1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kim naprawdę dla mężczyzny jest jego przyjaciółka?

Kim naprawdę dla mężczyzny jest jego przyjaciółka?

Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Przyjacielska relacja sprawia, że lepiej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Pytam ostatnio bliskiego mi mężczyznę, w jaki sposób udało mu się przejść przez serię traumatycznych doświadczeń, kto mu pomógł, a on bez zastanowienia mówi: „przyjaciółka”. To kobieta, z którą nie jest w związku partnerskim, nie łączy ich relacja seksualna. Znają się od kilku lat, dzwonią do siebie, spotykają się, żeby pogadać, podzielić się tym, czego doświadczają i co przeżywają. Proste ludzkie rozmowy. Niby niewiele.
To jest to, co najważniejsze. Relacje są najważniejsze. Ten mężczyzna ma szczęście. Gdy ja rozmawiam z mężczyznami, wyczuwam w nich dojmującą samotność. Przyjaźń nazywają luksusem, w podtekście jest, oczywiście, sugestia, że oni na taki luksus nie mogą sobie pozwolić. Dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że to, co jest postrzegane jako luksus, jest jak powietrze, bez którego dusimy się i obumieramy. Kiedy brakuje przyjaźni, pojawia się to pytanie, które tak często słyszę od mężczyzn: „Po co to wszystko?”. Coś się wydarza, może awans w pracy, jakieś nowe możliwości. Jeśli jednak nie mamy z kim porozmawiać, trudno to nowe zintegrować, w pełni się ucieszyć. W pracy różnie bywa – jedni gratulują, inni zazdroszczą, jeszcze inni intrygują. W domu? Nierzadko zdarza się, że żona, partnerka ma dość rozmów o pracy, słuchania, wspierania. Brakuje jej dystansu, bo jest z mężem na co dzień. Musi ogarnąć wiele spraw. Mówi: „W najbliższy czwartek jest wywiadówka. Z Zuzą trzeba iść do ortodonty, ja nie mogę w tym czasie”. Kobiety są przeciążone obowiązkami, zmęczone. Bardzo łatwo wtedy w relacji partnerskiej zagubić aspekt przyjaźni. Relacja z przyjaciółką, która nie jest partnerką, pozwala odzyskać ten skarb, jakim jest możliwość pełnego zaufania, otwartego rozmawiania, zainteresowania, dzielenia się. To szansa na wyjście z męskiej klatki. Przyjaźnie z mężczyznami są inne. Najczęściej oparte na aktywności, na różnych działaniach, które wspólnie podejmujemy: wspinamy się w górach, latamy na paralotni, jeździmy na ryby. Jesteśmy razem, od czasu do czasu o czymś pogadamy…

…głównie o faktach, co się wydarzyło?
Tak, o działaniach. Z kobietami jest inaczej. Przyjaciółka jest bardziej otwarta, wrażliwa na różne kwestie emocjonalne, stany wewnętrzne. Kobiety mają dużo więcej samoświadomości, mądrości. My, mężczyźni, możemy z tej mądrości czerpać i uzupełniać swoje deficyty. Dzięki przyjaźniom z kobietami mamy szansę rozwinąć kobiecy punkt widzenia, wrażliwość, a tym samym zyskać więcej wewnętrznej równowagi.

I kobiety, i mężczyźni potrzebują różnych punktów odniesienia w świecie, żeby relacja partnerska mogła być bliska, dobra; żebyśmy się w niej nie udusili. Wewnętrzna mądrość podpowiada, abyśmy nie robiły z mężczyzny ojca, matki czy przyjaciółki. Ale też nie najlepiej, gdy mężczyźni oczekują od nas, że będziemy dla nich matkami czy terapeutkami.
W relacji z przyjaciółką nie ma oczekiwań, jakie są w związku partnerskim. Jedna z kobiet powiedziała mi: „Borykam się z problemami, dzieci chorują, rodzice wymagają opieki, a on przyszedł z pracy i się rozpłakał!”. Gdyby ten mężczyzna zapłakał w obecności przyjaciółki, ona nie czułaby się tym tak obciążona. Dzielenie się z kimś tym, co przeżywamy, w sposób wolny od uwikłań systemowych, związanych z pracą czy z domem, to wielka szansa na głębsze poznanie siebie. Jest tu jeszcze coś. Gdy rozmawiamy z kimś w sposób otwarty i szczery, to nas zmienia, transformuje, ożywia, rozwija w nas nowe umiejętności. Z całą pewnością mężczyzna, który ma kontakt z przyjaciółką, wszystko, co pozytywne w tej relacji, przeniesie na inne sfery życia, także do swojej partnerskiej relacji. Choćby świadomie o tym nie myślał, to i tak się stanie.

Moja przyjaciółka mawia, że zazdrość jest poniżej jej godności, i to powiedzenie stało się hitem wśród bliskich mi kobiet. Jednak zazdrość partnerki o przyjaciółkę może mocno skomplikować relacje. No bo o czym oni tak rozmawiają? Czy ta przyjaźń nie przerodzi się w romans?
No tak, to dla wielu mężczyzn spory problem. Zresztą dla kobiet też – szczególnie dla tych po rozstaniach i dla singielek. Zaczyna się od przyjaźni, tak nam się swobodnie rozmawia, tak się rozumiemy, już mamy do siebie zaufanie, jest coraz bliżej i pojawia się tęsknota za czymś więcej, za związkiem intymnym. Często tak właśnie się dzieje: z przyjaźni rodzi się partnerska relacja.

A więc partnerki mężczyzn mogą mieć uzasadnione obawy o romantyczny finał relacji z przyjaciółką…
Rzadko się zdarza, aby partnerka czy żona akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, ponieważ nie do końca wierzy, że ta relacja jest tylko przyjacielska. A poza tym jest zazdrosna o czas poświęcany innym ludziom, kolegom, a co dopiero innej kobiecie. Wielu mężczyzn ogranicza z tego powodu swoje relacje przyjacielskie. Kobiety są przepracowane tak jak mężczyźni. Gdy więc ona ma na głowie swoją pracę zawodową, sprawy związane z domem, z dziećmi, z rodzicami, z chorobami w rodzinie, a on umawia się na wieczór z przyjaciółką, to może nie sprzyjać harmonii domowej. Jeśli jednak kobieta widzi, że relacja z przyjaciółką buduje jej mężczyznę, ponieważ jest bardziej otwarty, żywy, chętnie dzieli się tym, co odkrył, zyskał, wtedy warto wspierać relację z przyjaciółką.

„Idź, pogadaj, pozdrów ją ode mnie”?
Dlaczego nie? Gdyby jednak pojawiło się zauroczenie seksualne przyjaciółką, dojrzały mężczyzna zwróciłby uwagę na to, co takiego wydarzyło się w tej relacji, czego brakuje w jego związku z żoną. Dlaczego jego energia i zainteresowanie podążyły w inną stronę? To zawsze szansa dla związku. Otwiera się przestrzeń do rozmowy: w jaką rutynę popadliśmy, co wymaga zaopiekowania, jak na nowo rozniecić ogień. Gdyby rozmowy nie pomogły, warto podjąć terapię dla par. Wszelkie relacje wymagają czujności, świadomości tego, co się dzieje, i odpowiedzialności.

Przyjaciel to ktoś, przy kim można odpocząć; rozluźnić się, odprężyć.
Musimy mieć pewność co do pozytywnych intencji; przyjaciółka akceptuje mnie, dobrze mi życzy, jestem dla niej ważny jako osoba. Czym innym są przyjaźnie biznesowe, a czym innym przyjaźnie naturalne – spotykamy się jako istoty ludzkie, a wszystko inne to jedynie elementy towarzyszące. Czujemy się ze sobą dobrze, bezpiecznie, po spotkaniu jesteśmy zainspirowani, odświeżeni, bogatsi. Relacja z przyjaciółką sprawia, że widzę świat jako lepszy, a to napawa mnie optymizmem, daje poczucie więzi, wspólnoty, rezonansu. Egzystencjaliści tacy jak Irvin Yalom czy Martin Buber mówią o spotkaniu ja i ty, spotkaniu egzystencjalnym, które bardzo trudno zdefiniować. To spotkanie jest wartością samą w sobie, ono przerasta jednostkowe potrzeby.

To jest podróż duchowa, ponieważ gdy jesteśmy z kimś blisko, bardzo szybko dochodzi do głosu cień, deficyty, ograniczenia, słabsze strony, nieuświadomione części siebie, lęk. Bardzo wyraźnie widać, z czym przyjaciel się boryka. Widać całość. I sztuką jest przyjąć tę całość. Być uważną. Nie interpretować, nie oceniać.
Tak, jednak w przyjaźni widzimy coś więcej – poprzez cień, maski, nawyki, ograniczenia i pozory promieniuje rdzeń, centrum z pełnym potencjałem, bez ograniczeń. Ograniczenia są na zewnątrz, w centrum rozpoznajemy wolną istotę i na nią rezonujemy. Właśnie wtedy możemy głęboko odpocząć, bo to pomaga również nam; łatwiej skontaktować się z naszym własnym centrum.

Trzeba się jednak zaangażować, zadzwonić, umówić się, pogadać, dać wyraz temu, że jestem, myślę, zależy mi na relacji. W jaki sposób mężczyzna ma znaleźć w sobie energię na pielęgnowanie przyjaźni?
Przyjaźń to jest ten rodzaj więzi, że niezależnie od tego, kiedy się spotykamy, jesteśmy cały czas w przyjacielskim rezonansie, w przestrzeni otwartości, zrozumienia i zaufania. Jeśli więc przyjaciel przez jakiś czas się nie odzywa, rozumiemy, że coś ważnego zaprząta jego uwagę; że najpewniej jest przeciążony. Wiem, że dla mężczyzn już sama świadomość, że przyjaźń istnieje, jest ważna. Kobiety potrzebują więcej czasu i uwagi, pragną, aby przyjaźń była zasilana, dążą do częstszego kontaktu, rozmowy. Najwyraźniej różnimy się w tym względzie. Poza tym mężczyźni angażują się najczęściej w przyjaźnie zawodowe, służbowe; są partnerami w biznesie, wspólnikami. To coś innego niż przyjaźnie naturalne, niepowiązane interesami. Prawdziwe przyjacielskie relacje to wielkie źródło radości. Radykalnie i totalnie zmieniają jakość naszego życia. Dlatego gdy w psychoterapii pytam mężczyznę, jak w jego życiu wygląda sprawa relacji, przyjaźni, a on mówi, że miał ją kiedyś, w szkole, ale teraz nie ma czasu, to wiem, że sprawa jest poważna, a nawet dramatyczna.

Tak jakby odmawiał sobie wsparcia.
Ktoś obecny w naszym życiu, kto o nas myśli, słucha, akceptuje, kto dobrze nam życzy, to wyjątkowy dar. Wsparciem jest istnienie przyjaciółki. Samo istnienie. To nawet nie o to chodzi, że musimy być wsparciem dla siebie w trudnych chwilach, choć to, oczywiście, bezcenne. Wystarczy samo bycie, dzielenie się sobą. To nas wzajemnie inspiruje. W trudnych chwilach możemy dać jakąś radę. Jednak w przyjaźni pozostawiamy drugiej osobie wolność; może zrobić z tą radą, co zechce, może nic nie zrobić.

Jak w każdej relacji bywają też kryzysy w tej przyjaźni.
W relacjach przyjacielskich uczymy się metakomunikacji, czyli porozumiewania się w kwestii tego, jak się porozumiewamy. W przyjaźni możemy o tym mówić – nawet jeśli pojawia się ból, złość, irytacja, zniecierpliwienie. Żadne stany wewnętrzne nie przesłaniają relacji jako takiej. W innych przypadkach ludzie się obrażają, dystansują, zamykają, wyziębiają. Dlaczego w przyjaźni potrafimy o tym mówić? Bo wiemy, że to są odpryski, sprawy poboczne, przemijające, wynikające z naszych emocji, stanów wewnętrznych.

Przyjacielska relacja sprawia, że zyskujemy świadomość, bardziej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie.

Nie warto, oczywiście, na siłę szukać przyjaźni z kobietą, zresztą z nikim, bo nie da się jej w ten sposób znaleźć. Paradoksalnie im bardziej gorączkowo poszukujemy relacji, tym bardziej się wymyka. Przyjaźń to spotkanie; zaczynamy odczuwać rezonans. Nawet jeśli na początku ta siła przyciągania nie jest zbyt wyraźna i silna, warto sobie na nią pozwolić. Dać przyjaźni szansę.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przyjaciółka męża z pracy - romans czy relacja bezinteresowna?

Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki długo tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. W końcu jednak orientują się, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. To już sygnał alarmowy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Ta przyjaźń zaczyna się całkiem niewinnie?
Mężczyzna umawia się z koleżanką z pracy, że będą dla siebie nawzajem osobistymi trenerami, konsultantami w sprawach zawodowych. Omawiają więc sprawy działu, współpracy między działami, nowe projekty. Z czasem w tych konsultacjach pojawia się temat równowagi między życiem zawodowym a osobistym. Rozmowy coraz bardziej przekształcają się w intymne zwierzenia. Kamyk został wrzucony do wody. Zatacza kręgi. Nieformalne wsparcie rozwija się w nieformalną relację.

Co mężczyźni mówią, gdy przychodzą po pomoc?
„Ona mnie słucha! Patrzy na mnie! Jest taka otwarta, uważna! Zadaje pytania!”. Są oszołomieni, zauroczeni. „Poruszamy takie ważne tematy! Nadajemy na tych samych falach! Spotkałem bratnią duszę!”. Jest tak miło, przyjemnie, ciepło.

Ci mężczyźni mają rodziny?
I w tym problem, z tym przychodzą. Życie rodzinne schodzi na dalszy plan. Relacja z koleżanką, a za chwilę już z przyjaciółką jest tak odległa od tego, co dzieje się w domu. W domu są problemy z dziećmi, rachunki, spory, konflikty z sąsiadami, mnóstwo spraw operacyjno-organizacyjnych. W weekendy to samo: trzeba rodzinie coś zorganizować, gdzieś pójść, pojechać, postarać się. Mężczyzna czuje się jak w kieracie. Nie ma chwili spokoju. Nie ma czasu i nastroju na rozmowy o „ważnych sprawach” z żoną. „Kiedyś prowadziliśmy takie rozmowy, ale kiedy to było?!”. To jak w piosence „Nie płacz, Ewka” Perfectu: „Proza życia to przyjaźni kat, pęka cienka nić…”. Mężczyzna oddala się od rodziny, od dzieci. Relacja z przyjaciółką zaczyna być bardzo ważna.

Żona to z pewnością wyczuwa?
Jest duże przyzwolenie społeczne na takie przyjaźnie w pracy. Romans to co innego, zdrada, wiadomo. Mężczyzna mówi: „Ona mi tak pomaga, wspiera mnie, tyle mamy pracy, nowe projekty…”. Do czasu to brzmi wiarygodnie.

Jak długo?
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. Praca to podstawa, więc skoro to dla niego ważne, skoro mu tak pomaga… Z czasem jednak widzą, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. Wsparcie przyjacielskie pomału, ale nieuchronnie zmierza w kierunku romansu. Partnerka znajduje niedwuznaczne mejle, SMS-y, ktoś życzliwy z pracy donosi, co się dzieje. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że żona jak burza wpadła do biura i zrobiła awanturę przy pracownikach i klientach. „Konsultacje? Ja ci dam konsultacje…”. Okładała parasolką i męża, i przyjaciółkę. Bywa i tak, że mężczyźni zostawiają swoje rodziny i wiążą się z przyjaciółkami z pracy. Te związki, oczywiście, rzadko się udają.

Oczywiście?
Czar szybko pryska. Gdy kończą się konsultacje, a zaczyna codzienne, pełne obowiązków życie rodzinne, mężczyzna budzi się ze snu. Zauroczenie przyjaciółką z pracy przypomina romantyczne zakochanie nastolatka, który patrzy przez różowe okulary, i dopóki ich nie zdejmie, wszystko wydaje się idealne. Wspólny pobyt w pokoju hotelowym nie jest jednak tym samym co zamieszkanie pod jednym dachem. Kończy się czas, gdy firma płaci za hotel, nie ma już służb, które naprawiają zepsuty kran, ani pokojówek wymieniających pościel i ręczniki. Trzeba samemu podołać przeróżnym wyzwaniom.

Po raz kolejny wkrada się proza życia. I co wtedy?
Mężczyzna zaczyna szukać nowej przyjaciółki. Wielu powtarza ten schemat, tylko już nie w pracy, ale na przykład na kursie językowym. Tak miło rozmawia się po angielsku, ale ileż można o polityce. Nieśmiało schodzimy na tematy osobiste. Dobrze byłoby się spotkać na kawie, żeby podszkolić konwersację, zwrócić uwagę na błędy językowe, które popełniamy. Jest tak ciepło, serdecznie, może to bratnia dusza?

Znów ryzykuje. Czym przede wszystkim?
Obumieraniem życia rodzinnego, to pewne. Ryzykuje, że reanimacja może się nie udać. Nic w przyrodzie nie ginie. To, co powiemy, zrobimy, w jaki sposób się zachowamy, jakie decyzje podejmiemy, ma znaczenie. Na początku wydaje się, że relacja z przyjaciółką jest taka bezinteresowna, bez zobowiązań. To, oczywiście, złudzenie. Przyjaźń, która się rozwija, nawet powoli, nieubłaganie się pogłębia. Im dłuższa relacja, tym więcej zaangażowania, przyzwyczajenia i bliskości. I tym bardziej oddalamy się od naszych rodzin. Nie ma róży bez kolców. To tak jak z piwem bezalkoholowym. Było kiedyś takie piwo Bavaria, o którym mówiło się, że to nie alkohol. Zawierało 0,5 proc., które jednak alkomat wychwytywał. Kierowca po wypiciu dwóch, trzech takich piw mógł mieć kłopoty. Nie mówiąc już o wysokim indeksie glikemicznym, od którego rósł brzuch, tak zwany mięsień piwny.

Taka przyjaźń nie może pozostać niewinna?
Może, jednak to wymaga od mężczyzny, ale także od przyjaciółki, dużej dojrzałości i samoświadomości. Coaching zogniskowany na celach mężczyzny, na jego funkcjonowaniu w rodzinie mógłby dać nieocenione pozytywne efekty.

W jaki sposób rozpoznać, czy relacja z przyjaciółką przekracza już próg bezpieczeństwa?
Gdy sama myśl o tym, że mam spotkać się z przyjaciółką, budzi emocje, jest źródłem ekscytacji, haju, wtedy lepiej ochłonąć i poszukać wsparcia. Co innego jednak, gdy ekscytacja dotyczy zmierzenia się z własnymi ograniczeniami: „Wreszcie zajmę się tym swoim tematem! Chwycę byka za rogi! Uwolnię stare przekonania i zrealizuję cel!”. Ekscytujemy się wtedy własnym procesem zmiany i to rzeczywiście nas rozwija. Możemy też zapytać siebie, czy rozmowy z przyjaciółką, jej pomoc, wsparcie powodują, że zbliżam się do mojej żony, czy wręcz przeciwnie – oddalam się od niej. Robi się naprawdę niebezpiecznie, jeśli zauważam, że nie mam ochoty na rozmowy z żoną. Przestała mi się podobać. Nie pociąga mnie seksualnie. Zaczynam porównywać żonę do przyjaciółki na niekorzyść żony. Mam poczucie, że przegrałem życie, bo dokonałem niewłaściwego wyboru, wiążąc się z kobietą, z którą teraz mam dzieci. Jeden z mężczyzn powiedział mi tak: „Gdy wracam do domu, nie mam ochoty na seks z żoną, chociaż z przyjaciółką też go nie mam”. Jeśli takie myśli i uczucia się pojawiają, przyszłość rodziny wisi na włosku, a mężczyzna potrzebuje profesjonalnej pomocy.

Wyobraźmy sobie jednak, że on budzi się ze snu i widzi, że sprawy zaszły za daleko.
To znaczy, że jest szczery i uczciwy wobec siebie. Moi klienci przyznają, że zbyt długo siebie oszukiwali. Mówili, że tak, oczywiście, relacja z przyjaciółką pomaga im także otwierać się na żonę, a tymczasem atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Oszukiwanie siebie komplikuje sprawę, przedłuża stres. Szczerość ułatwia wyplątanie się z tego uwikłania.

Także szczerość wobec przyjaciółki?
Oczywiście.

Jak by to miało wyglądać?
Po prostu uczciwie mówię, co się ze mną dzieje, co czuję; że nasza relacja jest coraz bliższa i rodzi przywiązanie, a to oddala mnie od rodziny. Przyjaciółka także ma swoją rodzinę, więc ona z pewnością czuje podobnie. Więc „co z tym robimy”? Zdarza się i tak, wcale nierzadko, że to przyjaciółka inicjuje rozmowę. Jest tak dużo ciepła, czułości, uścisków w tej relacji, że zaczyna ją to niepokoić. Przestraszona, zawstydzona wycofuje się, wybiera życie rodzinne nawet wtedy, gdy nie do końca czuje się w nim spełniona.

Jak wygląda męski powrót do domu z takiej przygody?
Nie jest łatwo. Żona jednoznacznie oskarża o osłabianie rodziny, o brak lojalności, zdradę. Z tego kryzysu można wyjść, pod warunkiem że porozmawiamy o tym, co się stało, czego brakowało, o co nie zadbaliśmy, jakie błędy popełniliśmy. I o tym, co każde z nas może zrobić, żeby odbudować bliskość; żeby nie było potrzeby szukania przyjaciółek. Może być też, niestety, tak, że zbyt długo życie rodzinne kręci się wokół kryzysu: „Zobacz, co mi zrobiłeś!”. Żale i pretensje są odświeżaną wciąż na nowo teraźniejszością. Partnerki przemocowo komunikują brak zaufania: „Żadnych wyjazdów integracyjnych! Zabraniam ci!”. Takie siłowe rozwiązania – szczególnie gdy się powtarzają – niczego, niestety, nie rozwiązują, a wręcz przeciwnie, zniechęcają mężczyznę do powrotu. „Dłużej nie wytrzymam, to nie ma sensu”. Co innego, gdy kobieta mówi: „Bardzo niechętnie myślę o tym twoim wyjeździe integracyjnym. Mam uraz. Boję się o naszą rodzinę…”. Wtedy dzieli się uczuciami. Mężczyzna może się do tego odnieść. To dobry wstęp do rozmowy.

Może być też tak, że mężczyźnie spodoba się życie z przyjaciółkami.
Taki styl odpowiada mężczyznom, którzy są przekonani, że wiążąc się z jedną kobietą, wiele tracą. Z moich obserwacji wynika jednak, że nie jest to satysfakcjonująca droga. W pewnym momencie mężczyzna uświadamia sobie, jak bardzo jest samotny. Przyjaciółka wysłucha, poprzytula się, jednak relacja z nią nie jest stabilna i nie daje trwałej satysfakcji. Wbrew pozorom wielu mężczyzn ma potrzebę bycia w stabilnym związku, tęskni za stałością. Przyjaciółki przestają wystarczać. Sparafrazuję sformułowanie Marcina Dańca z jednego z jego monologów: człowiek się rozgląda, a wszyscy znajomi już z GPS-em na palcu. Koledzy mówią o rodzinie, o dzieciach. Narzekają, a jednak wracają do domu, angażują się w uroczystości rodzinne, wyjazdy na wakacje. Do romansujących mężczyzn dociera, że relacjami z przyjaciółkami zastępują niedostatki życia rodzinnego.

Lekarstwem na przyjaciółki z pracy byłoby więc zadbanie o romantyczny klimat w stałym związku?
„Gdzie tu miejsce na romantyzm? Między chorobą dziecka a wynoszeniem śmieci?”. Jak najbardziej! To jest kwestia komunikacji: w jaki sposób odnosimy się do siebie? W jaki sposób rozwijamy nasz stosunek do tych przyziemnych spraw? Co stało się z naszą romantyczną miłością? Może jej nie widzimy, nie odczuwamy, a ona – mimo to – w dalszym ciągu istnieje? Przygoda z przyjaciółką może być wyzwalaczem takich właśnie rozmów, które prowadzą do wewnętrznej zmiany. Jeśli tak ją spożytkujemy, możemy być w zgodzie z tym, co się wydarzyło.

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.

  1. Psychologia

Gdy wraca dawna miłość... Dlaczego tęsknimy za przeszłością?

Powracający sen o dawnej miłości może być tak samo ważny jak wspomnienie. I jedno, i drugie jest sygnałem na coś ważnego, co dzieje się wewnątrz mnie. (fot. iStock)
Powracający sen o dawnej miłości może być tak samo ważny jak wspomnienie. I jedno, i drugie jest sygnałem na coś ważnego, co dzieje się wewnątrz mnie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dawne miłości wracają, by służyć rozwojowi psychicznemu. - Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. - tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta.

Dawne miłości wracają, by służyć rozwojowi psychicznemu. Może to być sen o dawnej miłości lub tylko wspomnienie. - Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. - tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta.

Najpierw możemy mieć takie objawy jak sen o dawnej miłości, sny o byłym partnerze czy partnerce. Wspominamy, myślimy, w końcu zaczynamy szukać.
Tak. Wchodzimy na "naszą klasę", wyciągamy stare dzienniki, oglądamy zdjęcia. To się może przydarzyć w każdej chwili.

Z czego to wynika? Zjawisko to rzadko jest związane z realną osobą. Najczęściej oznacza tylko tyle, że coś ważnego wewnątrz nas się uaktywnia. Chodzi o nasze wewnętrzne procesy.

Skoro tęsknimy za przeszłością, to w obecnym życiu czegoś nam brakuje, tak?
Oczywiście. Myśli o dawnej miłości pojawiają się, kiedy satysfakcja z naszego życia jest niepełna. Jeżeli żyję całością siebie i wszystko, co robię, jest zgodne z moją ścieżką serca, to nawet jeśli przypomni mi się dawna miłość, będzie to miało inny charakter. Będzie miłym lub niemiłym wspomnieniem i tyle.

A jak jest to już coś więcej niż tylko wspomnienie?
To sygnał, że dzieje się w nas coś takiego, że powinniśmy zwrócić na to uwagę.

Z czym może to być związane?
Często mamy tu do czynienia ze zjawiskiem idealizacji. Wydaje nam się, że właśnie z nim czy z nią było najlepiej na świecie, tymczasem najczęściej chodzi o pewny próg w życiu. O przekonanie, że nasze aktualnie życie już nigdy nie będzie wspaniałe. Wydaje nam się, że już nic sensownego nie jesteśmy w stanie zrobić, więc idealizujemy przeszłość. Chcemy żyć tamtym w chwili obecnej. Tylko, że wydaje nam się, że to jest niemożliwe.

Za wizją romantyczną może się kryć realna pułapka.
Możemy niepotrzebnie wejść w niedobry układ, w którym jesteśmy rządzeni jakimś naiwnym sentymentalizmem, uwiązujemy się do „tamtej” osoby. A wszystko przez to, że mamy nierozwiązany jakiś kryzys albo, że potrzebujemy wprowadzić istotne zmiany w swoim życiu.

Z jakich jeszcze powodów wracamy do dawnej miłości?
Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. Na przykład w tamtym związku nie stawałem za sobą, byłem niewrażliwy na swoje potrzeby, nie wykazywałem wystarczającej asertywności, ktoś mnie zdominował. I myśl o dawnej miłości wraca do mnie w formie złości. Z kolei przy powrotach z mocnymi pozytywnymi emocjami mówi się czasem o związkach karmicznych. Można to zjawisko, niezależnie od poglądów na ten temat, wyjaśnić psychologicznie. Jest to taki układ, w którym coś naprawdę istotnego dla mnie zaistniało. Albo tamta osoba coś mi otworzyła, coś pokazała po raz pierwszy - radość życia czy duchowe aspekty egzystencji. Kiedy w aktualnym życiu nie realizuję tego w wystarczającym stopniu, zwracam się w tamtym kierunku. Chociaż myśl wraca do tamtej osoby, najczęściej jest to tęsknota nie za nią, tylko za procesem, który ona wniosła w moje życie.

Często chcemy wracać do związków, bo tak naprawdę ich nie kończymy.
Tak, związki przerywają się z różnych powodów, natomiast my cały czas jesteśmy „uwiązani”. Może to mieć dwie przyczyny. Po pierwsze możemy mieć małą tolerancję na zmianę. Jest wiele osób, które mają sztywny, konserwatywny sposób życia. Dla nich, jeżeli związek się kończy i nawet jak z jakichś powodów muszą to zaakceptować, to i tak ta zmiana jest dla nich nie do przyjęcia. Jest to związane z trudnością w elastycznym przechodzeniu do kolejnych etapów życia. Jeśli moją tożsamość buduję na tym, że do końca życia będę z tym mężczyzną, to jeśli on zakocha się w innej, będzie mi trudno to przyjąć, bo oznacza to dla mnie zmianę, a ja przecież nie chcę zmian.

Jeśli związku nie skończymy naprawdę, wróci?
Tak, bo nigdy nie przestaje być. To miejsce jest we mnie cały czas zajęte. Uniemożliwia mi wejście w nowy związek, który może jest dużo lepszy.

Myślenie o dawnych miłościach często jest związane z niemożnością przyjęcia straty.
Strata to trudne słowo, trudna myśl. Człowiek kurczowo trzyma się wizji pewnej kobiety czy pewnego mężczyzny, bo nie jest w stanie oddać czegoś, co wydaje mu się, że kiedyś miał. Mówię „wydaje mu się”, bo co to znaczy „mieć kogoś”? Strata jest tu złudzeniem, bo nie możemy stracić kogoś, kogo nigdy nie posiadaliśmy. Nie możemy przyjąć też tego, że życie związane jest z traceniem jednych rzeczy a zyskiwaniem innych.

Nieprzeżyta żałoba po dawnym związku?
Ona wiąże nas w przeszłości, a nie prowadzi do przyszłości. Kiedy związek się kończy, warto poświęcić trochę czasu na jego zamknięcie, rozliczenia, zobaczenie tego kawałka drogi, który razem przeszliśmy, ustosunkowania się do całej historii. Zastanowienie się, czego to mnie nauczyło, na jakich progach mnie postawiło. Takie domykanie związku, zanim rozpocznie się następny, to niezwykle ważna sprawa.

A czy może być tak, że ludzie są razem, ale się rozstają, i za jakiś czas się spotykają i wtedy mogą być już ze sobą?
Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Tu należałoby się zatrzymać nad myślą, czym w istocie są związki. Zazwyczaj wchodzimy w nie z osobami reprezentującymi te aspekty psychiczne, które są nam potrzebne. Po to, żeby się tak nie stało, musiałbym wewnętrznie sam być pełnią. Wtedy nie musiałbym szukać tej drugiej połówki na zewnątrz siebie. Bycie pełnią to poziom oświeconego Buddy. Jeżeli mam szczęście, mogę to osiągnąć w wieku lat 70 i być może wtedy stworzę taki związek. Ale wcześniej, w wieku lat 30 czy 40, kiedy mam parę rzeczy do przerobienia, to raczej niespecjalnie. Wtedy dawne miłości będą służyły temu, żeby wywołać to wewnętrzne zakręcenie, wewnętrzne poruszenie różnych rzeczy, które są potrzebne do mojego rozwoju psychicznego. To może być dokuczliwe głównie z tego powodu, że nie rozumiemy co się z nami dzieje.

Jak sobie pomóc?
Odczytać, jaki jest przekaz tej całej historii. I jeżeli przypomina mi się partner, z którym miałam kolorowe życie i zaczynam myśleć, żeby go odnaleźć, to warto się zastanowić, w jaki sposób sprawić, żeby to kolorowe życie wieść teraz. Jak wprowadzić to do aktualnego związku. Dobrze jest potraktować to jako sygnał, że to, co myślę że jest tam, potrzebuję zrobić tu. Jeżeli da się, to super. Jeśli nie - czeka nas zmiana.

Tomasz Teodorczyk: współzałożyciel Akademii POP. Dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r.

  1. Psychologia

Zazdrość może być świetną wskazówką do rozwoju osobistego

Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. (Fot. iStock)
Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. (Fot. iStock)
Znów poczułaś to przykre ukłucie, które każe ci nie cierpieć kogoś, kto ma od ciebie lepiej? Pomyśl, co ta emocja mówi o tobie. O twoich tęsknotach, deficytach. Bo zarówno zazdrość, jak i zawiść są świetnymi wskazówkami do rozwoju.

"Kaśka ma świetne życie, wyszła za mąż, a ja wciąż jestem sama – kto by pomyślał, przecież to ja mogłam przebierać w ofertach matrymonialnych!”, „Tomek znów wydał książkę? Ta niemota? Przecież to mnie zawsze wychwalała polonistka!”, „Agnieszka wciąż ma nowe zlecenia, skąd ona je bierze? Ja mam więcej kursów od niej, ale ona ma więcej znajomości”. Wszystko to można zawrzeć w jednym: „Dlaczego inni mają lepiej ode mnie?!”.

Życie nie zawsze jest sprawiedliwe, może się zdarzyć, że choć się staramy i dobrze rokujemy, to śmietankę spija ktoś inny, do tego potencjalnie (przynajmniej w naszej ocenie) od nas gorszy.

Masz to, czego ja chcę

Zazdrość to według definicji Gottrieda Leibniza niepokój, „że ktoś inny jest bardziej uprzywilejowany”, a także smutek, „że to nie my posiadamy jakieś dobro”. „Ty masz miłość, a ja nie; ty masz sukces, a ja nie; ty masz pieniądze, a ja nie; ty masz zdrowie, a ja nie…”. Ta lista może nie mieć końca, dopóki budujemy siebie, porównując się z innymi. Dopóki postrzegamy siebie przez pryzmat braków (tego nie mam, tamto chcę). Koncentrowanie się na tym, czego nie mamy, często prowadzi do frustracji (znanej nam już od dzieciństwa), frustracja do złości, cierpienia, a niekiedy (gdy zazdrość staje się chorobliwa) także do zemsty, wyrządzenia szkody temu, komu zazdrościmy, by wyrównać sobie poczucie straty. Z tego też powodu umniejszamy sukcesy innych. Mówimy: „głupi to ma szczęście”, „trafiło się jak ślepej kurze ziarno”, „piękna, ale głupia”. Bo zazdrość, tak jak i jej bliźniacza siostra – zawiść – biorą się z niskiej samooceny. Z drugiej strony, jak im się bliżej przyjrzeć, mają nie tylko negatywną rolę do spełnienia – motywowani zazdrością dążymy np. do poprawy swojej sytuacji – czy to osobistej, czy zawodowej, by dogonić, a nawet przegonić w sukcesach tych, którym zazdrościmy. Dlatego zamiast poddawać się rozczarowaniu sobą, spróbujmy wykorzystać zazdrość jako komunikat i wskazówkę do rozwoju.

Siedem kroków do zrozumienia zazdrości

1. Wzmacniaj samoocenę

Zacznij od przyczyny, czyli braku samoakceptacji. Ktoś pogodzony ze sobą, znający dobrze siebie – rozwija swoje talenty, a słabości akceptuje lub próbuje przekuć je w coś bardziej satysfakcjonującego. Nikomu niczego nie zazdrości – co najwyżej powodzenie i sukcesy innych inspirują go do zmian, zachęcają do rozwoju. Żeby osiągnąć taki stan, trzeba mieć zdrowe poczucie własnej wartości – adekwatne, nie za niskie, ale też nie za wysokie, bo wysoka samoocena usypia naszą czujność, budzi arogancję (myślimy, że wszystko już wiemy, potrafimy, jesteśmy lepsi niż inni).

Wzmacnianie poczucia własnej wartości to baza. Ale to także proces i oddzielny duży temat, tu pomocą mogą być m.in. wymieniane przez Nathaniela Brandena w książce „Sześć filarów poczucia własnej wartości” podstawy: praktyka świadomego życia, praktyka samoakceptacji, praktyka odpowiedzialności za siebie, praktyka asertywności, praktyka życia celowego i praktyka integralności osobistej. Zmiana nawyków myślowych na temat siebie nie nastąpi od razu, ale ta książka znacznie w tym pomoże.

2. Zbadaj, nazwij i zachowaj dystans

Jeśli właśnie zalewa cię fala zazdrości, zdystansuj się do niej. Powiedz sobie: „Zazdrość to nie ja, to emocja, którą właśnie odczuwam – mogę ją nazwać i zbadać”. Wyobraź sobie, że masz mikroskop albo lupę i możesz przyjrzeć się dokładnie temu, co czujesz. Pomogą ci w tym pytania: „Co teraz czuję?”, „Jak jest to silne w skali od 1 do 10?”, „O jakiej niezaspokojonej potrzebie mi to mówi?”, „Czy mogę w jakiś sposób otrzymać to, czego teraz zazdroszczę?”, „Jeśli tak – to jak?”, „Jeśli nie – czy jest coś innego, co może mi to zrekompensować?”, „Jeśli nie – to co się stanie, jeśli się z tym pogodzę?”, „I co się stanie, jeśli się z tym nie pogodzę?”. Takie zdroworozsądkowe zdystansowanie się pozwoli ci dotrzeć do przyczyny i być może podjąć decyzję.

3. Oddychaj

Zazdrość to silne uczucie, towarzyszy mu często złość, a nawet agresja. Gdy czujesz mocny gniew, weź 10 pogłębionych spokojnych oddechów, które wyciszą emocje i pozwolą powrócić do logicznego myślenia. Wdychaj i wydychaj powietrze nosem.

4. Przekieruj energię w ruch

Jeśli wciąż rozsadza cię niedobra energia, przekieruj ją na aktywność fizyczną – wyjdź na szybki spacer lub pobiegaj.

5. Nie porównuj się z innymi

Na tle innych zawsze będziemy od kogoś w czymś gorsi, ale zawsze też w czymś będziemy od innych lepsi. Nie ma sensu się porównywać, bo każdy z nas jest inny. Jeśli ktoś ci imponuje i zazdrościsz mu np. osiągnięć pisarskich, naukowych, sportowych i innych, to zadaj sobie pytanie, czy naprawdę włożyłaś w coś tyle pracy i czasu, co ta osoba. Czy za jej osiągnięciami nie idą jakieś wyrzeczenia, których ty nie byłabyś w stanie albo nie chciałabyś ponieść? Czy wiesz, co ona naprawdę przeżywa, co czuje, kim jest, jakim kosztem to osiągnęła? Może widzisz tylko jedną stronę medalu. Poza tym ocenianie siebie przez pryzmat sukcesów innych to pozwalanie na to, by o naszej wartości decydowali inni, nie my sami. Zrewiduj, jaką rolę pełnią w twoim życiu poszczególni członkowie rodziny, przyjaciele, zwierzchnicy i wszyscy ci, których zdanie czy opinie wpływają na twoje decyzje i zachowanie.

6. Zrewiduj oczekiwania

„Wielkie oczekiwania niosą ryzyko wielkich rozczarowań” – mówią buddyści. Z drugiej strony – cele i dążenia pozwalają realizować marzenia, o ile tylko wystarczy nam determinacji. Pomoże ci w tym następujące ćwiczenie – weź kartkę, długopis i trzymaj się instrukcji bez podglądania dalszego opisu. Stwórz listę 10 najważniejszych spraw – marzeń, na których realizacji ci zależy. Teraz skreśl pięć z nich. Tak, skreśl bezwzględnie pięć swoich pragnień. Z czego mogłabyś zrezygnować? Skreślone pięć? To skreśl jeszcze dwa. Jak to – masz jeszcze z czegoś zrezygnować? To niemożliwe! A jednak skreśl. To, co zostanie, to twoje prawdziwe pragnienia, prawdziwe priorytety. To, co naprawdę jest dla ciebie ważne. Skup się na ich realizacji, a sukcesy innych osób w pozostałych dziedzinach nie zakłują igłą zazdrości. Zaakceptuj, że nie możesz mieć wszystkiego – łatwiej mieć coś, na co się świadomie zdecydujesz i skupisz na tym całą uwagę.

7. Zajmij się sobą, buduj na tym, co masz

Żyj swoim życiem, szukaj własnego potencjału, skupiaj się na tym, co masz, co potrafisz, co umiesz. Jeśli ci czegoś brakuje, jeśli poczujesz w stosunku do kogoś lub czegoś zazdrość, zastanów się, o jakim deficycie ci to mówi, i zadaj sobie pytanie, czy masz wpływ na to, by go uzupełnić. Jeśli tak – zrób to, jeśli nie – zostaw, nie przeżywaj i tak nie możesz tego zmienić. Skup się na czymś innym.

Jak zostać królową

Nie każdy się rodzi w rodzinie królewskiej lub jako spadkobierca fortuny. Ale jeśli jesteś względnie zdrowa, masz co jeść i gdzie mieszkać, jeżeli możesz podziwiać świat każdym zmysłem i robić na ogół to, co chcesz – to jesteś wielką szczęściarą. Jeśli cię coś ogranicza, to zbyt mała ambicja lub pracowitość, a może za duże oczekiwania i złe myślenie na swój temat. Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. Stwórz własne królestwo, rozwijaj zdolności, potencjały, ciesz się tym, co masz – jednym zdaniem: zostań jego królową! Niech inni zazdroszczą tobie! Po prostu rób swoje i nie oglądaj się na nic.

Warto przeczytać: Osho, Księga zrozumienia. Przemień lęk, złość i zazdrość w twórczą energię, Czarna Owca 2014.

  1. Psychologia

Gdy pojawia się zazdrość o nowe dziecko w rodzinie

Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Kiedy pojawia się w domu nowe dziecko, starsze często czuje się odstawione na boczny tor. To zupełnie naturalna reakcja. Niestety, rodzice zazwyczaj odbierają dzieciom prawo do frustracji i wymagają ciągłego zachwytu niemowlakiem. To błąd! Ale do naprawienia…

Spodziewasz się kolejnego maluszka? Nawet jeżeli sama nie byłaś nigdy zazdrosna o młodsze rodzeństwo i wydaje ci się, że dom pełen dzieci to wyznacznik szczęścia, wiedz, że twoje pozytywne nastawienie nie jest gwarantem tego, że nie nadejdą żadne trudności. Noworodek w domu to test dla całej rodziny. Pojawia się kolejny – wymagający troski i miłości − domownik. Co zrobić, aby starsze rodzeństwo zbudowało z nim fajną relację, a pojawienie się malucha nie zachwiało całą strukturą rodzinną? Przede wszystkim nie myśl życzeniowo i nie licz na to, że wszystko samo się ułoży. Wręcz przeciwnie, chuchaj na zimne – zamiast ugłaskiwać rzeczywistość, zmierz się z możliwymi zagrożeniami. Oto, co najgorszego może cię spotkać:

Agresja

Bądź gotowa na hasła typu: „Oddajcie go z powrotem do szpitala. Nie chcę go u mnie w domu!”. Przejawami bezsilności mogą też być: bicie dorosłych, rzucanie przedmiotami, chlapanie jedzeniem, odmawianie wszelkiej współpracy w czynnościach codziennych. To typowe zachowanie dla dziecka, które nie radzi sobie z emocjami.

Głośne zabawy

Starsze dziecko chce nadal mieć prawo do bycia pierwszym. Głośne zachowanie to klasyczny przykład zawłaszczania uwagi dorosłych i wymuszania ich zainteresowania. Nie denerwuj się. Pamiętaj, że noworodek ma inne wymagania dotyczące snu. Będzie spał nawet wtedy, gdy brat czy siostra zacznie mu śpiewać nad uchem lub stukać klockami. Wymagając ciszy w domu, dajesz starszemu dziecku broń do ręki: wie, że krzyk zogniskuje twoją uwagę.

Regres

Kilkulatek odmawia samodzielnego jedzenia, ubierania się, załatwiania do ubikacji lub na nocnik, chce być noszony na rękach, przestaje mówić i wymaga, żebyś rozumiała jego „gaworzenie”? Zachowuje się tak, jakby cofnął się w rozwoju? To proste – podgląda noworodka i, widząc twoje zaangażowanie, też chce taki być. My również podglądamy zachowania ludzi, którym zazdrościmy. To naturalny mechanizm psychiczny.

Choroby

Nadal nie doceniamy psychosomatyki dziecka. Niesłusznie. Pod wpływem silnego stresu (przeprowadzka, brak kolegów, nowe dziecko w rodzinie) maluch szuka rozwiązania i tu może przyjść mu z pomocą ciało. Choroby, a raczej ich niekończący się ciąg, mogą nie być przypadkiem, jeśli zbiegną się z twoją kolejną ciążą.

Co robić?

Nie uciekaj od problemu. Nie traktuj zachowania starszego dziecka jako ataku na ciebie. Spróbuj postawić się w jego sytuacji − niemowlę w domu nie jest dla niego niczym fascynującym. To raczej mało atrakcyjny, męczący, odbierający spokój ducha intruz. Dlatego zadbaj o to, by starszy brat czy siostra czuli się przygotowani na czekające całą rodzinę zmiany. Pokaż na rysunkach, zdjęciach i filmach, czego można się spodziewać po noworodku. A także:

Angażuj starsze rodzeństwo w opiekę

Nie bój się kontaktu dzieci. Aktywność rozładowuje napięcie. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, łatwiej nam to polubić, zrozumieć. Zachęcaj do wspólnych kąpieli czy bujania wózka.

Pozwól na regres

Jeśli o to poprosi, kup starszemu dziecku smoczek, butelkę i rób mleko w proszku. Nawet nie myśl o tym, że go rozpieszczasz. Ty jedynie zapobiegasz powstaniu głębokiej niechęci do młodszego rodzeństwa. Faza regresu bardzo szybko minie, zwłaszcza jeśli przyznasz dziecku do niej prawo.

Tul, całuj i pieść

Jesteś mamą noworodka, więc nie brakuje ci kontaktu fizycznego, ale twojemu starszemu dziecku – tak. Gdybyś miała zrobić dla niego tylko jedną rzecz, to przytul je, kołysz, głaszcz i całuj. Możesz to robić w całkowitym milczeniu. Twój komunikat jest dla dziecka klarowny.

Rób zdjęcia starszemu dziecku

Wyjmij fotografie z okresu noworodkowego, rób zdjęcia rodzeństwu razem i nigdy nie dopuść, żeby fotki noworodka zdominowały waszą przestrzeń rodzinną.

Kup lalkę

Nowe dziecko kosztuje, ale zapobieganie niechęci między rodzeństwem jest bezcenne. Warto więc zainwestować w nowe zabawki. Starsze dziecko wyposaż w lalkę o wyglądzie noworodka, a jak trzeba, to i w wózek, małą wanienkę i wszelkie akcesoria. Chłopcu pomożesz rozładować frustrację, jeśli pozwolisz równolegle z tatą kąpać, przewijać i usypiać „swojego” dzidziusia.

Czytaj mu książki

Historyjki o tym, jak w domu zjawia się okropne młodsze rodzeństwo, ale w końcu udaje się je polubić, będą ogromnym wsparciem dla starszego dziecka, które przestanie czuć się winne, że nie lubi maluszka.

Podkreślaj przywileje

Starsze dziecko widzi tylko jedną stronę swojej sytuacji: ktoś kradnie mu mamusię. Pokaż mu jego przywileje: „Możesz sam wybierać ubrania, sam jeść, sam się myć, możesz oglądać telewizję i masz swoich kolegów”. Warto pokazać dziecku, że jego sytuacja nie jest wcale tragiczna.

Znajdź czas tylko dla niego

Największą bolączką posiadania młodszego rodzeństwa jest fakt, że nie ma się już rodziców tylko dla siebie. Dlatego codziennie wygospodaruj czas na bycie tylko z jednym, starszym dzieckiem. Nawet jeśli będzie się to wiązać z zatrudnieniem niani, warto tak zrobić. Gdy chcesz być tylko ze mną, to znaczy, że mnie kochasz – każdy człowiek to rozumie. Gdy się czegoś spodziewamy i mamy plan, co zrobimy w razie problemów, nie wywołuje to stresu. Dlatego warto opracować strategię, jak się zachowasz, kiedy starsze dziecko zaprotestuje, że niszczysz mu życie.

Działaj zamiast mówić

Słowa to najłatwiejszy rodzaj komunikacji, ale nie w relacjach z dziećmi. W obszarze porozumiewania się z maluchami są wyjątkowo kiepską metodą. Dzieci, jeszcze niezmanierowane, doskonale widzą, że miłość to nie słowa, ale zachowanie. Dlatego najlepiej, żebyś nic nie mówiła, a skupiła się wyłącznie na swoim zachowaniu. „Kochamy cię. Zawsze będziesz dla nas najważniejszy. Za kilka lat zobaczysz, jak wspaniale mieć młodsze rodzeństwo” – takie słowa nie przekonają żadnego dziecka. Jeśli kogoś się kocha, to jest on dla nas całym światem i nie potrzebuje się innych, a „za kilka lat” nie istnieje nawet dla nastolatka. Liczy się tylko „tu i teraz”. Nie myśl więc, że wyjaśniliście sobie, jak się rzeczy mają. Dla dziecka liczą się wyłącznie zachowania dorosłych. Dlatego w tej sytuacji lepiej nic nie mówić, tylko w milczeniu na każdym kroku okazywać zrozumienie.