1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co świadczy o tym, że doświadczyłeś emocjonalnej niedojrzałości ze strony swoich rodziców?

Co świadczy o tym, że doświadczyłeś emocjonalnej niedojrzałości ze strony swoich rodziców?

Fot. iStock
Fot. iStock
Jeśli doświadczasz większości z poniższych objawów, prawdopodobnie któryś z twoich opiekunów lub rodziców (a może oboje) przejawiał niedojrzałość emocjonalną. Pamiętaj, że nie jest to diagnoza, a jedynie kierunkowskaz prowadzący w stronę samopoznania. Jeśli uznasz, że potrzebujesz pomocy w uwolnieniu się od toksycznej relacji, sięgnij po profesjonalne wsparcie.

Emocjonalne osamotnienie
– czujesz, że (czasami) możesz liczyć na rodzica w ekstremalnych doświadczeniach takich jak choroba, ale nie istnieje między wami przestrzeń na bycie z codziennymi, trudnymi uczuciami takimi jak np. złamane serce.

Jednostronne i frustrujące interakcje
– gdy rodzice skupieni są przede wszystkim na sobie, własnych przeżyciach, oczekują czasu i zaangażowania, ale tak naprawdę nie wiedzą, co dzieje się w twoim życiu, a ty nie czujesz, że masz swobodę, przestrzeń, a nawet ochotę dzielić się z nimi własnym życiem.

Wymuszanie zachowań i usidlenie
– niekiedy przybiera formę manipulacji, wywoływania w tobie poczucia winy, wstydu albo lęku, innym razem rozmowa z rodzicem może sprawiać wrażenie powierzchownej, nudnej, pozbawionej życia i ognia. Dotyczy to rodziców, którzy nie wykraczają poza tematy, w których czują się bezpiecznie, więc wasze spotkania stają się monotonne.

Zepchnięcie na drugie miejsce
– pierwsze zajmują rodzice i oczekują, że usuniesz się na dalszy plan.

Ukrywanie wrażliwości
– niedojrzali emocjonalnie rodzice mogą być niezwykle ekspresyjni, wybuchowi, potrafią kłócić się i bronić własnego zdania, ale unikają wyrażania wrażliwości, czułości i delikatności. Może im zależeć na tym, by dziecko czuło, jak bardzo cierpią, ale nie pozwolą sobie na przyjęcie prawdziwej, emocjonalnej pociechy.

Zarażenie emocjonalne
– przejawiające się głównie niewerbalnymi interakcjami, które mają nauczyć dziecko odczytywania nastrojów oraz potrzeb rodzica. Stoi za tym przekonanie: „gdybyś naprawdę mnie kochał, wiedziałbyś, co zrobić”. Zamiast komunikacji niedojrzali emocjonalnie rodzice wolą pokazać, jak bardzo są zmęczeni lub cierpiący.

Brak szacunku do granic i indywidualności
– niedojrzali rodzice mylą miłość z dzieleniem się wszystkim, oczekują, że dzieci będą myślały i czuły to samo co oni. Nie potrafią wręcz zrozumieć potrzeby własnej przestrzeni czy prawa do odrębnego zdania, opinii, które utożsamiają z odrzuceniem.

Spychanie odpowiedzialności na ciebie
– w relacji z niedojrzałymi rodzicami musisz podejmować nieustanny wysiłek przystosowywania się do ich potrzeb, a później wszystkich innych ludzi. Szybko reagujesz na zmiany nastroju, rozpoznajesz energię tkwiącą za spojrzeniami, gestami czy słowami. Być może przepraszasz, chociaż to ciebie skrzywdzono, i prawdopodobnie dążysz za wszelką cenę do pojednania.

Utrata autonomii emocjonalnej i wolności psychicznej
– niedojrzali emocjonalnie rodzice traktują cię jako przedłużenie samych siebie, więc uznają, że wiedzą, co myślisz i czujesz.

Rujnowanie przyjemności oraz sadyzm
– niedojrzali rodzice bywają malkontentami, rozwiewają marzenia dzieci, na sukces reagują tak, że dziecko szybko traci radość. Zamiast uczcić sukcesy i dokonania dziecka, ostrzegają o zagrażającym świecie albo marudzą, narzekają. Inną odsłoną jest przemoc fizyczna, bicie, wykorzystywanie dzieci, zadawanie im bólu – nieważne, czy w imię wychowywania czy z powodu potrzeby rozładowania własnych emocji.

Więcej w: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sen z dzieciństwa – co znaczy w dorosłym życiu?

Obserwując sen z dzieciństwa można dociec, jakie ktoś ma fizyczne skłonności do chorób albo relacje z innymi ludźmi. Pomiędzy jakimi biegunami rozgrywa się jego życie. Sen z dzieciństwa może też być wskazówką w budowaniu relacji w związkach. (Ilustracja: iStock)
Obserwując sen z dzieciństwa można dociec, jakie ktoś ma fizyczne skłonności do chorób albo relacje z innymi ludźmi. Pomiędzy jakimi biegunami rozgrywa się jego życie. Sen z dzieciństwa może też być wskazówką w budowaniu relacji w związkach. (Ilustracja: iStock)
Najwcześniejszy, który zapamiętałeś. Taki, który przypomina się, powraca w różnych ujęciach. Przypomnij go sobie i... narysuj. Ten sen opowiada historię twojego życia.

Każde pojedyncze życie snuje swoją opowieść. Według wielu kultur, teorii i filozofii nie jest to historia przypadkowa. Istnieje jakiś sens, który przyświeca istnieniu – temu, po co się rodzimy, po co jesteśmy.

– My nazywamy tę opowieść mitem życiowym – tłumaczą Joanna Dulińska i Michał Duda, terapeuci psychologii procesu z warszawskiego Ośrodka Psychoterapeutyczno-Szkoleniowego „Poza Centrum”. – Szukamy pewnego wzoru, który kieruje życiem, pozwala je zrozumieć, widzieć w uporządkowany sposób. A sen z dzieciństwa jest tu bardzo ważną wskazówką.

– Jest jednym ze sposobów odkrywania mitu – dodaje Joanna – obok innych znaków, jak tendencje do uzależnień, powtarzające się problemy w relacjach. Analizując sen z dzieciństwa można go odkrywać, dochodzić, o czym to nasze życie opowiada.

– Psychologia procesu wywodzi się z psychoanalizy jungowskiej – mówi Michał. – Jung, badając sen z dzieciństwa, potrafił przewidzieć zawód, jaki ktoś będzie wykonywać. Motyw istnieje zresztą w różnych terapiach – choćby w analizie transakcyjnej jako teoria skryptu, który porządkuje ludzką psychikę i zachowania. Ale ta intuicja pojawia się w historii człowieka wcześniej niż psychologia – jako wiara w przeznaczenie czy siłę losu.

Psychologia analityczna Junga i psychologia procesu Arnolda Mindella podążają tym tropem. Tezę, że każda biografia ma swój klucz zapisany w micie, potwierdza doświadczenie ludzi, którzy zbliżają się do kresu życia. Patrzą wstecz, wspominają i widzą, że wszystko, nawet zdarzenia bolesne miały swój sens.

– Najważniejsze jest to, że mit zawiera dominującą polaryzację obecną w doświadczeniach człowieka. Bieguny przeciwstawnych jakości. Podróżujemy pomiędzy nimi: siłą i słabością, zależnością i wolnością, powolnością i dynamiką... Ta opozycja rządzi egzystencją człowieka. Po stronie niezależności pojawi się u kogoś np. pragnienie podróży, niechęć do stałych związków, praca we własnej firmie, a po stronie zależności – tęsknota za związkiem czy szukanie mistrza. Te wartości są w konflikcie, wokół którego buduje się historia życia. Ich polaryzacja ujawnia się wyraźnie w śnie z dzieciństwa.

– Dlatego, kiedy badamy mit życiowy, interesuje nas ten pierwszy zapamiętany sen – mówi Michał. – W psychologii procesu zakładamy, że skoro właśnie ta opowieść snu towarzyszy nam przez całe życie, najdłużej ze wszystkich wspomnień, to nie jest to przypadkowe. Życie odbija się w nim jak w lustrze. W śnie albo zdarzeniu na pograniczu snu i jawy. Wspomnienia z dzieciństwa, te bardzo wczesne, mają czasem charakter nierealny – nie jesteśmy pewni, czy to się nam zdarzyło, czy tylko śniło... Ale dla terapeuty jest to wspomnienie interesujące. Tę opowieść niesiemy przez całe życie.

Znaczenie snów - po co czytać swój sen?

Psychologiczna praca nad snem z dzieciństwa służy do zrozumienia swojego losu, siebie w relacjach i przyczyn tego, co nas uwiera, niepokoi.

Praca ze snem to jedna z metod pomocy w leczeniu uzależnień, odmiennych stanów świadomości, także dolegliwości fizycznych, choćby alergii. Na terapię do Ośrodka „Poza Centrum” przychodzą ludzie z problemami w relacjach, popadający wciąż w takie same trudne związki, zagubieni lub pragnący uporządkować życie.

– Obserwując sen z dzieciństwa można dociec, jakie ktoś ma fizyczne skłonności do chorób albo relacje z innymi ludźmi. Pomiędzy jakimi biegunami rozgrywa się jego życie – mówi Joanna. – Czy może jest zablokowany, utknął po jednej stronie polaryzacji i walczy o wolność, ma przymus ciągłego buntu, co wcale nie daje mu szczęścia? Praca ze snem pozwala zobaczyć ów konflikt, docenić odrzucone jakości, nauczyć się przechodzenia z jednej strony na drugą, odnalezienia w życiu obszarów, gdzie możemy realizować na przykład wolność lub zależność. Analiza i świadomość snu z dzieciństwa pomagają nie tylko w chwilach kryzysu, ale w codziennym życiu – zmaganiach ze sobą, z lękami i ich przełamywaniu.

– Miałem pacjenta, który wciąż zmieniał pracę i w żadnej nie mógł się utrzymać – mówi Michał. – Jego sen z dzieciństwa rozgrywał się na budowie. Z kolegą przeskoczyli ogrodzenie, bardzo się im tam podobało. Zaczął ich gonić dozorca. Kolega uciekł przez bramę, a mój pacjent nie mógł jej przeskoczyć, ogarnęła go niemoc, jak to bywa w snach. Pracowaliśmy nad tym punktem niemocy – by zatrzymał się, odwrócił do dozorcy, przestał być kimś, kto ucieka. Plac budowy z jego snu to nic innego jak świat, ucieczka, odmowa uczestnictwa w rzeczywistości. To zatrzymanie okazało się bardzo ważne, zmieniło go. Problem z pracą i jej porzucaniem zniknął – dzięki odnalezieniu w sobie innego stanu.

Sen z dzieciństwa może też być wskazówką w budowaniu relacji w związkach. Jeśli sny partnerów są kompletnie różne, nie ma w nim podobieństw, to taki związek ma małe szanse. Czyli warto porównać sny i sprawdzić, czy moje jakości znajdą się też na rysunku mojego wybranka.

Po prostu to narysuj

Podstawowa metoda pracy ze snem polega na narysowaniu go. Narysuj sześć kratek, jak w komiksie. Fabułę snu rozplanuj na pięciu, szóstą zostaw pustą – tu narysujesz obecne skojarzenie, „dośnisz” sens na tym etapie życia, w którym jesteś. Uwaga – sen rysujemy z boku, z perspektywy osoby patrzącej na to, co się dzieje, a nie uczestnika zdarzeń.

W pierwszej kratce staraj się uchwycić punkt wyjścia – w jakiej przestrzeni zaczyna się twój sen, czy to dziecinny pokój, taras, piaskownica, dom? W jego interpretacji wszystko ma znaczenie. Poduszka, łóżko, kocyk... – to jakości, które mają archetypowy sens, już wskazują polaryzację wartości. W strukturze snu są obecne zwykle cztery elementy: codzienności, czegoś strasznego, czegoś pięknego i zaskakującego. Dominacja lub brak któregoś też o czymś świadczy. Brak stanowi poważną wyrwę i rozwój tego elementu jest potrzebny, człowiek będzie dążyć ku tej jakości. A dominacja nastroju, elementu czy barwy wskazuje, że jest się bliżej jednej jakości i że te inne również zechcą się ujawnić.

Do rysunku swojego snu warto wracać na różnych etapach – jest aktualny przez cały życie. Bez względu na to, czy spogląda się nań z perspektywy 16 czy 60 lat – wciąż znajdą się nowe motywy, szczegóły dotąd pomijane.

To, co ujrzysz w danej chwili, jest ważne teraz. Za miesiąc zobaczysz co innego, a w ważnych chwilach życia, takich jak ślub, rozstanie, utrata pracy – kolejny element obrazu ujawni nową jakość. Pod koniec życia mapa jest najpełniejsza. Zakończenie snu zależy od etapu życia, w którym się jest, i za każdym razem będzie inne.

U Wiktorii i Klary, które zgodziły się opisać swój sen, wygląda to tak...

Rysunek Wiktorii

Musiałam mieć pięć lat, bo właśnie urodziła mi się siostra. Pierwszy kadr snu: Piaskownica w naszym domu, tata kopie w niej dół. Obok ja i mama z malutką siostrą na rękach. Patrzymy. A on tak kopie i kopie. W końcu dokopał się piekła. Buchnęły płomienie. Nachyliłyśmy się nad dziurą i... moja siostra w nią wpadła. Wtedy tata zaczął grzebać w piekle łopatą i ją wyciągnął – leżała na łopacie mieniąca się, żarząca, piękna i szczęśliwa. Bardzo mi się podobała. Wszyscy się wokół niej skupili i zachwycali. Potem wskoczyliśmy do tego piekła i wyszliśmy stamtąd mieniący się, przemienieni.

Na szóstej kratce – jako zakończenie snu z perspektywy osoby, którą jest dziś – Wiktoria narysowała całą rodzinę, żarzącą się jak węgle, piękną i szczęśliwą.

– Sen Wiktorii jest o przemianie – mówi Joanna. – Piaskownica to miejsce zabaw, coś bezpiecznego, podobnie jak rodzina. Piekło jest straszne, ale to też miejsce transformacji. Ktoś został wrzucony w doświadczenie (żar), z którego wychodzi przemieniony. Ten, który go wyciąga, nie pozwala mu utknąć w tym doświadczeniu.

Wiktoria studiuje psychologię, chce towarzyszyć ludziom w trudnych doświadczeniach, pomaga w transformacjach. Teraz już lubi swój sen, ale przez wiele lat był jej koszmarem. To że siostra wpada do piekła budziło w niej grozę i poczucie winy. Bała się piaskownic. W trudnych chwilach życia czuła, jakby była w piekle. Ale odkąd przeanalizowała swój sen z dzieciństwa, świadomość tego, że z piekła wyjdzie, pomaga jej przetrwać. W tym śnie elementem pięknym są żarzące się węgle, groźnym i trudnym, ale i zaskakującym – piekło, a codzienność odzwierciedlają pokój i piaskownica.

– Warto zwrócić uwagę na ten szczegół, który wydaje nam się ważny w chwili analizowania snu – mówi Michał. – W przypadku Wiktorii skupionej na swoim zawodzie może stać się nim kiedyś łopata. Praca z mitem każe zapytać, dlaczego ten właśnie szczegół jest teraz ważnym, potrzebnym lub brakującym elementem. Trzeba zadać sobie pytanie, jaki detal przyciąga moją uwagę. Ktoś przez całe życie może nie wierzyć, że spotka go jakaś niespodzianka, coś nowego. Dla tej osoby bardzo ważnym będzie prawdopodobnie element czegoś zaskakującego.

Rysunek Klary

Sen ciemny, pełen lęku, na pozór nieprzyjazny. Lecę głową w dół, w czarnym tunelu. To wizja na pograniczu jawy i snu, tuż przed zaśnięciem.

Na pierwszej klatce Klara rysuje swój malutki pokój dziecinny, jakiś miękki, beżowy kocyk..., a potem: – Lecę, lecę i lecę. Boję się tego spadania i uderzenia. Nie ma dobrego rozwiązania – mówi.

Na piątej kratce rysuje betonowy chodnik, w który uderzy, chociaż we śnie do zderzenia z nim nie dochodzi. Sam lot, gdyby miało nie być tego uderzenia, nie byłby taki zły – Klara określa go nawet jako przyjemny. A na ostatniej klatce? Nie wie.

Terapeuci pytają o skojarzenie: czym Klara dośniłaby sen teraz, z perspektywy osoby dorosłej? Co pozostaje po tym zderzeniu z betonem? Mokra plama? Szczątki? Nie, skojarzenie jest inne: na ostatnim rysunku siedzi dziewczynka i rozciera sobie kolano… Nic strasznego.

– To bardzo dobry sen – komentuje Joanna Dulińska. – Klara to ktoś, kto leci, leci, leci, po czym wali w beton i… siedzi sobie. Nic się tak naprawdę nie stało. Powiedziałabym, że to sen osoby, której wydaje się, że jest słaba, potrzebuje opieki i cieplarnianych warunków, a tak naprawdę brakuje jej czegoś mocnego, konfrontacji, walki, lubi wygrywać. To polaryzacja między ciepłem, delikatnością kocyka a betonem. Klara potrzebuje w życiu odwagi, żeby decydować i stawić czoła konfliktom. To dostęp nowej, korzystnej jakości.

– Jak do niej dotrzeć? Rysunek snu to dopiero początek terapeutycznej pracy – mówią terapeuci. – W procesie terapii ważny będzie kocyk i osoby, które się pojawiają, potem nawet „ćwiczenia” w dosłownym upadaniu i doświadczeniu zderzenia. Być twardym jak beton i iść na konfrontację to trudne wyzwanie. W życiu Klary należałoby szukać sytuacji, kiedy coś podobnego miało już miejsce. To daje dostęp do doświadczeń, które można przywołać w potrzebie.

Mapa wyspy skarbów

Znajomość swojego mitu powala odnaleźć to, co ważne, pozbierać się na kolejnych zakrętach życia. Wzorzec jest wieloetapowy – potrzebujemy różnych jakości, kiedy przychodzi czas, by założyć rodzinę, podjąć pracę, przeżyć rozstanie. Jeśli patrzymy na te zdarzenia z perspektywy danej chwili, to mogą być bardzo trudne do zniesienia. A gdy spojrzymy na nie z perspektywy mitu, wiemy, że nastąpi ciąg dalszy, że to część całości. Życiowy mit jest trochę jak mapa wyspy skarbów. Mówi, jak do nich dotrzeć, ale w sposób zawoalowany, symboliczny. Pozwala łatwiej przezwyciężyć kryzysy, zmiany ról życiowych. Daje świadomość, że coś się kończy i coś otwiera. Pozwala też poznać swoje mocne strony, radzić sobie w sytuacjach codziennych, zobaczyć kierunek i sens zmian, godzić z nimi. To rodzaj mapy topograficznej – zamiast dróg i ulic są jakości, ale to, jak je zrealizować, czyli poprowadzić trasę, musimy już sami. Ona zależy od naszej świadomości, wyborów, akceptacji.

I tak, kiedy Klara będzie musiała podjąć walkę, której się lęka, pomoże jej zapewne wspomnienie snu z dzieciństwa – obrazu dziewczynki, która walnęła w beton, a mimo to siedzi i tylko rozciera kolanko. Nic się nie stało.

  1. Psychologia

Skąd w nas potrzeba kontrolowania dorosłych dzieci?

- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
Kontrola, słowo o wielu znaczeniach i skojarzeniach, wywołuje silne emocje. Odnosi się do kwestii tak kluczowych i wszechobecnych jak: siła i poczucie bezradności, wolność i ograniczenia, podmiotowość i przedmiotowość, zmagania o pozycję „szefa”. Z kontrolą mierzymy się każdego dnia.

„Dokładnie w tej chwili niektórzy synowie przebywający w klinice, biurze czy banku, czyli swoim miejscu pracy, prawdopodobnie rozmawiają przez telefon ze swoimi matkami. Wielu z nich to osoby cieszące się powszechnym szacunkiem, a jednak niejeden z nich właśnie krzyczy do słuchawki: „Mamo, może byś w końcu przestała!”, to słowa amerykańskiego dziennikarza, Rona Suskinda, przytoczone przez Judith Viorst w książce „Niedoskonała kontrola”, które doskonale obrazują problem dotyczący wielu z nas – choć dorastamy, wyprowadzamy się z rodzinnych domów i zakładamy swoje rodziny, żyjemy na „własny rachunek” nasze matki wciąż mają w sobie głęboką potrzebę, a czasem wręcz przymus, kontrolowania nas.

Kiedy powiem sobie „dość!”?

„Jako rodzic inwestujemy mnóstwo lat życia w wychowywanie dzieci, dawanie im coraz więcej wolności, żeby mogły podejmować własne decyzje i popełniać własne błędy, i zrzekanie się coraz większych obszarów rodzicielskiej kontroli. Chwalimy ich niezależność, okazujemy szacunek ich autonomii i aktywnie wspieramy ich stopniowe odseparowywanie się od nas. Jeśli kształtują swoją przyszłość w sposób, który niekoniecznie budzi nasz entuzjazm czy choćby aprobatę, powtarzamy sobie: „To ich życie, nie nasze”, pisze Judith Viorst. I od razu dodaje: „Tak w każdym razie powinien wyglądać proces przechodzenia od etapu rodziców małych dzieci do etapu rodziców dzieci nieco starszych, które w międzyczasie dorabiają się wąsów, kobiecych piersi, stopni naukowych i własnych rodzin. Wiemy, że niestosownością jest prosić, by dorosłe dzieci działały zgodnie z naszymi oczekiwaniami; mówić im, co powinny robić, a czego nie; wyskakiwać z niechcianymi radami; oczekiwać, że będą te rady stosować. Wiemy, że niewłaściwie jest próbować kontrolować nasze dorosłe dzieci. Co nie znaczy, że nie będziemy próbować.”.

Takie próby najczęściej tłumaczymy (naszym dzieciom i często samym sobie!) szlachetnymi intencjami: To jasne, chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Kierują nami wyłącznie miłość i troska… A skoro już pomagamy, czy nie możemy oczekiwać czegoś w zamian? „Przecież skoro naprawdę możemy przyczynić się do poprawienia ich dobrostanu w kwestii np. nagłych potrzeb zdrowotnych czy sercowych, czy to naprawdę takie złe, że zostawiamy sobie choć odrobinę kontroli?, pisze autorka. Tylko że… bardzo często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że ta chęć pomocy, a przy tym zostawienie sobie „odrobiny” kontroli, to przede wszystkim zaspokojenie własnych potrzeb i realizowanie swoich, niewłaściwie pojmowanych, praw! „I choć jesteśmy gotowi zgodzić się, że każdy dorosły (w tym nasze dorosłe dzieci) ma prawo samodzielnie decydować, co je, gdzie śpi, jak się ubiera, jaką partię polityczną wspiera, w jakiego boga wierzy lub nie, gdzie pracuje, z kim się przyjaźni, z kim się wiąże, jak wydaje pieniądze i jak wychowuje dzieci, wciąż dajemy sobie prawo ingerowania, gdy jesteśmy pewni, że nasze potomstwo zmierza prostą drogą do życiowej katastrofy bądź czyni nieodwracalne szkody naszym wnukom.”, pisze autorka.

Według Viorst jest kolejnym powodem, dla którego chcemy kontrolować dorosłe dzieci, jest współzawodnictwo oraz próżność. W „Niedoskonałej kontroli” pisze: „Jak zauważa McBride, „dziecko jest końcową oceną wystawianą rodzicom”, a wszystkim przecież marzy się „6”. Zabiegając o nią, możemy obciążać dzieci oczekiwaniami doskonałości przez jasne wytyczne w sprawie kariery, życiowego partnera, cech charakteru, a nawet wagi, które sprawią, że będziemy czuć dumę. Zdaniem psychiatry Normana Kiella możemy je też obciążać naszymi przytłumionymi nadziejami i niespełnionymi aspiracjami, co włącza nas do grona rodziców „marzących o spełnieniu własnych marzeń rękami swojego potomstwa”. Łatwo się jednak domyślić – choć często podświadomie nie chcemy porywać się na takie przemyślenia – że ten rodzaj rodzicielskiej taktyki nie wpłynie dobrze na nasze relacje z dziećmi.

Nie idę twoją ścieżką!

„Ostatnio na lotnisku w Cleveland byłam świadkiem następującej sceny: Z samolotu wysiada babcia, żwawo podąża w kierunku wnuczki i porywa w ramiona uśmiechniętą sześciolatkę. – Cudownie cię widzieć. Kocham cię w każdym kawałeczku. Jesteś moim oczkiem w głowie. Ja... co oni, u licha, zrobili z twoimi włosami?! W tym momencie syn robi krok do przodu i z promiennym uśmiechem na ustach oraz wyraźną irytacją w głosie mówi: – Mamo, przymknij się, dobrze? Nie zaczynaj.”, opisuje autorka książki.

Scenka przytoczona przez Viorst, odczytana jako metafora, idealnie opisuje to, co robi z relacją rodzic-dziecko permanentna próba sprawowania kontroli – otóż, w najlepszym przypadku, mocno ją nadszarpuje, w najgorszym – przerywa ją bezpowrotnie.

„– Mamo, przestań mi ciągle pomagać – mówi mamie trzydziestojednoletni syn. – Za każdym razem, gdy mi pomagasz, czuję się taki bezsilny.

Nie chcemy, żeby nasze dzieci czuły się bezsilne. Ale bardzo, wręcz desperacko pragniemy im pomagać. Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” podsumowuje Judith Viorst.

Więcej w książce „Niedoskonała kontrola” autorstwa Judith Viorst.

  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Psychologia

Ukoić zranione, wewnętrzne dziecko

Zmiana wewnętrznej atmosfery panującej w twoim umyśle to najważniejszy „projekt remontowy”, jakiego możesz się podjąć. (Fot. iStock)
Zmiana wewnętrznej atmosfery panującej w twoim umyśle to najważniejszy „projekt remontowy”, jakiego możesz się podjąć. (Fot. iStock)
„Może słyszałeś powiedzenie, że dziecko jest ojcem człowieka dorosłego” pisze Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalnie”.

I dodaje, iż oznacza to, że: „Dziecko jest fundamentem, na którym wznosi się dorosłe życie. Jakość tego fundamentu ma kluczowe znaczenie. Psychicznie odporne dziecko jest zalążkiem odpornego psychicznie dorosłego. Niestety niektórzy z nas nie mieli możliwości nabycia dostatecznej odporności w dzieciństwie. Nasze dziecięce części są okaleczone, więc wyrósł z nich poraniony dorosły. Nawet jeśli te rany są w dużej mierze zasklepione i zakamuflowane, są chwile, kiedy się odzywają, a my działamy niedojrzale. Na szczęście nigdy nie jest za późno, aby je wyleczyć i pozwolić wyłonić się odpornemu dziecku, które przerodzi się w zdrowego, odpornego dorosłego”.

Praca nad wewnętrznym dzieckiem

Cori wylicza podstawowe metody wykorzystywane w pracy nad wewnętrznym dzieckiem:

  1. medytacja prowadzona, wyobrażenia umysłowe i trans hipnotyczny w celu spotkania się z wewnętrznym dzieckiem i wejścia z nim w interakcje,
  2. przeglądanie zdjęć z dzieciństwa w celu przywołania wspomnień i uczuć z tamtego okresu,
  3. praca z lalkami, pluszowymi misiami lub podobnymi rekwizytami (które reprezentują dziecięce stany) w celu uzyskania dostępu do dziecięcych uczuć lub przećwiczenia przez dorosłą część roli troskliwego rodzica,
  4. wykorzystywanie sztuki jako medium, zwłaszcza w celu umożliwienia ekspresji młodszym stanom dziecięcym,
  5. pisanie listów do wewnętrznego dziecka lub od niego do ciebie jako sposób nawiązania kontaktu,
  6. prowadzenie dialogów pomiędzy stanami dorosłymi a dziecięcymi poprzez pisanie dziennika, wewnętrzne rozmowy z samym sobą.

Uzdrowienie rozpoczyna się od odnalezienia części, z którymi straciło się kontakt, czyli tych dziecięcych. Wiele z nich oddzieliło się i odcięło, ponieważ czuły się zagrożone. Te lękliwe dziecięce części muszą wiedzieć, że teraz są z tobą bezpieczne i że sytuacja uległa zmianie.

Musisz przykładać szczególną wagę do bezpieczeństwa, aby zakotwiczyć dziecko w teraźniejszości. Wykształcenie silnej, troskliwej więzi pomiędzy dziecięcymi stanami a kochającym wewnętrznym rodzicem pozwala dziecku uwolnić się od przeszłości i zaznać szczęśliwego życia rodzinnego. Dzieje się tak, gdy słuchamy dziecięcych części z szacunkiem i empatią oraz dajemy im sposobność do wyrażania się, na przykład poprzez sztukę lub w dialogach.

Gdy już wyprowadzisz dziecko z traumatycznej przeszłości (co może wymagać pomocy terapeuty), czas przystąpić do stworzenia przyjaźniejszego środowiska w teraźniejszości. Może to polegać po prostu na rozmowach z tym dziecięcym aspektem lub przebywaniu razem w luźnej, odprężonej atmosferze i wspólnym robieniu rzeczy, co do których wiesz, że sprawiają dziecku przyjemność. Jeśli twoje wewnętrzne dziecko lubi przebywać na dworze, postaraj się znaleźć na to czas. A może będzie miało ochotę na jazdę konną lub siatkówkę. Niekiedy wykonując te czynności, stopisz się z dzieckiem, lecz często będziesz także czuł współobecność siebie jako dorosłego. Towarzystwo osoby dorosłej ma kilka zalet: może nadzorować cały proces, jak również wzmacniać więź z dzieckiem i ćwiczyć pełnienie względem siebie roli rodzica.

Druga, równie skuteczna metoda polega na zaspokajaniu potrzeb wewnętrznego dziecka w wyobraźni. Pewna kobieta codziennie spędza czas z każdym z trójki dzieci, traktując je jak prawdziwe dzieci w odpowiednim wieku. Kąpie i przytula niemowlę, a nastolatkę zabiera na zakupy. Każde z wewnętrznych dzieci przechodzi przez standardowe fazy rozwoju, tak jak miałoby to miejsce w stabilnym, kochającym domu. Dochodzą do siebie pod jej należytą matczyną opieką. Możesz zrekompensować zaniedbanie okresu dzieciństwa, troszcząc się teraz o swoje wewnętrzne dzieci.

Stwórz własne przekazy Dobrej Matki. Jeśli zrobisz to, mając na myśli konkretne wewnętrzne dziecko, to będą jeszcze trafniejsze. Spytaj dziecięce stany, co chciałyby usłyszeć.

Kolejne ćwiczenie polega na sformułowaniu podbudowujących stwierdzeń, które będzie wypowiadać dziecko. Oto kilka przykładów:

  • Mama kocha mnie obdarowywać i mi pomagać.
  • Mama jest przy mnie, gotowa dać mi to, czego potrzebuję.
  • Mama jest ze mnie bardzo dumna.
  • Mama naprawdę mnie lubi!

Nie myśl o tym jako o jednorazowym doświadczeniu. Im częściej i głębiej będziesz pracował z tymi komunikatami, tym bardziej się w tobie utrwalą i dołączą do cegiełek tworzących nowy fundament.

Przekazywanie wewnętrznemu dziecku komunikatów Dobrej Matki, otrzymywanie ich od innych oraz kultywowanie Dobrej Matki w swoim wnętrzu służy czemuś więcej niż tylko zaspokojenie potrzeb wewnętrznego dziecka. Dosłownie przekształca to twój umysł; zmienia podejście do samego siebie i świata.

Z czasem głos Dobrej Matki, który w sobie pielęgnujesz, zagłuszy głos Krytycznego Rodzica, będący podstawowym mentalnym filtrem większości ludzi. Jeśli sam jesteś dla siebie Krytycznym Rodzicem, tym samym będziesz dla innych (przynajmniej w głowie): będziesz niecierpliwy i oskarżycielski oraz nie będziesz potrafił otworzyć na nich serca. Oczywiście będziesz mieć podobny stosunek do samego siebie – a zapewne wiesz, jakie to uczucie. Czy nie milej byłoby spoglądać na świat przez pryzmat miłości zamiast uprzedzeń?

Naprawienie tego jest czasochłonne, lecz bez wątpienia warte wysiłku. Zmiana wewnętrznej atmosfery panującej w twoim umyśle to najważniejszy „projekt remontowy”, jakiego możesz się podjąć.

Więcej w książce Jasmin Lee Cori „Matka niedostępna emocjonalnie”.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.