1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na tropie współczesnych przejawów mitu o femme fatale

Na tropie współczesnych przejawów mitu o femme fatale

Kobieta fatalna przez lata karmiła (głównie męską) wyobraźnię. Kusi i uwodzi, innym razem wzbudza troskliwe odruchy, a wszystko po to, by zdobyć, wykorzystać i porzucić. (Fot. iStock)
Kobieta fatalna przez lata karmiła (głównie męską) wyobraźnię. Kusi i uwodzi, innym razem wzbudza troskliwe odruchy, a wszystko po to, by zdobyć, wykorzystać i porzucić. (Fot. iStock)
Kusi i uwodzi, innym razem wzbudza troskliwe odruchy, a wszystko po to, by zdobyć, wykorzystać i porzucić… Kobieta fatalna, pożeraczka męskich serc. Przez lata karmiła (głównie męską) wyobraźnię. Ile w tym obrazie prawdy, a ile lęku lub złośliwości? Czy taka kobieta naprawdę istnieje?

Mit pięknej i niebezpiecznej kobiety jest głęboko zakorzeniony w naszej kulturze. Wywodzi się ze starożytnych wierzeń, wczesnym przykładem femme fatale była sumeryjska bogini wojny i miłości Isztar. W greckiej mitologii występowała Kirke, która uwiodła Odyseusza, w mitologii żydowskiej pierwsza żona Adama – Lilith, która była sprawczynią szalonej miłości, ale też upiorzycą. I wreszcie biblijna Ewa – doprowadzająca Adama, a tym samym i całą ludzkość, do zguby… Przyznaję, że nie do końca czuję postać femme fatale. Próbuję zebrać wszystko, co o niej wiem: jest piękna, inteligentna, niezależna. Zna się na mężczyznach, wie, co na nich działa; nie musi chodzić w seksownych ciuchach, żeby roztaczać wokół siebie czar kobiety, o której każdy marzy. Ale co to znaczy: „nie jest w stanie się oprzeć”? Przecież dorosły mężczyzna ma siłę i wolę, by o sobie decydować. Poza tym nie każdy flirt jest grzeszny i nie każdy musi mieć finał w sypialni. Fatalna kobieta kontra wykorzystany i porzucony mężczyzna – jakoś to do mnie nie przemawia.

Świadomość atutów

Panią S. poznałam przed laty, kiedy pisałam tekst o kobietach sukcesu. Była prezeską jednego z potężniejszych koncernów. Niewątpliwie miała władzę i była świadoma, że jako kobieta w świecie mężczyzn może wiele ugrać, wykorzystując swoje kobiece atuty. Doskonale pamiętam jej czerwone szpilki i krwistą czerwień na ustach. – Na zebraniach zarządu jestem ja i 40 mężczyzn. Dlaczego mam nie korzystać z faktu, że jestem kobietą? – mówiła. Byłam pod jej ogromnym wrażeniem.

Wiktoria śmieje się, że żyje z mężczyzn, bo większość zleceń zawodowych załatwiła sobie „przez łóżko”. Dzięki temu ma pracę, pieniądze i fajny seks, czyli jak sama mówi „łączy przyjemne z pożytecznym”. Miała nawet epizod (zawodowy i prywatny) z mężem jednej z przyjaciółek. Kiedy pytam ją, czy czuła do niej złość albo zazdrość, rzuca lekko, że moralność i wierność partnerów innych kobiet to nie jej sprawa.

Moim zdaniem obie kobiety łączy jedno: są świadome siebie, swoich atutów, także cielesnych, i potrafią używać mózgu. Może to właśnie nie podoba się innym? Może tego się boją? I na podstawie tego lęku i niecheci tworzą mit, pokutujący od wieków.

Postanawiam zasięgnąć wiedzy u źródeł, u kogoś, kto poznał ten mit od podszewki. Vincent V. Severski, pisarz, autor powieści szpiegowskich, wydał w ubiegłym roku książkę „Christine” o Krystynie Skarbek, klasycznej femme fatale, agentce brytyjskich służb specjalnych w czasie II wojny światowej.

Vincent V. Severski, 'Christine', wyd. OsnoVa (2019) Vincent V. Severski, "Christine", wyd. OsnoVa (2019)

Chodzi tylko o seks?

Ulubienica Churchilla, kochanka Iana Fleminga, pierwowzór Vesper Lynd – dziewczyny Jamesa Bonda z pierwszej powieści „Casino Royale”, następczyni Maty Hari…  – Tak naprawdę są dwie Krystyny Skarbek – jedna, ta prawdziwa, która urodziła się, żyła i zginęła tragicznie, i druga – produkt medialny, w dużym stopniu wymyślony życiorys, który powstał po jej śmierci – mówi Severski.

Już sama śmierć była spektakularnym wydarzeniem – klasyczne zabójstwo w afekcie (dźgnięta nożem prosto w serce przez odrzuconego, domniemanego kochanka) i uruchomiła lawinę fantazji na temat jej życia i działalności szpiegowskiej. – Tymczasem były Polki bardziej znane i bardziej zasłużone jako agentki wywiadu – zauważa Vincent Severski. – Zbierając materiał do książki, zacząłem się przyglądać temu, gdzie jest granica pomiędzy prawdziwą Krystyną Skarbek a mitem, funkcjonującym w mediach i w książkach na temat jej życia.

Zaraz po jej śmierci zaczęli pojawiać się mężczyźni, którzy snuli opowieści o poznaniu Krystyny, zawiedzeni – mniej lub bardziej – znajomością z nią. – Z tego zrodziło się ze 150 kochanków, w tym choćby Włodzimierz Ledóchowski, hrabia, który w swoich pamiętnikach uwiecznił romans z Krystyną. Jest w nich m.in. barwna opowieść o tym, jak szedł z nią zimą przez Tatry do Polski, po ciężkim marszu położyli się w śpiworach pod gałęziami świerku, mróz -30 stopni, obydwoje zmęczeni, brudni, nagle ona zaczyna się do niego dobierać. Nie mogli zaczekać, aż dojdą do Zakopanego? To prymitywne, ale dobrze buduje postać, doskonale obrazuje przykład tworzenia się legendy kobiety wampa – tłumaczy Severski.

Przyznaję, że czuję się zawiedziona. Ale i zaintrygowana. Czyżby to właśnie mężczyźni byli sprawcami czy raczej twórcami mitu o femme fatale. – Ja doliczyłem się raptem pięciu kochanków, a nie stu – mówi Severski. – Czy pięciu kochanków w czasie wojny to jest jakieś naruszenie standardów? – pyta.

Nie mam pojęcia, ale zastanawiam się, czy w zjawisku femme fatale zawsze chodzi o seks. A może mit dotyczy właśnie liczby kochanków, podczas gdy sedno zjawiska to jej osobowość, a nie natężenie orgazmów? – Oczywiście Christine nie była purytanką, ale nie sądzę, by w pracy agentki wykorzystywała seks – wyjaśnia Severski.

Wojna moja miłość!

– Krystyna Skarbek potrafiła uwodzić, bo wiedziała, jakimi atrybutami dysponuje. Była bardzo inteligentna, miała bogatą osobowość. Gdziekolwiek się pojawiała, mężczyźni zawsze do niej lgnęli, a kobiety ją odrzucały. Była głodna życia, niesłychanie aktywna, szalenie otwarta. Wiedziała, że ma jakiś dar, urok, który potrafiła wykorzystać także jako agentka brytyjskiego wywiadu. Hasło jej życia to: wojna moja miłość! – mówi pisarz. – A co z taką prawdziwą miłością? – dopytuję. – Była wielka miłość, z Andrzejem Kowerskim. Ich relacja burzy obraz Krystyny jako bezwzględnej uwodzicielki. Spotkali się jeszcze przed wojną, w Zakopanem. Andrzej to kaleka, bez nogi, wcale nie przystojny i od niej młodszy. Ich związek był niezwykle silny, rozstawali się, a potem do siebie wracali. Dzień przed śmiercią Krystyna dzwoniła do Kowerskiego, chciała, żeby do niej wrócił. Są razem pochowani.

– No dobrze, czyli kochała prawdziwie, ale jednak zginęła z rąk odrzuconego kochanka, jak na kobietę fatalną przystało – podkreślam. – Krystyna była szpiegiem czasów wojny. Kiedy wojna się skończyła, prawdopodobnie doznała silnego syndromu odstawiennego. Wojna jest jak narkotyk, wszystko się robi na maksa, a to uzależnia. I nagle ta adrenalina, która ciągle w tobie jest, nie znajduje ujścia. Krystyna, która w czasie wojny ratowała świat, nagle musiała ścielić łóżka na statku (była stewardessą i pokojówką). To się musiało źle skończyć. Jej zabójca, Denis Muldowey był nikim, to nie był partner dla niej. Steward na statku, kucharz. Chodziła z nim do klubów, tak jakby chciała ludzi drażnić mężczyzną u boku, na widok którego wszyscy zastanawiali się: skąd on się tu wziął? Podejrzewam, że wykorzystała go jako narzędzie do samobójstwa.

Kat czy ofiara?

Zdaniem psychologów w relacjach pomiędzy kobietą wampem a mężczyznami jest coś na rzeczy, a początek historii sięga korzeniami dzieciństwa. Krystyna Skarbek była silnie związana z ojcem, była jego gwiazdeczką – rozpieszczaną i adorowaną. Kiedy stracił rodzinny majątek, jej życie się odmieniło. Być może ten fakt był powodem ogromnego rozczarowania mężczyznami. Często w rolę femme fatale wchodzą kobiety, które jako dziewczynki były emocjonalnie porzucone przez ojca. Czy chęć odwetu w dorosłym życiu jest symbolicznym aktem zemsty na ojcu? Być może. A kim są ci biedni mężczyźni, którzy w taki okrutny sposób pozwalają się wykorzystywać przez kobiety modliszki? Historia zna wiele przypadków, kiedy romans z niewłaściwą kobietą doprowadził zamożnego mężczyznę do bankructwa. Albo polityka czy innego znanego osobnika płci męskiej  naraził na zrujnowanie ciężko wypracowanej kariery. No cóż, wielu mężczyzn lubuje się w kobietach o tzw. złym charakterze, demoniczny pierwiastek może być naprawdę bardzo pociągający. A może to tęsknota za despotyczną matką, którą można było podziwiać, ale seks z nią był tabu? Toksyczne związki nie należą wcale do rzadkości, choć – przynajmniej w opowieściach – sprawcą częściej jest mężczyzna niż kobieta.

Nie zapominajmy, że kat i ofiara czerpią jednakowe zyski z utrzymywania się w swoich rolach. Wielu mężczyzn, ale też wiele kobiet wykorzystanych przez partnera, po rozstaniu wybiera kolejną osobę o typie kata. Można więc uznać, że femme fatale i jej ofiara realizują wspólny scenariusz, a ich relacja jest grą w miłość i nienawiść, a może bardziej w miłość i wojnę (pamiętacie hasło Skarbek: wojna, moja miłość?). Dziś ta relacja bardziej przypomina rywalizację, a flirt jest tu skuteczną kobiecą bronią.

Moim zdaniem współczesna femme fatale jest typem walecznej wojowniczki: wykorzystując swoje kobiece atuty, walczy o coś, co do niedawna należało do świata mężczyzn; władzę, sławę, karierę czy prawo do kochanka na jedną noc. W naszej kulturze, gdzie kobieta ciągle jeszcze może być albo kurą domową, albo facetem w spódnicy, rywalizującym z mężczyznami o stołek prezesa – to nadal szokuje. Ale sadzę, że odrobina energii femme fatale tkwi w każdej z nas i nie powinnyśmy się bać z niej korzystać. Każda z nas ma swoją historię, swoje miłości, miłostki i romanse, swój skrypt na poruszanie się w męskim świecie, ale im bardziej znamy samą siebie, tym bardziej wiemy, co jest naszym atutem. Nie bójmy się sięgać po swoje w relacjach, ale róbmy to na partnerskich zasadach, nie wchodząc ani w rolę kata, ani ofiary.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.

  1. Psychologia

Matka-córka – relacja na całe życie. Nie wszystko od niej zależy 

Szczególnie matki lubimy obwiniać o to, że nam się nie układa w życiu. Tymczasem przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, jak wygląda nasze życie, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. (Fot. iStock)
Szczególnie matki lubimy obwiniać o to, że nam się nie układa w życiu. Tymczasem przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, jak wygląda nasze życie, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. (Fot. iStock)
Chodzi o moment, kiedy arcyważne, kluczowe przestaje być dla ciebie to, czego chce twoja matka. Rozmowa z psychoterapeutką Izą Falkowską-Tyliszczak.

Nie znam ani jednej kobiety, która określiłaby swoje relacje z matką jako bardzo dobre, zawsze są jakieś punkty zapalne. Czy to oznacza, że relacja między tymi dwiema konkretnymi dorosłymi kobietami jest tą najbardziej naminowaną spośród wszystkich relacji międzyludzkich?
Na wstępie musimy zdać sobie sprawę z tego, że wszystkie uczucia, które żywimy są mieszane. Więc być może cię zaskoczę, ale powiem, że nie ma nic dziwnego w tym, że nie znasz kobiety, która ma ze swoją matką jednoznacznie dobre relacje, bo one zawsze w każdej więzi są pomieszane. Oczywiście, rozumiem że może chodzić o to, że mało jest relacji matka – córka, w których to, co dobre byłoby w znaczącej przewadze. Rzeczywiście, między matką i córką bywa dość „gorąco” choćby dlatego że poza miłością i obustronną chęcią zbliżenia wpisana jest w tę relację rywalizacja. A kiedy między ludźmi jest rywalizacja może pojawić się nawet wręcz nienawiść. I ona, istotnie, wcale nierzadko pojawia się między kobietami, które darzą się jednocześnie także miłością. Poza tym relacja z matką jest naszą pierwszą i choćby przez to najważniejszą oraz najintensywniejszą relacją.

No tak, ale ta ważność i intensywność dotyczą także relacji matki z synem, a ta jest chyba jednak łatwiejsza, pomimo spełniania tych samych warunków.
Dlatego powiedziałam też o rywalizacji, w przypadku dwóch kobiet jest zdecydowanie bardziej „nabrzmiała”.

Pojawia się zawsze, nawet, kiedy wydaje nam się, że jej nie ma?
Jest zawsze, jest częścią układanki czy konstelacji matka – córka. Jest w nią wpisana.

Już Freud pisał o rywalizacji dotyczącej „walki” o względy ojca. A czy „walczymy” ze sobą o coś jeszcze?
O czas, o punkt, w którym znajdujemy się na linii życia. Jak pomyślisz o sytuacji, kiedy córka wchodzi w dorosłość, to zwykle moment, kiedy parabola życiowa matki jest już po osiągnięciu szczytu. Czyli córka wdrapuje się na szczyt życia, matka z niego schodzi. I teraz, w relacji, w której przeważa między kobietami to, co dobre, matka przede wszystkim cieszy się, że córka kwitnie, idzie w życie, a jakaś część matki idzie w świat dalej w jej córce, ale to nieuchronnie budzi w niej też ból, cierpienie i zazdrość. Zawsze. Pytanie tylko, co będzie przeważało? Radość czy zazdrość?

Czyli, córka jest zawsze, tylko w różnym stopniu toksyczności, dla matki ucieleśnieniem jej tęsknoty za kobiecością, za mijającym czasem?
Zdecydowanie tak. Pewnie wszyscy znamy kobiety, które nie są w stanie pogodzić się z tym stanem rzeczy. Na zewnątrz przejawia się to choćby strojem czy sposobem bycia. Patrzysz na dwie kobiety, matkę i córkę, i nie jesteś w stanie, po tym jak wyglądają, odróżnić, która w życie wchodzi, a która ze szczytu schodzi. Bo ta druga robi wszystko, by zatrzymać czas. Ubiera się, powiedzmy, „młodzieżowo”, a do córki zwraca się w taki sposób jak byłyby koleżankami. Chętnie pójdzie z nią i jej znajomymi do klubu, by poszaleć… Sprawdzić, która z nich wzbudzi w mężczyznach więcej uwagi i atencji, itd.

No i drugim bardzo ważnym obiektem rywalizacji, jak wspomniałaś, jest ojciec, czy partner matki. Tu „walka” rozpoczyna się o wiele wcześniej, bo już mniej więcej w momencie, gdy córka kończy trzy lata. I oczywiście, „zdrowym” scenariuszem, dobrym dla późniejszych relacji matki i córki jest sytuacja, w której akurat ten wyścig „wygrywa” matka. Jeśli stanie się inaczej, albo jeśli wynik nie będzie jednoznacznie czytelny, to nie wpłynie dobrze na dalsze kształtowanie się relacji między dwiema kobietami.

Co jeszcze, z psychologicznego punktu widzenia, może być puntem zapalnym między matką a córką?
Sądzę, że te dwie batalie są absolutnie kluczowe, i chyba wszystko, co poza nimi jest jedynie pochodną przejścia przez te dwa progi w nie do końca właściwy sposób. Choć może jeszcze wspomniałabym o władzy i kontroli. To znaczy, chodzi o to, by to matka pozostała w rodzinie tą kobietą, która do pewnego momentu dyktuje warunki, dominuje nad córką, oczywiście uwzględniając szacunek i miłość wobec dziecka, ale to jednak ona ma do pewnego czasu być tą, która sprawuje kontrolę, decyduje, jej a nie córki zdanie powinno być ostatnie.

A czy jakieś znaczenie ma także konstrukcja psychiczna kobiety? Czy fakt, że kobieca emocjonalność jest „bardziej złożona” ma jakiś znaczenie i wpływa na trudność porozumienia między matkami i córkami? Czy to może jedynie szkodliwy stereotyp?
Nie przesądzałabym, że specyfika konstrukcji kobiecej psychiki ma tu znaczenie. Powiem wręcz, że jeśli chodzi o rozmaite zakłócenia psychiczne są one potencjalnie częstsze u mężczyzn niż u kobiet. Dzieje się tak dlatego, że w procesie rozwojowym najpierw dochodzi zawsze do identyfikacji z pierwszym obiektem, a tym jest matka. Czyli, chłopiec pierwotnie identyfikuje się z obiektem płci przeciwnej, a dopiero później zmienia ją na identyfikację z ojcem, czyli tę już zgodną ze swoją płcią. Zatem, mówiąc obrazowo, jego droga jest podwójna, dziewczynka ma ją w sposób naturalny skróconą. Dlatego, nie zgodzę się, by powiedzieć, że my, kobiety jesteśmy bardziej „złożone psychicznie”. Z pewnością jest tak, czy to z biologicznych czy kulturowych przyczyn, że jesteśmy bardziej ekspresyjne, czyli bardziej „odsłonięte”. I to rzeczywiście może mieć jakieś znaczenie. Siłą rzeczy, kiedy mężczyzna, syn, jest mniej ekspresyjny, to temperatura relacji matka – syn jest z założenia niższa niż temperatura relacji między dwiema kobietami. Choć oczywiście nie wolno pomijać tu kwestii osobniczych, związanych z temperamentem. Zatem wiele, zależeć będzie od tego jakiej matce rodzi się jaka córka.

Wiemy już, co może być powodem trudnych relacji między matką i córką, że ich źródło najczęściej leży w niewłaściwym przejściu przez dwa ważne progi, momenty. Wiadomo – nikt nie jest doskonały i każdej matce może zabraknąć kompetencji. Jednak, choć wspólna przeszłość jest ważna, naznaczająca, nie musi przecież ostatecznie zdeterminować przyszłości. Mamy wybór, możemy iść przez życie z transparentem: „Matka mnie skrzywdziła” lub zrobić coś, by uwolnić się od nie najlepszego wczoraj… Być może takie uwolnienie byłoby oddechem dla obu stron, dla obu kobiet?
Bez wątpienia to, co dostajemy w domu, od matki, jest paczką na wynos, na całe życie. Ale to jeszcze nie oznacza, że z jej całą zawartością musimy przez dalsze życie maszerować, bo: „Dostałyśmy plecak z zawartością, więc z nim idziemy. Koniec, kropka”. Dojrzałość polega na tym, by kiedy czujemy, że coś mocno uwiera nas w plecy, zatrzymać się w pewnym momencie, zdjąć pakunek, otworzyć go, przejrzeć zawartość, ustalić, co uwiera i to wypakować!

Brzmi pięknie, jednak w praktyce zwykle jest potwornie trudne…
To, co zostaje? Kapitulacja? Bycie ofiarą, z wielu powodów, bywa atrakcyjną ofertą, zdejmujemy z siebie odpowiedzialność, nie musimy ryzykować, itd., ten „luksus” uzależnia. Ale na końcu zawsze jest cierpienie. Nasze własne, bo to my przegrywamy swoje życie. Czy naprawdę warto na złość matce odmrozić sobie uszy? Nie układa mi się z mężczyznami? To wina mojej matki! Jasne, tylko to mnie się nie układa… Poza uczuciami jesteśmy wyposażeni w jeszcze jeden genialny instrument – myślenie. Warto z niego skorzystać. Kiedy kierujemy się wyłącznie uczuciami, zwiększamy tylko naszą zależność od matki. I na co czekamy? Można czekać na słowo „przepraszam”, ale nie warto czekać biernie. Szkoda czasu, lepiej już teraz wziąć swoje życie we własne ręce.

Mam wrażenie, że często czujemy zgubny przymus, by to co było czy nadal jest jednoznacznie określić. Chcemy wiedzieć czy relacja z matką jest biała czy czarna. I koniecznie tę jedną barwę jej nadać. Córka, by pójść dalej chce poukładać swój świat – stwierdzić jednoznacznie czy jej matka jest/była dobra czy zła. Tymczasem uwolnienie przyjdzie z innego miejsca, ze spojrzenie z innej perspektywy.

Wydaje mi się, że przymus nadawania barw widoczny jest bardzo jaskrawo już w bajkach dla całkiem małych dziewczynek. Zauważ, że niemal w każdej z nich występują dwie postaci – poza dobrą wróżką jest też wiedźma. To obrazuje ambiwalencję, która jest obecna w psychice dziecka wobec ważnego obiektu, którym jest matka. I teraz to, co powinno stać się w procesie rozwojowym, to ustanowienie stałości obiektu.

To znaczy?
Chodzi o to, by uznać, że moja matka czasem jest dobrą wróżką a czasem wiedźmą. I że to jest ta sama osoba o różnych cechach. W bajce i w psychice dziecka bardzo długo to są dwie odrębne kobiety. Dojrzałość polegałaby na tym, by uznać, że to jedna i ta sama postać. Jeśli to nam się uda, idąc dalej, najbardziej konstruktywne, dobre rozwiązanie jest takie, by przestać obwiniać matkę i nie układać sobie w związku z tym życia, tylko w ramach odwetu na tej części naszej matki, która jest wiedźmą, podnieść się i pokazać jej: „Zobacz, radzę sobie!”, „Zobacz, i tak jestem szczęśliwa!”.

A co wtedy zrobi ta dobra wróżka w naszej matce?
Ucieszy się, ona się bardzo ucieszy!

Istnieje jeszcze legendarne przebaczenie…
Dobre i także uwalniające rozwiązanie, tylko do tego procesu konieczna jest gotowość, ruch wykonany po obu stronach. Bo bardzo ciężko jest wybaczyć komuś, kto o wybaczenie nie prosi…
Prawdziwa niezależność, uwolnienie, to moment, kiedy możesz ze spokojem ducha, z „wolnej stopy” zrobić coś nawet wtedy, kiedy twoja matka tego chce… Kiedy możesz na przykład spokojnie założyć na siebie marynarkę nawet jeśli ona podoba się twojej matce. Bo zarówno podporządkowanie się jej i noszenie tego, czego nosić nie chcesz, czy bunt, kontestacja marynarki, ta dwa różne warianty tego samego – zależności. Chodzi o moment, kiedy arcyważne, kluczowe przestaje być dla ciebie to, czego chce twoja matka. To jest prawdziwie uwolnienie.

  1. Seks

Problemy seksualne kobiet – skąd się biorą?

Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Do niedawna seksualność kobieca w społeczeństwie była tematem tabu. Kobietom nie przysługiwało prawo do czerpania radości i satysfakcji z seksu, do osiągania orgazmów czy zmiany partnerów seksualnych. Seks był tematem, o którym porządna, szanująca się kobieta nie powinna mówić. Dziś słowo seks pojawia się na większości okładek prasy dla kobiet. Wraz z wyzwoleniem kobiecej seksualności, zaczęto mówić o trudnościach, jakie w tej sferze się pojawiają. Trudnościach po części wynikających z wpływu przeszłości negatywnie traktującej seksualność kobiety, po części związanych z innymi czynnikami.

Wyzwolone kobiety pragną czerpać radość z seksu, okazuje się jednak, że przyzwolenie na przyjemność nie zawsze wystarcza do tego, by prowadzić satysfakcjonujące życie seksualne. Z tego powodu do gabinetu seksuologa zgłasza się wiele kobiet, cierpiących z powodu różnych dysfunkcji seksualnych, pragnących zmienić swoją sytuację.

Najczęstsza dysfunkcja seksualna, którą zgłaszają kobiety to brak lub utrata potrzeb seksualnych. Kobieta cierpiąca na to zaburzenie nie odczuwa chęci odbywania stosunków seksualnych, często pomimo tego, iż ma partnera, którego kocha i z którym chciałaby współżyć. Niektóre kobiety twierdzą, iż nigdy nie czuły potrzeb seksualnych. Są też takie, u których utrata libido pojawiła się nagle na pewnym etapie życia. Ta sytuacja często powoduje u nich cierpienie i obawy o to, że niezaspokojony seksualnie partner opuści je i znajdzie kobietę, która spełni jego oczekiwania.

Bolesność narządów płciowych podczas współżycia, zwana dyspareunią, to kolejna trudność, z którą borykają się kobiety. Ból bywa tak silny, że uniemożliwia odbycie stosunku, pomimo ochoty na seks i pojawiającego się podniecenia. Dyspareunii często towarzyszy pochwica, polegająca na silnym zaciśnięciu mięśni okołopochwowych, uniemożliwiającym wprowadzenie penisa, a czasem nawet palca do pochwy.

Problemy seksualne zgłaszają również kobiety, które mają ochotę na seks, czują podniecenie i nie odczuwają bólu podczas współżycia. Pomimo tego z jakichś przyczyn nie potrafią czerpać przyjemności z seksu oraz nie są wstanie osiągnąć orgazmu.

Skomplikowana i zawiła seksualność kobieca powoduje, iż odkrycie przyczyny ich trudności bywa bardzo trudne. Z tego też powodu seksuolog nierzadko musi przeprowadzić bardzo dogłębną analizę problemu. Wiele pacjentek, udających się do gabinetu seksuologa idzie tam z nadzieją, że dostanie cudowną pigułkę, która je wyleczy. Niestety nie jest to takie proste. Zaburzenia seksualne u kobiet zdecydowanie częściej pojawiają się na tle psychologicznym niż biologicznym. Te drugie mogą wiązać się z niektórymi chorobami, takimi, jak cukrzyca, nadciśnienie, zaburzenia hormonalne czy choroby neurologiczne oraz przyjmowaniem niektórych leków. Czynniki psychologiczne natomiast mogą dotyczyć bardzo wielu obszarów. Brak ochoty na seks często spowodowany jest problemami w relacji z partnerem. Na kłótnie i nieporozumienia z mężczyzną kobieta bardzo często reaguje utratą zainteresowań seksualnych. Jeżeli nieporozumienia są przejściowe, zostają w odpowiedni sposób rozwiązane i nie pozostawiają urazy, ochota na seks z partnerem powraca. Jeśli jednak partnerzy nie mogą się porozumieć i nie potrafią ze sobą rozmawiać, żal i pretensje do partnera mogą stale obniżać zainteresowanie seksem. Jeśli dodatkowo kobieta w takiej sytuacji będzie kochać się z mężczyzną „na siłę”, co nie przyniesie jej przyjemności, niechęć może się utrwalić.

Szalenie istotne jest również postrzeganie swojego ciała przez kobietę. Jeżeli ma niską samoocenę, nie akceptuje swojego wyglądu i nie lubi siebie, prawdopodobnie trudno będzie jej czerpać przyjemność z życia seksualnego. Seksualność jest natomiast na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. Dlatego nie bójmy się mówić otwarcie o tak ważnym elemencie życia i w razie potrzeby prośmy o pomoc.

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety – na którym z nich się teraz znajdujesz?

Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Kobieta w życiu przechodzi różne fazy – przed każdym nowym etapem rozwoju pojawia się kryzys i lekcja do przerobienia. Ale po burzy zawsze zaświeci słońce.

Rozwój kobiety nie jest procesem liniowym: „od–do”, lecz przebiega spiralnie. Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces, pod warunkiem że pozwolisz mu zaistnieć; zatrzymasz się w biegu, dasz sobie chwilę do zastanowienia się, co domaga się w tobie uwagi, dopełnienia, a co odrzucenia i uwolnienia.

Jeśli czujesz, że właśnie znalazłaś się na rozstajach dróg, nie wiesz, kim jesteś i co dalej, sprawdź, którą fazę rozwoju przechodzisz.

1. Faza pełnienia ról

Pewnego dnia nagle odkrywasz, że największą radość daje ci bycie: matką, żoną, babcią albo bizneswoman. Masz apetyt na tę rolę, a wszystkie inne sprawy chcesz odłożyć na bok. Do tej pory zaangażowana w pracę, przechodzisz na pół etatu, by więcej czasu spędzać z dzieckiem. Albo czujesz, że towarzyski styl życia przestaje cię cieszyć, za to twój partner staje ci się bliski jak nigdy dotąd i pragniesz spędzać z nim wszystkie wieczory. A może jesteś młodą mamą i choć do tej pory ta rola bardziej cię przerażała niż cieszyła, teraz czujesz, że macierzyństwo karmi twoją duszę? Albo z innej bajki. Nagle, bez względu na wiek, czujesz wewnętrzną potrzebę uruchomienia własnego biznesu. Wszystkie niezrealizowane dotąd marzenia o pracy, którą kochasz, budzą się w tobie z siłą wodospadu i wiesz, że nie da się tego procesu zatrzymać.

Rady:

  • Zauważaj znaki. Pragnienie zaistnienia w konkretnej roli może pojawiać się w twoich snach, na przykład około czterdziestki zaczną nawiedzać cię sny o ciąży czy bezludnej wyspie, na której jesteście tylko we dwoje – ty i twój partner. Albo na wieść, że w twojej firmie szykuje się redukcja, poczujesz nagłą ulgę: „Teraz już nie muszę zastanawiać się, jak zrezygnować z pracy, bo oto nadarza się cudowna okazja”.
  • Zaufaj intuicji. Jeśli każdego dnia, ilekroć zadajesz sobie pytanie: „Kim jestem?”, wewnętrzny głos mówi ci: „matką”, „nauczycielką”, „lekarzem” itp., to oznacza, że w twoim życiu powrócił etap pełnienia ról. Pójdź za nim, ustąp, pozwól, by ta konkretna, potrzebna rola się w tobie „wysyciła”.
  • Nie usprawiedliwiaj swoich wyborów. Być może świat zewnętrzny będzie próbował cię kusić, straszyć albo zniechęcać. Usłyszysz: „Chcesz rzucić taką dobrą pracę i zająć się ojcem?!” albo: „Własny biznes, w tym wieku?!”, nie walcz z tymi opiniami, nie tłumacz się. Zamiast tego wzmacniaj swoje wewnętrzne przekonanie, że to jest na ten moment twoja droga.
  • Nie analizuj przeszłości. Nie zastanawiaj się nad tym, jaką do tej pory byłaś matką, żoną, pracownikiem. Teraz masz niepowtarzalną szansę przeżycia tej roli po raz kolejny, po swojemu, na zupełnie nowych zasadach.
  • Wsłuchuj się bardziej w duszę i serce niż w rozum. Odgrywaj swoją rolę tak, jak czujesz, a nie tak, jak myślisz. Nie pytaj się: „Jaką jestem: żoną, przyjaciółką, matką…?”, tylko: „Jak czuję swoją rolę?”.

Ćwiczenie

Nagraj swój głos na dyktafon, a potem uważnie przesłuchaj nagranie. Jak go odczytujesz? Czyj to głos? Troskliwej matki, beztroskiej nastolatki, a może pewnej siebie kobiety sukcesu?

2. Faza odkrywania własnej tożsamości

Ni stąd, ni zowąd budzi się w tobie wewnętrzny bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Masz ochotę zmienić swoje życie. Pojawiają się pragnienia, by grubą kreską przekreślić wszystko, co do tej pory ci się przydarzyło; zerwać kontakty z przyjaciółmi, odejść od partnera, rzucić pracę, zmienić styl ubierania i zacząć wszystko od początku. By usprawiedliwić swoje pragnienia, dewaluujesz: dzieciństwo, rodziców, miłość, swoje wybory. Masz wrażenie, że przez te lata byłaś zupełnie kimś innym, że twoje dotychczasowe życie to jakaś jedna wielka pomyłka.

Pragnienie zmiany wszystkiego jest tak silne, że nie jesteś w stanie go powstrzymać. Rzucasz się w „nowe”: pracę, miłość, przyjaźnie. Czasem przytrafia ci się jakiś romans, okazja zmiany mieszkania czy podróż życia. Czujesz, że choć może to niezbyt racjonalne, tego właśnie chcesz najbardziej na świecie. Zachłanność na „nowe” często przypłacasz „niestrawnością”; pojawiają się wyrzuty sumienia, poczucie winy czy obawy, że sobie nie poradzisz. Ale i tak nie potrafisz się zatrzymać. Jesteś jak zdesperowana nastolatka, która sprawdza swoje możliwości, nie zważając na guzy, które sobie po drodze nabija.

Rady:

  • Pytaj siebie. Droga do odkrywania całej prawdy o sobie bywa kręta i pełna wybojów. Czasami można się na niej nieźle poturbować. Przypomnij sobie siebie z czasów nastoletnich, ale nie odrzucaj bagażu doświadczeń, które udało ci się zgromadzić. Czujesz, że nie jesteś w stanie oprzeć się pragnieniu romansu? W porządku, ale najpierw zapytaj siebie, czy jesteś gotowa ponieść konsekwencje, na przykład w postaci zburzenia dotychczasowego związku?
  • Odkryj, ile z twojego obecnego buntu ma źródło w okresie dorastania. Jako dziecko nie potrafiłaś wyzwolić się od despotycznej matki, a dziś u swojej szefowej dostrzegasz jej zachowania? Nie musisz od razu rzucać pracy. Opanuj emocje i oddziel projekcje („widzę w niej matkę”) od rzeczywistości. Odchodząc z pracy, nie porzucisz matki, tylko zrezygnujesz z, być może, dobrej sytuacji zawodowej. Może jest jakieś inne wyjście?
  • Nie pielęgnuj w sobie urazy. Wszystkie wydarzenia, które ci się przytrafiły w życiu, były po coś. Zamiast dewaluować przeszłość, puść ją wolno i rozstań się z nią w przyjaźni. Poczuj wdzięczność za całe to dobro, jakie cię spotkało, a złego nie rozpamiętuj, bo to już było.
  • Daj sobie czas na testowanie. Zwłaszcza jeśli twój apetyt na „nowe” jest zbyt kompulsywny: chwytasz się pierwszej lepszej okazji, by zmienić swoje życie, a potem tego żałujesz i ze wstydu nie potrafisz zrezygnować. Powiedz: „OK, spróbuję nowej pracy”, „zrobię kolejny mały krok w nowej relacji”, a potem sprawdź, jak się z tym czujesz, czy to na pewno jest propozycja dla ciebie.
  • Bądź realistką. Nie jesteś w stanie urodzić się na nowo. Sprawdź, co z twojej poprzedniej wersji uda się zaadaptować do ciebie w nowym wydaniu. Praca na etat to nie twoja bajka? Pomyśl, może uda ci się z tą firmą współpracować na zasadach kontraktu? Zachwyca cię inny mężczyzna niż twój partner? Co konkretnie? I jak musiałby zmienić się twój obecny związek, byś czuła się podobnie?

Ćwiczenie

Na kartce papieru wypisz kilka sytuacji, w których musisz wybierać: być wierną sobie czy światu? Zastanów się, czy możliwy jest kompromis. Jeśli na przykład potrzebujesz dodatkowych pieniędzy, ale nie chcesz już pracować tak dużo jak do tej pory, pomyśl, jakie zajęcie wykonywałabyś z przyjemnością i bez zmęczenia, czerpiąc jednocześnie z niego źródło dochodu?

3. Faza kryzysu

To trudny etap, który wielokrotnie pojawia się na drodze rozwoju, gdy stare metody przestają działać, a nowe jeszcze się nie przyjęły. Pewnego dnia dochodzisz do wniosku, że tak dalej być nie może, ale kompletnie nie masz pojęcia, jak ma być. Niby nadal wypełniasz swoje obowiązki, ale coraz bardziej brak ci energii. Na początku próbujesz się ratować: zmianą diety, kolejną kawą, może nawet pozwalasz sobie na jakąś drobną przyjemność, która do tej pory zawsze pomagała, ale czujesz się coraz gorzej. Nawet twoje ciało jest przeciwko tobie; częściej się przeziębiasz, miewasz migreny, dokucza ci kręgosłup. Przez jakiś czas udaje ci się ukryć przed światem swoje niemoce, ale dobrze wiesz, że potrzebujesz na to coraz więcej energii. Praca, którą do tej pory wykonywałaś z łatwością, teraz wymaga wysiłku. Kiedy pewnego dnia na pytanie: „Co się ze mną dzieje?”, dasz odpowiedź: „Nie wiem”, to znak, że jesteś na dobrej drodze – pogodziłaś się z fazą kryzysu.

Rady:

  • Pozwól sobie na dystans i izolację. Tylko wtedy możesz w pełni doświadczyć kryzysu. Ogranicz swoje bycie w świecie do minimum; nie wstawaj z łóżka, jeśli nie masz na to siły, jedz tyle, ile potrzebujesz, nie angażuj się w żadne nowe aktywności, bądź w stanie „niebycia”.
  • Nie racjonalizuj na siłę, by wytłumaczyć ten stan. Jeśli odczuwasz silny niepokój, że dzieje się z tobą coś złego, odwiedź lekarza, wykonaj badania, ale nie szukaj recepty cud. Twoje ciało ma czerwoną lampkę, która zapala się, kiedy nie słyszysz wewnętrznego głosu.
  • Ogranicz do minimum wszystkie swoje powinności. Masz prawo okresowo: mniej intensywnie pracować, zaniedbać dom, dzieci czy przyjaciół. Nie odrzucaj troski bliskich, ale jeśli jej nie potrzebujesz, możesz podziękować i nie skorzystać.
  • Nie naśladuj innych. Nie wierz, że pomoże ci to samo, co pomogło twojej przyjaciółce. Możesz oczywiście spróbować na przykład lekcji jogi, ziółek, masaży, ale jeśli nie poczujesz w sobie, czego konkretnie ci potrzeba, metody te zadziałają jedynie na chwilę.
  • Wychodź z kryzysu powoli. Kiedy faza kryzysu będzie już dobiegać końca, świat zacznie ci podsuwać różne propozycje; nowa praca, nowe znajomości itp. To znak, że powoli stajesz się gotowa na „wyjście z mroku” – ale bądź ostrożna, nie rzucaj się na pierwszą lepszą ofertę, z lęku „jak długo można być taką bierną?!”.

Ćwiczenie

Zrób porządek w swoim zewnętrznym świecie. Wyrzuć albo schowaj do piwnicy wszystko, co nie jest już twoje. Ogranicz rzeczy do niezbędnego minimum. Schowaj ubrania, których od dawna nie nosisz, bibeloty, które cię nie cieszą, książki, do których od dawna nie zaglądałaś. Prostota dookoła ciebie umożliwi lepsze zagłębienie się w wewnętrzne przeżycia.

4. Faza autentyczności

Masz poczucie adekwatności. Wszystko, co się dzieje wokół ciebie, jest zgodne z tym, co w tobie. Czujesz, że twoje uczucia, myśli i zachowania są spójne. Czerpiesz satysfakcję z pracy, pojawiają się wokół ciebie ludzie, którym podobnie w duszy gra. Jesteś wreszcie na swoim miejscu, we właściwym czasie. Robisz wszystko, co masz do zrobienia. Twoje emocje są stonowane; nie ma lęku, ale też zbędnych ekscytacji. Odczuwasz wewnętrzny spokój. Może jesteś bardziej niż zwykle milcząca, bo czujesz, że etap, na którym się znajdujesz, nie wymaga zbyt wielu słów. Za to więcej masz w sobie mądrości do dzielenia się nią ze światem. Przyjaciele chętnie zwierzają ci się ze swoich problemów, cierpliwie ich wysłuchujesz, ale nie dajesz zbędnych rad, bardziej służysz swoją obecnością. Świadomie wybierasz to, co dla ciebie najlepsze, ale umiesz też spokojnie z różnych rzeczy, relacji rezygnować; bez żalu, urazy czy potrzeby usprawiedliwienia się. Czujesz, że jest dobrze.

Rady:

  • Smakuj swój stan. Zapamiętuj sytuacje, doświadczenia, które nasycają cię błogością. Będziesz miała do czego wrócić, kiedy w twoim życiu pojawi się mniej spokojna faza rozwoju.
  • Nie uciekaj przed światem. Choć czujesz, że jesteś teraz największym autorytetem dla siebie, nie unikaj poznawania nowych ludzi, bo być może na twojej drodze pojawi się „nauczyciel”, „mistrz”, który poprowadzi cię na jeszcze wyższy etap rozwoju.
  • Nie staraj się „nauczać” innych. Każdy ma własne lekcje do przepracowania. Możesz się dzielić doświadczeniem, ale pamiętaj, że drugi człowiek weźmie z tego tylko tyle, na ile jest gotowy.
  • Bądź wdzięczna tym, którzy towarzyszą ci na drodze rozwoju. Czasami wystarczy zwykłe: „dziękuję, że jesteś”. Doceń, ile darów dostajesz, często od mało znanych ci osób, choćby od pani w sklepie, która schowała pod ladą ostatnią bułkę – twoją ulubioną.
  • Bądź zakorzeniona w „tu i teraz”. Nie przywiązuj się do myśli, że odkryłaś całą prawdę na swój temat i teraz znasz dokładny scenariusz własnego życia. Przez cały czas się zmieniasz. Po etapie spokoju i równowagi pewnie jeszcze nie raz pojawią się zawirowania i zwątpienia. Przed każdym kolejnym, wyższym etapem rozwoju czeka cię chwilowy kryzys i powrót doświadczeń z przeszłości (lekcje do przerobienia), ale ty już wiesz, że po burzy zawsze pojawia się słońce.

Ćwiczenie

Odkryj swój osobisty rytuał mocy. Co zapewnia ci błogość i spokój? Kiedy, w jakich sytuacjach, czujesz się pełna i autentyczna? Jeśli nie masz pomysłu, co to miałoby być, skorzystaj z rytuałów opisanych w książkach czy poznanych na warsztatach. Sprawdzaj, które z nich są naprawdę twoje.

  1. Seks

Igra z mężczyznami i prowadzi do zguby - kim jest kobieta fatalna?

Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Rękawiczki za łokieć, pończochy i papieros w długiej lufce nie są jej niezbędne. Wystarczy, że spojrzy – jak Marlena Dietrich – i zgarnie innym kobietom sprzed nosa każdego mężczyznę. Kim jest ta, która igra uczuciami i prowadzi mężczyzn do zguby? Czy mamy jej zazdrościć, czy współczuć – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Grana przez Ritę Hayworth bohaterka filmu „Gilda” (1946 r.) miała długie rękawiczki i suknię bez pleców. Czy kobiety fatalne nie zniknęły razem z tamtą epoką i modą?
Uwodzicielki zawsze będą, nawet bez tych wszystkich rekwizytów. Oczywiście, chodzi tu o inne uwodzenie niż to, które mamy na myśli, gdy mówimy do naszego misia: „ja cię dziś uwiodę i będzie nam przez całą noc bosko”. Femme fatale manipuluje, czyli osiąga zamierzony cel, nie patrząc na innych. Kiedy my mówimy: „jesteś boski”, to znaczy, że on nam się podoba. I zaboli nas, jeśli usłyszymy: „ale ty mi się nie podobasz”. Gdy femme fatale komplementuje mężczyznę, to znaczy tylko, że zanęca, wabi. I dlatego, gdy usłyszy: „ale ja jeszcze nie wiem, czy ty też jesteś cudowna”, patrząc mu w oczy, odpowie: „to znaczy, że jeszcze nic o mnie nie wiesz”. A potem odwróci się i odejdzie, wzbudzając w nim szaloną ciekawość, co ona takiego niezwykłego w sobie ma. Nic więc dziwnego, że pobiegnie za nią, by się dowiedzieć.

To chyba każda kobieta ma w sobie coś z femme fatale. Nie zawsze przecież mówimy całą prawdę.
Czasami bawimy się rolą uwodzicielki. Ale zdrowej kobiecie robienie tego bez przerwy po prostu by się znudziło. Tymczasem dla femme fatale istotą życia jest to, żeby mężczyznom niezmiennie na niej zależało. Każdej kobiecie zwykle jest przyjemnie, gdy mężczyzna okazuje jej wprost: „ty mi się podobasz, ciebie pragnę”. Ona nie musi na te sygnały odpowiadać. Wystarczy, że są, by czuła się ważna. Kilka razy w życiu zdarzyło mi się być taką kobietą i najbardziej podobało mi się to, że jak jeden zaczynał za mną łazić, to od razu pojawiał się drugi i trzeci.

Czy to znaczy, że atrakcyjność kobiety wynika z męskiego pożądania?
Miałam w liceum nietuzinkowych kolegów. Perliński, ładny brunet, postanowił wpłynąć na mechanizm powstawania popularności. Chciał zobaczyć, co się stanie, jeśli razem z kumplem zaczną kręcić się wokół koleżanki, która do tej pory nie wzbudzała zainteresowania kolegów. Zaczęli więc adorować Ewę, która była chuda i patykowata. Zdecydowanie różniła się od tych koleżanek, wokół których chłopcy latali. Ale jak Perliński z kumplem zaczęli na dużej przerwie ją obstawiać, to wzbudzili zainteresowanie reszty chłopaków. Ci byli zaciekawieni, co tamci w niej zobaczyli, i też zaczęli wokół niej krążyć. A Ewa zaczęła rozkwitać, pięknieć i przyciągać kolejnych adoratorów już własnym blaskiem.

A więc to przekonanie o własnej atrakcyjności czyni z kobiety obiekt westchnień?
Właśnie. W czasach socjalizmu organizowano wyjazdy mężczyzn na budowy w głąb Rosji. Razem z nimi jechało zawsze kilka kobiet, m.in. kucharek. Kiedy wracały, były całkiem odmienione. Tam dostały tyle męskich wyrazów uznania, że ich poczucie wartości wzrastało. W męskiej naturze leży bowiem, żeby za babą latać.

Skoro kucharka z budowy może być femme fatale…
Te kucharki nie wracały jako femme fatale, ale jako kobiety pewne swej atrakcyjności. W każdym środowisku spotkamy za to kobiety, które słyną z tego, że są chłodnymi pięknościami. Znałam pewną sekretarkę, bardzo ładną, która wciąż się malowała, czesała, pudrowała. Jej dyrektor się nią chełpił. Poznałam też jej męża, ciepłego faceta, który się jeszcze nie rozeznał, że nie ma żony, bo ta wciąż jest zajęta sobą. I jej córeczkę, która tak jakby nie miała mamy. Bo gdy próbowała przyciągnąć jej uwagę, słyszała: „przynieś mi lusterko”. Dla takich kobiet ważne jest tylko jedno: „lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie”. Dlatego tak naprawdę femme fatale nie będzie miał żaden mężczyzna i to ich doprowadza do wrzenia. A ponieważ zazwyczaj chce ją mieć kilku, każdy z nich patrząc na konkurentów, myśli: ona jest wyjątkowa. Do głosu dochodzi męska rywalizacja: „Jeśli ja ją złapię, okażę się lepszy”, i w rezultacie wszyscy macho zaczynają gonić króliczka.

Ale to nie jest króliczek...
To jest lisica! Ona potrafi rozgrywać męską rywalizację. Dlatego z jednego kabrioletu przesiada się do drugiego, a każdy z zainteresowanych nią mężczyzn myśli: „będę musiał się bardzo postarać, aby tamtego przebić”. Ona nauczyła się, że ma władzę nad nimi, jeśli im nie ulega. A jej urok, jej seksualność są ważniejsze od wszystkiego innego. Dlatego mężczyźni myślą, że jest szalenie zmysłowa. Tymczasem ona seksu nie lubi, boi się. Ale też wie, że on daje jej władzę przez niezaspokojenie, a nie poprzez bliskość, wspólne szczęście.

Jacy mężczyźni dają się na ten sztuczny miód złapać?
To jest kobieta, która nauczyła się odczytywać cudze pragnienia. Ale nie po to, by je szanować, ale by rządzić. Nie była kochana i nie umie kochać. Umie za to wysyłać sygnały: „tu u mnie czeka cię coś niezwykłego”. Ale im bardziej się mężczyzna do niej zbliża, tym bardziej ona się odsuwa. A to nęci. Dla neurotyka, który nie lubi siebie samego, to szalenie pociągające. To też oferta dla cynika, który uznał, że wszystkie kobiety są złe. Ona kłamie. On o tym wie, ale to kupuje, bo przy niej będzie zawsze wolny. Nie będą razem, jej obietnice nigdy się nie spełnią, a jednoczenie ożywiają go, podniecają. Toczą więc ze sobą grę niespełnionej miłości. Wystarczy sięgnąć do klasyki kryminału z lat 40., na przykład do „Żegnaj laleczko” Raymonda Chandlera, żeby zobaczyć, jak to wygląda.

Chociaż trafiają jej się neurotycy i cynicy, to kobiety i tak zazdroszczą jej powodzenia.
Myślą: „ona ma wszystko, a ja nawet nie mam jednego faceta”. Dla femme fatale zazdrość kobiet jest tak ważna jak podziw i pożądanie mężczyzn. Najprawdopodobniej matka jej nie kochała i rywalizowała z nią o ojca. Kiedy więc teraz femme fatale wygrywa z innymi kobietami, czuje taką samą satysfakcję jak wtedy, gdy wygrywała z matką. Ojciec traktował ją jak swoją małą kobietkę, to jej dawał biżuterię, to nią, a nie jej matką się zachwycał. W ten sposób używał jej do rozgrywek z żoną. Erotyczność tej relacji była bardzo ważna, choć seksu nie musiało być. Ale to właśnie za swoją atrakcyjność jako dziewczynka była podziwiana. I dlatego to dla niej najważniejsze – budzić podziw i pożądanie.

Czyli w dzieciństwie femme fatale była psychicznie molestowana?
Kobiety fatalne nie były nigdy kochane. Zawsze tylko używane. I jedynie wtedy ważne. Więc stale muszą w mężczyznach podsycać podziw. Używać siebie.

Czy w takiej sytuacji to one trzymają w ręku wszystkie sznurki?
W książce Aldousa Huxleya „Kontrapunkt” mężczyzna dostrzega, że kiedy odsłania się przed swoją ukochaną i zapewnia o miłości, ona odchodzi. Kiedy się od niej odwraca, ona zaprasza go z powrotem. Zaczął więc eksperymentować. Mówił: „Kochanie, jesteś jedyna, nie mogę żyć bez ciebie…”. Na co ona: „przepraszam cię, ale się spieszę”. Ale kiedy już się od niego odwróciła, a on nagle stwierdzał: „Właściwie masz rację, idź już”, wtedy wracała: „Może jednak napiję się z tobą herbaty…”. On dostrzegł, że ona nie wie, czego chce, że musi zgarniać dowody, że jest ważna, że ktoś ją widzi, że jest od nich uzależniona. A więc znajduje się w takiej samej niewoli jak mężczyźni, którymi manipuluje.

Powiedziałaś, że femme fatale nie lubi seksu. Czy to znaczy, że z nikim nie sypia?
Jak powiedziała kiedyś pewna kobieta: „zawsze wiem, jak się ułożyć w łóżku, żeby dobrze wyglądać”. Żeby móc pamiętać o wyglądaniu, nie można przeżywać. Takie kobiety wiedzą, czego pragnie facet, i dają mu tego troszkę mniej, ale obiecają troszkę więcej. Ponieważ same nie podlegają falom naturalnych emocji, mogą na zimno manipulować kochankiem. Są wyszkolone w ars amandi, więc jeśli mężczyzna nie potrzebuje w łóżku bliskości, będzie zachwycony. Kadzidełka, świece, bielizna, w sumie świetne przedstawienie. No i co z tego, że ona nie przeżywa orgazmu ani nawet zmysłowej przyjemności, jeśli on o tym nie wie? Ale jak femme fatale się do kogoś nieopatrznie przywiąże, to bardzo go zrani. Jest bowiem przekonana, że miłość rani, więc lepiej, żeby zraniła kogoś innego.

Ona daje im trochę w kość. Chyba każda z nas czasem chętnie by to zrobiła.
Lepiej, by mężczyźni uczyli się kochać kobiety, które potrafią odwzajemnić miłość, i żeby mieli dzieci, które będą czuły się kochane. Z rewanżem trzeba uważać. Miałam w terapii mężczyznę, który został zmanipulowany i porzucony, a potem już tylko się mścił. Uwodził mężatki i doprowadzał do tego, by ich mężowie się o tym dowiedzieli. Chodziło mu o to, żeby cierpieli tak samo jak on. Zrobił to 27 razy, nim się połapał, że marnuje życie. Często spotykam mężczyzn, którzy są nieszczęśliwi, bo dali się uwieść i wykorzystać. Pragną kobiety, o której umieją powiedzieć tylko tyle, że jej nie rozumieją. Próbuję im wyjaśnić, że to nie jest niezwykła istota, ale ktoś, kto za sprawą obietnic bez pokrycia trzyma ich mocno i nie puści.

Czy można zawczasu rozpoznać manipulatorkę?
Jeśli kobieta zawsze wygląda dobrze, to ty się, chłopie, przestrasz. Bo ona tak bardzo zwraca uwagę na siebie, że na nic więcej, a już na pewno na ciebie, nie będzie miała czasu. Jeśli nie masz wpływu na związek, nie wiesz, co od ciebie zależy, a co nie, jeśli nie rozumiesz tej kobiety, to się zastanów, czy chcesz tak żyć? Pragnąć, ale nie mieć. Głód bliskości łatwo pomylić z miłością. Pragniemy coraz bardziej, bo coraz bardziej brak nam tego, czego nie dostajemy. W każdym człowieku, który chociaż trochę siebie lubi, jest część, która mówi: „chcę być kochany i szanowany”, i do niej warto się odwołać, jeśli czujemy, że ktoś nami igra.

Jak historie femme fatale się kończą?
„Ulubieńcy Ameryki” z Catheriną Zeta-Jones i Julią Roberts to właśnie opowieść o tym, jak zimna piękność traci miłość, gdy jej mąż poznaje zwykłą, miłą dziewczynę. Mężczyźni nie chcą latać bez końca za kobietą, której nie można zdobyć. Wielu mówi też, że co innego pragnąć, a co innego być. I być wolą z kimś, kto umie kochać. A więc na koniec femme fatale zostaje sama, często w biedzie.

Co możemy poradzić kobietom, które czują się femme fatale?
Masz poczucie władzy, ale nie masz poczucia szczęścia. Masz poczucie ważności, ale nie wartości. Kobiety ci zazdroszczą, ale masz w środku niekochane dziecko, którego używasz jako przynęty. Do czego? Musisz uwodzić. To jest nałóg. Można się z niego wyzwolić i uczyć bliskości. Więc choć dostajesz wiele głasków od mężczyzn, zastanów się, na jak długo to starcza i co się w twoim życiu naprawdę dzieje.