawistyczną reakcją – kiedy coś ci zagraża, na przykład atak lwa, a nie możesz lub nie chcesz walczyć ani uciekać – zamierasz, udajesz martwego.
Najlepiej jeszcze wtedy zrobić kupę albo puścić bąka, bo drapieżnik pomyśli, że nie dość, że martwa, to też nieświeża (śmiech).

Tylko dziś drapieżnik to rzadkość, udawanie trupa nie rozwiąże twoich problemów. Co zatem robić zamiast zamartwiania się?
Kiedy tylko zaczynamy się czymś zamartwiać, trzeba sobie powiedzieć: STOP. Następnie pogratulować sobie, że się na tym złapaliśmy. Nie ganić się za to, tylko się za to przeprosić i poczuć, że przeprosiny zostały przyjęte. A potem trzeba sobie powiedzieć pięć dobrych rzeczy w miejsce tej jednej, z powodu której chcieliśmy się zamartwiać.

Czyli: skoro jesteśmy tak kreatywni w wymyślaniu czarnych scenariuszy, zaprzęgnijmy umysł do tworzenia tych pozytywnych?
No przecież! A poza tym można sobie postanowić, że jeśli to, co przychodzi mi do głowy, się wydarzy, to wtedy dopiero będę się martwić. A może w ogóle się nie zdarzy. Przecież jak na razie to tylko myśl – rozglądasz się i nie ma żadnego lwa.

Z drugiej strony czasem dobrze jest uwzględnić czarne scenariusze, żeby być na nie przygotowanym. Tylko wtedy nie jest to zamartwianie się...
To jest myślenie strategiczne. Łatwo odróżnić po tym, że nie towarzyszą temu żadne emocje, w tym lęk, a jest jedynie kombinowanie, jak tu sobie poradzić, gdyby jednak zaatakował mnie lew. Na przykład idę do szefa z ważną sprawą i wiem, że jeśli będzie miał zły humor, to zacznie na mnie wrzeszczeć, więc postanawiam sobie, że nie będę wtedy płakać czy się trząść, ani nie wyjdę z pokoju, tylko na przykład wezmę trzy głębokie oddechy i powiem: „Bardzo mi przykro, że ma pan dziś zły dzień, może przyjdę później”. I kiedy się taka sytuacja zdarzy, zrobię to! Bo sobie przećwiczyłam taką reakcję. Można nawet pójść do kibelka i ją przetestować albo poprosić koleżankę, żeby zrobiła ze mną psychodramę. Wszystko to warto zrobić, bo ta sytuacja jest realna. Ale jeżeli nie wiem, co się zdarzy – to po co snuć czarne scenariusze?

Wiele osób zadręcza się tym, czy wydać pieniądze na to czy na tamto. Jak to są małe pieniądze, to jeszcze mała bieda, gorzej, gdy są większe – wtedy ludzie się boją, że będą żałowali. Albo przegapią jakąś okazję. Tylko że zamiast się zamartwiać, lepiej zebrać informacje. Skupiajmy się na faktach, zamiast skupiać się na lęku. Na takiej samej zasadzie najpierw szukamy, jaki bank daje jaki procent i dopiero potem lokujemy swoje oszczędności.

Zamiast się martwić, lepiej opracować strategię?
Dokładnie tak. I to najlepiej taką, która zakłada plan A, ale też plan B i plan C, jeśli potrzeba. Na przykład ostatnio zostałam zaproszona do udziału w politycznej audycji, co bardzo mnie ucieszyło, bo poczułam się doceniona. Ale zaraz pomyślałam sobie, że nie znam politycznego języka i nie jestem na bieżąco z wydarzeniami, bo polityka mnie nudzi, więc sobie zaplanowałam, że pójdę i będę słuchała innych, a potem wyrabiała sobie zdanie na temat tego, co ktoś powiedział. I tylko wtedy będę coś mówiła, gdy będę wiedziała co. I nie będę się przejmowała tym, że być może okażę się najbardziej milczącą osobą z całego zestawu rozmówców.

To się nazywa strategia nastawiona na słuchanie innych. To rzadkość w publicznych dyskusjach...
Po prostu stwierdziłam, że nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, a nie jestem ekspertką od polityki. Ale mam swoje zdanie. I w rezultacie ani nie wyszłam na eksperta, ani na idiotkę i byłam zachwycona, bo posłuchałam mądrych kobiet.

Może warto sobie to powiedzieć: martwię się, bo się boję, że...
Tak, ale z jednym zastrzeżeniem. Ludzie lękowi, gdy zaczynają odczuwać lęk, zaczynają się bać, że się boją, i wtedy zwykle dochodzą do wniosku, że na pewno im to nie wyjdzie. I na to, proszę pani, pomoże tylko terapia. Ludziom, którzy nie pozwalają sobie na strach, u których strach wywołuje lęk – tylko terapia może pomóc. Bo zdrowy człowiek ma korzyści z tego, że się boi – to go powstrzymuje od robienia rzeczy, które są naprawdę niebezpieczne.

Ostatni raport Instytutu Gallupa o naszym stanie emocji potwierdza, że coraz bardziej się stresujemy i zamartwiamy. Może dlatego, że media bombardują nas złymi wiadomościami?
I ta spirala się nakręca – zamiast sobie pomagać, tylko sobie szkodzimy. W skali makro nic nie zrobimy, możemy działać tylko w skali mikro. Nie dawajmy się zastraszać! Fajne są takie inicjatywy jak Dzień Dobrej Wiadomości czy portal dobrych wiadomości – dzięki nim zdajemy sobie sprawę, że na doniesienia ze świata też można spojrzeć wybiórczo. Zamiast czytać o kolejnym wypadku, można przeczytać o tym, że zespół szkół ogrodniczych z Kutna wystawia sztukę. Albo pani Y oddała pani Z pieniądze, które była jej winna od kilku miesięcy. Lub że mąż wysprzątał strych, a żona powiedziała: „Ale jesteś kochany” i razem poszli sobie odpocząć na kanapie. Życie jest pełne dobrych wiadomości!

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.

  1. Psychologia

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.

  1. Psychologia

Introwertyzm – jak sobie z nim radzić w codziennych sytuacjach?

Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Introwertyzm nie jest gorszy ani lepszy od ekstrawertyzmu. Jednak właściwa introwertykom rezerwa przysparza trudności w pracy wymagającej kontaktu z nowymi osobami i publicznych wystąpień. Jak sobie z tym poradzić, podpowiada coach Małgorzata Kniaź.

Akceptacja różnorodności

Jestem kosmetyczką, pracuję w dużym salonie. Nasz zespół to same kobiety, które mają między sobą specyficzne relacje. Opowiadają ze szczegółami, czasem intymnymi, o swoim życiu – partnerach, dzieciach, o tym, jak spędzają święta, urlopy i o co pokłóciły się z matką. Ja tak nie potrafię, a nawet razi mnie takie wywnętrzanie się. Wydaje mi się to nie na miejscu i jakieś powierzchowne. Czuję, że nie pasuję do grupy, że dystansuję się i nie jestem lubiana. Obawiam się, że w jakimś innym salonie mogę spotkać się z podobną sytuacją, a wiem, że trudno mi się będzie zmienić. - Ilona, 37 lat

Małgorzata Kniaź: Już w szkole powinniśmy uczyć się o różnicach osobowościowych i temperamentalnych – to zaoszczędziłoby nam sporo frustracji w dorosłym życiu. Niestety, świadomość odmienności jest niska. Doradziłabym ci, żebyś otwarcie powiedziała o tym, jaka jesteś i jak reagujesz na atmosferę w pracy. Możesz ująć to w taki sposób: „Jeśli macie ochotę, mówcie o swoich doświadczeniach i przeżyciach, ale zrozumcie, że ja mam ograniczoną potrzebę takiego uzewnętrzniania się. Od czasu do czasu coś o sobie powiem, ale nie będę opowiadać o swoim życiu tak dużo jak wy”. Często bywa tak, że kiedy coś ważnego sobie wyjaśnimy, budzi się w nas akceptacja dla odmienności. A introwertyk wśród ekstrawertyków oznacza więcej przestrzeni dla tych drugich. Poza tym ekstrawertyk zwykle nie jest zainteresowany tak bardzo drugą osobą i zadawaniem pogłębiających pytań. Twoja postawa wcale nie musi przeszkadzać koleżankom. Pytanie, czy ty jesteś w stanie je zaakceptować. Jeśli wyjaśnienie wprost nie zadziała i jeśli rozmowy koleżanek cię drażnią, radziłabym poszukać innej pracy, bo rachunek prawdopodobieństwa mówi, że w innym salonie wcale nie musi być tak samo. Może warto spróbować?

Introwertyzm a spełnianie marzeń

Na studiach marzyłam, że zostanę pisarką. Ostatecznie trafiłam do szkoły jako nauczycielka języka polskiego i ku własnemu zaskoczeniu polubiłam tę pracę. Uczniowie też mnie lubią, choć bardzo się bałam, że jako introwertyczka nie będę umiała złapać z nimi dobrego kontaktu. Od kilku lat wracają do mnie stare marzenia, odnalazłam w szufladzie rzeczy, które pisałam przed laty. Na bazie tego stworzyłam moją pierwszą powieść. Opinie bliskich, spośród których są również ludzie z branży wydawniczej, są dobre, a czasem wręcz entuzjastyczne. Natomiast ogarnia mnie paraliżujący strach przed pokazaniem tego, co napisałam, obcym ludziom. Jak go przezwyciężyć? Lubię swoją pracę, ale chciałabym też spełnić marzenia. - Aldona, 42 lata

M.K.: Wygląda na to, że boisz się pokazać światu swoje wnętrze, odsłonić się. Każdy ma do tego prawo. Jeśli naprawdę chcesz zawalczyć o swoje marzenia, a jednocześnie zachować swoją prywatność, dobrym rozwiązaniem może być wydanie publikacji pod pseudonimem. Nie będziesz pierwsza, wielu pisarzy tak postępuje, nawet ci doświadczeni.

Domyślam się też, że jako introwertyczka możesz odczuwać lęk przed „zderzeniem się z machiną” wydawniczą, pokazaniem twórczości obcemu redaktorowi, negocjowaniem umowy czy warunków twojego udziału w promocji książki, gdy ta już się ukaże. Zatem pomyśl może o znalezieniu agenta? Nie musi od razu to być profesjonalista, wystarczy poprosić kogoś znajomego o pomoc. „Ujawniłaś się” już przed najbliższymi, więc może wybierzesz kogoś z ich grona? Nie tylko w przypadku introwertyków sprawdza się zasada, że nie wszystko trzeba robić samemu!

Trudne zebrania w pracy

Pracuję jako analityk danych i jestem chwalony za swoją pracę przez przełożonych. Problemem dla mnie jest udział w zebraniach zespołu, podczas których przedstawiamy swoje raporty. Wydaje mi się, że wszyscy są bardzo pewni siebie i w ogóle się nie stresują. Wygląda nawet na to, że rywalizacja sprawia im przyjemność. Dla mnie te prezentacje to horror. Mimo że to moi koledzy z pracy, jestem wśród nich outsiderem, co sprawia, że jeszcze gorzej się czuję. - Łukasz, 27 lat

M.K.: To okropne, jeśli zebranie w pracy zamienia się w serię popisów. Jak możesz zadbać o swój komfort w tej sytuacji? Na przykład poprosić szefa o wcześniejsze indywidualne spotkanie, podczas którego pokażesz swój raport, albo o agendę zebrania, w której będzie napisana kolejność prezentacji oraz określony jej czas. Jako introwertyk prawdopodobnie nie lubisz improwizować, więc „wywołany” do odpowiedzi nie czujesz się komfortowo, ale znajomość agendy i porządku prezentacji podczas zebrania doda ci pewności siebie.

Jeśli brakuje ci wsparcia szefa i życzliwości zespołu podczas wypowiadania się na zebraniach, dobrze byłoby, żebyś zmierzył się ze swoim lękiem. Spróbuj, czy pomoże ci wyobrażanie sobie, że podczas prezentacji jesteś sam albo że publiczność znajduje się za grubą szybą. Chodzi o to, żebyś skoncentrował się wyłącznie na merytorycznej stronie wypowiedzi. Najlepiej zacząć od ćwiczeń w życzliwym środowisku, z bliskimi albo z przyjaciółmi pełniącymi rolę widowni. Jeśli poczujesz tremę, nie panikuj ¬ skup się na ciele. Gdzie czujesz napięcie? Czy to uścisk w klatce piersiowej, ścisk żołądka, a może drżą ci ręce? Tak ciało reaguje na niebezpieczeństwo. Skup się na oddychaniu: weź pięć powolnych głębokich oddechów. W ten sposób przekonasz mózg, że nie ma powodów do obaw. Jeśli podobna reakcja przydarzy ci się w pracy, będziesz umiał ją rozpoznać i odpowiednio zareagować.

Introwertyzm i wystąpienia publiczne

Właśnie dostałam ciekawą propozycję zawodową, która bardzo mnie stresuje. Od zawsze byłam introwertyczką i między innymi dlatego zostałam bibliotekarką. Do tej pory faktycznie mogłam pracować w spokoju, ale nasza biblioteka dostała dofinansowanie na promocję czytelnictwa i kierownik zaproponował mi organizowanie spotkań z ciekawymi ludźmi, w większości pisarzami. Z jego perspektywy to dla mnie nagroda – dla mnie oznacza też dodatkowe pieniądze, których potrzebuję. Problem polega na tym, że bardzo boję się wystąpień publicznych. Czy jest jakaś metoda na przezwyciężenie tego lęku? - Maja, 32 lata

M.K.: Zacznijmy od tego, że twój problem wcale nie musi wynikać z introwertyzmu, czyli z typu twojej osobowości. Warto mieć świadomość, że zarówno introwertycy, jak i ekstrawertycy przeżywają niepokój związany z wystąpieniami publicznymi. Jego źródłem mogą być dawne traumy, kompleksy, brak pewności siebie, brak przygotowania i wiele innych. Wynika on najczęściej z wysokiego poziomu lęku. Można jednak przyjąć, że introwertycy gorzej radzą sobie z publicznymi wystąpieniami niż ekstrawertycy.

Domyślam się, że dotychczas w pracy obcowałaś raczej z książkami niż z ludźmi. W opinii szefa złożył ci prawdopodobnie ciekawą propozycję, ale czy tobie ta zmiana odpowiada? Bo może wcale nie. Warto spróbować, żeby się o tym przekonać. Myślę, że jako introwertyczce będzie ci łatwiej poprowadzić spotkanie, jeśli wcześniej poznasz gościa. Gdy nawiążesz z nim bliższą relację i oswoisz siebie w kontakcie z nim, podczas spotkania będziesz się mniej obawiała jego zachowania czy reakcji. Introwertycy wolą być przygotowani, dlatego warto wcześniej dokładnie ustalić szczegóły dotyczące spotkania. Im lepsze przygotowanie, tym większa pewność siebie – to dotyczy każdego wystąpienia publicznego. Spisz dokładnie, co chcesz powiedzieć i przećwicz występ przed lustrem czy rodziną. Ważne, żeby scenariusz rozmowy był zgodny z twoimi przekonaniami. Jeśli będziesz wierzyć w to, co mówisz, będziesz też bardziej odporna na reakcje publiczności, kiedy ktoś na przykład zakaszle albo wyjdzie, bo mu zadzwoni telefon. Nie odbierzesz tego osobiście.

Zastanów się, czego konkretnie się boisz – oceny, krytyki, tego, że nie nawiążesz kontaktu z ludźmi? Lepiej, żebyś wcześniej zmierzyła się z tym wewnętrznie. Wreszcie pomyśl nad poproszeniem o pomoc bardziej doświadczonej osoby, kogoś w rodzaju mentora. Nie każdy nadaje się do tego, żeby go od razu wrzucać na głęboką wodę.

Małgorzata Kniaź: ekspert w dziedzinie przywództwa i zarządzania, certyfikowana trenerka biznesu, mentorka i coach

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się