1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Korzyści płynące z głębokiego oddychania

Korzyści płynące z głębokiego oddychania

123rf.com
123rf.com
Jak ważne jest głębokie oddychanie dla naszego fizycznego i emocjonalnego samopoczucia?

Nasze psychiczne i fizyczne zdrowie w dużej mierze zależy od jakości przepływu tlenu w organizmie. Ponieważ mózg potrzebuje dużo tlenu do optymalnego funkcjonowania, to jak oddychamy, ma ogromny wpływ na nasze zdrowie.

Kiedy nasze mięśnie są napięte pod wpływem stresu, blokują przeponę, której prawidłowe funkcjonowanie pozwala wysyłać do dolnej części płuc więcej tlenu. Dzięki temu rozprowadza się on łatwiej do wszystkich części ciała. Dlatego na poziomie fizycznym głębokie oddychanie rozszerza płuca w sposób, który pozwala większej ilości tlenu krążyć po całym organizmie.

Kiedy cierpimy na depresję lub dręczy nas niepokój, nasz oddech jest płytki, nasze ramiona opadają, a płuca są jakby zwinięte. W naszym organizmie nie krąży krew na tyle bogata w tlen, aby dobrze „nakarmić” mózg. Głęboki oddech pozwala płucom rozszerzyć się tak, aby mózg otrzymał więcej tlenu.

Praktyka świadomego oddychania, obok innych działań, takich jak ćwiczenia, śpiew, taniec, a nawet śmiech, ma ogromne działanie lecznicze wpływające na umysł i ciało. Jeśli codziennie będziemy głęboko oddychać, odniesiemy wiele fizycznych i emocjonalnych korzyści.

Badania udowadniają, że głębokie oddychanie łagodzi depresję i lęk, przywracając równowagę w biochemii mózgu. Podnosi bowiem poziom oksytocyny, dopaminy i prolaktyny (hormonów radości), a obniża poziomu kortyzolu (hormonu stresu). Głęboki oddech poprawia ostrość uwagi, moc obecności w tu i teraz. A także reguluje pracę serca oraz ciśnienie krwi. Świadomą pracą z oddechem możemy „odblokować drzwi” do samoleczenia, samoświadomości, akceptacji, wewnętrznej dyscypliny i spokoju. Jeżeli będziemy świadomie oddychać, mamy szansę na radykalną poprawę naszego życia.

Źródło: UCLA

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

A co, jeśli… Dlaczego tak często towarzyszy nam lęk?

Duński filozof Søren Kierkegaard zidentyfikował strach jako uczucie, które ogarnia człowieka, kiedy spogląda w przepaść. Ryzyko jest proste: co, jeśli spadnę? Lęk z kolei powstaje na samą myśl o tym, że to ja tam stoję i spoglądam w dół, że to ja narażam się na ten widok i to ode mnie zależy, czy będę dalej patrzył – a może zrobię krok i skoczę? (fot. iStock)
Duński filozof Søren Kierkegaard zidentyfikował strach jako uczucie, które ogarnia człowieka, kiedy spogląda w przepaść. Ryzyko jest proste: co, jeśli spadnę? Lęk z kolei powstaje na samą myśl o tym, że to ja tam stoję i spoglądam w dół, że to ja narażam się na ten widok i to ode mnie zależy, czy będę dalej patrzył – a może zrobię krok i skoczę? (fot. iStock)
„A co, jeśli?” jest narzędziem, dzięki któremu myśli radzą sobie z niepewnością. Wyobrażamy sobie rzeczy, które ewentualnie mogłyby się zdarzyć lub mogą się zdarzyć. Szacujemy prawdopodobieństwo, ważymy ryzyko – pisze w książce „Co, jeśli…? Dlaczego strach i niepokój rządzą naszym życiem” Roland Paulsen, profesor socjologii.

Na przestrzeni dziejów ludzi coraz wyraźniej zajmowały kwestie a co, jeśli?. Nie dalej jak w latach 70. XX wieku szacowano, że problem natrętnych myśli dotyczy od 0,005 do 0,05 procenta ludności Stanów Zjednoczonych. Było wówczas mało prawdopodobne, że praktykujący psycholog kiedykolwiek przyjmie w swoim gabinecie pacjenta z nerwicą natręctw. W 1973 roku pewien amerykański naukowiec pisał, że to „bez wątpienia jedna z najrzadziej spotykanych form zaburzeń psychicznych”.

Obecnie Światowa Organizacja Zdrowia umieszcza zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne na liście najczęściej występujących problemów psychicznych. W większości ankiet wychodzi, że od około 2 do 3 procent mieszkańców Zachodu kwalifikuje się do postawienia tej diagnozy. Natręctwa są tylko jednym z wielu przejawów tego samego wzorca myślowego co niepokój, który zaczyna się od a co, jeśli? i skutkuje analizą ryzyka, co czyha w ukryciu. Przez lata wiele z tych a co, jeśli? dorobiło się konkretnych nazw.

  • „Co, jeśli ból głowy ma związek z zapaleniem opon mózgowych?” to hipochondria.
  • „Co, jeśli zapadająca wokół cisza wynika z tego, że nikt mnie w zasadzie nie lubi?” nazywamy fobią społeczną.
  • „Co, jeśli teraz umrę?” nosi nazwę zespołu lęku napadowego.

Z czasem doszło do rozmnożenia diagnoz, żeby oznaczyć różne wariacje na ten sam temat. Jeśli zebrać wszystkie tak zwane zaburzenia lękowe, gdzie a co, jeśli? stanowi kognitywny wspólny mianownik, to szacunkowo około jedna trzecia Europejczyków choć raz w życiu była nimi dotknięta, a w skali globalnej zaburzenia lękowe stanowią najbardziej rozpowszechnioną formę schorzeń psychicznych.

Nazywanie takich lęków „zaburzeniami” wymaga pewnej poprawki. „Zaburzenia” polegają bowiem przede wszystkim na tym, że dana osoba źle się czuje przez to swoje a co, jeśli?. Ktoś, kto myśli: „a co, jeśli nadejdzie apokalipsa zombie?” i kopie w ogrodzie bunkier, z punktu widzenia diagnostyki nie ma zaburzeń, o ile to zachowanie nie przeszkadza jemu samemu. Wręcz przeciwnie: może dorobić się społecznego uznania i oprzeć swoją tożsamość na awersji do ryzyka.

Lęk a strach

Lęk zawiera informację o sobie samym. Przeświadczenie, że ryzyko nie jest iluzoryczne, można równie dobrze nazwać świadomością. We wszelkim lęku kryje się świadomość niepewności. Tak jak zachodzi ryzyko, że słońce nie wzejdzie następnego dnia... Katastrofa może się nam przydarzyć w dowolnej chwili. To, że jakaś osoba cierpiąca na hipochondrię zwraca się do lekarza po raz siedemdziesiąty piąty, bo podejrzewa u siebie raka, nie zmienia wcale faktu, że przy siedemdziesiątej szóstej wizycie naprawdę może zostać u niej wykryty nowotwór. Jeśli wliczy się w to mniej magiczne zagrożenia: śmierci, choroby czy nieszczęścia, to prawdopodobnie choć raz w życiu przydarzy nam się coś potwornego. Prawdziwym urojeniem jest więc postrzeganie świata jako bezpiecznego.

Ale lęk nie kryje w sobie tylko świadomości o niezliczonej liczbie otaczających nas momentów ryzyka. Wiąże się też z naszymi własnymi działaniami i tym, co robimy z tymi zagrożeniami. Pod tym względem lęk różni się od strachu.

Duński filozof Søren Kierkegaard zidentyfikował strach jako uczucie, które ogarnia człowieka, kiedy spogląda w przepaść. Ryzyko jest proste: co, jeśli spadnę? Lęk z kolei powstaje na samą myśl o tym, że to ja tam stoję i spoglądam w dół, że to ja narażam się na ten widok i to ode mnie zależy, czy będę dalej patrzył – a może zrobię krok i skoczę?

W stanach lękowych kryje się nie tylko ryzyko, że coś się stanie, lecz także refleksja o nas samych. Co zrobię? Dlaczego o tym myślę? Czy tracę rozum? Wraz z tymi pytaniami mającymi na celu zgłębienie samego siebie budzi się, według Kierkegaarda, „zawrót głowy spowodowany przez wolność”.

Podobny tok myślenia uwidacznia się też w buddyjskiej nauce o bezsilności wobec anicca – prostego faktu, że nic na świecie nie jest trwałe i w końcu dochodzi do tragedii pod postacią naszej śmierci. W lęku wyraża się brak akceptacji dla przemijalności. Dostrzegamy niebezpieczeństwo i jesteśmy poruszeni swoim poruszeniem – spirala sama się nakręca, podczas gdy my staramy się znaleźć sposób na zneutralizowanie zagrożenia. W ten sposób wszelki lęk jest krążeniem natrętnych myśli między obsesją (fiksacją na punkcie tego, co nieprzyjemne) i kompulsją (próbą zneutralizowania tego, co nieprzyjemne).

Krąg myślowy przepełniony lękiem

Zainspirowani buddyzmem guru od dawna wskazywali, że to krążenie lęków nie jest patologiczne w znaczeniu „nienormalne”. Wręcz przeciwnie. Większość naszych myśli, nawet u formalnie „zdrowych” osób, krąży między dostrzeganiem przyszłych problemów a ich neutralizowaniem. Towarzyszy nam to niczym nieustanne mamrotanie w głowie. Ten szum jest tak silny, że może przesłaniać znaczenie wszelkich zewnętrznych uwarunkowań. Nie liczy się więc, gdzie jesteśmy – czy leżymy na łóżku w miękkiej pościeli i wsłuchujemy się we własny oddech, czy spotykamy się z przyjaciółmi w luźnej atmosferze, czy też obserwujemy wędrówkę zorzy polarnej po niebie. Mamrot może to wszystko obrócić w koszmar.

Trwa to jednak nadal. Niezliczoną liczbę razy powtarzamy jeden krąg myślowy i nic nie przeszkadza nam w wałkowaniu go po raz kolejny, chociaż bardziej odpowiedzialnie by było dać sobie z tym spokój. Takie mentalne, niekończące się przetwarzanie zlewa się w ten sposób z tym, co traktujemy jako swoje „ja”. Potok myśli, którym jedynie z trudem da się kierować i który różni się w zależności od niekontrolowanych wrażeń w teraźniejszości i przeszłości, staje się naszym wewnętrznym centrum. Identyfikujemy się z głosem w swojej głowie, który emanuje jakby z mózgowej dyspozytorni i tworzy historie o tym, kim jesteśmy.

Ten ból głowy od tak dawna towarzyszy człowiekowi, że my – buddyści, stoicy, filozofowie egzystencjalni, psychoanalitycy, behawioryści – zaczęliśmy go postrzegać jako coś egzystencjalnego.

Będę tu dowodzić, że ten ból wcale nie jest egzystencjalny. Nie zawsze zajmowały nas takie pytania jak to, kim „naprawdę” jesteśmy i co może się wydarzyć w przyszłości. Nasz wewnętrzny krytyk i wieczna podejrzliwość wobec samych siebie jawią się – z perspektywy historycznej – jako nowe zjawiska. Podobnie jak zajmowanie się przez nas katastrofami przyszłości.

Warto zauważyć, że około dwustu tysięcy lat temu ludzie żyli jako nomadzi. Przez długi, długi czas pokarm trzeba było zbierać codziennie. Bez rozwiniętego rolnictwa – a więc i plonów do przechowywania – nie tylko trudno było coś zaplanować na więcej niż kilka dni do przodu, ale nie miało to również sensu. W związku z luźnymi więziami społecznymi, licznymi przegrupowaniami i słabą lub nieistniejącą hierarchią zaawansowane konstrukcje „ja” nie miały na czym się oprzeć. Wszystko wskazuje na to, że u tych nielicznych, którzy w XX wieku wciąż tak żyli, nie było większego zapotrzebowania na zrytualizowane praktyki mediacyjne ani na psychodeliczną transcendencję ego. Żyli chwilą teraźniejszą.

Fragment książki „Co, jeśli…? Dlaczego strach i niepokój rządzą naszym życiem”.

Książka Rolanda Paulsena to nie tylko spojrzenie na kulturową i historyczną ewolucję lęku, ale także wezwanie do działania, by walczyć ze społeczną epidemią.

Co, jeśli zostawiłam włączone żelazko i mój dom spłonie? Co, jeśli wybrałam niewłaściwego partnera? Co, jeśli stracę pracę?

Zadając pytanie, „co, jeśli”, nasz mózg kalkuluje ryzyko, wyobrażając sobie rzeczy, które mogą się przydarzyć, ale według autora nie jesteśmy obecnie przystosowani do życia w takiej niepewności. W ciągu ostatniej dekady liczba ludzi z depresją wzrosła na całym świecie o 20 procent, a depresja jest niechlubnym numerem jeden na liście przyczyn słabego zdrowia ludzkości.

Nie zawsze tak było. Co się zmieniło? Teoretycznie sytuacja finansowa globalnie cały czas się poprawia, podobnie jak warunki życia. Jednak poziom lęku stale wzrasta i ludzie nieustannie zadają sobie pytania: „co, jeśli”.

  1. Psychologia

Daj sobie czas... Psycholożka Ewa Woydyłło o tym, jak nie przekuć żałoby w depresję

- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
„Każda ciężka, nieodżałowana strata, zatrzaśnięta w sercu człowieka – wcześniej czy później znajdzie sobie ujście” – mówi dr Ewa Woydyłło. „Żałobę trzeba zaakceptować”.

Żałobę po śmierci kochanej osoby nazywamy „raną duszy”. Jak ją zabliźnić, by nie zamieniła się w depresję?
Jeżeli żałoba utrwali się jako psychiczne załamanie, rozpacz, poczucie krzywdy... to wtedy może prowadzić do depresji. Ale jeżeli od samego początku wstąpimy na drogę prowadzącą do akceptacji, to nie przerodzi się w stan chroniczny. Zaakceptować to znaczy pogodzić się, czyli nie tylko przyjąć stratę do wiadomości, ale potraktować ją jako część swojego życia – bo ono dalej ma się toczyć.

Czasem używam takiej metafory: Żałoba spowodowana śmiercią kogoś drogiego jest jak wejście do ciemnego tunelu. Wytężam wzrok, ale nic nie widzę, jedynie na jego końcu dostrzegam maleńki, jaśniejszy punkt. To on jest właśnie tą stratą. Czyli widzę tylko to, co mnie boli, i mam poczucie, że oprócz tego niczego już w moim życiu nie ma. Trzeba wyjść z tego tunelu – wprawdzie strata pozostanie, ale człowiek zobaczy, że poza tym, co utracił, istnieje nadal mnóstwo rzeczy, które mogą czynić jego życie ciekawym i pełnym zwyczajnych czy nadzwyczajnych zdarzeń. Czasami trzeba to wręcz na sobie wymusić.

A co, jeśli ktoś się w tym tunelu zatrzyma?
Wtedy stan załamania może przerodzić się w przewlekłe zniechęcenie do życia, rozczarowanie, apatię... Może też przybrać postać urazy, gniewu, gdy zaczniemy myśleć: „Jak mogło mnie coś takiego spotkać?”. Bywa że ludzie wierzący odwracają się nawet od Boga, no bo: „Jak Bóg mógł mi coś takiego zrobić”. Gdy zbyt długo zatrzymamy się na etapie rozpaczy, to żałoba może spowodować wycofanie się z życia, a wtedy już krok do depresji. Tak samo, jeśli ktoś przyjmuje śmierć jako cios, karę, niesprawiedliwość. Żałobę trzeba „przepracować”, co w języku psychologicznym znaczy: rozmawiać, pisać, wspominać... po to, by od niezgody przejść do akceptacji.

Osobie, która niedawno pożegnała kogoś bliskiego i jest jeszcze w stanie szoku, otępienia, bólu – trudno zacząć myśleć o akceptacji.
Akceptacja to długi proces, może trwać wiele miesięcy. Nie jest odwrotnością smutku i nie znaczy, że smutek ma zamienić się w radość. Kiedyś przyszła do mnie kobieta, która nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią matki, choć ta zmarła w wieku 86 lat. Od pogrzebu minęły dwa lata, a córka nadal pogrążała się w żałobie. Zadałam jej kilka pytań: „Gdyby twoja mama żyła, to myślisz, że ona by chciała, żebyś zawsze już była smutna? Czy byłaby szczęśliwa, gdyby dowiedziała się, że wycofałaś się z życia, oddaliłaś się od męża, zaniedbujesz dzieci i nie odchodzisz od jej grobu? A gdyby jeszcze trochę pożyła, to czy odzyskałaby pamięć, pozbyła się swych dolegliwości? Chciałabyś, by żyła dłużej, ale coraz gorzej?”. Nasza rozmowa bardzo jej pomogła. Nie można kwestionować smutku, osobie w żałobie trzeba raczej pomóc zobaczyć, czy to jest dobra żałoba.

A jaka jest dobra?
Taka, która nie niszczy, nie krzywdzi ciebie i innych. Taka, z której człowiek wychodzi dojrzalszy i może dalej normalnie żyć. Śmierć jest częścią życia, choć bolesną, smutną, a niekiedy tragiczną.

Jak długo może trwać żałoba?
Długo, nawet rok – u jednych krócej, u innych dłużej. To zależy od cech osobowości, charakteru, doświadczeń, otoczenia, tradycji. Każdy ma inną wrażliwość: jakieś zdarzenie będzie dla jednego bolesne, a drugi pozbiera się po nim bardzo szybko. Nawet żałoba dobra, spokojna, nie u wszystkich przebiega jednakowo. Badania jednak dowodzą, że tylko około 15 procent ludzi, którzy doznali nagłej straty kogoś bliskiego, nie potrafi sobie z tym poradzić i popada w depresję, pozostali w krótszym lub dłuższym czasie zaczynają normalnie funkcjonować.

Czy droga przez tunel dzieli się na jakieś etapy?
Autorką pierwszej pracy na temat zachowań w obliczu śmierci jest szwajcarska psychiatra Elisabeth Kübler-Ross. Jej książka „Rozmowy o śmierci i umieraniu” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Podczas lektury miałam wrażenie, że pisała ją przy łóżkach umierających ludzi. Według Ross, okres żałoby dzieli się na fazy: najpierw zaprzeczanie, potem bunt, gniew, złość, dalej żal, smutek, rozpacz, następnie targowanie się: „A może jednak to nieprawda?”. I wreszcie akceptacja. Na każdym etapie można się zatrzymać i wpaść w emocjonalną pułapkę. To utrudni wyjście z tunelu.

Jan Kochanowski zawarł ojcowski ból po śmierci Urszulki w słynnych „Trenach”. Zwracał się do niej, śnił. Ludzie, którzy stracili kogoś bliskiego, mówią czasem: „O, moja mama w nocy do mnie przyszła” albo „Spadł obraz, to ojciec dał mi znak”... Ta swoista magia podtrzymuje iluzję, opóźnia akceptację nieodwracalności śmierci. Końcową fazą żałoby powinna być akceptacja, a wraz z nią wyciszenie i spokój. Przestajemy się buntować, złościć, rozpaczać. Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić. Przez te fazy najlepiej przechodzić w pełni świadomie, we własnym tempie.

Nie należy przyspieszać tego procesu? Dać sobie czas na przeżycie bólu?
Tak, ważne, żeby iść do przodu. Zdarzają się osoby, które uważają się za supermocne, supertwarde i chcą strzepnąć żałobę jak pyłek z ramienia i bez zastanowienia popędzić dalej. Ale mogą zapłacić za to ogromną cenę. Niedokończona, przerwana lub zablokowana żałoba może prowadzić do wielu chorób czy dolegliwości, takich jak bezsenność, migreny, bóle kręgosłupa i inne chroniczne przypadłości. Niektórzy uważają, że nawet nowotwory bywają odpowiedzią na nadmierny wysiłek emocjonalny, jaki wkłada się w to, by zablokować cierpienie. Nie należy tego robić.

Jak wspierać osobę pogrążoną w żałobie?
W najbliższym otoczeniu, kto tylko może powinien ją objąć, przytulić, razem z nią popłakać, a potem starać się stopniowo przywrócić do normalnego życia: wziąć taką osobę na spacer, zaprosić na kolację, gdzieś z nią wyjechać... Pomocna bywa propozycja, np.: „Chodź, pokaż mi wasze zdjęcia i opowiedz o najpiękniejszych chwilach, jakie razem przeżyliście...”. I to niezależnie od tego, czy zmarło dziecko, ktoś młody czy stary.

Formy wsparcia nie da się ująć w jakieś ramy czy receptury, bo to indywidualna sprawa. Ale zawsze wymaga empatii, uważności i wrażliwości. Jeśli wiesz, że np. koledze z pracy umarł ktoś bliski, a masz problem, jak zareagować, to po prostu podejdź i powiedz: „Słuchaj, wiem o twojej stracie. Czy chciałbyś o tym porozmawiać? Jeśli nie teraz, to kiedy zechcesz. Możesz na mnie liczyć”. Należy to zrobić dyskretnie, żeby nie narazić tej osoby na dodatkową przykrość.

Czy nadmierne współczucie nie przedłuża smutnego okresu?
Trzeba mieć wyczucie, bo tu dotykamy bardzo delikatnej materii. Ale współczucie jest potrzebne i pomocne, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje je ktoś, kto sam tak bardzo nie cierpi, kto ma poczucie rzeczywistości i rozumie, że nadal znajdujesz się w tym tunelu i widzisz jedynie swoje nieszczęście. Ale on stoi poza tunelem i wie, że tam są kwieciste łąki, które mogą radować także twoje oczy. Podaje ci pomocną dłoń, bo czuje się silniejszy, a jest silniejszy, bo to nie jest jego cierpienie, tylko twoje. Najgorzej, jak dwie osoby równie załamane pochylą się nad tym samym grobem – wtedy obie mogą do niego wpaść. Dobry system wsparcia polega na podawaniu ręki przez ludzi, którzy rozumieją cierpienie, ale sami są od niego wolni. Jest takie powiedzenie: żeby dać cokolwiek drugiemu człowiekowi, trzeba samemu to mieć.

Czego nie należy robić wobec osoby przeżywającej żałobę?
Zaprzeczać jej bólowi. Cierpienie jest zawsze subiektywne i nie należy go w czyimś imieniu pomniejszać lub lekceważyć. Jeśli ktoś jest w szoku po stracie kochanej osoby, trzeba okazać mu zrozumienie, ufność, dać spokój, nadzieję, wiarę... Można też próbować zdystansować tę osobę do problemu i powiedzieć np.: „Wiesz, i tak miałaś szczęście, przeżyłaś z nim przecież czterdzieści wspaniałych lat. Byłaś przy nim, kiedy odchodził. Żył tyle lat. Możesz być mu za to wdzięczna”. Taka rozmowa wymaga delikatności, taktu, wrażliwości, wyobraźni, no i znajomości tej osoby. Ale zawsze należy starać się dzielić z nią jej cierpienie.

Bardzo często bliscy osoby, która odeszła, wyrzucają sobie, że coś zaniedbali, że gdyby... to może udałoby się kochaną osobę uratować i nadal byłaby z nami. Jak sobie poradzić z takimi wyrzutami?
Poczucie winy i doszukiwanie się własnych zaniedbań lub udziału w przyczynieniu się do śmierci kogoś bliskiego jest często pierwszym odruchem emocjonalnym. Jeżeli z kimś takim rozmawiamy, trzeba skierować jego myśli na racjonalny tor, zwracając uwagę na to, że żaden człowiek nie ma w ostatecznym rozrachunku kontroli nad życiem drugiego człowieka.

Ludziom głęboko wierzącym łatwiej jest zaakceptować śmierć, ponieważ religia, w każdym razie chrześcijańska, czyni odpowiedzialnym za wszystko, co nas spotyka – Boga, a nie nas samych. „Bóg tak chciał” – mówią religijni ludzie. Oni też najprędzej wychodzą z ciężkiej żałoby. Nie znaczy to jednak, że niewierzący skazani są automatycznie na bezkresną żałobę. Kwestia kontroli nad losem – a więc i nad śmiercią – jest uniwersalnym problemem egzystencjalnym. Każdy myślący człowiek musi w końcu uświadomić sobie, że z największym trudem, i tylko w niektórych sprawach, można mieć kontrolę nad swoim postępowaniem. Ale na pewno nie jest to możliwe wobec kogokolwiek innego. I o tym trzeba rozmawiać z kimś, kto zbyt uporczywie obwinia siebie za los drugiego człowieka i czuje się sprawcą tego losu. To jest po prostu nieracjonalne i nierealistyczne. To osobliwa forma ułudy, która chwilowo ogarnia niemal każdego, ale powinna szybko minąć.

Zabliźnić bolesną ranę jest chyba szczególnie trudno u dziecka, które straciło rodzica. Jak z nim postępować, by w dalsze życie nie poszło okaleczone?
Wsparcie dziecka ogarniętego głębokim żalem po stracie jest rzeczywiście trudniejsze, bo ono zazwyczaj zamyka się ze swoim bólem i trzyma go w sobie jak ziarno, które kiełkuje, kiełkuje, aż kiedyś może przybrać postać depresji. Z wielu badań wynika, że depresja w wieku dojrzałym bywa właśnie echem traumy z dzieciństwa lub młodości, związanej ze śmiercią (lub odejściem) bliskiej osoby, zwłaszcza rodzica.

Czasem dziecko traci jednego rodzica i jednocześnie uwagę drugiego, który jest pogrążony w bólu...
No tak, ale dlatego warto przypomnieć afrykańskie przysłowie: „Żeby dobrze wychować dziecko, potrzeba całej wioski“. Bo jeden rodzic, a nawet oboje, to za mało. Tym bardziej, że oni także mogą być w stanie żałoby i zmagać się ze swoim cierpieniem, a wtedy bardzo łatwo dziecko zaniedbać, czegoś nie zauważyć... Dlatego do pomocy potrzeba innych ludzi.

Od nagłej śmierci mojego taty minęło już ponad 30 lat, a moje rodzeństwo i ja nadal czujemy w sercu ból i bardzo za nim tęsknimy...
Tęsknota i nostalgia mogą pozostać. Także ból, ale... zaakceptowany, taki, który nie przeszkadza pójść do kina, zjeść lody, spotkać się z przyjaciółką, wyjechać na wakacje. Groźny jest ból, który demobilizuje.

A jeśli nie można przeżyć żałoby tak, jakby się chciało, bo coś lub ktoś nam w tym przeszkadza?
To ta nieodżałowana, zatrzaśnięta w człowieku strata może się odezwać w postaci wzmożonej – kiedyś, nagle, znienacka, pozornie bez powodu. Pojawi się jako depresja albo zaburzenia psychosomatyczne – w każdym razie skutek może być bardzo dotkliwy. Niedokończona żałoba wcześniej czy później znajdzie sobie ujście.

Żeby sobie poradzić z przewlekłym i demobilizującym żalem po stracie, można skorzystać także z psychoterapii. To na pewno zdrowsze i na dłuższą metę skuteczniejsze, niż otumanianie się i zagłuszanie uczuć lekami psychotropowymi.

  1. Psychologia

Nie bój się bać!

Wielu rzeczy, których życie nam dostarcza, w ogóle nie chcemy, udajemy, że ich nie ma, uciekamy przed nimi, a przede wszystkim boimy się (fot. iStock)
Wielu rzeczy, których życie nam dostarcza, w ogóle nie chcemy, udajemy, że ich nie ma, uciekamy przed nimi, a przede wszystkim boimy się (fot. iStock)
Moim pierwszym wspomnieniem jest lęk. Mam jakieś dwa lata, siedzę na nocniku i przeżywam panikę z powodu samotności i pozostawienia. Nikogo przy mnie nie ma! Teraz wiem, że pewnie niania wyszła wtedy na chwilkę do sklepu, ale dla małego to wieczność. Na szczęście drugim świadomym wspomnieniem jest zachwyt nad pięknością zielonego trawnika z żółtymi mleczami. Długo moje życie oscylowało między lękiem a zachwytem.

Jako dzieci przeżywamy wszystko po raz pierwszy. Jako gatunek dostajemy w wyposażeniu lęk egzystencjalny; przed ogromem wszechświata, przed naszą w nim maleńkością i znikomością, brakiem odpowiedzi na pytanie o sens istnienia. A jeśli się jeszcze doda do tego przeróżne indywidualne historie życiowe, pełne niezrozumień, niedokochań, strat, katastrof i udręk – musimy uszanować i docenić nasze strategie przetrwania, które pozwoliły nam dotrzeć do dnia dzisiejszego. Brawo za naszą dzielność, upór, odwagę i inteligencję w wytwarzaniu wszelkich mechanizmów obronnych!

Ale też biada nam, bo się do tych mechanizmów tak przywiązaliśmy, tak się nimi automatycznie posługujemy, że czasem nazywamy je, o zgrozo, swoją istotą! Jak wrócić do SIEBIE? Jak żyć, czerpać ze swej prawdziwej istoty, a nie z krzywych podpórek, które już się przeżyły i przeszkadzają, zamiast pomagać?

Ponieważ spotykały nas krzywdy, nauczyliśmy się im zaprzeczać, racjonalizować je, wypierać, tłumić lub odwrotnie – rościć sobie z ich powodu specjalne prawa, na zmianę usprawiedliwiać i potępiać siebie i innych.

Wielu rzeczy, których życie nam dostarcza, w ogóle nie chcemy, udajemy, że ich nie ma, uciekamy przed nimi, a przede wszystkim boimy się. Starości i starzenia się, śmierci i umierania, choroby, ubóstwa, zdrady, osamotnienia, porażki, błędu, braku wygranych, krytyki, odrzucenia, bezradności…

Będę w tym miejscu dzielić się z wami swoją wiedzą o tych lękach. Ogromnie mi zależy na tym, żebyśmy je szanowali, ale nie ulegali im, liczyli się z nimi, umieli je nazwać i przeżyć, ale nie byli ich ofiarami.

W świetnej książce A.A. Milne’a (tak, tego od Kubusia Puchatka) pt. „Dwoje ludzi” mąż co prawda kocha swoją żonę, ale jej ciągle nie docenia. Aż do dnia, kiedy biorą udział w poważnej dyskusji z przyjaciółmi o tym, co jest najważniejsze w życiu. Ktoś mówi miłość, inny pieniądze, następni zdrowie, rodzina, bezpieczeństwo… Nagle odzywa się żona: „Najważniejsze to się nie bać!”. Wszyscy milkną z szacunkiem i przyznają jej rację.

Zapamiętałam. I tę prawdę, że z orzekaniem o cudzej mądrości lepiej się nie spieszyć, i tę, jak piekielnie ważne jest NIE BAĆ SIĘ. Można mieć miłość, pieniądze, zdrowie, rodzinę i zewnętrzne bezpieczeństwo, ale jeśli czujemy lęk – zje on radość i zadowolenie ze wszystkiego.

Jest także jednak lęk zdrowy, konieczny do tego, by zachować życie. Ten, który nam nie pozwala włazić po nocy w ciemne, nieznane miejsca czy wsadzać palca w kontakt albo w ogień. Lęk mądry, bez którego bylibyśmy szaleńcami. I jest też ten lęk, do którego odwołuje się umowa społeczna i wychowanie dzieci – że zostaniemy sami, jeśli nie będziemy pasować. Władza, jaką on daje innym nad naszym życiem, jest często nadużywana i przez naszych opiekunów, i przez tych, którzy nami rządzą. Jednak nasza wrażliwość, potrzeba przynależności i bliskości pozwalają nam tworzyć społeczeństwa i wspólnoty, a także rodziny i partnerstwo. Bez tego lęku jest psychopatia.

NIE BAĆ SIĘ to znaczy móc przeżyć lęk i nie stać się jego ofiarą. Trafiłam na cudowny tekst o lęku w „Diunie” Franka Herberta. Pomaga mi zawsze. „Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. To mała śmierć a wielkie umieranie. Stawię mu czoła. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko mojej jaźni na jego drogę. Którędy strach przeszedł, niczego już nie będzie. Tylko ja pozostanę”.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Władza ma różne oblicza. Jak na nas działa? Dlaczego tak łatwo jej ulegamy?

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Przedmiot pożądania jednostek i całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i pociągająca, a gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania?

Przedmiot pożądania jednostek i  całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Ponoć najlepszy afrodyzjak. W  dodatku wszechobecna: działa w  społeczeństwie, pracy, szkole, bliskich relacjach. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i  pociągająca, a  gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania? Co tak naprawdę nam daje? A  może także coś odbiera, tylko tego nie widzimy?

Świetlica szkoły podstawowej w  jednej z  warszawskich szkół. Dorota Wiśniewska-Juszczak, doktor psychologii na Uniwersytecie SWPS, jest świadkiem następującej sceny: Pewna mama przychodzi po swoją sześcioletnią córkę. Właśnie zaczęła się przerwa, więc korytarz jest pełen rodziców i  dzieci, a  wśród nich owa dziewczynka uśmiechnięta na widok mamy. Opiekunka ze świetlicy krzyczy z  daleka: „A  córka pochwaliła się już tym, co zrobiła?”. Mamę rozpiera duma, ogarnia podwójna radość, bo mało tego, że widzi rozradowaną córkę, to jeszcze słyszy w  słowach pani zapowiedź pochwały. A  pani z  uśmiechem, przy wszystkich, na cały głos, donosi na dziewczynkę – że była niegrzeczna, że usiłowała ugryźć koleżankę. Na koniec dorzuca: „No, chyba niedługo kupimy jej kaganiec!”.

– Stanęłam jak wryta – opowiada Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Byłam tak zszokowana zachowaniem pani nauczycielki, że kompletnie odebrało mi mowę. I  dopiero później dotarło do mnie, że oto doświadczyłam czysto władczego zachowania. Od lat naukowo zajmuję się władzą, badam różne jej przejawy, a  teraz jestem świadkiem jej działania w  najmniej oczekiwanym miejscu. Pani mająca nad ową dziewczynką przewagę, także fizyczną, całym swoim zachowaniem pokazała: „Ty się w  ogóle nie liczysz, ja mogę na oczach całego świata, nawet przy twojej mamie, zbesztać cię i  pokazać, że jesteś nikim”. Potem dowiedziałam się, że owa mama zainterweniowała u  dyrekcji szkoły, co na szczęście przyniosło rezultaty. Ale na początku pani nie mogła zrozumieć, o  co chodzi. Tłumaczyła, że to był żart. Tego, że dziewczynka płakała, że została upokorzona przy mamie i  kolegach, pani „trzymająca władzę” w  ogóle nie brała pod uwagę. To doświadczenie pokazało mi, badaczce tego tematu, jak wszechobecna może być władza. Bo niezależnie od tego, czy ktoś dzierży ją w  relacji z  uczniem, czy z  partnerem, czy z  podwładnym, tak samo może uzurpować sobie prawo do przekraczania norm. Pani przedszkolanka przekroczyła je, oceniając swoją uczennicę publicznie, używając określenia „założymy kaganiec”. Inni „władcy” dają sobie inne prawa, a  wszystko tylko dlatego, że uważają: „Nam z  racji sprawowanej władzy wolno więcej niż innym”. Czasami robią to bezrefleksyjnie, bez złych intencji, tak było chyba w  przypadku pani przedszkolanki, co jednak nie zmienia faktu, że konsekwencje takich zachowań mogą być bardzo negatywne.

Patrzę na ciebie z góry

Zespół badaczy z  Uniwersytetu SWPS z  dr Aleksandrą Cisłak badał metafory związane z  pojęciem władzy. Okazuje się, że wszystkie potoczne określenia na ten temat trafnie oddają, czym ona jest. Bo jak „się patrzy na kogoś z  góry”, to nawet fizycznie odczuwa się przewagę nad osobą stojącą niżej. To dlatego zarządy, dyrekcje sytuują swoje gabinety na wyższych piętrach korporacji – nikt w  firmie nie powinien mieć wątpliwości, do kogo należy ostatnie zdanie.

Władza kojarzy się przede wszystkim z  polityką, życiem społecznym i  zawodowym. Psychologowie Annette Y. Lee Chai i  John A. Bargh w  książce „Władza. Pokusy i  zagrożenia” definiują ją jako – z  jednej strony – zdolność do wywierania wpływu na innych ludzi, a  z  drugiej – do opierania się ich oddziaływaniu.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Według mnie to, czym jest władza, najlepiej oddaje definicja mówiąca, że to asymetria wpływu, czyli taka relacja, w  której jedna strona ma wpływ na drugą, podczas gdy ta druga strona nie ma wpływu na tę pierwszą. A  dodatkowo jedna ze stron ma dostęp do zasobów, a  druga ich nie ma. Te zasoby mogą być różne: polityczne, zawodowe, prywatne, na przykład dostęp do stanowisk, pieniędzy, a  w  sferze prywatnej – do dzieci, przyjaciół, seksu. Partnerzy rozgrywają tymi zasobami w  trakcie rozwodu – mąż chce odciąć żonę od pieniędzy, żona męża od dzieci. Partner o  mniejszych zasobach ma, oczywiście, mniejsze szanse w  tej próbie sił.

Psycholożka podkreśla, że władza nie istnieje sama dla siebie. Jak wynika z  badań, jakie przeprowadziła na Uniwersytecie SWPS razem z  Janiną Szwykowską-Ziemniak, władza zawsze występuje w  jakiejś relacji. Pokazuje to między innymi eksperyment polegający na tym, że zaproponowano ludziom, żeby wybrali sobie niski lub wysoki fotel. Z  wcześniejszych badań wynikało, że wysoki fotel, podobnie jak duży gabinet albo gabinet położony wyżej, aktywizują poczucie władczości. I  co się okazało? Że ludzie siedzący na wysokim fotelu przejawiali władczość tylko wtedy, gdy ktoś siedział na niskim fotelu, gdy natomiast ten fotel był pusty, poczucie władczości się nie ujawniało.

Czy to oznacza, że owo poczucie może zrodzić się w  każdym z  nas bez względu na cechy osobowości, a  jedynie w  sprzyjających warunkach zewnętrznych?

– Wszystko wskazuje na to, że tak – odpowiada psycholożka. – Badamy nie tylko ludzi, którzy mają władzę, ale także tych, którym stworzy się warunki do jej aktywizowania, i obserwujemy, co się z  tymi ludźmi dzieje. Okazuje się, że zdecydowana większość z  nich ulega czarowi władzy.

O  tym, że to sprzyjające warunki czynią z  nas władców, świadczy fakt, że ten sam człowiek może w  jednej sytuacji być władczy, a  w  drugiej podporządkowany.

Jestem mocarzem

Dorota Wiśniewska-Juszczak podkreśla, że powód ulegania pokusie władzy jest prosty – bo daje natychmiastowe korzyści. Tuż po jej przejęciu człowiek dostaje ze świata zewnętrznego dużo sygnałów, że jest supergościem. Wielu ludzi go komplementuje, chce się z  nim przyjaźnić, zaprasza, obdarowuje, dużo wokół niego się dzieje.

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. Aktywizowanie podwładności uruchamia bowiem w  mózgu procesy hamowania, co powoduje, że ludzie podejmują działania z  opóźnieniem. Natomiast u  rządzących włącza się apetytywny (popędowy) system dążenia związany z  ośrodkiem nagród. W  osiąganiu celów bardzo pomaga im także to, że potrafią stawiać granice. W  jednym z  eksperymentów przeprowadzonych przez amerykańskiego psychologa Adama Galinsky’ego i  jego współpracowników wywołano u  badanych – za pomocą wspomnień o  sprawowaniu bądź podleganiu władzy – poczucie władczości i  podwładności. A  potem włączono wentylatory. Ustawiono je tak blisko, żeby wiały prosto w  oczy, czyli przeszkadzały. Okazało się, że 70 procent osób z  grupy władczej jakoś na to zareagowało: przestawiło wentylatory albo poprosiło o  ich wyłączenie, natomiast z  grupy podporządkowanej zrobiło to tylko 30 procent.

– Sprawowanie władzy daje same korzyści – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Największą jest to, że ludzie mogą wywierać wpływ na innych, zmieniać rzeczywistość w  takim kierunku, jaki jest dla nich korzystny. Szkoda, że nie myślą o  tym, co zauważyła dopiero na zakończenie swojego premierowania Ewa Kopacz – że każda władza przemija. Rzadko kto myśli o  długoterminowych konsekwencjach, bo dopóki mamy wokół siebie admiratorów, rozsmakowujemy się w  sprawowanej funkcji i  nie widzimy żadnych zagrożeń. Często mówię menedżerom, że to pierwszy krok do ich klęski. Bo jak otaczają ich tylko pochlebcy, którzy przyklaskują każdej ich decyzji, to kreowany przez nich obraz sytuacji może być nieprawdziwy. A  to jest niebezpieczne. Szef nie ma bowiem wszystkich danych do oceny sytuacji, przeszacowuje więc swoje możliwości, kierując się podsycanym poczuciem mocy oraz fałszywym przekonaniem, że musi się udać. Nie docenia natomiast ryzyka. Efektem są niefortunne posunięcia, co może skończyć się utratą stanowiska.

Rządzę, więc mogę wszystko

I  to jest ta dobra strona wybieralnej władzy – że szef, który się nie sprawdził, może ją stracić. Inaczej niż w  bliskich związkach, gdzie rządzenie pozbawione weryfikującej oceny innych, karmione silnymi emocjami, a  często także zakamuflowane, rozkwita najbardziej. Tu władcy mają największe pole do popisu.

Profesor Eugenia Mandal w książce „Miłość, władza i  manipulacja w  bliskich związkach” pisze, że w  intymnych relacjach możemy właściwie bez ograniczeń kontrolować, wymagać, wymuszać, manipulować. A  wszystko za pomocą kar (także przemocy), nagród, pieniędzy, autorytetu, seksu. Profesor przytacza badania, z  których wynika, że osoba mniej zaangażowana ma w  związku większą władzę, silniejszy wpływ na partnera. Może zatem dyktować warunki bardziej kochającemu, co psychologowie nazwali zasadą mniejszego zainteresowania. Tę zasadę dobrze ilustruje powiedzenie: kochasz – służysz, jesteś kochany – rządzisz.

Henry Kissinger mawiał, że władza to najlepszy afrodyzjak, który przyciąga kobiety. Czy przyciąga także mężczyzn do kobiet mających władzę?

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Niekoniecznie. Z  moich obserwacji wynika, że jeżeli w  relacji między kobietą a  mężczyzną na dobre zagości władza, sprawowana w  dodatku niepodzielnie przez jedną stronę, to jest to dla związku zagrażające. Dobry bliski związek opiera się bowiem na zaufaniu, lojalności, ciepłych uczuciach, wartościach, a  tego wszystkiego brakuje w  relacji opartej na podporządkowaniu, lęku, rozgrywkach. Strona podporządkowana staje się biernym obserwatorem, dominująca natomiast wini ją za bierność, nieudolność, powolne podejmowanie decyzji, zły nastrój, brak optymizmu i  nawet nie zauważa, że to ona kręci tym kołem.

Dlaczego jedni potrafią rządzić, a  inni nie? Wpływają na to nie tylko sprzyjające okoliczności, ale także cechy charakteru i  osobowość. Psychologia mówi o  dużej korelacji z  władzą takich cech, jak: ekstrawertyczność, inteligencja oraz stereotypowo postrzegana męskość, czyli potrzeba dominacji, rywalizacji, narzucania swojej woli. To, oczywiście, nie oznacza, że każdy nosiciel takich cech będzie pchał się do władzy, ale ma zdecydowanie większe szanse niż ludzie ugodowi, koncyliacyjni, łagodni.

Szefowie akcentują inny aspekt władzy: odpowiedzialność. Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Z  badań wynika, niestety, co innego: że ludzie zazwyczaj sięgają po władzę ze względu na możliwości, jakie im daje, a  nie na odpowiedzialność. Kiedy menedżer myśli o  awansie, to widzi przede wszystkim profity: wysokość zarobków, samochód do dyspozycji itp., rzadziej kieruje się potrzebą rozwoju firmy i  podwładnych. Oczywiście, istnieją liderzy, którzy sięgają po władzę dla realizowania wartości, misji, ale to mniejszość. Trwają badania dotyczące związku cech osobowości z  preferowaniem władzy rozumianej jako odpowiedzialność lub jako możliwości. Na razie nie ma na ten temat jednoznacznych doniesień.

Świat z  perspektywy kota

Mówi się, że władza deprawuje. Ile w tym prawdy?

– Dużo – odpowiada psycholożka. – Kiedy w  eksperymentach wzbudzano nawet na chwilę poczucie władzy poprzez na przykład przydzielanie losów na loterii czy dawanie pewnej kwoty pieniędzy do podziału w  grupie, to zawsze u  tych ludzi pojawiało się subiektywne poczucie, że oto można postrzegać innych jako podporządkowanych. Tacy ludzie zaczynają wtedy, jak określił to prof. Bogdan Wojciszke, patrzeć na świat z  perspektywy kota, a nie myszy. A  jak już człowiek staje się tym mentalnym kotem, to uważa, że wolno mu więcej. Ci z  eksperymentu nie sprzątali po sobie, zjadali ostatnie ciasteczko, narzucali swoje normy. Tymczasem od rządzącego wymaga się więcej.

Badania pokazują, że gdy aktywizuje się poczucie władzy, to pojawia się podwójna moralność, podwójne standardy. Posłowie deklarują walkę z  oszustami, a  sami oszukują, lecąc do Madrytu tanimi liniami, podczas gdy rozliczają wyjazd jako podróż samochodem.

Ludzie władzy patrzą na innych stereotypowo, szczególnie wtedy, gdy mają liczną grupę podwładnych, których grupują w  kategorie. Ułatwia im to rządzenie, ale też powoduje, że oceniają innych przez pryzmat kategorii, a  nie indywidualności. A  ponieważ to oni ustalają owe kategorie, rozdają karty, to uważają, że są lepsi, ważniejsi.

Chcesz kogoś poznać, daj mu władzę – mówi porzekadło. Psychologia w  pewnym sensie je potwierdza, zwracając uwagę na metamorficzny efekt władzy, który polega na radykalnej zmianie zachowania człowieka po tym, jak tę władzę uzyskał. Ludzie stają się wtedy pewni siebie, trzymają innych na dystans, koncentrują się na sobie, gdy coś idzie nie po ich myśli, wpadają w furię, pozwalają sobie na otwarte ujawnianie emocji. Ten stan trafnie oddaje inne określenie: woda sodowa uderzyła mu do głowy.

Jak się przed tym bronić?

– Jedyny sposób to trenowanie empatii. Razem z  koleżanką Olą Cisłak, z  którą badam władzę, doszłyśmy do wniosku, że to, czego powinno uczyć się liderów, to patrzenia z  perspektywy drugiej strony. Nauczyciela – patrzenia z  perspektywy ucznia, dyrektora – z  perspektywy pracownika, rodziców – dziecka, jednego partnera – z  perspektywy drugiego. Bo władza tylko na chwilę pozbawiona tej perspektywy koncentruje się na sobie. Warto podporządkowanie zamienić na relację partnerską, niekonfrontacyjną, choć wiem, że brzmi to trochę utopijnie. Owszem, czasami trzeba tę władzę zaakcentować. Na przykład w  sytuacji kryzysowej, żeby bez dyskusji pokierować zespołem, albo w  relacji rodzice – dziecko, kiedy trzeba dziecku zapewnić bezpieczeństwo. Ale w  większości sytuacji najlepsze rezultaty przynosi nienarzucanie zdania, tylko zapraszanie do dyskusji i  uwzględnianie opinii drugiej strony.

Mówi się, że bycie szefem oznacza bycie samotnym.

– Nie kupuję tego stwierdzenia. Jeżeli władczy szef, ojciec, mąż czuje się samotny, to na własne życzenie. Widocznie zamknął się w  wieży z  kości słoniowej, przestał zauważać potrzeby podwładnych i  patrzeć z  ich perspektywy, a  więc sam zapracował na swoją samotność.

Władza może dobrze wypełnić swoje zadania pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, nie może być pozostawiona sama sobie, bez kontroli. Po drugie, musi się otworzyć na informacje zwrotne od „strony rządzonej”. To wszystko także dla jej dobra. Bo jeśli tych warunków nie uwzględni, straci kontakt z  rzeczywistością, realną ocenę sytuacji, przyjaciół. To są straty długoterminowe, o  których rządzący nie myślą.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Moja studentka zastanawia się w  swojej pracy magisterskiej, kim jest prawdziwy przywódca. Spośród wielu definicji wybrała następującą: lider to ktoś, kto w  chwili zagrożenia mówi: „Chodźcie za mną”, natomiast władca woła: „Naprzód”. Ja bym dodała: Dziel się władzą, bo tak długo, jak się nią dzielisz, tak długo wszyscy mają z  niej korzyści.

  1. Psychologia

Depresja młodzieńcza – jak rozpoznać, gdy dziecko woła o pomoc? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło

- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Oprócz pały, złamanego serca i pryszczy – nastolatkom coraz częściej grozi depresja. Co z tym czynić? Oto elementarz psycholożki Ewy Woydyłło. 

Gdzie szukać korzeni depresji młodzieńczej?
Depresję u dzieci zaczęto diagnozować dopiero w latach 70. ubiegłego wieku. Badania przeprowadzone m.in. w Kanadzie pod kierunkiem prof. Sylvany Côté z uniwersytetu w Montrealu pokazały, że u około 15 proc. małych dzieci, od 5. miesiąca do 6. roku życia, czyli niemowlaków i przedszkolaków, występują objawy depresyjne: niechęć do zabawy, opóźniona reakcja na bodźce, smutek, płaczliwość, wybuchy złości, nerwowość. Dzieci te długo się moczą, źle sypiają, nie mają apetytu, a co za tym idzie wolniej się rozwijają. Uczeni dostrzegli wyraźny związek między tymi objawami a depresją u matek. Sugerują, że jeżeli matka zajmująca się małym dzieckiem sama ma przez dłuższy czas obniżony nastrój, to dziecko może niejako odwzorowywać jej zachowania. Ono jest pewnym lustereczkiem, echem rodzica – jeśli ten zadba o swój stan ducha i psychiki, to nie musi się specjalnie martwić o wystąpienie depresji u dziecka. Jeżeli jednak dziecko od maleńkości rzadko spotyka się z uśmiechem, pieszczotą, to siłą rzeczy nauczy się chować przed światem, w którym jest zimno i smutno.

Ale nastolatek, nawet utulany w dzieciństwie, dojrzewa i nie radzi sobie z pewnymi sytuacjami...
No tak, w domu zawsze czekała mięciutka poduszeczka, a gdy zaczęła się szkoła i kontakty zewnętrzne, coraz więcej czasu spędza poza bezpiecznym środowiskiem rodziny – rano na 8 do szkoły, powrót wieczorem – i często... pustka. Nawet jeśli rodzice się pojawiają, to często są zajęci swoimi sprawami. Dziecko zaczyna tworzyć własne relacje z nowym otoczeniem, a w nim zachodzą procesy, nad którymi samo może nie potrafić zapanować, np. nad przykrościami ze strony rówieśników czy bezdusznością lub krzywdą ze strony dorosłych. I jeśli w rodzinie nie ma nawyku prowadzenia rozmów z dzieckiem, to na pytanie: „Co ci jest syneczku?”, odpowie: „nic”, bo wcześniej, gdy przychodził i mówił: „Mamo, a dzisiaj w szkole...”, ona nie pozwalała mu nawet dokończyć: „Oj, synku, daj spokój, widzisz, że jestem zajęta”. Teraz boi się, że znów usłyszy: „Nie zawracaj mi głowy drobiazgami”.

To drobiazgi dla nas – dorosłych, ale nie dla nastolatki, której kolega wykrzyczał, że ma krzywe nogi.
Tak, to dla niej katastrofa i wystarczy, by – jak to teraz mówią młodzi – dziewczynka złapała doła. Zwłaszcza gdy rodzina nie znajdzie czasu na okazanie zainteresowania. Często tak się dzieje. Na przykład wraca Jasiek ze szkoły ze smutną miną, a mama pyta: „Co się stało?”. „Pobił mnie Krzysiek” – żali się syn, na co mama: „No to mu oddaj!” – i koniec rozmowy. Dziecko może się w tym momencie zamknąć w sobie, bo jemu nie chodzi wcale o to, czy oddać czy nie, tylko dlaczego Krzysiek go nie lubi. A może jeszcze podczas bójki śmiała się z niego cała klasa? Dziecko wyśmiane czy odrzucone przez rówieśników czuje się podobnie jak np. tata wyrzucony z pracy. I właśnie to samopoczucie jest ważne, o nim należy z dzieckiem rozmawiać.

Film Jana Komasy „Sala samobójców” obrazuje dramatyczną sytuację wielu współczesnych dzieci. Bohater tego filmu bierze udział w pewnym szkolnym incydencie, zostaje przy całej klasie ośmieszony i już się z tego nie podźwiga. Jego rodzice zajmują wysokie stanowiska, chłopca wozi kierowca, można powiedzieć, że niczego mu nie brakuje. A jednak brakowało – wysłuchania, pochylenia się najbliższych nad tym, co tak naprawdę przeżywał. Głośny był też dramatyczny wypadek dziewczynki z Gdańska, którą chłopcy skrzywdzili seksualnie, wszystko nakręcili komórkową kamerą i filmik puścili w internecie. Dziewczynka popełniła samobójstwo. Dlaczego? Dlatego, że nie była w stanie sobie sama z czymś takim poradzić i nie uzyskała w wystarczającym stopniu pomocy dorosłych.

Jak rozpoznać, że dziecko woła o pomoc?
Depresja jest stopniowo pogłębiającym się procesem i z początku człowiek nie czuje się jeszcze tragicznie. Np. mama pyta 12-letniego synka: „Stasiu, niedługo twoje urodziny. Gdzie je w tym roku urządzimy?”, a Staś: „Nie, nie, mamo, nie będziemy nic robić, zaniosę cukierki do szkoły i już” – dziecko rezygnuje z czegoś, co wcześniej było dla niego atrakcją, przyjemnością. A to oznacza, że musiało odebrać jakieś negatywne sygnały. I myśli: „A może na moje urodziny nikt nie przyjdzie?”. Coś mu przeszkadza wierzyć, że się uda. Wrażliwe, niepewne siebie dzieci tak bardzo boją się odrzucenia, że wolą zrezygnować. Nieuważni dorośli mogą sprawę zlekceważyć: „Nie, to nie”.

Zanim u dorastającego dziecka rozwinie się poważny stan depresyjny, wysyła ono mnóstwo różnych sygnałów, jak gdyby wołało: „Zauważcie mnie!” „Pomóżcie mi!”. To nigdy nie jest tak, że od razu popada w skrajną rozpacz i chce sobie odebrać życie.

Jakie zachowania powinny być sygnałami ostrzegawczymi, których nie wolno lekceważyć?
Długotrwały smutek, pogorszenie wyników w nauce, zerwanie kontaktów z innymi dziećmi, coraz dłuższe przebywanie w odosobnieniu, niechęć do tego, co wcześniej było jego pasją lub sprawiało przyjemność.

Czy objawy stanów depresyjnych u dzieci i młodzieży są podobne jak u dorosłych?
Tak, bardzo podobne: wycofanie, izolacja, płaczliwość, nerwowość, wybuchowość, unikanie towarzystwa, często zaburzenia łaknienia – szczególnie dziewczynki nie mogą sobie z tym poradzić, załamują się psychicznie, wpadają w anoreksję lub bulimię. Jednym z objawów depresji jest także niechęć do ruchu, sportu, wszelkich form aktywności.

Okres dojrzewania generuje depresyjne nastroje?
Nie, wcale nie. Biologia wyposażyła człowieka w niezbędne mechanizmy służące przetrwaniu. Ale współczesne pokusy, nadmierna wolność i wynikające z niej zagrożenia powodują, że młoda osoba może sobie nie poradzić z wyborami. Nastolatki zbyt często słyszą: „Nic z ciebie dobrego nie wyrośnie”, „Ty nigdy nie znajdziesz męża”, „Na imprezie cię zgwałcą i będziesz mieć zszarganą opinię”... Nawet gdy są to tylko przestrogi, pozostawią ślad, zrobią wyrwę w psychice, szczególnie u osoby wrażliwej.

Inna sprawa: w Polsce wiele tematów nadal jest tabu, np. prawie w ogóle nie porusza się kwestii bezpiecznego seksu. A tabu, niestety, nie chroni przed zagrożeniami, tylko powoduje, że młodzi ludzie pozostają sami ze swymi pytaniami i decyzjami.

Nie mogą też często udźwignąć zbyt wygórowanych oczekiwań, jakie stawiają im rodzice...
Zwłaszcza gdy wysokim wymaganiom towarzyszy brak uwagi: nieważne, co przeżywasz, musisz przynosić ze szkoły same szóstki i już. No cóż, w naszych czasach panuje okrutny dyktat osiągnięć. Dziecko nieodnoszące sukcesów jest narażone na poczucie bezwartościowości. Wróży mu się życie pełne niepowodzeń. Mało kto zatrzyma się przy takim dziecku i spróbuje dodać wiary w siebie, otuchy i wsparcia.

A dobre rodzicielstwo opiera się na szacunku, zaufaniu i tworzeniu życzliwych, dobrych relacji. Dziecko powinno jak najczęściej słyszeć od matki i ojca: „Cieszę się, gdy cię widzę. Jaka jestem szczęśliwa, że jesteś. Nie chciałbym, żebyś był inny...” – dostawać komunikat, że jest ważną częścią życia taty i mamy, niezależnie od tego, czy odrabia lekcje czy nie.

I czy swój smutek wyraża agresją, buntuje się, staje się opryskliwy i wrogi?
Agresja zwykle wynika z lęku. Dziecko może się bać potępienia, poniżenia, podważenia swej godności. Opryskliwość i wrogość bywają też odwzorowaniem zachowań, jakie dziecko obserwuje u najbliższych dorosłych. Jeśli nie może bezpiecznie z nimi rozmawiać o swoich uczuciach, to będzie je ukrywać i tłumić – ten zgromadzony, pełen napięć stan psychiczny musi gdzieś znaleźć ujście i często znajduje w agresji lub autoagresji – sznyty, okaleczenia, piercing czy deformujące urodę tatuaże... to również akty buntu, złości...

Jak pomagać?
Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ale nie wtedy, gdy wystąpią już poważne nieporozumienia. Więź buduje się od urodzenia. Małe dzieci są otwarte i spragnione kontaktu z rodzicami. Nie wolno ich odpychać, dawać do zrozumienia, że ważniejsze są telewizja, gazeta, znajomi, zajęcia domowe czy praca zawodowa. Dziecko odtrącane zapamięta to i potem samo do rodziców nie przyjdzie. Najlepsze relacje z dziećmi zależą nie od pieniędzy, markowych ubrań czy drogich wakacji, tylko od tego, ile czasu dorośli i dzieci spędzają razem i towarzyszą sobie we wszystkim, co się w rodzinie wydarza.

Rodzice zapytają: „A kto zarobi na życie?”.
No jasne, że dorośli, tylko może opłaci się czasem troszkę mniej zarobić, a więcej czasu poświęcać dziecku. Jak ktoś decyduje się na dziecko, musi mieć dla niego czas, bardzo dużo czasu i to przez kilkanaście lat jego życia. Oczywiście nie dotyczy to tylko rodziców. Dziecku potrzebni są także dziadkowie, inni krewni, przyjaciele. Suma tego czasu zaowocuje w przyszłości jego odpornością na wszelkie niepowodzenia i problemy.

Mówi pani „rozmawiać...”. A co, jak rodzic nie potrafi dotrzeć do dziecka, otworzyć go?
Nie zawsze rozmowę musi prowadzić rodzic, może to być ktokolwiek, kto ma z nim dobry kontakt – ciocia, dziadek, ulubiony nauczyciel, trener, ksiądz... Czasami trzeba pójść do szkoły, do druha z harcerstwa, do rodziców kolegi... – wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy to dziecko znają i je rozumieją. Jeśli nikt z tych osób do niego nie dotrze, należy szukać pomocy w poradni wychowawczej, u psychologa dziecięcego, lekarza.

Jakie słowa skierowałaby pani wprost do nastolatka?
Zawsze, kiedy masz doła, znajdź osobę, ale powinna to być osoba dorosła, z którą możesz w zaufaniu porozmawiać o tym, co czujesz i przeżywasz. Unikaj samotności – nie zamykaj się w sobie, nie uciekaj w wirtualny świat internetu, bo prawdziwe życie jest tylko z prawdziwymi ludźmi, w realu. Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie.

Jak pomóc dziecku przerwać milczenie i skłonić do ujawnienia, co je gnębi?

Trzeba w stosunku do niego wyzbyć się gniewu, wstydu, żalu, pretensji. Ważny jest dobór słów. Oto kilka zdań, od których można zacząć rozmowę. Pozwolą dziecku uwierzyć w możliwość rozwiązania problemów:

  • Przejdziemy przez to, poradzimy sobie...
  • Nie myśl, co będzie kiedyś. Chodź, zastanówmy się, co można zrobić teraz...
  • Z różnymi trudnościami zwykle radzisz sobie nienajgorzej, podziwiam cię...
  • Na pewno znajdziemy dobre wyjście, możesz na mnie liczyć...
  • Każdy ma kłopoty, nie zostawię cię z nimi...
  • Wiem, że starasz się najlepiej, jak umiesz. Nikomu nie układa się zawsze wszystko po jego myśli...
  • Bardzo chcę, żeby minął ten trudny okres. Powiedz, jak ci w tym ulżyć...
  • Cieszę się, że ciebie mam. To nic, że czasem napotykamy na jakieś trudności. Przecież po to jestem, by je z tobą rozwiązywać...