1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak rozmawiać, gdy w związku dzieje się źle? 5 kroków do porozumienia

Jak rozmawiać, gdy w związku dzieje się źle? 5 kroków do porozumienia

Co może pomóc, gdy w związku dzieje się źle? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. (Fot. iStock)
Co może pomóc, gdy w związku dzieje się źle? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. (Fot. iStock)
Terapeutka własnego związku - ty w takiej roli? Czemu nie! Twój partner boryka się z problemem, który rzutuje na waszą relację? Zaproś go na kozetkę.

Oliwia i Leszek, małżeństwo 30-latków, spodziewają się dziecka. Od pewnego czasu Oliwia obserwuje zmianę w zachowaniu męża. Zwykle roześmiany i energiczny, coraz częściej bywa nieobecny, ponury, późno wraca z pracy. Oliwia martwi się i próbuje do niego dotrzeć. Bezskutecznie. Któregoś wieczora nie wytrzymuje i wykrzykuje w złości: „Nie chcesz tego dziecka?!”. Leszek, oburzony jej oskarżeniami, zarzuca jej paranoję i egocentryzm…

– To świetny przykład na to, jak nie postępować – mówi psycholog Anna Dzierżawska. – Strony nie słuchają się, można nawet powiedzieć, że siebie nie widzą. Oskarżenia i domysły prowadzą donikąd. Bywa, że partnerzy nic nie mówią, co jest nawet gorsze niż serie oskarżeń, milczenie jest bowiem najbardziej mściwą formą okazywania złości.

Co pomoże Oliwii i Leszkowi? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. Ich twórcy, psychologowie Kathryn i David Geldard, twierdzą, że skorzystać z nich może każdy, kto ma problemy w relacji z partnerem i kto chce pozbyć się ich w sposób mądry i efektywny.

Zanim jednak zostaniesz psychoterapeutką własnego związku, musisz odpowiedzieć sobie na trzy pytania: Czy jestem gotowa na to, by słuchać o problemach drugiej osoby? Czy potrafię szanować rozmówcę (uznać go za wartościowego człowieka)? Czy umiem wykazać się empatią (pełne zrozumienie i dzielenie uczuć drugiej osoby) oraz bezwarunkowo akceptować myśli i uczucia partnera (powstrzymywać się od osądzania)?

Jeśli na wszystkie odpowiedziałaś twierdząco, możesz zaprosić partnera na kozetkę.

KROK 1. Sprawdź, czy chce pomocy

Pewne sygnały, jakie odbierasz od partnera, mogą świadczyć o tym, że boryka się z jakimś problemem i potrzebuje pomocy, ale nie wiesz, czy jej chce. Dlatego warto zachęcić go do rozmowy: podziel się z nim swoją obawą, a następnie zapytaj, czy przyjmie twoją pomoc (pytanie musi dawać rozmówcy wybór: możesz rozmawiać, ale nie musisz). Np. „Martwi mnie, że wracasz do domu tak późno i się nie uśmiechasz. Jeśli chcesz ze mną porozmawiać, to jestem”. Jeżeli odmówi, nie naciskaj. Wróć do tematu za kilka dni. Albo poproś kogoś innego, np. brata czy tatę, żeby zainicjowali rozmowę. Może partnerowi będzie łatwiej porozmawiać z kimś innym?

KROK 2. Zorientuj się na osobę

Carl Rogers, amerykański psycholog, zakładał, że ludzie posiadają naturalną zdolność rozwiązywania własnych problemów. Twierdził, że zadaniem doradcy nie jest bezpośrednia interwencja ani znajdowanie rozwiązań za kogoś, ponieważ każdy potrafi zrobić to sam. Dlatego, skupiając się na problemach partnera, nie podsuwaj mu gotowych rozwiązań, nie radź („Musisz coś z tym zrobić”) i nie powołuj się na własne doświadczenia: „Ja na twoim miejscu zrobiłabym to i to”. Pozwól mu samemu znaleźć rozwiązanie.

– Łatwiej i wygodniej jest nam wyręczać innych – mówi Anna Dzierżawska. – Tymczasem dając komuś prawo do podejmowania własnych, nawet błędnych, decyzji, uznajemy go za dojrzałego. Pozwalamy, żeby sam niósł swój ciężar, potykał się, ale i rozwijał. Pamiętajmy, że jeżeli weźmiemy odpowiedzialność za cudze problemy, będziemy winni cudzych porażek.

KROK 3. Dużo słuchaj, mało mów

Po pierwsze: ten mówi, kto ma problem, a powiernik słucha. I robi to aktywnie: kiwa głową, uważnie patrzy w oczy rozmówcy, ale mu nie przerywa. Gdy skończy, odczekuje kilka sekund i dopiero wtedy zabiera głos. Po drugie: to, co mówisz, powinno upewnić partnera w tym, że uważnie go słuchasz i rozumiesz: „Widzę, że to dla ciebie trudne”. Od czasu do czasu podsumować to, co powiedział do tej pory oraz potwierdzać jego słowa: „Rozumiem twój punkt widzenia”. Warto również odzwierciedlać uczucia rozmówcy: „Bałeś się, że stracisz pracę, to naturalne”.

KROK 4. Zrozum i zaakceptuj uczucia

Osoba, która boryka się z jakimś problemem, widzi wszystko w krzywym zwierciadle (np. dostrzega same minusy sytuacji albo wyolbrzymia to, co się stało). Słuchanie drugiej strony, parafrazowanie (czyli mówienie tego, co zostało powiedziane, ale własnymi słowami) ma na celu „wyprasowanie” krzywego zwierciadła po to, żeby rozmówca mógł zrzucić z siebie emocje, które go zaślepiają, i ujrzeć problem bez zakłóceń, w jego realnej postaci. Często na tym etapie domowa interwencja się kończy. Partner chciał jedynie zostać wysłuchany i zrozumiany.

KROK 5. Pomóż znaleźć rozwiązanie

Musisz pamiętać, że twój partner jest ekspertem w poszukiwaniu najlepszych dla siebie rozwiązań (patrz krok 2). Powiernik winien raczej skupić się na omawianiu konsekwencji danego wyboru, a nie na samym wyborze (czyli mówić: „Jeśli zmienisz pracę, zarobisz więcej”, zamiast: „Powinieneś zmienić pracę, by więcej zarabiać”). Czasem warto podsunąć najgorsze rozwiązanie, bo może zmobilizować do szukania lepszego, albo powiedzieć wręcz: „Nie ma dla ciebie rozwiązania” – to zmusza do wytężonej pracy (trzeba tylko pamiętać, żeby te słowa wypowiadać z szacunkiem, bez cienia złośliwości).

Przełomem i rozwiązaniem może być też decyzja o powstrzymaniu się od działania lub jego odroczeniu. Nawet gdy myślisz, że z twojej perspektywy to za mało albo za późno – zaufaj partnerowi. W końcu on wie lepiej od ciebie, co jest dla niego najważniejsze.

Warto przeczytać: Kathryn i David Geldard, „Rozmowa, która pomaga”, GWP 2004. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.

  1. Psychologia

Sprzeczki dobre dla związku? Zamiast unikać konfliktów, lepiej nauczmy się kłócić

Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Tam, gdzie nie ma tarcia i emocji, jest fałsz i powierzchowność – twierdzi psycholog Maria Rotkiel. Dlatego zamiast unikać konfliktów i spięć w związku, lepiej nauczmy się kłócić.

Mówi się, że wspólne mieszkanie to prawdziwy test dla związku. A może najważniejszym testem jest jednak pierwsza kłótnia? Pokazuje to, co nam się w sobie nie podoba, ale też to, czy umiemy o tym rozmawiać.
Na pewno ważny jest sam temat, który wywołuje pierwszą sprzeczkę. Tym bardziej jeśli powraca w następnych – to znaczy, że jest to punkt newralgiczny. Matka partnera, która wiecznie jest w pobliżu, pieniądze, a może była dziewczyna? Kłótnia pokazuje też naszą sferę wrażliwości i nasze granice, co nam się w sobie nie podoba i na ile to „nie podoba” znaczy „denerwuje”, a na ile „wkurza”. Na przykład przeszkadza mi to, że on odbiera po raz kolejny telefon podczas naszej randki, ale już wkurza, że odbiera mój telefon, kiedy nie ma mnie w pobliżu. Równie ważne, a może nawet ważniejsze jest to, w jaki sposób się kłócimy.

A nie jak często?
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. Coś, co jest dla nas trudne, coś, co musimy przenegocjować, coś, co powoduje emocje – to wszystko wychodzi w takich momentach spięcia. Po prostu nie wierzę w zgrane pary, które się nie sprzeczają.

Może kłócą się w sposób wyważony. Na zasadzie: „Kochanie, nie rób tak, bardzo mi to przeszkadza”. „Kochanie, nie wiedziałem, przepraszam, nie będę”.
Kiedy czytam wywiady z parami, którym nigdy nie puszczają nerwy, i tylko sobie z dzióbków spijają, to od razu wiem, że jest między nimi źle. Natomiast ludzie kłócą się na milion sposobów i sprzeczka, w której jest agresja, ranienie drugiej osoby, mówienie: „Czy ty jesteś jakimś debilem?” – to sygnał, że w parze dzieje się źle. Bo można poruszyć nawet najtrudniejszy temat, ale w odpowiedni sposób. Sztuka kłócenia się jest jedną z ważniejszych i pożyteczniejszych. To umiejętność odróżnienia komunikatu: „Naprawdę irytuje mnie to zachowanie” od: „Wkurzasz mnie” – raniącego, oceniającego i nieprawdziwego, bo przecież on mnie nie wkurza, ja go kocham, natomiast niektóre jego zachowania są dla mnie trudne. Psychologowie często mówią o tym, żeby postarać się skupić podczas kłótni na komunikatach „ja”, czyli konstruować wypowiedzi na zasadzie: „Kiedy tak robisz, to czuję…”, żeby nazywać uczucia i mówić o zachowaniu, a nie o osobie – wiem, że dla niektórych to brzmi sztucznie i śmiesznie, ale to pozwala doprowadzić nas do jakichś wniosków, znaleźć wzajemne porozumienie, zamiast zgliszczy. Bo możemy ująć sprawę tak: „Chyba jesteś jakiś nienormalny, tyle razy ci powtarzałam, że mnie to denerwuje, a ty znów to robisz, mam cię dosyć!”. Albo tak: „To zachowanie jest dla mnie bardzo trudne, prosiłam cię, żebyś tak nie robił”. I mamy dwa inne światy. Oczywiście, to nie znaczy, że masz to wszystko wyrazić spokojnym, stonowanym głosem. Nie, możesz to powiedzieć w emocjach, podnieść głos, a mimo to nie zranić drugiej osoby, nie deprecjonować wartości partnera ani waszej relacji.

Chodzi o przekazanie informacji: to mnie denerwuje, to przekracza moje granice i czuję się wtedy tak…?
Kiedy mówimy o swoich emocjach, nikogo w ten sposób nie obrażamy, co innego, gdy zaczynamy przypisywać uczucia lub ich brak partnerowi. Słowa się materializują, zostają na długo, czasem na zawsze. Nie da się ich wymazać gumką z notatnika wspólnego życia. Trzeba mieć świadomość, że jeżeli kogoś obrazimy, to mimo że nawet za chwilę będziemy tego żałowali, i tak konsekwencje raz „palniętej” głupoty możemy ponosić bardzo długo. Niestety, ponieważ ludzie uczą się siebie nawzajem, to w miarę trwania związku poznają coraz lepiej swoje słabości i drażliwe obszary. Odkrywają swoją piętę Achillesa albo nawet „pięty”: to może być trudna relacja z mamą, niezrealizowane ambicje zawodowe, nadmierna tusza czy inne kompleksy. I w kłótni, pod wpływem zranienia i wysokiej temperatury emocji, zdarza się im potem wykorzystać tę wiedzę. Uderzyć w miękkie podbrzusze. Tak nie wolno się kłócić. Tu nawet nie chodzi o to, by nie być wulgarnym, tylko by nie być agresywnym. Obrażanie, wyśmiewanie, zaniżanie czyjejś samooceny, ranienie słowami to też agresja. Życie z drugą osobą uczy wielu rzeczy, w tym tego, że z frustracją trzeba sobie radzić. Bo choć strasznie wkurza mnie jego zachowanie, to nie usprawiedliwia ono na przykład takich słów: „Jak znajdziesz sobie wreszcie pracę, która da ci więcej satysfakcji, to może przestaniesz leczyć swoje kompleksy, wyżywając się na mnie”.

Mocne.
To typowo kobieca kwestia. Mężczyźni za to są specjalistami od: „Jesteś taka sama jak twoja matka”, mimo że wiedzą (a może właśnie dlatego), iż partnerkę bardzo boli ta relacja. Tak nie wolno robić. Uczmy się mądrze kłócić. I miejmy przyzwolenie na to, że kłótnie będą się zdarzały, i o duperele, i o ważniejsze rzeczy. Przyglądajmy się tematom, o które się kłócimy, i temu, jak się kłócimy. Bo to właśnie po bolesnych kłótniach ludzie najczęściej trafiają do terapeuty. Słyszę często: „Wie pani, ja mu tego nie mogę wybaczyć. Jak on mógł powiedzieć coś takiego?!”. Naprawdę, trzy razy zastanówmy się, zanim powiemy coś w złości. Bo ludzie ranią się głównie przez nieumiejętność mówienia pewnych rzeczy i niezadanie sobie trudu, by ująć coś tak, by nie zranić, a zmobilizować do zmiany. Ucząc się kłótni, czyli mówienia trudnych rzeczy w prosty i delikatny sposób, uczymy się też asertywności.

A nie sądzisz, że czasem niepotrzebnie mówimy pewne rzeczy, nawet jeśli mamy rację? Może zamiast zastanawiać się, jak to inaczej powiedzieć, darujmy sobie nasze oceny i mądrości?
Na pewno darujmy sobie komentarze raniące i dotykające sfery, na którą druga osoba nie ma wpływu. Nie mówmy: „Twoja matka na niczym się nie zna”, jeśli matka jest dla naszego partnera bardzo ważną osobą. Bo co on może zrobić z naszą informacją? Nie mówmy też: „Zazdroszczę mojej przyjaciółce, że jej mąż więcej zarabia”. Chcesz zmobilizować go do szukania lepszej pracy – powiedz, że w niego wierzysz.

Niektóre pary w kłótni wypominają sobie pochodzenie, wykształcenie, rodziców… Rzeczy od nas niezależne.
I jeśli to się często powtarza, może stać się przyczyną rozstania. Naprawdę. Ludzie odchodzą od siebie najczęściej wtedy, kiedy kończy się ich tolerancja na zranienie. Można być raz zranionym, dwa razy, trzy, ale kropla drąży skałę. Dlatego nie ma się co dziwić, że niektórzy rozstają się nie z powodu zdrady czy wielkiego przewinienia, tylko tego, że on po raz enty obraził ją w większym towarzystwie czy znów wypomniał coś sprzed lat. Bo czara goryczy się przepełniła.

A czy nauka kłótni obejmuje też naukę godzenia się? Ja na przykład nauczyłam się o sobie tego, że w momencie, gdy napięcie sięga zenitu, muszę wyjść na kilka minut, by się uspokoić. Dopiero potem mogę wrócić do rozmowy i dojść do porozumienia.
Kłótnia to otwarcie tematu i trzeba go umieć też zamknąć. Ty nauczyłaś się o sobie bardzo istotnej wiedzy i umiesz ją teraz wykorzystać. Wiele osób tego nie robi, nie wycofuje się w momencie, kiedy czuje, że już nad sobą nie panuje, a potem, kiedy kurz bitewny opadnie, nie wraca do tematu i zamiata wszystko pod dywan. Czasami wystarczy jedno zdanie: „Nie dogadamy się w tym temacie, trudno, niech tak zostanie”. Albo: „OK, tym razem wybierzmy rozwiązanie, za którym ty optujesz, ale umówmy się, że w innej kwestii zgodzisz się na moją propozycję”. Negocjujmy, uzgadniajmy: raz niech będzie po twojemu, raz po mojemu, a może w ogóle z tego zrezygnujmy. Zamknięciem sprawy może być też: „Słuchaj, nie rozmawiajmy już o tym, to nie ma sensu”, kiedy kłótnia dotyczy np. poglądów politycznych. Musimy umieć zamykać sprawy i mieć w sobie zgodę na różnice, jakie są między nami. Poznając materię kłótni, poznajemy też swoje style kłócenia się. Jest na przykład styl „na mruka”, częściej spotykany u mężczyzn. Ona gada i gada, a on nic. To też kłótnia, tyle tylko, że oparta na biernej agresji, bo partner nie odpowiada na zadane pytania, nie wchodzi w interakcję, odgradza się murem. Jest styl „włoski”, charakterystyczny dla typów emocjonalnych. Najpierw jest dużo krzyku i nawet rzucania przedmiotami, ale emocje szybko opadają i „Włoszka” lub „Włoch” już nie pamiętają nawet, o co była kłótnia. Dlatego bardzo ważne jest, by poznać swoje style kłócenia się i umieć zwrócić uwagę na to, co może być dla mnie i dla partnera szczególnie trudne.

Niektóre osoby bardzo źle tolerują na przykład podniesiony głos. Jeśli podnosimy go momentalnie, wręcz niezauważalnie, starajmy się mówić spokojnie. Podaję to z własnego doświadczenia, bo my z partnerem kłócimy się bardzo śmiesznie. On jest introwertykiem, szybko zamyka się w sobie i wycofuje. Ja jestem bardzo emocjonalna, mówię szybko i głośno. I wiem, że to bywa dla niego trudne. Staram się nad tym panować i żeby się uspokoić, zaczynam mówić bardzo powoli i wyraźnie, co szybko doprowadza go do szału, a chwilę potem – także mnie samą. Ale to jest dobre, bo ja zaczynam się wtedy śmiać, a chwilę potem on też. Śmiech cudownie rozładowuje napięcie.

Bywa też tak, że ona po kłótni czuje się zrelaksowana, jakby zeszło z niej powietrze, ma ochotę objąć partnera. A tymczasem on jest emocjonalnym wrakiem, bo dużo go ta sprzeczka kosztowała, i musi godzinę po tym ochłonąć.
I niech ma ten czas na ochłonięcie. Miejmy szacunek dla odrębności drugiej osoby. A co do dobrego stylu samego kłócenia się: nie wyciągajmy rzeczy z przeszłości, kłóćmy się o jedną, konkretną i bieżącą sprawę, nie o całokształt. Nie przywołujmy też osób trzecich na zasadzie „Nie dziwię się, że twoja żona cię rzuciła”. Nam, kobietom, zdarza się to często. Jesteśmy mistrzyniami dziwnej dyscypliny, w której od niewstawionego talerza do zmywarki w tempie kosmicznym przechodzi się do zarzutu, że on nie rozmawia z ojcem już od roku. A to dlatego, że często myślimy na skróty i wszystko łączy się dla nas w jakiś większy kontekst. Często w tym rozumowaniu jest dużo racji, bo nasz partner rzeczywiście może nie mieć uważności na potrzeby drugiej osoby, o czym mówiła mu jego żona i ojciec, a teraz jego podejście uwidacznia się w stosunku do domowych obowiązków – ale jeśli do jednego worka wrzucimy jego eksżonę, ojca i niepozmywane talerze, może być to komunikat nie do ogarnięcia. O wiele lepiej będzie usiąść z partnerem i na spokojnie z nim to przegadać, wspomnieć o ojcu, o byłej żonie i dodać: „Zastanów się, czy ty tak nie masz w relacji, że ludzie cię o coś proszą, a ty nie słuchasz, co ich bardzo irytuje. Wiem, że nie robisz tego złośliwie, ja ci tylko mówię, jak to jest odbierane, że może wkurzać i być powodem wielu konfliktów”. I naprawdę nie trzeba być psychologiem, żeby tak rozmawiać. Ale być człowiekiem, czytać mądre książki i fajne gazety, uczyć się siebie i rozwijać.

W wielu związkach kłótnia staje się codziennym rytuałem, pretekstem do tego, by drugiej osobie „nawtykać”.
Ja powiedziałabym raczej, że jest wtedy pretekstem do rozładowania napięcia. Ale to bardzo zły sposób. Istnieje tyle innych metod i dróg, by odreagować, partner nie jest naszym workiem treningowym.

Jeden z psychologów mówił niedawno w wywiadzie, że nie martwią go pary, które się często i burzliwie kłócą, tylko te, które już tego nie robią.
Ja powiedziałabym, że martwią mnie pary, które nie przychodzą do mnie w emocjach, bo związki, w których jest chłód i obojętność, rokują najgorzej. Podsumowując, nie bójmy się emocji, także tych trudnych, ale kłóćmy się w sposób konstruktywny.

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek, w tym „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” i „Nas troje, czyli rodzinne nastroje”.

  1. Psychologia

Komunikacja w związku. Jak komunikować się z serca do serca?

Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Harmonijne relacje ze sobą i światem – tak w skrócie można określić filozofię Zen Coachingu, która uczy żyć i reagować świadomie, zamiast na włączonym autopilocie. - Komunikacja heart to heart to najgłębszy sposób komunikacji.  Dzięki niej w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę - mówi Kåre Landfald, twórca Zen Coachingu. 

Na czym polega komunikacja z serca do serca?
Możemy porozumiewać się z drugą osobą na trzech poziomach. Po pierwsze, z poziomu umysłu, by wymienić się informacjami, zapytać o opinię, podzielić się pomysłami. Po drugie, z poziomu emocji, gdy mówimy o tym, jak się czujemy, co nas cieszy, boli, uszczęśliwia czy frustruje. Wreszcie można komunikować się z poziomu bycia tu i teraz, z poziomu obecności. Dla mnie komunikacja heart to heart to właśnie ten ostatni poziom. Najgłębszy. To nasza świadoma obecność w teraźniejszości. Taka komunikacja oznacza, że porozumiewamy się z poziomu swojego prawdziwego, autentycznego „ja”, a w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę.

Czego potrzebujemy, by takie porozumienie nastąpiło?
Musimy być w kontakcie ze sobą. Potem dopiero możemy połączyć się z tą drugą osobą.

A jeśli ta druga osoba nie jest połączona ze sobą?
Jeśli jestem w kontakcie ze sobą, wówczas mogę połączyć się z duszą tej drugiej osoby. Słyszę, co mówi i co czuje, ale widzę więcej, głębiej. To trochę jak z ciastem. Mamy górę, spód i środek – najsmaczniejszą część. I ja widzę tę najsmaczniejszą część. Kiedy jestem ze sobą w kontakcie i odbieram innych na głębszym poziomie, ludzie na to odpowiadają, czują to.

Jak to wpływa na jakość komunikacji?
Komunikacja ma różne cele. Jeśli potrzebuję praktycznej informacji, na przykład jestem na dworcu kolejowym i zapytam cię o pociąg do Poznania, to mi odpowiesz. Ale gdy zapytam, co jest dla ciebie najważniejszą rzeczą w życiu albo czego brakuje ci w twoim związku – wejdziemy już na inny poziom. Głębszy, bardziej osobisty. Jeśli ludzie się spotykają, to warto zapytać o cel spotkania. Czy chcę poznać twoją opinię czy duszę?

Czy może chcę zbudować relację?
Mnie interesuje ludzka satysfakcja, spełnienie. Prawdziwa przyjaźń to taka, która odbywa się na poziomie serca, duszy. Mamy przyjaciół, których lubimy, ale dopiero gdy wpadamy w tarapaty – problemy finansowe, chorobę, rozwód – możemy przekonać się, kto o nas dba, martwi się, pomaga nam czy odwiedza nas w potrzebie. Kto jest „powierzchownym” przyjacielem, a kto prawdziwym. I jakiego rodzaju przyjaźni chcemy.

Ale konflikt może pojawić się nawet w najbliższej relacji.
Zwłaszcza w tej najbliższej! Między prawdziwymi przyjaciółmi także zdarzają się kłótnie. Często największe, najsilniejsze konflikty wybuchają z osobami, na których nam najbardziej zależy. Dlaczego? Bo najbardziej w te relacje inwestujemy. Chcemy być rozumiani, kochani, akceptowani. Konflikt wydarza się zwykle, gdy te potrzeby nie są według nas zaspokajane.

Zwłaszcza w związku.
Jest teoria pięciu języków miłości, czyli sposobów, w jakie okazujemy sobie miłość. Dla części osób wyrazem uczuć jest spędzanie ze sobą czasu, wartościowego czasu, dla innych to prezenty, dla jeszcze innych czyny, dotyk albo czułe słowa. U każdego z nas jeden z tych języków jest wiodący. Warto wiedzieć nie tylko, jaki język jest typowy dla mnie, ale też, jaki język miłości ma ważna dla nas osoba. Jeśli takim językiem u ciebie jest dotyk, a ukochana osoba cię nie dotyka, to nie czujesz się kochana. Moim językiem jest wartościowy czas. Jeśli więc nie masz czasu dla mnie, to nie czuję się przez ciebie kochany. I mamy konflikt. Bo wprawdzie kochasz mnie, ale nie okazujesz tego w sposób, w jaki oczekuję, nie mówisz językiem, jaki rozumiem.

Czyli konflikt bierze się z tego niezrozumienia?
Tak, choć nie ono jest zapalnikiem. My po prostu nie komunikujemy swoich potrzeb. A w takich sytuacjach zawsze warto być szczerym, bez osądzania. Samo nieporozumienie to nie konflikt. Wcześniej jest ocena i obwinianie. Na przykład jestem z kimś, dla kogo językiem miłości są prezenty, ale dla mnie nie są one aż tak ważne. Druga strona zaczyna mnie oceniać i winić, mówiąc: „Nie dajesz mi prezentów, jesteś zły, nie kochasz mnie!”. A mogłaby powiedzieć to inaczej. Na przykład: „Wiesz, jesteśmy razem już rok i nigdy nie otrzymałam od ciebie żadnego prezentu. Jest mi smutno. Nie czuję się kochana. Dlaczego nie dajesz mi prezentów?”.

To brzmi jak rozmowa według reguł NVC, czyli Porozumienia bez Przemocy.
Dokładnie tak. Kiedy mówimy o swoich uczuciach, bez oceniania drugiej osoby, porozumiewamy się z poziomu wrażliwości. A to wytrąca oręż z rąk drugiej stronie. Nie sposób zaprzeczyć czy nie zgodzić się z czyimiś uczuciami. Dlatego zawsze trzeba wybrać współodczuwanie zamiast oceniania. Czasem może w tym pomóc rozmowa z przyjacielem albo z coachem. Być może pozwoli zrozumieć, dlaczego w ogóle oceniamy i winimy innych. Konflikt zdarza się wtedy, gdy masz w sobie emocje, do których nie chcesz się przyznać. Dlatego próbujesz zmienić tę drugą osobę.

Jakie to uczucia?
Na przykład jesteś z kimś, kto dużo pracuje, jest ciągle zajęty. Nie widujecie się zbyt często, co martwi cię i złości. Zaczynasz oceniać i obwiniać za to tę drugą osobę. Jakiego uczucia unikasz?

Samotności?
Właśnie, czujesz się samotna, a ponieważ nie chcesz się tak czuć, obwiniasz swojego partnera, że o ciebie nie dba i nigdy nie ma go w domu. Oceniasz drugą osobę, zamiast powiedzieć jej wprost, że czujesz się samotna.

Dlaczego nie mówimy sobie takich rzeczy wprost?
Bo nie chcemy brać odpowiedzialności za swoje uczucia. Najpierw wybieramy kogoś z jakiegoś powodu, a potem z tego samego powodu narzekamy na tę osobę. Tak rodzi się konflikt. Emocje, do których nie chcemy się przyznać, biorą się zwykle z nierozwiązanych sporów z naszymi rodzicami. Na przykład nie dostałem w dzieciństwie od rodziców czegoś, czego nie mogli mi dać – miłości, opieki, uwagi, troski, zrozumienia. Od dziecka więc noszę w sobie schowany głęboko ból, i od dziecka chcę ten ból uleczyć. W wieku 30 lat zakochuję się i oczekuję, że ta druga osoba da mi to, czego nie dali rodzice. Kiedy mi tego nie daje, niepokoi mnie to i złości, bo budzą się we mnie intensywne uczucia tamtego zranionego kilkulatka. Ale zamiast wrócić do tych uczuć, odsłonić je, tłumię je i przekierowuję winę i złość z rodziców na tę drugą osobę. A przecież ta druga osoba nie zastąpi mi rodziców. To niby oczywiste, lecz większość ludzi nie jest tego świadoma.

Jak pomóc tej drugiej osobie to zrozumieć?
Możemy brać odpowiedzialność tylko za siebie.

Czy tobie też zdarza się wejść w konflikt?
Czasem. Ale nie myślę o nim jak o czymś złym, tylko jako o możliwości, potencjale do rozwoju. Mój nauczyciel powiedział mi raz, że jeśli nie ma konfliktów w intymnym związku, to nie jest to intymny związek. Jeśli jesteś z kimś blisko, to musi dochodzić między wami do nieporozumień i spięć, ale one są okazją, by się czegoś od siebie nauczyć, poznać lepiej tę drugą osobę, ale także siebie. Czasem ludzie nie potrzebują treningu z rozwiązywania konfliktu, tylko tego, żeby ten konflikt prawdziwie przeżyć, zamiast zamiatać go pod dywan, a potem wybuchnąć po dziesięciu latach i wszystko zniszczyć. Wszystko jest dobrze, dopóki szukamy porozumienia, dopóki próbujemy rozmawiać. Kiedy przestajemy, już nic nie można zrobić.

Kåre Landfald
twórca Zen Coachingu i jego główny nauczyciel. Zapoczątkował rozwój Społeczności Zen Coachów. Od 1997 r. Kåre pracuje jako konsultant, coach, mediator w konfliktach, menedżer i nauczyciel rozwoju osobistego oraz zarządzania zmianą w organizacjach. Pracował dla ONZ, norweskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz jako konsultant w wielu organizacjach.

  1. Psychologia

Negocjacje w codziennym życiu - na czym polega mądre porozumienie?

Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. fot. iStock
Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. fot. iStock
Wszędzie widzi pole do negocjacji, to pozwala jej marzyć. Uważa, że jednym z najgorszych rozwiązań jest kompromis, a politycy nie są dobrymi negocjatorami. Wygrać w negocjacjach z własnymi dziećmi to według psycholożki Ewy Kastory ponieść porażkę. Słowo „nie” oznacza dla niej: teraz nie, bo wszystko, co zdarzy się za chwilę, jest przyszłością, a negocjuje się zawsze przyszłość.

Można negocjować codzienność?
Trudno mi znaleźć taki obszar życia, który nie jest związany z negocjacjami. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. Jest cały obszar możliwości, który ludzie odrzucają już na samym początku, właśnie dlatego, że nie widzą pola do negocjacji. Wchodzą do hotelu i widzą złotą tabliczkę z napisem, że o godzinie 12 kończy się doba hotelowa. 90 procent uznaje, że doba hotelowa kończy się o 12. Bez względu na to, czy mają samolot o 20, czy o 16, zaczynają sobie organizować rzeczywistość tak, by od 12 siedzieć w holu. Na początku trzeba zobaczyć pole do negocjacji, pójść i poprosić o przechowanie bagażu, dostęp do łazienki, a najlepiej, by doba hotelowa trwała dłużej.

Czego nie da się negocjować?
Wyłącznie obszaru wartości. Nawet konstytucję można negocjować, czyli najważniejszy zbiór praw. Gdy widzę pole do negocjacji, w ogóle widzę więcej. Za każdym razem, gdy traktuję cenę w salonie samochodowym lub gdziekolwiek indziej jako niezmienną rzeczywistość, osłabiam własną tendencję do kreowania rzeczywistości. Tak samo jest z rolami w rodzinie, to pewna umowa podlegająca zmianom. W życiu biznesowym widzenie wszędzie pola do negocjacji pozwala marzyć, bo to oznacza wchodzenie na nowy rynek bez ograniczeń. Bo jeszcze nie wiem, czy się nie da. Coś fantastycznego dzieje się na świecie, nie myślę ograniczeniami, jakie istnieją w Polsce, obawą, że istnieje bariera językowa. Raczej kombinuję, co zrobić, by splot decyzji poszczególnych osób pomógł mi być tam, gdzie pragnę.

Gdzie są granice?
Tam, gdzie mogę komuś zrobić krzywdę. Ale filozofia negocjacji zakłada, że ludzie są dorośli. I gdy dochodzi do jakiejkolwiek transakcji, obie strony muszą po jej zakończeniu czuć się lepiej niż przed. Bo przecież inaczej by do transakcji nie doszło. A to, czy ja się czuję sto razy lepiej, a ta druga strona tylko pięć razy lepiej, jest kłopotem drugiej strony. Jesteśmy dorośli i nawet po skończeniu transakcji możemy przecież rozmawiać dalej.

Negocjacje traktujesz jak pracę?
Tak. Wstaję i ćwiczę wytrwałość. Zadzwonię jeszcze raz, pójdę tam jeszcze raz, porozmawiam jeszcze raz. Ale negocjacje to również zabawa. Jestem na urlopie, negocjuję, za ile z dziećmi przejedziemy się po morzu na dmuchanym bananie. Daję im w ten sposób przekaz, że nawet jak nie masz, staraj się mimo to i sprawdź. Oczywiście, nie negocjuję odjazdu pociągu na kolei. Ale lubię poszerzać granice swojego wpływu. Moja córka przez długi czas chciała wyjechać do Stanów, co kilka miesięcy temat wracał, zależało jej bardzo. Słyszała ode mnie, że jest za młoda, że się nie zgadzam. W pewnym momencie już jako pełnoletnia poprosiła o rozmowę. Powiedziała, że sama jej mówiłam, że „nie” oznacza „teraz nie”. Odświeżyła temat, przekonała mnie, pojechała do Stanów, a ja byłem z niej dumna. W życiu tysiące razy słyszymy „nie”, a to, jak i ile razy możemy się podnieść po usłyszeniu odmowy, decyduje o sprawstwie.

Zawsze ignorujesz pierwszą odmowę?
Nie. Czasami zwycięża szacunek do odmowy. Czasami pojawiają się negocjacje problemowe, czyli wtedy, gdy dwie strony szukają rozwiązania, które może usatysfakcjonować wszystkich negocjujących. Przychodzi do mnie klient i mówi, że chce szkolenie za 5 tys. zł, a ono kosztuje 10 tys. Pozycyjne negocjacje są wtedy, gdy mówię 7 500. To jest kompromis, a z nim jest tak, że wszyscy są i tak niezadowoleni. Problemowo negocjuję, gdy pytam ich, po co im to szkolenie, okazuje się, że oni chcą się przygotować do negocjacji z ważnym klientem. Proponuję im, że wejdę do ich zespołu, zrobię to za 5 tys. zł plus prowizję od sukcesu.

Unikasz kompromisów?
To adekwatne rozwiązanie w sytuacji negocjacji pozycyjnych. Gdy kupuję papier do biura, to ekonomicznie jest wysłać zapytania do dostawców, wybrać najtańszą ofertę, zadzwonić, wynegocjować obniżkę 20 proc. i koniec transakcji. Nie ma potrzeby spotykać się, nie ma potrzeby relacji. Ale w codzienności, pracy z bliskimi tak nie można. Negocjacje problemowe wymagają inwestycji czasu, zaufania. Jestem gotowa to robić na parkingu pod domem, gdzie codziennie stawiam auto, ale nie na wakacjach, wtedy mogę iść na kompromis.

A nie boisz się, że tak wyuczysz swoje dzieci negocjacji, że niczego nie uda ci się od nich... wynegocjować?
Przeciwnie, to by była sama przyjemność. To, co stanowi o umiejętnościach negocjacyjnych, jest na ogół uniwersalną umiejętnością, taką jak dążenie do celu. Do tego dochodzi niezłomność, wspomniana wytrwałość, nieobrażanie się, cierpliwość, dbanie o samopoczucie drugiej strony, to wszystko pomaga nie tylko negocjować, ale żyć.

A co z emocjami, nie trzeba ich schować, negocjator może powiedzieć, że jest wściekły?
Mówienie o emocjach nie jest zabronione, ale trzeba z tym uważać. Czasami lepiej jest powiedzieć: „To mnie zaskoczyło, wróćmy do tego jutro”. Albo: „Ta propozycja jest dla mnie bardzo trudna”. Można też powiedzieć: „Jestem wściekła, proszę o przerwę”. Nie jest najmądrzejsze negocjować pod wpływem dużych emocji, bo można wtedy złożyć niekorzystną dla siebie propozycję. Na pewno negocjator nieświadomy tego, co czuje, działa przeciwko sobie, samoświadomość jest potrzebna. Czasami lepiej powiedzieć, że coś mnie złości, chcę to sprawdzić, niż przeczekać wylew emocji i odejść od stołu. Skutecznym narzędziem jest odroczenie reakcji.

fot. iStock fot. iStock

Co to znaczy?
Umiejscowienie siebie pomiędzy akcją a reakcją, nie bycie bezwolnym. Obserwowanie tego, co się dzieje dookoła mnie i wewnątrz. Na przykład podczas negocjacji ktoś mnie prowokuje albo obraża, to jest akcja. Zanim pojawi się reakcja, dobrze zabrać sobie trochę czasu na sprawdzenie tego, co naprawdę chcę osiągnąć i co mogę stracić, reagując impulsywnie. Dlatego Szkołę Negocjacji rozpoczynam treningiem interpersonalnym. Moje reakcje bywają najsilniejszą barierą. Ktoś coś mówi, ja się wściekam i chcę szybko reagować. Do tego dochodzi wrodzona w nas presja, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie. Walczę z tym. Na każde pytanie zawsze mogę odpowiedzieć po czasie, uprzejmie informując mojego rozmówcę, że potrzebuję chwili do namysłu. To zaszłość ze szkoły, pani się pyta i kto szybciej podniesie rękę, ten inteligentniejszy. A to nie tak. Ważna jest zasada słonia, to znaczy – nigdzie się nie śpieszyć. Nawet kiedy idę na bardzo trudną rozmowę, ważne spotkanie, powtarzam sobie w myślach: „Nie musisz tam nic powiedzieć”.

A zdarza ci się negocjować pozycyjnie z własnymi dziećmi?
Tak, bo dzieciom potrzebne są granice, a ja nie zawsze muszę tłumaczyć dlaczego, chociażby wtedy, gdy wytłumaczyłam już to dziesięć razy. Rzadko jednak negocjuję w relacjach pozycyjnie, bo będąc z kimś blisko, szukam rozwiązań. Nawet gdy ustalam godzinę powrotu dziecka do domu. Interesuje mnie nie tylko czas, ale – jak wróci, z kim i to, by dziecko zrozumiało, dlaczego mi zależy, by było wcześniej.

Mówienie dziecku: „Nie, bo nie, i koniec”, to nie są negocjacje pozycyjne?
Zachowując się w ten sposób, narażam się na to, że swoje decyzje będę musiała wielokrotnie powtarzać. Głównym zadaniem rodzica jest uczyć dzieci życia, jeśli nie mówimy im, dlaczego coś robimy albo po co, to trudniej im będzie samym znajdować rozwiązania. Dobrze jest, by dzieci zachowywały się tak, jak chcemy, nawet wtedy gdy nas nie ma w pokoju, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy z nimi w relacji. Szczególnie podczas negocjowania decyzji, które oceniamy jako błahe i drobne, a dla nich są bardzo istotne. Jeśli dziecko siedzi prosto przy stole na obiedzie rodzinnym, ale u kolegi już nie, to prawdopodobnie nie rozumie, dlaczego ma to robić.

Przegrałaś kiedyś w negocjacjach z dziećmi?
Użycie słowa „przegrać” jest wbrew mojemu myśleniu o negocjacjach. Możemy dojść do porozumienia lub nie. Jeśli moje dzieci przegrały w negocjacjach ze mną, to i ja przegrałam. Jeśli postawiłam na swoim, ale mam obrażony cały dom, to nikt nie wygrał, to się prawie nigdy nie opłaca.

Dzieci są dla ciebie partnerami podczas negocjacji, mimo że masz więcej doświadczenia, władzy, wiedzy?
W świecie zawodowym podczas biznesowych negocjacji na ogół ktoś ma więcej władzy, doświadczenia, wiedzy i wciąż możemy być partnerami. Czasami negocjuję ze słabszej, czasami z silniejszej pozycji, ale skoro siedzę z kimś przy stole, czy to z rodziną, czy klientem, znaczy to, że jest jakiś obszar, w którym siebie nawzajem potrzebujemy. Jeśli mam przewagę, to nie znaczy, że mi nie zależy.

Uczysz negocjacji, ale czy nie jest tak, że część umiejętności składających się na negocjacje jest wrodzona?
Oczywiście. Dzieci negocjują od małego, wymagają, tupią, obrażają się, potem trzaskają drzwiami, przymilają się, sprawiają prezenty, wypróbowują różne narzędzia wywierania wpływu. Pomimo naturalnych skłonności można się w negocjacjach szkolić, zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Źródłem sukcesu jest umiejętność zobaczenia jak największej ilości perspektyw w danej sytuacji. To zwiększa możliwe manewry, zrozumienie dla drugiej strony, kreowanie nowych rozwiązań.

Kiedy opłaca się przerwać negocjacje, odejść od symbolicznego stołu?
Jest coś takiego jak pułapka konsekwencji. Negocjator wie, że jak popełni błąd, to może się z niego wycofać. Jeśli przeszarżował, może wrócić na stare miejsce. Nie ma nic złego w stwierdzeniu: „Przesadziłem, pomyliłem się, żałuję, przepraszam, czy możemy wrócić do tej rozmowy”. Czasami, odchodząc od stołu, sprawdzam granicę, dowiaduję się, czy ci po drugiej stronie nie blefują, ryzykuję tyle, że być może za chwilę będę musiała wrócić, wycofać się z decyzji.

A co, jeśli okaże się, że nie ma powrotu?
Jeśli odchodzę na krótką chwilę, prawie zawsze jest powrót. To na pewno nie może być stała strategia negocjacyjna, bo wtedy traci się wiarygodność. Ale daję sobie prawo do pomyłek.

Nigdy nie miałaś poczucia, że straciłaś twarz?
Nie, w negocjacje nigdy nie angażuję twarzy. Ważne jest oddzielanie ludzi od problemu. Jeśli ktoś podczas negocjacji mówi mi, że jestem niekompetentną idiotką, mogę powiedzieć, że rozumiem, iż złożona propozycja nie odpowiada na oczekiwania, zobaczmy, co trzeba by zmienić. Nie zależy mi na tym, by ten człowiek uważał mnie za mądrą, godną, chcę coś osiągnąć. A dla wielu ludzi kluczowe jest to, jak wypadną, a nie – czy wypadną.

Tak jak w świecie polityki?
Sprawa, o którą walczą, jest tylko ułamkiem tego, na czym im tak naprawdę zależy, czyli pozostanie na scenie. Polityk, który jak każdy dobry negocjator przemilczałby, wysłuchał, zrozumiał drugą stronę, skazałby się na niezaistnienie. Bo przeczekaliby tak trzy spotkania i nikt by ich nie zaprosił na kolejne, oni nie mogą zapomnieć o nadrzędnym celu, którym jest utrzymanie władzy. Gdy to stracą, już niczego nie osiągną. Gdy Pawlak podczas rozmowy z Tuskiem wstał od stołu przy negocjacjach emerytur, użył narzędzia z negocjacji pozycyjnych, czego nie robi się w sytuacji pozostawania z kimś w relacji, do której trzeba będzie wrócić. Stało się to narzędziem pokazowym, a nie negocjacyjnym.

A dobre przykłady negocjacji ze sceny politycznej?
Okrągły stół. Ludzie, którzy wcześniej mówili sobie, że się powieszą na latarniach, usiedli do stołu, schowali swoją dumę, swoje odsiedziane lata w więzieniu. I rozmawiali. Wiedzieli, że dokonanie rachunku krzywd nie doprowadzi do rozwiązania.

Bo negocjuje się przyszłość?
Gdy zaczynasz negocjować przeszłość, skazujesz się na porażkę. Negocjuje się zawsze przyszłość. Tak jest nie tylko w polityce, ale w każdej codzienności, w rodzinie, przyjaźni, miłości, w rysowaniu marzeń.

Ewa Kastory psycholożka i trenerka rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, certyfikowany coach ICC, absolwentka Université Des Sciences Humaines de Strasbourg oraz Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

O co ci chodzi, kochanie? - o komunikacji w związku

Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
To powinno być proste: mówię, a on rozumie, co chcę powiedzieć. On mówi, a ja nie doszukuję się w jego słowach drugiego dna. Kiedyś kobieta nie mówiła tego wprost, a mężczyzna odczytywał jej wypowiedź dosłownie i chciał natychmiast przekuć jej słowa w czyn. A jeśli już coś w końcu powiedział, to nie to, czego ona oczekiwała. A jak jest dzisiaj? Młodzi jasno określają wzajemne oczekiwania, wszystko uzgadniają i ustalają. Czy o to chodzi?

Czym właściwie jest komunikacja w związku? – To dynamiczny proces, trwający od czasu poznania się partnerów, w który włączone jest całe „ja” każdej z osób. Czyli doświadczenie, wychowanie, system wartości, aspiracje, cele życiowe. Owo „ja” każdego z partnerów determinuje ich oczekiwania wobec siebie nawzajem, wobec relacji obecnej i przyszłej – mówi psycholog profesor Mieczysław Plopa.

Przebadał on komunikację w różnych rodzajach związków: małżeńskich, niezalegalizowanych, na etapie rozwodu. Powołuje się na badania, które pokazują, że w pierwszej fazie poznawania się większość par (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) opiera się na tak zwanej komunikacji pozornej. Postrzegamy wtedy same pozytywy relacji, atrakcyjność uwarunkowaną wzajemną namiętnością. To, oczywiście, naturalny etap rozwoju związku, ale komunikacja nie jest wtedy prawdziwa, przypomina oglądanie drugiej strony przez szkło zniekształcające. Gdy na przykład partner kłamie, to myślimy: „Jakoś to będzie, on się zmieni”.

– Część osób poprzestaje na etapie takiej komunikacji pozornej, w której nie ma konfrontowania się z rzeczywistymi problemami, nie ma próby wzajemnego zrozumienia, docierania do głębszej relacji – twierdzi profesor.

A to nieuchronnie prowadzi do problemów, które Paul Watzlawick, psycholog i teoretyk komunikacji między mężczyzną a kobietą, nazwał konfliktem komunikacyjnym. Dochodzi do niego wtedy, gdy pewne wzorce rozmów i zachowań układają się w powtarzalny, oporny na zmiany, dysfunkcjonalny cykl wzajemnych oskarżeń. Taki konflikt po jakimś czasie tak się utrwala, że ludzie nie umieją bez niego funkcjonować.

Cokolwiek zrobisz, jesteś ważny

Według profesora Plopy po fazie komunikacji pozornej powinna przyjść faza komunikacji rzeczywistej, którą nazywa wspólnotową. Na czym ona polega? Na ukierunkowaniu się na siebie nawzajem: ja jestem otwarta na twoje doświadczenie, a ty na moje. Otwarcie rozmawiamy o wszystkich sprawach, zwyczajnych i poważnych. I nie tylko prosto z mostu mówimy to, co mamy do powiedzenia, ale także słuchamy, co mówi do nas partner. Ale przede wszystkim akceptujemy to, że nasze widzenie spraw i problemów może się różnić.

Przykład komunikacji rzeczywistej na błahy z pozoru temat: on powtarza, żeby chować ważne papiery do szuflady. Ona jest bałaganiarą i choć nie puszcza jego uwag mimo uszu, dbanie o porządek jej nie wychodzi. Mówi więc: „Sorry, nie cierpię nawet myśleć o segregowaniu dokumentów, a co dopiero to robić”. Ale proponuje: „To może weź na siebie porządkowanie dokumentów, a na mojej głowie będzie prasowanie”.

Potrzebę komunikacji rzeczywistej dostrzegamy wtedy, gdy sobie uświadamiamy, że jesteśmy inni i współzależni. Odkrycie tej prawdy to klucz do dobrej komunikacji. Zdaniem profesora warto się nim posłużyć, zanim zdecydujemy się na wspólne życie, bo wtedy mamy szansę zbudować relację nie na powierzchownej atrakcyjności, tylko na orientacji wspólnotowej.

– Wzajemna atrakcyjność partnerów w związku budowanym na orientacji wspólnotowej nigdy nie spada poniżej poziomu, który mógłby stanowić zagrożenie dla jego trwałości – mówi profesor. – Nie spada, bo traktujemy się nawzajem jak równoprawne osoby, bo dbamy o siebie nawzajem. Przekaz wspólnotowej komunikacji jest następujący: „Cokolwiek zrobisz, będziesz dla mnie wartością, bo ja jestem wartością dla ciebie”.

Z badań profesora Plopy wynika ciekawa prawidłowość. Otóż okazuje się, że komunikacja wspólnotowa zależy od wykształcenia partnerów. Im wyższe wykształcenie, tym większa świadomość wspólnoty celów, wartości, tym głębsze poznanie się. A to można tłumaczyć między innymi tym, że ludzie bardziej wykształceni zawierają związki później niż ci mniej wykształceni, a więc po drodze mają więcej doświadczeń interpersonalnych i tym samym dojrzalszy stosunek do życia.

Dzisiaj jednak wiele par wchodzi w tymczasowe związki, co zdaniem profesora bardzo utrudnia komunikację wspólnotową.

– Wcześniej kultura w pewnym sensie stała na straży związku. Zdecydowana większość par po zawarciu małżeństwa nie dopuszczała rozstania. Oczywiście, nie wszystkie z nich były szczęśliwe, ale gdy pojawiały się problemy, próbowano jakoś je przezwyciężać. Natomiast obecnie króluje orientacja indywidualistyczna: chcę się realizować, mam jedno życie, jeśli nam się nie ułoży, to się rozejdziemy. Jak wynika z badań, rozstanie dopuszcza ponad 50 procent młodych. Tymczasem prawidłowość psychologiczna pokazuje, że jak się coś dopuszcza świadomie bądź nieświadomie, to często tak się właśnie dzieje. Tak więc samo założenie, że możemy się rozstać, nie pomaga w budowaniu komunikacji wspólnotowej. Przy poważniejszych wyzwaniach, takich jak narodziny dziecka czy trudności materialne, zamiast walczyć o relację, szukamy alternatywy. Nie staramy się, nie angażujemy. A czynnikiem niezbędnym do tworzenia bliskich związków jest zaangażowanie. Relacje zorientowane na tu i teraz, płytkie, które łączy tylko seks, tego zaangażowania nie budują.

Mężczyźni mają dużo do zrobienia

Ostatnie amerykańskie badania nad związkami zawieranymi przez Internet dały zaskakujące wyniki. Okazało się, że takie relacje mogą być trwalsze od tych zawartych w realu!

– Można to wyjaśnić tym, że ludzie poznający się na portalach randkowych skupiają się na wymianie informacji na swój temat, piszą o tym, czym się zajmują, o swoich zainteresowaniach, cechach charakteru – wyjaśnia profesor Plopa. – Oczywiście, część tych informacji jest podkoloryzowana, ale podstawą do spotkania staje się wcześniejsza komunikacja.

Co więcej – profesor słyszy potem od tych ludzi, że gdyby nie ich internetowe rozmowy, pewnie w realu nigdy by na siebie nie zwrócili uwagi, bo pierwszym kryterium przy spotkaniach na żywo jest wygląd zewnętrzny, sposób mówienia, seksualność. Profesor przyznaje, że seksualność to, owszem, ważna forma komunikacji w związku, ale sama w sobie nie buduje silnej relacji. Żeby rozwinęła się w głębszą zażyłość, musi wiązać się z innymi rodzajami komunikacji, jak rozmowa, empatia, wspólne działania.

Profesor Katarzyna Popiołek, psycholożka, zwraca uwagę na zmiany, jakie można zaobserwować w komunikacji między partnerami młodego pokolenia. Otwarcie mówią, czego od siebie oczekują, a czego nie są w stanie zaakceptować, ustalają zakres obowiązków, dbają o swoje prawa.

– Nowy sposób komunikacji wynika głównie ze zmian kulturowych – zauważa profesor Popiołek. – Przełamane zostały różnego rodzaju tabu, że mężczyźnie i kobiecie coś nie wypada. Dzisiaj on może przejawiać cechy uważane dawniej za kobiece, jak empatię, emocjonalność, wrażliwość, a ona może być twardzielką. On nie musi tylko „polować”, może zająć się także domem, dziećmi, a ona nie musi być tylko strażniczką domowego ogniska, pełnić roli służebnej w związku, ale może realizować się zawodowo.

Te zmiany kulturowe wpływają na poszerzenie pola i sposobu komunikacji. W tradycyjnym modelu kobiety nie mówiły wprost, tylko w sposób zawoalowany, na przykład przez dąsanie, narzekanie. W partnerskim komunikują bezpośrednio: „Odbierz Jasia ze szkoły”; „Jestem zmęczona”; „Nie lubię gotować”. Otwarte mówienie o swoich potrzebach i oczekiwaniach to ważny krok w komunikacji. Ale równie ważny jest krok drugi – wzajemne zrozumienie. A to młodym do końca nie wychodzi. Dlaczego? Bo koncentrują się na pracy, która wymaga bycia dyspozycyjnym, bo są zestresowani nadmiernymi obowiązkami i kredytami. Indywidualizm też robi swoje.

Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni.
– Trend zmian w komunikacji między kobietą a mężczyzną idzie w dobrym kierunku – uważa Katarzyna Popiołek. – Ale wiele jest jeszcze do zrobienia. Zwłaszcza przez mężczyzn. Kobiety są dobrze przygotowane do rozmów, zawsze lubiły dyskutować o subtelnych aspektach relacji, o problemach swoich przyjaciół, czego mężczyźni z reguły nie znosili. Mówili: „A nie masz większych zmartwień?!”. I kobieta czuła się ze swoimi przeżyciami samotna. Poza tym mężczyźni zdecydowanie gorzej byli przygotowywani do otwartego komunikowania o emocjach, do wchodzenia w subtelne aspekty związku. Jak wynika z badań mojej magistrantki Magdaleny Kucharczyk, to kobiety, nawet te w partnerskich związkach, wkładają więcej wysiłku w intymność i komunikację. W trakcie badań przyznawały, że mają z tego powodu poczucie ograniczenia. Bo angażując się w relację, zawężają sobie pole do działania w innych sferach: zawodowej, społecznej, do których czują się powołane.

Profesor Plopa: – To paradoks naszych czasów, że gdy pytamy młodych ludzi o to, co jest dla nich najważniejsze, na pierwszym miejscu – obok zdrowia – stawiają rodzinę, związek, ale już ich zachowania niekoniecznie idą w tym kierunku. Wszyscy mamy w sobie tęsknotę za bliskością, otwartością, za byciem w pełni ze sobą. Ale nikt nas tego nie uczy. Wiedza na temat relacji, psychologii kobiety i mężczyzny jest prawie zerowa. Kiedy pracowałem ze związkami rozpadającymi się, ogarniał mnie ogromny żal, że nikt tym ludziom wcześniej nie pomógł. Bo gdyby ktoś pokazał im pewne sposoby komunikowania się, czytania siebie, gdyby nauczył ich relacji opartej na wspólnotowej komunikacji, do rozstania mogłoby nie dojść.

Moje i twoje „ja” biorą się za rękę

Jak to zmienić? Katarzyna Popiołek: – Mam nadzieję, że matki będą wychowywały córki ku większej niezależności, bo to właśnie zależność kobiet powodowała uprawianie z jednej strony dość autorytarnej męskiej komunikacji, z drugiej zaś – zawoalowanej, niejedno- znacznej, niewieściej. A u synów będą budziły większą wrażliwość, uczyły ich umiejętności wyrażania emocji, cierpliwej rozmowy. Na efekty przyjdzie jednak poczekać, bo zmiany utrwalonych przez pokolenia form komunikacji dokonują się powoli. Z kolei jeśli chodzi o tu i teraz, to myślę, że ogromnie ważną rolę odgrywają literatura, film, kultura w ogóle – pokazująca określone wzorce relacji, które prowokują dyskusje i zmiany. No i trzeba także zadbać o edukację, i to od najmłodszych lat.
Natura i kobiet, i mężczyzny nastawiona jest na głęboką relację. Różnice tylko nas wzbogacają.
Profesor Plopa także stawia na edukację.

– Nie wszyscy wychowujemy się w domach, w których system komunikacji przebiega prawidłowo. Ci, którzy nie mają dobrego przykładu w rodzinie, mogą wchodzić w płytkie relacje, wycofywać się i wchodzić w nowe. To droga donikąd.

Komunikacja wspólnotowa to nie wymysł filozofów, uczymy się jej od kołyski. Tłumaczy ją teoria przywiązania, przeżywająca teraz renesans, która mówi, że jeżeli dziecko doświadcza bezwarunkowej miłości ze strony matki, to potem idzie z takim wzorcem w życie. Nauczmy się siebie nawzajem „czytać”, wypracujmy swój język komunikacyjny. Jak mężczyznę trochę się rozmiękczy, jak pomoże mu się zdjąć pancerz kulturowej męskości, to odsłania się jego miękka natura, którą kobieta może być zachwycona. Kobiecy mężczyźni, używając terminologii płci psychologicznej, dużo lepiej czują się w bliskości z kobietą niż twardziele. Nie chodzi o to, żeby mężczyzna i kobieta niszczyli swoją naturę – bo takie są obawy. Natura kobiety i mężczyzny zorientowana jest na bliskość, intymność, głęboką relację. Jeżeli coś nam zagraża, to pseudowartości lansowane przez rynek, modę. Bo na pewno nie to, że jesteśmy inni. Różnice nas wzbogacają, powodują, że komunikacja staje się bardziej twórcza. A tam, gdzie istnieje możliwość twórczego działania, jest przecież większa satysfakcja. Bo komunikacja to nie tylko słowa. To moje i twoje „ja”, które biorą się za rękę i idą w jednym kierunku.