1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak radzić sobie z lękiem i jak mówić dziecku o epidemii? Rozmowa z psychologiem dr. Tomaszem Srebnickim 

Jak radzić sobie z lękiem i jak mówić dziecku o epidemii? Rozmowa z psychologiem dr. Tomaszem Srebnickim 

Zamiast myśleć z paniką o tym, że przez następne tygodnie czy miesiące będziemy musieli siedzieć w domu, lepiej poszukać w tej sytuacji pozytywów. (Fot. iStok)
Zamiast myśleć z paniką o tym, że przez następne tygodnie czy miesiące będziemy musieli siedzieć w domu, lepiej poszukać w tej sytuacji pozytywów. (Fot. iStok)
W sytuacji  zagrożenia zdrowia nas i naszych bliskich nie da się posługiwać tylko i wyłącznie zdrowym rozsądkiem. Od kilku dni doświadczamy emocji, których nigdy wcześniej nie odczuwaliśmy. Dr Tomasz Srebnicki psycholog dziecięcy podpowiada jak radzić sobie z lękiem i dlaczego należy chronić przed histerią dzieci. 

Co by pan poradził osobom, które w tym trudnym czasie nie radzą sobie z napięciem psychicznym związanym z rozprzestrzenianiem się wirusa i lękiem o bezpieczeństwo swoje i bliskich? Obecnie znajdujemy się w sytuacji wyjątkowej, przynajmniej jeśli chodzi o ostatnie 50 lat w dziejach naszego narodu. Nie tylko nagle tracimy poczucie bezpieczeństwa, ale też musimy szybko zaadaptować się do stałej niepewności. A ponieważ nie mamy żadnych wzorców związanych z radzeniem sobie z tzw. zarazą, scenariusze lękowe, jakie nam się uruchamiają, odnoszą się do tego, co znamy głównie z filmów katastroficznych, opowieści babci o grypie hiszpance, doniesień medialnych z Afryki o wirusie Ebola czy różnych zapisów na temat zaraz średniowiecznych. To są nasze główne punktu odniesienia, co w dużej mierze i u wielu osób wywołuje poczucie dramatycznej utraty kontroli nad rzeczywistością. Stąd podejmowane próby zapanowania nad tą sytuacja poprzez robienie zapasów, oglądanie w kółko wiadomości czy pełne emocji rozmowy na forach internetowych. Dlatego moim zdaniem pierwszą rzeczą, jaką trzeba zrobić, to przyjąć, że mamy właśnie do czynienia z sytuacją wyjątkową, ekstraordynaryjną, że nie jesteśmy w stanie jej kontrolować, ale też nie jesteśmy w stanie nie czuć lęku, nie mieć wątpliwości czy nie panikować. W sytuacji wyobrażonego, nie realnego, zagrożenia życia i zdrowia nas i naszych bliskich nie da się posługiwać tylko i wyłącznie zdrowym rozsądkiem. Musimy więc przyznać, że się boimy, że nie mamy wpływu na tę sytuację i że w zasadzie nie istnieją skuteczne środki, które by te lęki wyeliminowały. 

Ale można je trochę złagodzić? Pewnym sposobem poradzenia sobie z tym stanem jest podejmowanie działań związanych z poszukiwaniem wsparcia, czyli najczęściej możliwości wygadania się przed bliskimi czy znajomymi. Podzielenia się tym lękiem na różne sposoby,  nawet jego obśmiania. Wszystkie reakcje są dozwolone. W czasach kryzysu stare sposoby nie działają, a nowe jeszcze nie zostały wypracowane, w związku z tym wszelkie próby ich wypracowania powinny być akceptowane. Łącznie z robieniem zapasów na kilka tygodni czy miesięcy. Niektórzy odwołują się do strategii związanych z duchowością: do modlitwy, medytacji czy kontemplacji. Inni wolą oddać się jakiejś formie rozrywki. Podejmujmy wszelkie działania, które pomogą nam zapanować nad sobą, bo przecież nie nad samym wirusem. 

Jest pan psychologiem związanym z nurtem poznawczo-behawioralnym. Czy są jakieś techniki czy sposoby znane terapeutom tego nurtu, by rozproszyć negatywne myśli? Można stosować różne strategie medytacyjne, można też wyznaczyć sobie strefy zamartwiania się, czyli godziny, w których pozwalam sobie na czarne myśli na temat koronawirusa. Można wyznaczyć sobie też godziny, w których szukam informacji na temat sytuacji w Polsce i na świecie, żeby nie być podłączonym  bez przerwy do strumienia newsów. Można też stosować różne techniki wyobrażeniowe związane ze zmianą naszego funkcjonowania: czyli jeśli myślę z paniką o tym, że przez następne tygodnie czy miesiące będę musiał siedzieć w domu, to dobrze sobie wyobrazić, co będę w tym czasie robił: posprzątam mieszkanie, zacznę gotować obiady, na co nie miałem czasu wcześniej, odrobię zaległości lekturowe, pobawię się z dziećmi. Szukajmy pozytywów. Dobrze wyobrażać sobie nową rzeczywistość, a nie unikać myślenia o niej. Najważniejsze jest jednak przyjęcie tego, że to przeżywamy. Jest to także istotne w naszej postawie wobec dzieci. 

Jak pomóc im w przejściu przez ten czas? Dzieci przeżywają nie tyle sam fakt istnienia koronawirusa, bo ten dla nich, tak jak i dla nas, jest jednak dość abstrakcyjny, one reagują na panikę rodziców w postaci na przykład nakazywania im ciągłego mycia rąk czy zakazywania wychodzenia z domu.  Dlatego zalecana jest tzw. postawa drużynowa, czyli mówienie, że sobie poradzimy. I że to jest normalne, że się boisz. Absolutnie nie można obśmiewać dziecięcych lęków ani mówić, że to nic poważnego, że to minie i że nic się nie stanie. Zamiast tego warto mówić, że trzeba mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Albo że na pewno jakoś będzie, jakby nie było. I nie wykorzystywać obecnej sytuacji jako sposobu wychowawczego w stylu: „jak nie będziesz słuchał mamy, to cię zje koronawirus”. Przyglądajmy się temu, co w relacji z dzieckiem robimy ze swoim własnym lękiem. Często dzieci są właśnie tym najlepszym powodem, żeby nad nim zapanować. I zastanowić się, czy w ich obecności zbytnio nie korzystam ze sposobów na rozładowanie tego lęku, czyli: nie krzyczę, nie straszę, nie zachowuję się kompulsywnie. Ostatecznie ten akurat wirus jest najmniej szkodliwy dla dzieci.

Co nie znaczy, że nie mogą być nieświadomie jego nosicielami. Jak reagować, gdy dziecko pyta, czy to prawda, że przez nie babcia czy dziadek zachorują? To, że dziecko przeczyta czy usłyszy, że dzieci roznoszą koronawirusa i zarażają babcie czy dziadków, to jedno. Ważna jest nasza reakcja. Jeśli dziecko o to zapyta, ja zapytałbym dziecko: „Widzę, że się czegoś obawiasz…” i dał mu czas na odpowiedź. Nie chodzi o to, że dorosły ma udzielić naukowej i konkretnej odpowiedzi, on ma zająć się jego emocjami. Jeśli dziecko wraca do tego często, możemy chwilowo odwrócić jego uwagę jakąś zabawą czy przekąską, ale jeśli dalej będzie pytało, odwołałbym się do zasad, a konkretnie do tego, że dla bezpieczeństwa seniorów nie kontaktujemy się teraz z nimi. I dodać, że taką zasadę wprowadzili dorośli, bo jeszcze nie wiedzą, jak sobie z tym wirusem poradzić, ale na pewno sobie poradzą. Bo ludzie zawsze sobie jakoś radzą. 

Dr n. med. Tomasz Srebnicki certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, asystent na WUM, dyrektor dydaktyczny, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

  

 

Niezwykły rodzic Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Psychologia

Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami

Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Jesteśmy dziś naszym dzieciom potrzebni może nawet bardziej niż dawniej DO ROZMOWY. Nie ma już podwórek z trzepakami, gdzie mogłyby nawiązywać relacje z rówieśnikami, bawić się, przyjaźnić czy spierać. Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami, bo pierwszy raz w historii dzieci (i dorośli) wchodzą w relacje nie tylko z innymi ludźmi, lecz także z urządzeniami. Smartfon to nie jest takie samo urządzenie, jak radio czy telewizor, twierdzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, współautor książki „Cyfrowe dzieci”.

Beata Pawłowicz: Rodzice i dzieci często miewali problemy z dogadaniem się. Ale dziś „wychowany analogowo” ojciec, musi znaleźć wspólny język z synem należącym nie tylko do innego pokolenia, ale i do świata elektronicznych, mobilnych komunikatorów. Czy dziś jest trudniej być rodzicem?
Dr Tomasz Srebnicki: Ojciec taki jak ja, a dodam, że mój syn ma 10 lat, napotyka wszystkie stare problemy, jakie zawsze mieli rodzice. Ale też staje przed nowymi wyzwaniami. A te biorą się stąd, że szeroko pojęte media utwierdzające nas w przekonaniu, że są niezbędne, w sposób całkiem niekontrolowany, natarczywy, skomercjalizowany – wkraczają w świat relacji rodzica i dziecka. I to wkraczają nie tylko jako narzędzia komunikacji. Pierwszy raz w historii ludzkości mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że człowiek pozostaje w bardzo silnej relacji z narzędziem, którym się posługuje.

Jesteśmy w relacji z telefonami? Tak jakby były żywymi istotami?
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z narzędziami uniwersalnymi, które swoimi możliwościami pokrywają w zasadzie cały obszar funkcjonowania człowieka. Kontakt z nimi dostarcza więc dziecku niezwykłej rozrywki i to w ilości nieograniczonej i dostosowanej do niego samego, do jego potrzeb. Więcej nawet – potrafią wzbudzać w dziecku kolejne potrzeby. Kontakt z tymi urządzeniami umożliwia pozostawanie w relacji z innymi dziećmi, zdobywanie informacji i doświadczanie przyjemności. To urządzenia ofiarują też dziecku niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, gdyż grę można wyłączyć, a z forum można wyjść, kiedy tylko zadzieje się coś, co się dziecku nie spodoba. Co więcej smartfony, komputery itd. bez żadnych konsekwencji pozwalają na wielokrotne powtarzanie tych samych błędów. Gry dają możliwość posiadania nieskończonej ilości „żyć”. No więc relacja ze smartfonami jest szalenie atrakcyjna i dlatego dzieci ją nawiązują.

Chciałbym to powtórzyć – w epoce cyfrowej mamy do czynienia nie tylko z relacjami między rodzicami i dziećmi, ale też między dziećmi i telefonami. Jest więc trochę tak, jakbyśmy byli rodzicami nie tylko dziecka, ale też smartfona, z którym nasze dziecko jest w relacji.

To bardzo błyskotliwe stwierdzenie, że jesteśmy rodzicami nie tylko naszych dzieci, ale też ich smartfonów?!
Dziękuję! A więc powtórzę: nasze dzieci i my sami także jesteśmy w stałej i wiernej relacji z urządzeniami elektronicznymi. Wystarczy popatrzeć na to, jak dbamy o telefony, jak zabiegamy, aby mieć stały dostęp do prądu i ładowarki, a zgodzimy się z tym, że łączy nas z nimi silna relacja.

Nazywasz relacją staranie o to, żeby moje urządzenie działało?
Relacja z telefonem nie odbywa się na poziomie: „kocham swój telefon”, ale na poziomie zaspokajania wielu twoich potrzeb, a między innymi poczucia bezpieczeństwa. Przed chwilą mój syn zadzwonił do mnie i to kilkakrotnie, bo czuł się zaniepokojony: pierwszy raz sam wracał ze szkoły. Odważył się na to, ponieważ miał telefon.

Bo mógł do ciebie zadzwonić?!
Dzięki telefonowi mógł w każdej chwili poczuć się bezpieczny, nawiązując relację ze mną. To prawda, że dzięki telefonowi może być w każdej chwili bliżej taty. Ale tu chodzi o coś więcej! Telefon dałby Maksowi poczucie bezpieczeństwa nawet gdybym nie odebrał. W telefonie ma gry i piosenki, które pomogłyby mu się uspokoić. W telefonie ma też moje zdjęcie i zdjęcie mamy. W telefonie jest GPS, który zaprowadziłby go do domu. A więc telefon oferuje tak wiele, że między tym urządzeniem i dzieckiem powstaje relacja. Maks daje za to telefonowi prąd, swoją uwagę i przywiązanie, bo nosi go ze sobą. Zaprzeczanie temu nie ma sensu, bo to jest fakt. Lepiej przyjąć tezę o bezradności rodzica wobec naporu techniki i zaprzestać nieustającej walki o to, aby tę technikę ograniczać. Lepiej uznać, że to pokolenie i następne będą w relacji z urządzeniami. I że świat związków między ludźmi będzie światem równoległym i równorzędnym. Ani lepszym, ani gorszym.

Mamy uznać, że nasze dziecko żyje w dwóch światach: w świecie relacji na żywo, face to face oraz w świecie relacji ze swoim telefonem, komputerem?
Tak. W budowaniu relacji z dzieckiem lepiej jest uznać pewne okoliczności, choć mogą się nam nie podobać, choć możemy uznawać je za szkodliwe, za niewłaściwe w odniesieniu do naszego doświadczenia życiowego. Możemy uważać, że relacje twarzą w twarz są najważniejsze. Obawiam się jednak, że psiocząc i zwalczając to co nieuniknione tylko pogarszamy naszą komunikację z dzieckiem, bo ono po prostu należy do pokolenia cyfrowego.

Czyli „gadać” z dzieckiem przez esemesy, siedząc razem przy kolacji?
Rozumiem, że jest to pytanie o charakterze prowokacyjnym. Odpowiem: oczywiście, że nie. Ale też dodam, że ja bym zaprosił telefon mojego dziecka na tę kolację. Niech leży – wyłączony. Dziecko nie może po niego sięgać podczas posiłku. Podobnie jak rodzice też nie mogą bawić się wtedy swoimi smartfonami. Ale niech z nami przy stole będą.

Telefon ma z nami jeść?!
Może, bo najważniejsze zadanie stojące dziś przed rodzicami to stwarzanie dziecku warunków do budowania relacji face to face z nimi i z innymi ludźmi. A to będzie bardzo trudne, jeśli będziemy kazali dziecku wybierać, jeśli będziemy negować jego relację z telefonem.

Dlatego w naszej książce wiele miejsca poświecimy temu, jak rozmawiać, jak słuchać, jak budować zdrową relację live (na żywo) z własnym dzieckiem. A dziś jest to niezmiernie ważne, bo jeśli się nam uda, to wówczas nic, co płynie z mediów dziecku nie zagrozi.

Relację live należy, w mojej ocenie, traktować jako równorzędną do relacji dziecka z telefonem, bo też taka postawa ułatwia nam rozmowę z nim na żywo. (...)

Fragment książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Ta książka to zbiór rozmów z ekspertami o tym, w jaki sposób… rozmawiać. Przytaczamy wiele przykładów, jak mówić i słuchać dzieci. Zarówno wtedy kiedy kilkulatek boi się potwora pod łóżkiem, jak i wtedy, kiedy ma 16 lat i potrzebuje pisemnej zgody rodzica, by mieć kolczyk w wargach sromowych. Przykłady mogą okazać się bardzo przydatne, bo dziś wszyscy mamy coraz większy problem z rozmawianiem.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że coraz mniej dostrzegamy okazji, aby wymieniać się myślami i wrażeniami z drugim człowiekiem, twarzą w twarz – face to face. Możemy więc nawet nie podejrzewać, co jest najważniejsze w rozmowie, która ma wzmocnić więź z naszym dzieckiem. Możemy nie wiedzieć, jak mówić i słuchać cyfrowego dziecka. A jak odbudować relację z dzieckiem, które zamiast mówić woli klikać?

  1. Psychologia

Czy i kiedy dać dziecku smartfon?

- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.

Fragment pochodzi z książki „Jak nie zgubić dziecka w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…

Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).

Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:

  • Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
  • Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
  • Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
  • Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
  • Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
  • Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?

Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.

Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…

Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:

  • wspólną naukę obsługi smartfona;
  • zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
  • rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
  • pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
  • po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
  • akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą!

'Jak nie zgubić dziecka w sieci', Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)"Jak nie zgubić dziecka w sieci", Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)