1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak znaleźć miłość, gdy boimy się zaangażowania?

Jak znaleźć miłość, gdy boimy się zaangażowania?

Osoby z dysfunkcją emocjonalną doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. (Fot. iStock)
Osoby z dysfunkcją emocjonalną doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. (Fot. iStock)
Z Robertem twórczo się jej pracowało i kłóciło, z Miłoszem lubiła całować się w deszczu, a Krzysio ją rozczulał. Z żadnym z tych mężczyzn nie była naprawdę. Dlaczego bała się bliskości, wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Weronice zebrało się na podsumowania. Panna, 34 lata, dziewczęca uroda, w sumie zgrabna. Współpraca z fundacją promującą ekologiczny sposób życia nie daje jej wprawdzie stabilizacji finansowej, za to adrenalinę i poczucie, że robi coś dla świata. Jest jeszcze małe mieszkanie z wielkim materacem na środku i z każdym meblem z innej parafii. Niewielka kolekcja filiżanek do espresso, trochę prostych ubrań w ciemnych kolorach, rower w stylu holenderskim. I Stefan, legwan milcząco godzący się na jej częste wyjazdy. No i jeszcze mężczyźni. „Weekendu bez seksu nie wytrzymasz, uwodzicielko! Mogę tylko zgadywać, który będzie tym razem” – mówi jej ze śmiechem Andzia. „Naprawdę jest wyrozumiałą przyjaciółką” – myśli Weronika. „Ostatnio pocieszała mnie, kiedy znowu czułam się fatalnie po wieczorze z Robertem”.

Lekka i bezwolna

„Niesamowite, że w lot odgadujemy swoje myśli, czuję to, gdy piszemy teksty o ekologii czy organizujemy akcje. Robert nadąża za moim tokiem rozumowania, motywujemy się do działania, twórczo kłócimy i od czasu do czasu zrywamy współpracę oraz relację. Dlaczego do niego wracam?” – zastanawia się Weronika.

Przy Robercie czuje się bezpiecznie, jakby przejmowała od niego trochę jego stabilności, mają też wspólne zainteresowania. Podziwia go, bo działa z siłą wozu pancernego, jest w nim pasja, uwielbia zwierzęta, z taką czułością mówi o wilkach białowieskich… Poza tym ma do niego słabość. Zanim wylądowali w łóżku, nie wiedziała, że można kochać się z kimś niemal bez dotykania i bez ciepła w słowach. W jego mocnych rękach czuła się lekka i bezwolna.

Zawsze wychodzi od niej w środku nocy, zostawiając jedynie zapach dobrych kosmetyków. Gdy przestają rozmawiać o ekologii, coś ją mrozi, gesty nie rodzą się do końca. Czasem mówią o życiu, ale tak jakoś teoretycznie. Weronika boi się podzielić z nim smutkiem czy lękiem, bo gdy próbuje, Robert częstuje ją zdaniem wytrącającym z poczucia pewności. I jeszcze te jego nagłe zniknięcia. Wyjeżdża bez pożegnania, a potem dzwoni ze słabo ukrywaną pretensją: „Wczoraj po południu wysłałem ci mejla, nie odpowiedziałaś” – dopytuje na drugi dzień rano, o dziewiątej sześć.

A Weronika tęskni. Gdy Robert wraca, nie wie, jaka iskra się między nimi rozpali i czy w ogóle będzie miał dla niej czas. Czy znów zadzwoni w momencie, kiedy on gra na gitarze albo ogląda film, i usłyszy, że przekracza jego granice? Robert jest mistrzem w bolesnym zbliżaniu się i oddalaniu.

1001 pocałunków

Odżywa przy Miłoszu. Zmysłowym, ekstrawertycznym, radosnym muzyku młodszym od niej o kilka lat. Poznali się w knajpce nad Wisłą. Zaczęło się od niezwykle ekscytujacego flirtu wzrokowego. Przyciągała ich do siebie jakaś dziwna siła. Od tego czasu spotykają się w miarę regularnie. Miłosz zachwyca się nią, całują się na ulicy, w deszczu. Pieści każdy centymetr jej ciała. „Jesteś słodka” – szepcze jej do ucha, a Weronika zasypia bezpiecznie w jego ramionach.

Pewnego ranka, kiedy pili kawę po namiętnej nocy, powiedział jej: „Wreszcie zaczęłaś mówić o sobie. Czuję, że to dla ciebie trudne, bywasz taka zamknięta. Wiele nas różni, ale zakochałem się w tobie, bo jesteś... nieważne kim, nieważne czym się zajmujesz i ile masz lat. Będziemy razem?” – zapytał na koniec. „Znamy się od tak niedawna” – przystopowała go.

Miłosz nie zna się na ekologii, a ona nie ma pojęcia o jego muzyce. Nie toczą ze sobą dyskusji do późna w nocy, za to doskonale się razem bawią – jak ostatnio, kiedy jeździli nocą na rowerach po lesie.

Tamtego wieczoru nie przyszedł, jak się umawiali i nie odbierał telefonu. Zaczęła się martwić, że coś mu się stało. A potem poczuła się porzucona. Po trzech dniach o drugiej w nocy obudził ją dźwięk esemesa. „Hej! Gdzie jesteś? Ja pod twoim blokiem” – napisał.

Chwilę potem zobaczyła go w drzwiach: „Zniknąłeś…” – zaczęła, ale dalej nie mogła mówić, bo straciła oddech... tak mocno ją przytulił. Okazało się, że wyjechał do Poznania, bo znajomi załatwili szybkie nagranie, potem była dwudniowa impreza, dużo marihuany i browaru, no i zgubił gdzieś telefon. „Zobacz, teraz jestem tu, cały z tobą, cały twój” – śpiewał jej piosenkę Iry. Chciał, żeby razem zamieszkali. „Nie teraz, ja też podróżuję” – powiedziała.

Rozczulająco bezradny

Gdy Miłosz przepada w oparach marihuany, a Robert zaszywa się w puszczy, Weronika puka do Krzysia. To sąsiad z góry, programista komputerowy. Kiedyś szarmancko pozbierał jabłka, które jej wypadły z siatki na schodach, potem zaprosił na herbatę. „Umiesz słuchać” – stwierdził po pierwszej rozmowie.

Chłopak od dłuższego czasu szuka stałej pracy. Bezskutecznie. Jest dość niezaradny i to ją rozczula. Weronika pożycza mu małe sumy pieniędzy, czasem nawet lubi ugotować dla niego zupę lub pozmywać mu naczynia. Chwilami z Krzysiem jest jej niemal tak, jak w prawdziwym domu. Kiedy wyłączyli mu ciepłą wodę, bo nie zapłacił za czynsz, brał u niej prysznic. I tak zaczęła się ich przygoda seksualna. Jest romantyczny, mówi, że może godzinami trzymać ją za rękę. W ogóle ma taką filozofię życiową, że nie trzeba pić drogiego wina, tylko kakao i siedzieć sobie na kanapie.

Krzyś ją trochę nudzi, ale w sumie niewiele od niej wymaga, nawet do Stefana zajrzy, jak nie ma jej w domu. Ostatnio jednak ją rozczarował. Przyszła do niego zdołowana, sama nie wie dlaczego. Pewnie dlatego, że znów pokłóciła się z Robertem, a może chodziło o coś innego. I powiedziała: „Źle mi jest, czegoś się boję, nie mogę spać”. A Krzyś odparł tylko, że na pewno sobie poradzi, i że nie ma dla niej czasu, bo opracowuje nowy program. Nie chciał z nią nawet porozmawiać, a ona tyle razy go wysłuchiwała….

Jest już powoli zmęczona wszystkimi „jej” mężczyznami, a poza tym Miłosz nadal nalega na wspólne mieszkanie i Weronika czuje, że nie może dłużej wymawiać się częstymi wyjazdami.

Komentarz psychologa: Relacje Weroniki z mężczyznami są przelotne i okazyjne, zawierają się tylko w jakimś wycinku przestrzeni życiowej: seksie, pracy czy wspólnej pasji. Utrzymane są na pewnym poziomie powierzchowności, w bezpiecznych ramach chroniących przed zaangażowaniem. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające ukryć trudność, jaką sprawia bycie w pełnym związku.

Z tym problemem można sobie radzić w różny sposób – podróżować, działać w fundacjach, przepracowywać się… Wreszcie wchodzić w wiele relacji, w których odgrywa się jedynie role i którymi wypełnia się sobie czas. Tak jak robi to Weronika.

Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Czy zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, czy raczej oznaką wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Bo co się dzieje w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, których dotyka, doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie się kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. Ale to nie jedyne zagrożenie.

Lękiem napawa też możliwość odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i zaproszę ją do swojego świata, powie: „Nie chcę cię”. Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi z przeszłości.

Osoby, które w ten sposób reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyły zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika, najczęściej w relacji z rodzicem, opartej na przykład na dominacji i nadmiernej symbiozie – rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Ktoś taki, już jako osoba dorosła, może bać się „pochłonięcia” przez partnera, będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem. I z tego właśnie powodu będzie unikać bliskości.

Podczas terapii Weronika uświadomiła sobie, że boi się deklaracji. Nawet w żadnej z dotychczasowych prac nie podpisała stałej umowy. Tak naprawdę lęka się, że w stałym związku ktoś ją będzie kontrolować, a ona nie zdąży przed tym uciec. Zrozumiała, że podobnie jak jej mężczyźni, ona też im znika. Robert nie wie, kiedy znowu z nim zerwie i który ze swoich pomysłów zrealizuje z innym mężczyzną. Krzyś nie ma pojęcia, kiedy zapuka do niego ze swoim wsparciem. A Miłosz nie jest pewny jej uczuć.

Wreszcie, po trudnej i długotrwałej pracy nad sobą, poczuła, że jest gotowa, by sprawdzić, jak smakuje życie z ukochanym mężczyzną od poniedziałku do niedzieli. Postanowiła wynająć z Miłoszem mieszkanie...

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Grzeczne słówka, czyli co jesteśmy w stanie zrobić, by nie usłyszeć "nie"

Ilustracja: Michał Stachowiak
Ilustracja: Michał Stachowiak
Kiedy ludzie się lubią, jest miło, wszyscy się ze sobą zgadzają i nikt nikomu nie robi nic złego… Choć dla niektórych taka niebiańska wizja relacji międzyludzkich może być pociągająca, to w realnym świecie nie występuje.

Po sposobie formułowania wypowiedzi można rozpoznać skłonność do uległości, agresji, asertywności czy empatii w kontaktach z innymi. Ludzie odbierają takie komunikaty podświadomie, nie muszą być specjalistami od mowy ciała czy komunikacji. Zobaczmy, o czym świadczą poniższe fragmenty e-maili:

„Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji. Przy czym nadmienię, że temat imprintu jest mi znany, jednakże interesuje mnie umiarkowanie. Pytam bardziej o możliwość tradycyjnego wydawnictwa. Jestem ukształtowanym poetą, choć to ciągły proces, działającym w Internecie i zajmującym się poezją od lat. Do tej pory sieciowe działania były dla mnie wystarczające, ale nadchodzi taki czas, kiedy chce się wrócić do klasyki. Zamarzyło mi się słowo drukowane, pachnąca książka, która przejdzie kurzem i patyną”.

„Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania, że powieść, nad jaką pracuję, ma szansę na zainteresowanie ze strony wydawnictwa”.

Czy mnie polubisz?

Jedną z najbardziej typowych cech ludzkich jest strach przed oceną. Jeśli jesteśmy niepewni, jak nasze słowa zostaną odebrane, obawiamy się odmowy i chcemy, żeby inni nas lubili, mamy tendencję do tworzenia barokowych konstrukcji językowych i nadużywania zwrotów: „jeżeli”, „być może”, „nie całkiem”, „w kwestii możliwości”, „marzy mi się” czy „jeślibyś zechciał”… Niechęć do konfliktów to chlubna cecha, dążenie do zgody rzeczywiście spowoduje, że część osób – o podobnych skłonnościach – będzie nas lubić. Jednak z pewnością w bliskim otoczeniu znajdą się również tacy, którzy taką zgodność potraktują jako zaproszenie do tego, żeby nas wykorzystywać. Jeszcze inni będą zastanawiać się, czy nie jesteśmy fałszywi, skoro rzadko bywamy asertywni. Niektórzy uznają nas za „naturalne ofiary”, które nie mają własnego zdania i trzeba nimi zarządzać, bo inaczej sobie w życiu nie poradzą. Tak więc nasze zachowania oparte na dążeniu do zgody mogą przynieść całkiem niespodziewane skutki.

Żeby było miło

Uwewnętrzniony zazwyczaj w dzieciństwie komunikat „bądź grzeczny” (czyli „słuchaj mnie i rób, czego ja chcę”) działa długoterminowo. Podstawowym pewnikiem, na którym – zazwyczaj nieświadomie – opieramy nasz system komunikowania się z otaczającym światem, jest założenie, że musimy być mili i zgodni, żeby inni nas lubi. A jest to założenie błędne.

Można cieszyć się sympatią innych, kiedy wypowiada się odmienne poglądy i prezentuje inne postawy. Świat nie rozpadnie się w gruzy, jeżeli powiemy „nie”, gdy nie będziemy chcieli zrobić tego, czego ktoś się właśnie od nas domaga. Może się natomiast zmniejszyć odsetek znajomych i „przyjaciół”, którzy zadają się z nami, bo dobrze nadajemy się do wykorzystywania i zaspokajania ich potrzeb. Ludzie, którzy chcą, żeby się z nimi zgadzać i robić to, czego sobie życzą (i którzy lubią nas, kiedy się z nimi zgadzamy), chcą, żeby zaspokajać ich potrzeby bez względu na koszty, jakie przy tym ponosimy.

Tylko nie mów „nie”!

Dlaczego uduchowiony poeta i wrażliwy prawdopodobnie pisarz tak „dookoła” zwracają się do wydawnictwa, przedstawiając propozycję wydania ich dzieł? Jakby chcieli poprosić, aby wydawnictwo zrobiło to „mimo wszystko”, jakby zakładali, że druga strona będzie niechętna przystać na ich propozycję. Jeśli rzeczywiście uważają, że ich prace nie nadają się do druku, to brakiem rozsądku jest proponowanie próbek. Więc prawdopodobnie uznają, że materiał jest dobry, ale wydawnictwo może nie chcieć. I tu zaczynają się schody. Piszący nie chcą usłyszeć odpowiedzi odmownej, a jednocześnie podświadomie zakładają, że może ona nastąpić. Więc z jednej strony zachowują się trochę tak, jakby wcale nie prosili: „Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji”, „Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania (…)”. No cóż, skoro sobie ktoś pozwolił, to mu wolno. A pytanie o to, czy istnieje możliwość przesłania czegoś do wydawnictwa, jest zaiste zadziwiające. Sytuacja zaczyna więc wymykać się logice. A to budzi podejrzenie, że kierownicę działań przejęły emocje. W tym wypadku strach.

Kiedy nie chcemy usłyszeć odpowiedzi odmownej? Wtedy, gdy chcemy, by sprawy toczyły się po naszej myśli, bo obawiamy się tego, co się może zdarzyć, gdy wymkną się spod kontroli. Wizja świata w gruzach przesłania zdolność do rozsądnego myślenia. Paradoks sytuacji polega na tym, że za miłymi, nadmiernie ostrożnymi słowami stoi strach przed usłyszeniem „nie”. Boimy się, więc informujemy drugą stronę, że nie jesteśmy agresywni, poddajemy się, tylko niech nie robi nam krzywdy. Czyli niech nie mówi „nie”. Manipulacja? Tak. Pod płaszczykiem zgodności kryje się brak przyzwolenia na odmowę.

Zaproszenie do tańca

Znajomość działania tego procesu pozwala zastanowić się i świadomie wybrać, czy iść dalej drogą nadmiernej grzeczności, czy może coś zmienić w swoim sposobie komunikowania się ze światem. A właściwie z tą częścią świata, która ma podobne zasady porozumiewania się. Zaliczają się do niej: nadmiernie grzeczni, którzy nie ranią się słowami nawzajem, ale też nie są w stosunku do siebie do końca szczerzy; ludzie, którzy chętnie przyjmą naszą grzeczność i uległość, ale w żadnym razie nie czują się zobowiązani do wzajemności; a także osoby nadopiekuńcze, które wyczuwszy niepewność w naszym zachowaniu, zaczną nam matkować, zarządzać nami i skłaniać do realizowania ich pomysłów. Co ciekawsze: takie właśnie cechy uaktywniamy u naszych rozmówców, którzy w innych sytuacjach są w stanie zachowywać się asertywnie i partnersko, ale skoro zapraszamy ich do tańca na naszych zasadach, tańczą w narzuconym przez nas rytmie.

Odcienie szarości

Nadmierna ostrożność w słowach wynikająca z nadmiernej zachowawczości w życiu łączy się przeważnie z pewnego rodzaju głuchotą komunikacyjną: nie umiemy odróżniać zdrowej asertywności od agresji, bo sami mieszamy te dwa pojęcia. Obawiamy się, że zachowując się asertywnie, stajemy się „niemili”, a to już pierwszy krok do bycia odrzuconym przez tych, na których nam zależy. Dlatego dobrze jest zacząć od rozpoznania swoich nawykowych zachowań i sprawdzić, na ile kieruje nami rozsądek, a na ile zachowujemy się nawykowo, bo „zawsze tak robiliśmy”. Poważnym wyzwaniem dla tchórzliwych reakcji może być zgoda na niepowodzenie. Pomyślmy, ile to nam da wolności, kiedy przyjmiemy postawę: „tak, może się nie udać w ten sposób, wtedy poszukam innego rozwiązania. A im szybciej dowiem się, że coś nie może być przeprowadzone według proponowanego przeze mnie scenariusza, tym więcej czasu mogę przeznaczyć na znalezienie alternatywnego”.

Nieskuteczna nadgorliwość

Redaktorka wydawnictwa, które otrzymało zapytania od poety i pisarza, nie była nastawiona na współpracę. Spytała: „A kto ich nauczył tak pisać?”. Skutek barokowych ostrożności w słowach okazał się przeciwny do zamierzonego. Ciekawe, jak by zareagowała na komunikaty przedstawiające konkretną prośbę i dopuszczające możliwość odmowy. Na przykład takie:

„Piszę, żeby zapytać, czy widzicie Państwo możliwość wydania moich wierszy. Dotychczas publikowałem swoje utwory w sieci, jednak pragnę, by zostały wydane drukiem w tradycyjny sposób. Załączam wybrane wiersze z prośbą o opinię i określenie możliwości ich wydania przez Państwa”.

„Chciałbym przesłać Państwu fragment swojej powieści – do oceny i określenia, czy widzicie Państwo możliwość jej wydania. Proszę o informację, jak obszerny powinien być fragment i w jakiej formie ma być przygotowany plik z jego zapisem, żeby na jego podstawie mogli Państwo wyrazić swoją opinię”.

  1. Psychologia

Szybko, krótko i przyjemnie... Niedojrzały mężczyzna to gwarancja płytkiej relacji

Wieczny chłopiec, egocentryczny i skupiony na swoich potrzebach, często traktuje związki z kobietami konsumpcyjnie (fot. iStock)
Wieczny chłopiec, egocentryczny i skupiony na swoich potrzebach, często traktuje związki z kobietami konsumpcyjnie (fot. iStock)
Jeśli mężczyzna przekroczył trzydziestkę, a zachowuje się jak nastolatek, to poważna sprawa. Jeśli mówi: „Dla mnie; moje potrzeby; ja muszę; tak ma być, bo tak chcę; taki już jestem”, związek z nim nie rokuje dobrze – twierdzi psycholog Benedykt Peczko.

Popaprańcy – mówi bohaterka „Dziennika Bridget Jones” o 30-letnich mężczyznach, z którymi ma do czynienia. Kłamią, lawirują, oddają się nałogom, unikają bliskości. Ich styl to krótko, szybko i przyjemnie. W jaki sposób budować z nimi przyszłość? To palące pytanie 30-letnich singielek.
Coraz więcej młodych ludzi, także kobiet, żyje w ten sposób. Zasadą jest nie wchodzić w nic za głęboko, tylko tyle, ile trzeba, powierzchownie zapoznać się z tematem i przejść do następnego. To nie są czasy filozofów ze szkoły Platona, którzy spacerowali i dyskutowali. Dla współczesnych mężczyzn taki styl życia jest nie do wyobrażenia.

Szybko się nudzą
Ich uwaga jest rozproszona i podzielona. Pojemność świadomego umysłu jest ograniczona, gdy więc przeskakujemy z tematu na temat, nie ma szans, żeby coś zgłębić. Znużenie jest efektem ubocznym rozpaczliwej powierzchowności, fragmentaryczności uwagi i życia; staje się odruchem, stanem wewnętrznym. Młodego człowieka absorbuje mnóstwo spraw, w trakcie rozmowy co kilka chwil odbiera telefon, wysyła SMS-y.

Przypomina mi się film „Dzień zagłady”. Asteroid zbliża się do Ziemi i zagraża ludzkości. Pewien student, którego pasją jest astronomia, kontempluje niebo i odkrywa nowe ciało niebieskie, znajdujące się w nieoczekiwanym miejscu. Dokonuje obliczeń i wysyła materiał do zawodowego astronoma. Teraz scena pokazująca astronoma, który siedzi przed komputerem. Na biurku leżą papiery, przybory, pendrive’y, dyskietki, płyty. Leży też kartonowe opakowanie z pizzą. Astronom patrzy w komputer, jednocześnie przegryzając pizzę. Otwiera list od studenta, czyta, przegryzając pizzę. Wkłada dyskietkę do komputera, sprawdza dane, przegryzając pizzę. Widzi na ekranie, że może dojść do kosmicznej kolizji, więc rzuca wszystko, zbiera dane, biegnie do samochodu, siada za kierownicą, na pulpicie kładzie pizzę. Pędzi samochodem w deszczu i przegryza pizzę. Te obrazy bardzo dobrze pokazują, w jaki sposób konsumujemy życie. To jest pośpieszne przełykanie, a nie odżywianie się czy karmienie. Przełknę, popiję colą i lecę dalej, bo zadania wzywają. Dramat polega na tym, że podobnie przełykane są relacje i związki; bez celebracji, delektowania się, świętowania. „Przełykanie” związku szybko go wypala, zużywa.

Czas nas goni. Czas to pieniądz. Już w tych sformułowaniach czuć napięcie, walkę.
Znany psychoterapeuta Milton Erickson pisał o tak zwanej mentalności industrialnej. W epoce migracji ludzi ze wsi do miast zmienił się stosunek do czasu. Czas przestał być traktowany jako płynna ciągłość, a zaczął być dzielony na kawałki. Syrena fabryczna wzywała na stanowiska pracy i oznajmiała koniec pracy. Dzisiaj też tak żyjemy – stawiamy się do pracy na godzinę, o określonej porze jest lunch, po lunchu zebranie, potem realizacja następnych zadań i planowanie kolejnych; szybko, w pośpiechu. To nie jest święty czas, w którym się istnieje. My nasz czas konsumujemy. Liczy się natychmiastowy efekt, zachwycamy się błyskawicznymi karierami. To jest wbrew naturze – w przyrodzie nie da się niczego przyspieszyć, wcześniej czy później za to przyspieszenie trzeba będzie zapłacić.

On chce mieć dziewczynę, na początku nawet się stara.
Tak, zakochuje się i czuje się wspaniale; jest ożywiony, radosny. Jednak ten stan szybko się kończy. Kryzysowy moment: kobieta pyta: „co z naszą przyszłością?”. Mężczyzna zbywa: „Nie ma przyszłości, żyjmy teraz, cieszmy się chwilą, po co planować?”. Dla wielu mężczyzn kobieta jest kolejnym obiektem konsumpcji. W tej koncepcji życia nie ma miejsca na trwałość, więź, bliskość, intymność. Więź kojarzy się raczej z więzieniem.

Na co jest miejsce?
Na zaspokajanie swoich potrzeb – seksualnych, kontaktu, pobycia z kobietą; zakochanie jest czymś przyjemnym, dodaje życiu smaku. Przyjemnie jest gdzieś razem wyjechać, poimprezować. Gdy pojawiają się problemy – a w związku zawsze nadchodzi ten moment – mężczyzna jest niezadowolony: „Nie po to spotykam się z tobą, żeby się denerwować!”. Życie jest po to, by brać, ile się da. To wieczni chłopcy, wieczni konsumenci. Są jak nastolatkowie, tylko wyrośnięci.

Polka, która wyszła za mąż za Austriaka, powiedziała mi: „Do trzydziestki szukałam kandydata na męża w Polsce. Zmarnowałam czas. Wyjechałam na Zachód i odetchnęłam, bo poznałam wreszcie ciepłych, czułych, odpowiedzialnych facetów”. O mężu mówi: „Jemu trochę ugotować, urodzić dzieci i jest w siódmym niebie! Wszystko zrobi dla rodziny”. Właśnie urodziła czwarte dziecko. Wieczni chłopcy to polski problem?
Mnie ta historia nie dziwi. Kraje niemieckojęzyczne mają dojrzałe rynki gospodarcze, inny rodzaj mentalności. Polscy mężczyźni próbują w błyskawicznym tempie nadrobić zaległości cywilizacyjne naszego kraju. Mamy takie nastawienie, że jeśli już w coś inwestujemy, chcemy natychmiastowego zwrotu nakładów i zysków. To jest pułapka, nie na tym polega rozwój. Polscy 30-latkowie są synami zapracowanych do granic możliwości ojców, którzy nie mieli dla nich czasu. Także system, w którym żyjemy, narzuca styl. Mam dobry telefon komórkowy. Przedstawiciele operatora bombardują mnie ofertami nowocześniejszych modeli. Po co mi inny model, skoro nie wykorzystuję wszystkich funkcji tego, który mam. Nowy ma większy ekran. Widzę dobrze na starym ekranie. Ale przecież musi być sprzedaż, więc jesteśmy kuszeni, żebyśmy kupowali rzeczy, których nie potrzebujemy; i te rzeczy stają się synonimem postępu i rozwoju. Takie myślenie – lepiej, szybciej – przenosimy do związków. Mam związek, ale przecież mogę mieć lepszy. Ten lepszy po jakimś czasie już nie spełnia moich oczekiwań, mogę przecież mieć jeszcze lepszy. Mężczyźni zmieniają kobiety tak, jakby to były telefony komórkowe albo inne gadżety.

Oni mówią, że właśnie w pędzie są szczęśliwi.
Gdy zjeżdżamy na nartach ze stoku, skaczemy na bungee, przeżywamy pewnego rodzaju szczęście; jesteśmy w pędzie, ale nasz umysł zatrzymuje się, ustaje myślenie. Silne pobudzenie wywołuje stan euforii. W tym momencie nie można zrobić niczego innego. Takie chwile nie zastąpią życia. Jeśli nie zatrzymujemy się, żeby kontemplować, ucztować, świętować, wtedy wcześniej czy później ciało odczuje tę nierównowagę. Za czym gonimy? W ten sposób nigdy nie poczujemy się nasyceni. Znam młodych ciężko schorowanych mężczyzn, którzy są niewolnikami szybkiego, powierzchownego stylu życia. To są często zagubieni, nieszczęśliwi ludzie.

W kobietach mogą budzić chęć opiekowania się, więc te nierzadko angażują się w nadziei, że go nakierują na dorosłość. Czy to dobry pomysł? Robert Brutter, scenarzysta serialu „Ranczo”, mówił mi, że kobiety mają ogromny wpływ na mężczyzn, że ich kształtują; i że to jest dla mężczyzn wielkie szczęście.
Jeśli on rokuje, to czemu nie?

Jak poznać, czy rokuje? A kiedy na pewno nie rokuje?
Jeśli mężczyzna przekroczył trzydziestkę, a zachowuje się jak nastolatek, to poważna sprawa. Można dać mu szansę, ale do czasu. Jeśli przez dłuższy czas nic się nie zmienia, a nawet pogarsza, to nie ma na co liczyć. Ten mężczyzna tak wytrenował mózg, że jest mało prawdopodobne, iż zrezygnuje ze stylu życia, z którym  się utożsamia. Jeśli nie może usiedzieć na miejscu, potrzebuje ciągłych zmian, skarży się, że nie nadąża, brakuje mu czasu, żeby żyć, można spróbować mu pomóc, podsuwając informacje, w jaki sposób mógłby sam sobie pomóc, i na tej próbie poprzestać. Kobiety mogą być inspiracją, źródłem wsparcia poprzez swoją obecność, dobrą radę, wskazówkę. I to wszystko. Bycie terapeutką, upieranie się, żeby go zmienić, naprawić związek, frustruje i wypala.

Słowa, których on używa najczęściej, to: „Dla mnie; moje potrzeby; ja muszę; tak ma być, bo tak chcę; taki już jestem”.
To wskazuje na sztywną wewnętrzną konstrukcję. Odzwierciedla też inny aspekt cywilizacji, w której żyjemy; najważniejszy jest indywidualny rozwój. Myślenie wspólnotowe nie istnieje. No, można należeć do klubu. Ale klub to nie wspólnota, ponieważ relacje zbudowane są na zależnościach w interesach. Wspólnota opiera się na przepływie z serca do serca, na głębokim egzystencjalnym rezonansie. Spotykamy się i jesteśmy wartością sami dla siebie; dlatego że jesteśmy, jesteśmy razem. Nie realizujemy żadnych utylitarnych celów. Aczkolwiek wspólnoty zaspokajają potrzeby swoich członków i zawsze tak było; również materialne. Wzorzec tworzenia wspólnoty nie istnieje, nie jest lansowany. Słyszymy: rozwijaj się, edukuj, kształć, zdobywaj, bądź kimś; ty, ty i jeszcze raz ty. Mężczyzna tak ukształtowany nie widzi niczego niewłaściwego w tym, że mówi: „Ja mam takie potrzeby, cele, dążenia”. Nie chodzi o to, że kobieta nie wspiera i nie akceptuje rozwoju, chodzi o proporcje; mężczyźni zachowują się tak, jakby myśleli połową mózgu, dostrzegają indywidualność, ale nie dostrzegają tego, co wykracza poza indywidualność. To jest niewola. Zamknęli się w świecie swojego ego, rozbuchanych potrzeb i oczekiwań wobec świata, kobiet. Jeśli kobieta godzi się na używanie siebie jak kolejnego gadżetu, to utwierdza mężczyznę w przekonaniu, że tak ma być. My jesteśmy po to, by zaspokajać swoje potrzeby, robić karierę, a kobiety po to, by nas w tym wspierać. Przypomina to świat islamu.

  1. Psychologia

Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
"Mam dobrą wiadomość. Z zazdrości można odbić się jak z trampoliny i zanurkować w dobrą miłość" - zapewnia psychoterapeutka Katarzyna Miller w rozmowie z Beatą Pawłowicz. 

Czasem, by poczuć niepokój, wystarczy mało wiarygodny news portalowy: najczęściej romansują i zdradzają w pracy analitycy giełdowi, brokerzy, finansiści. A twój partner pracuje w finansach, i to po 12 godzin na dobę.
Jeśli ktoś czuje niepokój z takiego powodu, to znaczy, że jest zajączkiem, czyli siedzi na strachu. A ten strach więcej mówi o wierze tegoż zajączka w siebie, a raczej o braku tejże wiary, niż o apetycie na seks jego drugiej połowy. Więcej mówi o zajączka samoocenie – raczej mizernej jak zwiędnięta kapusta – niż o tym, co wyczynia, jakie ma ekscesy seksualne w godzinach pracy jego partner czy partnerka.

Zajączek też człowiek! Co ma zrobić, żeby zazdrość schrupać? Na przykład jeździć w przerwie lunchowej do swojej drugiej połowy na seks?
Eeee... Jak ma taką ochotę, niech jeździ. Ale po co cokolwiek robić? Jak ona czy on chce się w pracy splątać z kimś, to niech to robi. Namawianie partnera do zmiany profesji na taką, w której zdrada statystycznie zdarza się rzadko, też nie ma sensu. Nauczyciel polskiego wbrew statystykom też może mieć kochankę, a nawet parę, jak będzie chciał... Moim zdaniem niech sobie zdradza, jak mu tak zależy.

Nigdy nie byłaś zazdrosna?
Tak solidnie – raz. Dawno temu, jak pozwoliłam sobie zapragnąć mężczyzny, który mi się naprawdę bardzo podobał. Przedtem nie czułam zazdrości, bo byłam z mężczyznami, którzy mnie wybierali i o mnie bardzo zabiegali. A więc wiedziałam, że się im podobam, że mnie bardzo chcą i nie musiałam być zazdrosna. Ten też mnie chciał, ale że on mi się tak bardzo podobał jak dotąd nikt, poczułam, że dookoła jest wiele atrakcyjnych kobiet. A skoro on mi się aż tak podoba, to im pewnie też aż tak i będą chciały razem z nim odlecieć.

I co? Pozwoliłaś mu na zdradę, pokonując swoją zazdrość?
Gdzie tam! Zwołałam zebranie wszystkich dziewczyn, z jakimi się kolegowałam, i kazałam im sobie pomóc w zmaganiach z tą zazdrością. Powiedziałam, że chcę wiedzieć, jak one się czują w tym temacie. To zwołanie przyjaciółek było wielkim krokiem dla mnie i prywatnym, i zawodowym, bo wtedy przyznałam się przed nimi do czegoś, czego bardzo się wstydziłam: że wcale nie jestem taka pewna siebie, jak udaję. Odwrotnie – nie jestem i dlatego każda ładna dziewczyna, jaką widzę na ulicy, idąc z nim na spacer czy do sklepu, budzi we mnie lęk, że on mnie zostawi i zaraz za nią poleci.

Koleżanki jako lek na zazdrość o mężczyznę?
Pomogły bardzo, bo powiedziały prawdę o sobie. Jedne przyznały, że są zazdrosne, drugie powiedziały, że nie. I już samo to, że szczerze pogadałyśmy, bardzo pomogło. Wtedy też samą siebie zaskoczyłam, zadziwiłam tym, że oto mogę o sobie samej czegoś nie wiedzieć. A więc pomyślała: „Jest tak, że człowiek nie spotyka się ze swoimi ważnymi, a trudnymi uczuciami, myślami, dopóki nie poczuje konieczności, żeby się z nimi spotkać. Tak jak ja!”. Ja się wtedy dopiero spotkałam ze swoją niepewnością, kiedy poczułam zazdrość, bo ona bardzo mnie bolała. Bardzo mi więc ta moja zazdrość pomogła także w pracy, bo wiedziałam, o co chodzi, kiedy na różnych grupach, które prowadziłam już jako terapeutka, słyszałam, jak dziewczyny mówiły: „Ośmieliłam się na najbardziej atrakcyjnego faceta i nawet z nim jestem, i co?! I dostaję spazmów lęku, że on mnie zostawi. Przy poprzednich nie miałam czegoś takiego...”. Mówię wtedy naprawę szczerze: „Bardzo cię rozumiem”.

Rozumiesz, ale też co radzisz, kiedy kobiety mówią ci o tym, jak bardzo boli je zazdrość?
Radzę zacząć od zdania sobie sprawy, że jest to bardzo ważny moment w ich życiu! Bo oto spotykają się same z sobą. A to ogromna szansa na poznawanie siebie. Czując zazdrość, docieramy bowiem do najbardziej głębokiego punktu intymności, czyli do naszej potrzeby bycia przyjętym, akceptowanym, kochanym, wybranym przez ważnych dla nas ludzi na kogoś bardzo szczególnego. To jest ten punkt, wokół którego rozgrywają się wszelkie nasze cierpienia, pragnienia, tęsknoty, marzenia. Szczególnie te związane ze związkami, z tą intymną przestrzenią, która jest ukryta przed ludźmi, nienazwana. Którą się nie dzielimy i nie wiemy, co z nią zrobić, bo tam w tej zazdrości stajemy się bezradnymi, małymi dziećmi.

Zazdrość jako drzwi do prawdy o mnie?
Tak, bo czując ją, dochodzimy do sedna siebie, do najbardziej głęboko ukrytego lęku – lęku przed odrzuceniem. Siła tego lęku zasadza się na tym, na ile zostaliśmy przez rodziców przyjęci tacy, jacy jesteśmy. Na ile zostaliśmy przez nich zaakceptowani, a więc też na ile zostaliśmy wyposażeni w poczucie wartości, w wiarę w siebie, a na ile nie.

Zazdrość mówi, że chyba nie za dużo tej miłości bezwarunkowej dostaliśmy jako dzieci od naszych opiekunów?
Jest na pewno sygnałem, że znów wydani jesteśmy na pastwę tego, czy ktoś nas przyjmie, czy się nami zachwyci, czy nie zachwyci, i znów w kącie będziemy gryźć paznokcie i nie będziemy mogli ruszyć z naszym życiem dalej. Kiedy ja sama poczułam zazdrość, podjęłam decyzję, że skoro to jest taki ważny moment, bo tak dalece sama spotykam się ze sobą, muszę go uszanować. A więc już nie ten mężczyzna jest najważniejszy, tylko ja i moje uczucia. On jest ważny, ale głównie jako ktoś, kto te uczucia we mnie wywołuje.

No właśnie, te uczucia to przede wszystkim lęk przed odrzuceniem, który bywa nad siły.
I właśnie! Pierwsza rzecz, którą zrobiłam, a która była dla mnie bardzo trudna, to powiedziałam mu coś, co by mi kiedyś przez usta nie przeszło: „Boję się, że mnie zostawisz”. Byłam do tego dnia neurotycznie ambitna, bo też ambicja jest osią neurozy, i nigdy nie pokazywałam tego, co mnie boli. Udawałam mocniejszą, niż jestem. Ale wtedy postawiłam na prawdę. I dobrze, bo on powiedział: „Nie chcę cię zostawiać”. Wtedy zabrałam się do intensywnej pracy nad sobą, zapisałam tony papieru, nazywając swoje uczucia, wzmacniając się afirmacjami, pisząc listy do wszystkich ważnych dla mnie osób o tym, co czuję, co mi zrobili, zapisując sny. Chodziłam też na terapie, kursy, warsztaty, wykłady. A więc przeorałam się przez siebie. To był czas nie tylko zazdrości, ale też bezradności, którą przy tym mężczyźnie poczułam.

Bezradność obok zazdrości? Oj...
Tak, byłam jak mała dziewczynka, bo oto rycerz się pojawił na białym koniu, ale zamiast wspaniałej królewny, w której się zakochał, spotkał dzidzię płaczącą ze strachu, że on będzie kolejną osobą, która ją opuści. Albo nie ukocha tak, jak ona tego potrzebuje. Moi rodzice mnie nie porzucili, a więc bałam się nie tyle tego, że będę porzucona, ile tego, że nie będę przyjęta taka, jaka jestem. Że mężczyzna, którego pokocham, nie potraktuje mnie tak, jak tego potrzebuję. A na to nie miałam wpływu. Wszystko wydawało mi się zależne od niego.

Gdzie tu pozytywne doświadczenie, które pomogło ci nie czuć już nigdy potem zazdrości?
Przeżyłam dużo lęku, bezradności, dużo zwątpień, ale też zobaczyłam, jak potrafię się sobą zajmować, jaka jestem wobec siebie uczciwa. Ile mogę zrobić dzięki ludziom, o ile jestem wobec nich otwarta i nic nie udaję. Postawiłam na siebie i na prawdę, a nie na „zwycięstwo”. Kobiety często poprzestają na tym „zwycięstwie”, a ma nim być to: „Mam go! I wszyscy to widzą, ja sama też”. Kobiety myślą, że to im wystarczy – mieć tego mężczyznę. Myślą, że miłość je uleczy. Ale nie uleczy, bo nie chodzi o miłość, która płynie z zewnątrz, tylko o miłość do siebie, o to wewnętrzne uczucie.

Niektórzy zazdrośnicy robią jednak coś innego, wolą wynająć detektywa.
Tropienie? Po co? To ja mam sobie zagwarantować dobrostan, odrzucić kompleksy i lęk przed zdradą, wypełnić się wiarą w siebie. Jeśli zacznę śledzić swojego mężczyznę, nigdy nie pokocham siebie, nie poczuję się pewna swojej wartości, nie uniezależnię się od oceny i akceptacji innych. A chodzi w tej zazdrości o to, by już nie być zewnątrzsterowną, czyli już nie oceniać siebie na podstawie opinii innych. Ani nie podejmować działań dla innych, tylko dla siebie. A tego, żeby tak robić, nauczyli nas rodzice. Rodzice przeważnie chcą, na szczęście nie wszyscy, żeby dziecko ich słuchało, a nie żeby słuchało siebie. Wydaje im się, że to potwierdzi ich ważność. To iluzja. A dzieci uczą się w ten sposób niesamodzielności życiowej. Szczególnie kobiety jej nabywają, bo są często przekazywane z rąk rodziców do rąk męża i nie mają gdzie nabrać wiary w swoje siły. I są urządzone! Na amen, bo zewnątrz sterowność polega na budowaniu swojej wartości na tym, że on mnie chce. Ale nawet jeśli chce, to co z tego? Nie wiadomo przecież, jak długo będzie mnie chciał?

Może będzie chciał mnie całe życie?
A co ze mną, jeśli nie? Kiedy spotkamy kogoś, o kogo jesteśmy tak zazdrosne, że nie możemy tego znieść, sięgnijmy nie po portfel, by zapłacić detektywowi, ale głęboko w siebie. Szczerość to nasza droga. Ja wtedy myślałam tak: „Skoro aż tak się boję, że moje wewnętrzne dziecko się obudziło, to czy jest szansa na to, by dowiedzieć się, kim naprawdę jestem?”. Poszłam trudną drogą poznania siebie, ale skoro już zaczynałam wtedy pracować jako psychoterapeutka, chciałam wiedzieć, co jest pod spodem zazdrości. To mi się udało, ta wiedza stała się bazą dla mojego życia i dla pracy.

Można być szczęśliwą z tym, kto zdradza, bo dzięki zazdrości zdobywamy się na samopoznanie?
Nie było zdrady, a już zaistniała zazdrość i obawa, że może zdradzić, bo było tyle niepewności. Ważne, żeby się zdobyć na samopoznanie, postawić na siebie. To ze sobą spędzę na pewno całe życie. A przede wszystkim myślę, że nie ma sensu zajmować się tym, czy on „to” robi, czy nie. Dlaczego ja mam się tym zajmować? Po co? Jeśli uprawia seks z kimś innym, to znaczy, że mu to potrzebne. Ja się nauczyłam nie brać wszystkiego, co ludzie robią, do siebie. Nie wszystko ma przyczynę we mnie. I to ja tego pana, o którego byłam tak zazdrosna, zdradziłam, bo mi było z nim smutno. Potrzebny mi był ktoś radosny i fajny. I powiedziałam mu, że nie zamierzam go za to przepraszać, bo zrobiłam to dla siebie. Potrzebowałam tego, ale też nie wymagam od niego, żeby był kimś innym, niż jest.

A może nie ma co walczyć z zazdrością, bo wtedy walczymy z samą miłością? Może to jej cena? Mówi się przecież, że kto nie jest zazdrosny, to nie kocha.
Zazdrosny trzyma na smyczy, chce zawłaszczyć, a nie kochać. Mówi: „Ja ci nie pozwalam!”, ale czy to jest miłość?! Sama powiedz.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek, filozofka i poetka.

  1. Psychologia

Każdy z nas nosi w sobie rany z dzieciństwa. Jaką skrywasz ty?

Lise Bourbeau wylicza 5 ran, które nosimy w sobie od dzieciństwa: rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. (Ilustracja: iStock)
Lise Bourbeau wylicza 5 ran, które nosimy w sobie od dzieciństwa: rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. (Ilustracja: iStock)
Zwykle nie chcemy się nimi zajmować, przykrywamy je maskami. Zdaniem kanadyjskiej terapeutki Lise Bourbeau istnieje 5 ran i odpowiadających im mask-tożsamości. Im głębsza rana, tym boleśniej ją odczuwamy i częściej zakładamy stosowną maskę.

Według Lise Bourbeau najbardziej bolesnych zranień jest pięć. Mogłoby się wydawać, że niewiele. Ale autorka zapewnia, że koncentrują się w nich wszystkie ludzkie cierpienia. Rany ujawniają się w określonym przedziale wiekowym i w relacji z jednym z rodziców. Ból jest silny, więc szukamy remedium. Staje się nim maska – swego rodzaju tożsamość, do której odwołujemy się, gdy czujemy zagrożenie. Zdaniem Bourbeau maska wpływa na nasz sposób myślenia, mówienia, chodzenia, siedzenia, oddychania czy tańczenia. Na to, na jakie choroby zapadamy, a nawet jaki wybieramy samochód.

W książce „Bądź sobą. Wylecz swoje 5 ran” (wyd. KOS) terapeutka wylicza rany i odpowiadające im maski-tożsamości (w kolejności, w jakiej się pojawiają): rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. Rzadko cierpimy z powodu wszystkich pięciu ran – zwykle jedna z nich jest dominująca. Upraszczając, można przyjąć zasadę: im głębsza rana, tym boleśniej ją odczuwasz i tym częściej zakładasz stosowną maskę.

Odrzucenie

Bardzo głęboka rana manifestuje się wcześnie, często jeszcze przed narodzinami – na przykład kiedy dziecko czuje się niechciane albo jego płeć nie jest akceptowana. Dotknięte odrzuceniem, przywdziewa maskę uciekającego. Według Lise Bourbeau maski można rozpoznać przede wszystkim po fizjonomii. Ciało uciekającego jest nieduże, spięte – niezbyt widoczne i zajmujące niewiele miejsca. Sprawia wrażenie fragmentarycznego, niekompletnego, pozbawionego harmonii. Uciekający ma zwykle małe oczy, podkrążone i jakby nieobecne, przepełnione strachem. Niewykluczone, że kruchość takiej osoby w dzieciństwie wywoływała u matki odruchy nadopiekuńcze, więc miłość uciekającemu kojarzy się z opresją i skłania do wycofania się.

Uciekający woli nie przywiązywać się do rzeczy materialnych (utrudniają ucieczkę!), pociąga go natomiast wszystko, co ma związek z intelektem. Lubi samotność. Jeśli dostanie dużo uwagi, budzi to w nim dyskomfort. Ma niewielu przyjaciół, czasem odnosi wrażenie, że jest niewidzialny. Izolując się, pogłębia to poczucie i przeżywa jeszcze więcej odrzucenia. Ponieważ zabiera głos głównie po to, by się dowartościować, może być odbierany jako zarozumiały.

Uciekający lubi odpływać myślami w świat fantazji (sprzyja temu siadanie tak, by stopy nie miały stabilnego podparcia). Z powodu dużego zranienia łatwo przechodzi od miłości do nienawiści. Wciąż wątpi w siebie, w swoją wartość. Szuka perfekcji. W jego słowniku królują takie słowa, jak „niedobry”, „marny”, „kiepski” (obok „znikać” i „nie istnieje”). Nie chce zająć za dużo przestrzeni, czasu, przeszkodzić. Nie lubi prosić, „zawracać głowy”. Boi się odmowy, którą uważa za formę odrzucenia.

Porzucenie

„Porzucenie oznacza oddalenie się od kogoś dla innych spraw lub dla kogoś innego” – pisze Lise Bourbeau. Dziecko przeżywa je na przykład, kiedy traci nagle uwagę matki (zajętej noworodkiem czy oddanej pracy) albo gdy rodzice zostawiają je u krewnych czy, choćby na krótko, w szpitalu. Ta rana tworzy się między pierwszym a trzecim rokiem życia. Skrywa ją maska zależnego.

Sylwetka zależnego jest szczupła, przygarbiona (jakby ciało nie było w stanie utrzymać się w pionie). Oczy duże, smutne, przeszywające. Ramiona długie, zwisające. Niektóre części ciała wydają się zwiotczałe. Zależny to typ ofiary – kłopoty (również zdrowotne) to jego sposób na przyciągnięcie uwagi innych, której bardzo potrzebuje. Ma skłonność do dramatyzowania, częstego płaczu, odczuwania głębokiego smutku. Ale też do „ratowania” innych – w ten sposób próbuje zyskać ich przychylność. Najbardziej ze wszystkiego boi się samotności. Już same słowa „porzucenie”, „zostawić”, „opuścić” („muszę lecieć, zostawiam cię”) wywołują w nim niepokój. Wciąż szuka wsparcia, prosi o pomoc przy podjęciu decyzji, choć rzadko korzysta z uzyskanych porad.

Zależny nie zdaje sobie sprawy, jak często to on opuszcza siebie i innych, wycofując się z różnych sytuacji z lęku, że im nie sprosta. Na przykład gdy jego relacje stają się bardziej intensywne, robi wszystko, żeby je zakończyć. W związkach łatwo wpada w uzależnienie emocjonalne i fizyczne od ukochanej osoby. Wciąż chce przytulać partnera, trzymać go za rękę, dotykać. Również gdy stoi, często opiera się o coś, chwyta poręczy. Ze względu na silną potrzebę kontaktu, uwielbia seks, ale rzadko czuje się nim usatysfakcjonowany.

Upokorzenie

Podobnie jak przy porzuceniu, ta rana budzi się między pierwszym a trzecim rokiem życia – kiedy dziecko uczy się jeść, zachowywać czystość, mówić, słuchać. I kiedy czuje, że rodzic się go wstydzi (bo jest brudne, nie zdążyło do toalety, interesuje się swoimi częściami intymnymi, „przegrywa” w konfrontacji z innymi dziećmi). Taki mały człowiek zakłada maskę masochisty. Nieświadomie chce doświadczyć wstydu i cierpienia, zanim zostanie upokorzony przez innych. Odczuwa głęboki wstyd, również z powodu nadmiaru ciała. Zwykle ma też krótką talię, napięte szczęki, szyję i miednicę, okrągłą twarz i szeroko otwarte oczy. Tę ranę najłatwiej jest rozpoznać – podkreśla Bourbeau (chyba że masochista skutecznie kontroluje wagę).

Masochista czuje odrazę do siebie i innych. Przyciąga ludzi i sytuacje, które go upokarzają. Ma skłonność do karania siebie. Jest wrażliwy, łatwo go dotknąć. Czuje się też odpowiedzialny za samopoczucie innych, często wchodzi w rolę pośrednika (albo kozła ofiarnego). Odcina się od własnych potrzeb. Stara się być pożyteczny i pożądany – na przykład zabawiając towarzystwo żartami na własny temat. To jego podświadomy sposób na upokarzanie się. Umniejsza się, często zresztą używa słów „mały” albo „być godnym/niegodnym”. Ma drobne pismo, stawia małe kroki, lubi niewielkie przedmioty. Bardzo ważna jest dla niego wolność. Umie cieszyć się życiem, choć popadając w przesadę (jedzenie, picie, seks), odczuwa upokorzenie. Wolność jest też jego największym lękiem. Dąży więc do niej, a jednocześnie sabotuje te dążenia. Nic dziwnego, że w jego ciele jest tyle zablokowanej energii.Chociaż ważny jest dla niego wygląd i strój, często ubiera się w obcisłe rzeczy, które uwydatniają krągłości. Jest zmysłowy, pociąga go seks, ale (z powodu wstydu) może przyciągać sytuacje związane z wykorzystaniem.

Zdrada

Rana zdrady zostaje obudzona w wieku edypalnym – zwykle między drugim a czwartym rokiem życia. Jeśli kompleks Edypa nie zostanie rozwiązany, pojawia się cierpienie związane z poczuciem zdrady, przed którym chronimy się, rozwijając maskę kontrolującego. Ciało kontrolującego emanuje siłą i władzą. U mężczyzn są to szerokie ramiona, u kobiet siła koncentruje się raczej na poziomie bioder, pośladków, brzucha i ud. Spojrzenie kontrolującego jest intensywne i uwodzicielskie. Może w ten sposób tworzyć dystans albo zawstydzać innych, co pozwala mu ukryć bezsilność i wrażliwość.

Kontrolujący stara się przewidzieć przyszłość i oczekuje, że wszystko przebiegnie według jego planów. Jeśli jest inaczej, bywa agresywny. Lubi zdobywać wiedzę, afiszować się swoją odpowiedzialnością, wyjątkowością, ważnością. Często zajmuje kierownicze stanowiska. Działa szybko, brak mu cierpliwości dla tych, którzy funkcjonują w innym tempie. Miewa zmienne humory. Dużo wymaga – od siebie i innych. Nawet czyjąś ostrożność potrafi potraktować jako zdradę. Nie dostrzega, jak często zdradza samego siebie i innych ludzi (choćby nie dotrzymując słowa).

Z trudem przychodzi mu zaufać, odsłonić się. Sam nie jest szczególnie dyskretny. Nie znosi, by go okłamywano, ale on nierzadko mija się z prawdą i manipuluje. Nie lubi zobowiązań – boi się, że ich nie dotrzyma. Jednak największym jego lękiem jest rozdzielenie. Odejście pracownika, rozpad związku traktuje jako porażkę. Dlatego pilnuje, żeby się za bardzo nie angażować. Jak tłumaczy Lise Bourbeau, osoby z raną zdrady z dużym prawdopodobieństwem doświadczyły najpierw porzucenia (ze strony rodzica tej samej płci), po którym zwróciły się, w poszukiwaniu miłości, do rodzica płci przeciwnej. Możemy nosić obie te rany – elastyczne ciało pokazuje, która jest akurat silniej odczuwana. Kontrolujący lubi uwodzić, szuka relacji pełnych namiętności. W seksie nie potrafi jednak oddać się w pełni drugiej osobie. Nieprzepracowany kompleks Edypa sprawia też, że często szuka w partnerze rodzica płci przeciwnej, co prowadzi do rozczarowań.

Niesprawiedliwość

Ta rana rozwija się najpóźniej – między czwartym a szóstym rokiem życia. Jeśli dziecko nie może być sobą i swobodnie wyrażać swojej indywidualności (z powodu chłodu rodzica, autorytaryzmu, krytyki), odczuwa niesprawiedliwość. Tworzy wówczas maskę surowego, odcina się od swoich uczuć. Taka osoba jest niezwykle wrażliwa, ale raczej tego nie okazuje. Wydaje się zimna i nieczuła. Często siada ze skrzyżowanymi rękoma, blokując splot słoneczny. Ciało surowego jest wyprostowane, o doskonałych proporcjach. Pośladki krągłe, talia wąska, często podkreślona. Kończyny blisko ciała, szyja sztywna, szczęki zaciśnięte, oczy błyszczące. Ponieważ surowy wcześnie zauważa, że bardziej ceniony jest za to, co robi, niż za to, kim jest, staje się zaradny, samodzielny. Stara się unikać kłopotów, tryskać optymizmem. Potrafi świetnie ukrywać uczucia, o pomoc prosi w ostateczności.

Poszukuje sprawiedliwości, precyzji, dąży do sukcesu. Boi się pomylić, dużo od siebie wymaga – jakby zapominając o tym, że jako istota ludzka ma swoje ograniczenia. Często porównuje się do tych, których uważa za lepszych. Nie zauważa, że – przyjmując wyśrubowane kryteria – bywa niesprawiedliwy. I że odrzuca w ten sposób samego siebie. Rana niesprawiedliwości często występuje razem z raną odrzucenia. Dziecko, które poczuło się odrzucone, stara się uniknąć podobnego doświadczenia, dążąc do perfekcji. Nie zapewnia mu to jednak więcej miłości, a raczej przysparza cierpień. W dorosłym życiu często dotyka go wypalenie zawodowe albo pracoholizm. Przyciąga zdarzenia związane z doświadczaniem niesprawiedliwości.

Ma trudności z przyjmowaniem prezentów. Jeśli otrzymuje więcej, niż uważa za właściwe, gotów jest nawet odmówić przyjęcia nagrody. Często odczuwa złość, zwłaszcza wobec siebie. Trudno mu dać się kochać i okazywać miłość. Poddać się namiętności. Unika kontaktu fizycznego, boi się angażować. Największym jego lękiem jest oziębłość – własna i innych.

Jak postępować z raną?

Rozpoznać ją i zaakceptować. Uznać, że stworzyliśmy maskę, żeby zmniejszyć cierpienia. Zacząć zauważać, kiedy ją zakładamy. I powoli sprawdzać, czy możemy się bez niej obyć. To, w największym skrócie, droga do bycia sobą według Bourbeau. Ważnym jej etapem jest niechęć, opór. Uwolnienie złości, wybaczenie i pokochanie siebie.

Autorka „Bądź sobą” radzi też, jak rozpoznać, że poszczególne rany są na dobrej drodze do uzdrowienia. Rana odrzucenia jest uleczona, gdy pozwalasz sobie na swobodną ekspresję, gdy czujesz się dobrze w swojej skórze, nawet jeśli ktoś zapomina o twoim istnieniu. Rana porzucenia jest uzdrawiana, gdy przestajesz szukać uwagi innych, potrafisz być sam. Gdy dążysz do celu, nawet bez wsparcia innych. Rana upokorzenia jest uleczona, gdy bierzesz mniej na barki, sprawdzasz, jakie są twoje potrzeby. Gdy potrafisz prosić – bez lęku, że komuś przeszkadzasz. Rana zdrady zanika, jeśli nie przeżywasz już silnych emocji w sytuacji, gdy trzeba zmienić plany. Kiedy odpuszczasz zaciętość, potrzebę wygranej i bycia w centrum uwagi. Rana niesprawiedliwości goi się, gdy pozwalasz sobie na niedociągnięcia, na przeżywanie złości bez poczucia winy i na pokazywanie wrażliwości.

Gdy rany się goją, ujawnia się nasza esencja. Lise Bourbeau zapewnia, że za uciekającym skrywa się pełna zapału, skuteczna, kreatywna, samodzielna osoba. Za zależnym – ktoś zdecydowany, przekonujący i pełen radości życia, często obdarzony talentami artystycznymi. Pod maską masochisty kryje się śmiałek, dobry mediator, organizator, altruista i hedonista. Kontrolujący ma potencjał na świetnego przywódcę, mówcę, motywatora, społecznika, zdolnego do wyczynów na wielu płaszczyznach. Surowy może się okazać dobrym nauczycielem, osobą kreatywną, pełną energii i entuzjazmu, troskliwą i empatyczną. Kiedy nosisz maskę, nie jesteś sobą, podobnie jak i inni – podkreśla Lise Bourbeau. Jeśli będziesz o tym pamiętał, będzie ci łatwiej być tolerancyjnym i patrzeć na samego siebie z większą miłością.