1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przystanek numer 2. Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację?

Przystanek numer 2. Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację?

Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Było, minęło, walizki spakowane, tym razem się uda! Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację, co wyrzucić, a co zabrać ze sobą – radzą psychologowie Joanna Dulińska i Michał Duda.

Nowy związek – wszystko nowe?
Joanna Dulińska:
Nie zawsze. Często tak bardzo jesteśmy przywiązani do naszej wizji idealnego związku, że nie tylko rozstajemy się z kimś, kto do niej nie pasuje, ale też wchodzimy z nią w kolejną relację, już z kimś innym. Gdy nasze oczekiwania i niezaspokojone potrzeby pozostają te same, na następnego partnera wybieramy zwykle kogoś podobnego do poprzedniego.

Dlaczego tak się dzieje?
Michał Duda: Bo nadal jesteśmy tacy sami. Podam przykład: kobieta uważa, że jej wymarzony partner powinien być samodzielny. Gdy poznaje kogoś, kto jej się podoba, zaczyna na niego wpływać, by stał się dokładnie taki, jak ona chce. Tym samym, paradoksalnie, on przestaje być samodzielny, a ona wymienia go na kogoś bardziej niezależnego. Nie jest jednak w prawdziwej relacji z żadnym z tych mężczyzn, tylko próbuje dostosować ich do swojego wyobrażenia, żeby sama nie musiała się zmieniać.
J.D.: Zapominamy, że to, jakich mamy partnerów, mówi wiele o nas samych. Załóżmy, że każdy kolejny facet na mnie krzyczy. To znaczy, że potrzebuję nauczyć się stawiania granic, ale nie przez ucieczkę, tylko konfrontację. Kolejne związki pokazują, co musimy w sobie zmienić. Warto porzucić myślenie, że to od innych, a nie od nas, zależy jakość relacji. Jeżeli podejmę próbę stworzenia nowej siebie, a mój związek pozostanie taki sam, będzie mi łatwiej odejść.
M.D.: Kolejne związki mogą być do siebie podobne, bo zamiast z partnerem, jesteśmy w relacji z… rodzicem. Zdarza się, że kobiety szukają w mężczyźnie ojca. Pragną uwagi, której nigdy od niego nie dostały. Prędzej odnajdą ją relacji z jakimś nauczycielem, mentorem, ale nie w związku. Kiedy mężczyźni potrzebują, żeby się o nich troszczyć, dbać, często wynieśli to z domu albo właśnie tego im tam brakowało.

A gdy wiążemy się z kimś, kto jest odwrotnością byłego partnera?
M.D.: To wpadamy w pułapkę. Odwrotność starego to cały czas stare.

Ale przecież tamten siedział w domu, a ten zabiera mnie w ciekawe miejsca...
J.D.: Zazwyczaj sednem sprawy jest nasz wewnętrzny konflikt. Przypuśćmy, że jakaś kobieta rozstaje się z zasiedziałym domatorem, ponieważ ma ochotę zwiedzać świat. Spotyka kogoś, kto też lubi podróżować, i co się dzieje? Po trzech miesiącach jest niezadowolona, bo chciałaby więcej bywać w domu. To może oznaczać, że w sferze jej potrzeb zaistniał konflikt pomiędzy stabilnością, posiadaniem rodziny a wolnością, niezależnością. Zmieniając partnerów, próbuje rozwiązać go z pomocą innych ludzi, zamiast zajrzeć w siebie.
M.D.: Na początku związku z podróżnikiem nasza bohaterka może przez chwilę czuć dużą ulgę. Ale przecież był też jakiś powód, dla którego wybrała człowieka, który lubi siedzieć w domu.

Na przykład?
M.D.: Może to był idealny kandydat na męża, ktoś, z kim mogła założyć rodzinę, a do satysfakcjonującej relacji brakowało jej tylko częstszych podróży? Nie chodziło o to, żeby wywracać życie do góry nogami, tylko wprowadzić do niego więcej dynamiki. Niezależnie od tego, kto chce siedzieć w domu, a kto jeździć po świecie – bajka jest ta sama, zmieniają się tylko role.
J.D.: Chyba, że to siedzenie w domu było dla niej czymś nowym. Nasyciła się tym i zaczęła chcieć już czegoś innego. Wówczas będzie nadal myślała o kimś, kto będzie cenić domowe zacisze, ale też zaspokoi jej potrzebę kolejnego „nowego”. Jeśli nie ma wewnętrznego konfliktu, będzie szukać możliwości integracji obu tych jakości.

Jeśli więc rozwiąże swój wewnętrzny konflikt, jest szansa, że znajdzie kogoś, kto będzie zarówno domatorem, jak i podróżnikiem?
J.D.: Będzie jeszcze inaczej. Jeśli dojdzie do porozumienia sama ze sobą, w jej życiu może pojawić się ktoś, kto wniesie do niego zupełnie nową jakość. Stanie się tak pod jednym wszelako warunkiem, że będzie mieć w sobie zgodę na ciągły rozwój i przestanie dążyć do tego, by wszystko było dokładnie takie, jak ona chce.

Drugi związek wyznacza jednak jakiś nowy etap w życiu?
M.D.: Czasami związek się kończy, bo w tym układzie już nic się nie wydarzy i kolejny jest trochę przypadkowy, z kimś, kto przypuszczalnie nie wzbudziłby wcześniej mojego zainteresowania. Jednak może się okazać, że ta relacja nieoczekiwanie mnie „zaśsie”, chociaż nie pasuje do moich wcześniejszych wyobrażeń na temat związków ani nie jest ich odwrotnością. W takich właśnie przypadkach pojawia się nowa wizja, która w żaden sposób nie jest kontynuacją starej.
J.D.: Jest tylko jeden warunek: trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy.
M.D.: Drugi związek wynika czasami właśnie z tego, że ktoś wchodzi w nową fazę życia. Dzieje się tak, kiedy dotychczasowa relacja nie zmienia się razem z naszym rozwojem, a pojawia się ktoś, z kimś możemy wejść w nowy etap.

Ale chyba nie w każdej fazie życia potrzebujemy nowego partnera?
J.D.: To, co nas fascynuje w drugiej osobie, powinniśmy odnaleźć też w sobie. Jeśli podążą za tym obie strony, stworzą pewną całość, wtedy pojawi się „my”. Kiedy wspólnie przekraczamy własne ograniczenia, wchodzimy w kolejne etapy: podróże, budowę domu, zakładanie firmy, wychowywanie dzieci – stawiamy czoła nowym wyzwaniom i w ten sposób cementujemy nasz związek. Jak się zatrzymamy na tym, co już znamy, pojawią się w naszym życiu osoby z zewnątrz, które będą z nami flirtować tym „nowym”, na które mamy akurat zapotrzebowanie. I wtedy przed nami dwie drogi: możemy otrzymać to w starym związku albo pójść za flirtem.

A stąd prosta droga do romansu…
M.D.: Nowy związek często przychodzi wtedy, kiedy w starym pojawiają się przeszkody nie do przejścia. Wtedy ta druga relacja ma rzeczywiście raczej charakter romansu, który powinien być częścią gry w stałym związku. To moment, w którym nie ma już miejsca na kompromis, a negocjacje stają w martwym punkcie. Romanse mają to do siebie, że statystycznie rzadko przeradzają się w nowy związek. Najczęściej wracamy do tego, w którym byliśmy poprzednio.

Dlaczego?
M.D.: Bo musi się zmienić nasz punkt odniesienia. Kiedy ludzie są zakochani, stają się kimś innym. Potem powracają do tego, jacy byli, ale tęsknią do siebie z początku związku, fazy zauroczenia. Wtedy związek zatrzymuje się w rozwoju, coś zaczyna się psuć. Okazuje się, że tym brakującym elementem jest flirt. Jeśli da się go wskrzesić w obecnym związku, drugi nie będzie potrzebny. Może jednak się zdarzyć, że w nowej relacji powstanie wspólne „my”, nowa pełnia, która okaże się silniejsza od poprzedniej.
J.D.: Romans często zmienia związek. Ze strony osoby, która go nawiązuje, zwykle jest większa gotowość na zmiany, na pracę nad sobą. Jeśli w zdradzanej osobie też się uruchomi ten proces, więź się utrzyma.
M.D.: Niestety, ta druga osoba często zamyka się na zmiany, staje się konserwatywna.
J.D.: W takiej sytuacji raczej się rozstaną. Aby do tego nie dopuścić, obie osoby musiałyby znaleźć jakąś wspólną pasję, zainteresowanie.
M.D.: Bywa, że ktoś, kto ma romans, sam ma problem, żeby wejść w nowy związek i ze strachu przed niewiadomym chowa się do starego.
J.D.: Albo prowadzi podwójne życie. Romansuje dopóty, dopóki relacja nie zagraża stałemu związkowi, po czym kończy ją i zaczyna następną znajomość. Zawsze jest gdzieś pomiędzy. Próbuje mieć wszystko, a nie ma niczego.
M.D.: Romans może być szansą zarówno dla związku, jak i partnera, który jest zdradzany. Jeśli tę cechę, umiejętność, „nową jakość”, którą wnosi rywal, odnajdzie w sobie osoba zdradzana, i to nie tylko po to, żeby zatrzymać żonę czy męża – uratuje tę relację. Romans przestanie być bowiem atrakcyjną alternatywą. Musi to być jednak prawdziwa wewnętrzna przemiana.
J.D.: Ważne jest, by w takiej sytuacji przyjrzeć się sobie: jak się z tym czuję, na czym mi zależy i co mogę zmienić.

To trudne.
M.D.: Tylko na początku. Każdy lubi dowiedzieć o sobie czegoś nowego.
J.D.: Nie negujemy oczywiście negatywnych emocji, jakie towarzyszą zdradzie, chociażby zranienia.

Często, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego coś się skończyło, koniecznie chcemy znać winnego.
M.D.: Między ludźmi musi być element tajemnicy. Bez niego stajemy wobec niebezpiecznej inżynierii związku. Myślenia, że można go zaplanować od początku do końca. Godzimy się na to, by powstał z magii, ale do akceptacji jego zakończenia potrzebujemy konkretów – ktoś musi być odpowiedzialny za rozstanie. Warto przestawić swoje myślenie: coś się skończyło, bo się skończyło. I nikt nie jest winny.
J.D.: W takim momencie warto się zatrzymać i być wdzięcznym za to, co się wydarzyło. Ludzie, którzy się rozstają, mówią często: „Nigdy mnie nie kochałaś, to małżeństwo było życiowym błędem”. Jeżeli przyjmą, że kiedyś było inaczej, że była miłość, czułość, wspaniałe chwile – zostanie z nimi wszystko to, co było najlepsze w tym związku, czego on ich nauczył. Rozstaję się, ale szanuję poprzedniego partnera. Zaspokoił moje ówczesne potrzeby, a teraz chcę iść dalej. To bardzo ważne, bo wtedy nie będę porównywać z nim kolejnego.

A co wtedy, gdy kończymy stary związek, a nie możemy wejść w nowy? Kiedy pojawia się lęk, obawa, że nikogo nie spotkamy?
J.D.: Może ten czas jest nam potrzebny, żeby pobyć ze sobą sam na sam, lepiej się poznać, coś w sobie zmienić… – i to wcale nie tylko po to, by poznać kogoś nowego, lecz by wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Dokąd tego nie zrobimy, nic dobrego się nie wydarzy.
M.D.: Jest taki stereotyp, że życie jest udane tylko wtedy, kiedy upływa w związku z drugim człowiekiem. Tymczasem nie wszystko kręci się wokół tego tematu i nie na każdym etapie naszego rozwoju musimy być w zdeklarowanej relacji. Jeśli drugi związek się nie przydarza, to myślenie o tym, dlaczego tak się dzieje, jest marnowaniem czasu. Czy nie lepiej wykorzystać go na to, by coś stworzyć, pobyć wśród przyjaciół, zrobić coś dla siebie? Dobrze mieć chwilę przerwy, oddechu, zanim zacznie się pisać nową opowieść.

Joanna Dulińska - psycholog, dyplomowana psychoterapeutka i nauczycielka pracy z procesem.

Michał Duda - psycholog, zajmuje się psychologią procesu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach.
Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka?
Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać?
Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to...
To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości...
Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość?
Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia?
Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata.
„Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów?
Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów.
Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne?
Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami?
Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce?
Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Zdrada w związku - jak zachować się wobec dzieci?

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Właśnie uświadomiłaś sobie, że partner cię okłamuje, że ma kochankę, prowadzi podwójne życie. Serce ci się kraje i masz ochotę tylko na jedno: krzyczeć, utonąć we łzach albo urwać mu głowę. Ale dwójka waszych maluchów akurat spokojnie się bawi albo je kolację. Czy lepiej zacisnąć zęby, żeby nie wybuchnąć w obecności dzieci? Tak, oczywiście! Czy dzieci wyczują napięcie? Tak, oczywiście (chyba że jesteś Buddą!) – pisze w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?” Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka.

Jak już wiemy, odkrycie, że partner kłamie, wywołuje olbrzymie poruszenie emocjonalne; w takich warunkach zarządzanie własnymi uczuciami przy jednoczesnym zachowaniu równowagi w rodzinie jest prawdziwą próbą siły! Jednak postaraj się nie kłócić w obecności dzieci, bo bardzo się przestraszą. Niezależnie od wieku, nie są bezmyślne i dobrze widzą, kiedy mama i tata są wściekli, zestresowani czy smutni…

Dziecko jest z natury bardzo egocentryczne (i nie ma w tym nic nagannego). Im młodsze, tym bardziej skoncentrowane na sobie: wraz z wiekiem obszar jego zainteresowania się rozszerza i zaczyna rozumieć, że nie wszystko jest z nim związane. Jeśli twoje dziecko jest małe, pomyśli, że skoro coś się stało, to przez nie. Mama jest smutna? To znaczy, że zrobiłem coś złego. Tata się gniewa na mamę? Kłócą się z mojego powodu.

W okresie adolescencji problemy są trochę inne, ale nie mniej skomplikowane! Budzenie się seksualności, budowanie tożsamości i wszystkie elementy związane z tym okresem życia wywołują u nastolatków niezwykłą wrażliwość i podatności na napięcia. Młodzi ludzie są wtedy bardzo emocjonalni i bronią się przed tym jak mogą. Zatem nie wierz we: „W porządku, mam to w nosie, to wasze życie”.

Bardzo ważne jest znalezienie równowagi między zachowywaniem się, jakby do niczego nie doszło (choć dziecko widzi, że jest inaczej), i „myleniem dziecka z pamiętnikiem”. Nie, dziecku nie można mówić wszystkiego; ale tak, można mu powiedzieć prawdę: nie powiedzieć wszystkiego to nie znaczy nie powiedzieć nic. Sytuację trzeba opowiedzieć w sposób odpowiedni do jego wieku, szanując jego rytm, bez przekraczania granic tego, co może i musi usłyszeć.

Oczywiście najgorsza sytuacja to taka, gdy dziecko staje się wspólnikiem kłamcy. Na przykład tata zabiera ośmioletniego synka Théo do kochanki i każe mu się bawić, podczas gdy dorośli zajmują się swoimi sprawami.

Gdy wracają, ojciec mówi chłopcu: „Pamiętaj, nie mów o niczym mamie, to nasz sekret”. Takie zachowanie jest niszczące dla dzieci. Czują one złość i poczucie winy: złość na rodzica, który zdradza, i poczucie winy, że wbrew swojej woli uczestniczą w tym oszustwie.

Wszystkie dzieci czują, że rodzic, który kłamie, jest mniej zaangażowany w życie rodzinne. Nawet jeżeli tego nie wiedzą, wyczuwają, że coś jest nie tak. Jeśli wiedzą i widzą, że ten, kto jest dla nich wzorem, ich autorytetem kłamie lub, co gorsza, wciąga je w swoje krętactwa, podczas gdy są uczone, żeby nie oszukiwać – czują się totalnie zdezorientowane. Tracą zaufanie do rodzica i do siebie samych. W efekcie mogą zbudować sobie mylne wyobrażenia na temat seksu, zdrady i zakazanych zachowań. Albo w końcu odkrywają kłamstwo, albo noszą ciężar sekretu rodzinnego czy przemilczeń. Taki rodzaj traumy może sprawić, że w dalszym życiu rozwinie się w nich nieufność. Jeśli od dzieciństwa uczymy się, że osoba, której najbardziej ufamy, pozwala sobie na kłamstwo lub oszukiwanie nas, można wyprzedzająco trzymać się założenia, że nikt nie jest godny zaufania i każdy potrafi nas wykorzystać.

Twoje dziecko nie ponosi odpowiedzialności: powiedz mu to!

Jeśli twój partner czy partnerka wciągnęli dziecko w swoje „sprawy dorosłych”, porusz ten temat z dzieckiem.

Możesz na przykład powiedzieć: „Wiesz, on nie powinien/ ona nie powinna brać cię ze sobą. Ale to tata zrobił/ mama zrobiła głupio, nie ty. Nikt nie jest na ciebie zły. Mama i tata postarają się sami załatwiać swoje problemy, ale nie masz się czego bać, bo oboje bardzo cię kochamy i nikt nie ma do ciebie pretensji”.

Jeśli córka czy syn ma pytania, odpowiadaj mu prostymi słowami, ale mów prawdę. Jeśli zapyta na przykład, czy jesteś zła na partnera, możesz powiedzieć: „Tak, jestem zła, bo nie powiedział mi prawdy, ale nie martw się tym, bo na ciebie nikt nie jest zły. Tata i mama porozmawiają i zobaczą, czy mogą się pogodzić”. Albo: „Jestem teraz zbyt zły, żeby z nią rozmawiać, ale kiedy mi trochę przejdzie, tata i mama będą mogli porozmawiać”.

Jeśli twoje dziecko było świadkiem skomplikowanych scen i nie jest w stanie opowiedzieć o nich (albo ty nie masz siły tego słuchać), nie wahaj się iść z nim do psychologa dziecięcego, który pomoże mu to nazwać i zrozumieć, czego doświadczyło. Często powtarzaj dziecku, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się dzieje. Że to nie jego wina. Uspokajaj je, mówiąc, że niezależnie od tego, jak sprawa się zakończy, rodzice go nie zostawią.

Dziecko nie jest ani twoim psychoterapeutą, ani powiernikiem!

Jak już rozumiesz, etap numer 1 polega na tym, żeby pocieszyć dziecko, zwłaszcza jeśli jest małe, że nie ponosi odpowiedzialności za problemy mamy i taty i że mimo tego, co dzieje się w domu, rodzice go nie porzucą. Nie można również stawiać córki czy syna w nieodpowiedniej roli. Bardzo kuszące jest szukanie potwierdzenia na to, jaki koszmar zgotował nam partner, i wywnętrzanie się pierwszej osobie, która znajdzie się w pobliżu, albo plucie wściekłością do wyczulonego, niewinnego ucha.

Jednak twoje dziecko nie jest twoim powiernikiem! To nie ono ma osłaniać cię, bronić, a tym bardziej brać na swoje barki twój smutek. To twoja rola! Uważaj zatem, żeby nie stawiać go w pozycji dorosłego. Niech dziecko zostanie na swoim miejscu, w żaden sposób nie wciągaj go w problemy, które masz z partnerem, nie rób z niego szpiega ani posłańca. Za wszelką cenę staraj się, żeby na tych małych delikatnych ramionach nie spoczął żaden ciężar.

Nie krytykuj drugiego rodzica

Inny ważny punkt to powstrzymanie się od mówienia źle o partnerze. Nawet jeśli to bardzo trudne, nie każ dziecku znosić nienawiści, jaką odczuwasz. Ono nie ma na to żadnego wpływu. Będzie to tylko ze szkodą dla niego, ponieważ postawisz je w pozycji bezużytecznego buforu lub zniszczysz obraz drugiego rodzica, jaki w sobie nosi, a to prawdopodobnie niekorzystnie odbije się na jego rozwoju. Nie skarż się w obecności swojej pociechy, bo znajdzie się ona w bardzo poważnym konflikcie lojalności. Twoje dziecko ma prawo nie musieć wybierać miedzy tatą a mamą, niezależnie od krzywdy, jaką jedno zrobiło drugiemu. Jeśli, niestety, ojciec czy matka jest złym człowiekiem, z wiekiem samo to sobie uświadomi.

Twoje dziecko jest dzieckiem!

Może się jednak zdarzyć, że mimo że się starasz, dziecko i tak będzie musiało unieść twój smutek czy gniew. Nie ma sensu krążyć przez pół godziny wokół domu, żeby się uspokoić i osuszyć łzy, zanim wejdziesz do środka. Dziecko jest superczułym odbiornikiem i poczuje twój ból lub złe samopoczucie, gdy tylko przekroczysz próg. To okropne, ale tak jest! Dziecko jest jak małe zwierzątko z mocno rozwiniętym systemem alarmowym, który zabezpiecza jego podstawowe potrzeby: spokoju, stabilności, bezpieczeństwa emocjonalnego, zaufania, autonomii, wyrażania potrzeb i emocji, spontaniczności i zabawy, granic i samokontroli…

Jesteś jednym z filarów, na których spoczywa jego egzystencja, zatem dziecko rozwija wysoką wrażliwość, żeby ten filar się nie rozpadł. Będzie się starało wiedzieć, będzie ci się przyglądało, żeby „sprawdzić”, czy się trzymasz. Czasem zapyta o coś, czego tak naprawdę nie chce wiedzieć, gdyż da mu to poczucie, że kontroluje wydarzenia, na które w rzeczywistości nie ma żadnego wpływu.

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla jego bezpieczeństwa emocjonalnego. Jedna z podpór się chwieje, bo popełniła błąd, który podważa to, kim jest. Druga cierpi, więc wydaje się słaba. Dziecko odczuwa silną niepewność, której nie może wyrazić słowami. To w takiej sytuacji często dochodzi do parentyfikacji. Dzieci przejmują rolę rodzica tak naprawdę po to, żeby ochronić siebie: „Muszę się zająć mamą i czuwać nad jej dobrą formą, żeby mogła zajmować się mną”.

Postaraj się, aby twoja pociecha zachowała niefrasobliwość. Jeśli ci się to nie udaje, niech na trochę zajmie się nią ktoś inny. Nie zapominaj nigdy, że może poczuć konieczność wspierania cię, a to dla niej za ciężkie i nie jest to jej rola. Poproś o pomoc przyjaciół, rodzinę albo psychologa – na tym polega jego praca.

Być prawdziwym

Stale pocieszaj swoje dziecko, ale nie kłam. Nie mów mu, że wszystko jest w porządku, jeśli wyraźnie tak nie jest. Poczuje, że mówisz nieprawdę, że to, co słyszy, nie zgadza się z tym, co wyrażasz niewerbalnie: tonem głosu, gestami, spojrzeniem, wyrazem twarzy – czyli całym sposobem komunikacji poza słowami.

Wielu rodziców uważa, że lepiej chronić swoje dziecko, nic mu nie mówiąc. W rzeczywistości taka postawa może być równie szkodliwa, jak zwierzanie się mu. Julien patrzy ci w oczy i pyta, czy wszystko w porządku. Odpowiadasz mu: „Tak, oczywiście”. On nalega, a ty nadal twierdzisz, że wszystko w porządku (być może nawet nieco się denerwując). Uważasz, że synek jest za mały, żeby zrozumieć, na czym polegają problemy dorosłych, i nie musi wiedzieć, co się dzieje. Masz rację. Jednak Julien widzi, że nie wszystko z tobą porządku. I kiedy mówisz mu, że nie ma problemu, podczas gdy on wyraźnie widzi coś innego, czuje silny lęk; jego intuicja popada w konflikt z twoimi słowami, które bierze za wyznacznik prawdy. W końcu uświadamia sobie, że kłamiesz. Ale nie rozumie dlaczego.

Być spójnym

Jeśli nie zdołasz ukryć swojego smutku lub gniewu, co doskonale mogę zrozumieć, pamiętając o bałaganie emocjonalnym w mózgu, lepiej wyrazić problem słowami. Pod pretekstem, że je chronisz, nie okłamuj dziecka które cię doskonale prześwietliło – ponieważ narobisz jeszcze więcej szkód. Powiedz mu wprost: „Tak, mama jest teraz smutna, ale nie martw się, to przejdzie i jestem z tobą. Nie jestem smutna przez ciebie”. Jeśli zapyta, skąd ten smutek, możesz wyjaśnić mu to w prostych słowach: „Mama posprzeczała się trochę z tatą. Wiesz, to tak samo jak ty czasami kłócisz się z kolegami w szkole. Ale nie martw się, mama i tata są z tobą”.

Jeśli dziecko zobaczy, że płaczesz, nie mów mu, że to ze zmęczenia i że minie. Powiedz prawdę, że jest ci smutno. Jeśli skłamiesz, w jego małej główce powstanie jeszcze większe zamieszanie. Jeśli spyta, dlaczego się pokłóciliście, możesz mu odpowiedzieć w następujący sposób: „Twój tata i ja trochę się ostatnio gniewamy na siebie. Tak jak przyjaciele mogą się czasami gniewać. Mamy inne zdanie na temat przyjaźni taty z pewną panią, ale próbujemy rozwiązać ten problem. Nie masz co się niepokoić, to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie z twojego powodu i oboje bardzo cię kochamy. Zawsze będziemy się tobą opiekować”.

To tylko przykłady. Możesz oczywiście wyrazić to własnymi słowami w zależności od istoty problemu, ale bądź prawdziwa.

Szanuj je i zadawaj mu pytania

Pisałam wcześniej, żeby szanować rytm dziecka. Jeśli zostało obsadzone w roli wspólnika lub było świadkiem waszej kłótni, warto wrócić do tego, co się wydarzyło lub jeżeli nie czujesz się na siłach, żeby to zrobić – zwrócić się po pomoc do psychologa. Jeśli jednak udało ci się uchronić dziecko i atmosfera w domu jest dość stabilna, nie ma potrzeby brać go na rozmowę w cztery oczy i wyjaśniać, że tata zdradził mamę i mamie jest bardzo smutno! Szanowanie jego rytmu oznacza bycie świadomym, że ono jest na innym etapie percepcji niż ty. Zbyt szczegółowe lub przedwczesne wyjaśnienia mogą być dla niego szokujące, bo nie jest na nie gotowe ani nie ma ochoty ich słuchać. Przykład? „Zauważyłeś/ zauważyłaś, że tata i mama się gniewają teraz (do tej pory OK, zauważył/ zauważyła). To dlatego, że mama zakochała się w innym panu i tata jeszcze nie wie, czy wybaczy mamie i czy będziemy dalej razem mieszkać (tego natomiast nie musi na razie wiedzieć)”.

Najpierw ureguluj sprawy z partnerem. Jeśli zdecydujecie się rozstać, to dopiero wtedy powiedzcie o tym dzieciom. Warto natomiast porozmawiać z córką czy synem, gdy tylko zauważysz, że orientują się oni w czymś, lub stwierdzisz, że wykazują objawy lęku (zaburzenia snu, kłopoty w szkole, niewyjaśnione problemy somatyczne, dziwne albo nieadekwatne zachowanie).

Niemniej jednak nie podawaj im niepotrzebnych szczegółów i upewnij się, że rozumieją, co mówisz. Postaraj się, aby twoje słowa były maksymalnie zgodne z przekazem niewerbalnym, gdyż dzieci są szczególnie wrażliwe na ten ostatni. Na przykład nie mów, że wszystko w porządku, jeśli dąsasz się i od długiego płaczu aż spuchły ci powieki.

Spytaj dziecko, co je dręczy. Czasami samo tego nie wie, albo będzie się bało cię zranić. Daj mu czas, niekiedy warto nawet zaryzykować i powiedzieć, że być może czuje ciężką atmosferę w domu itd. Zapewnij je, że może ci o wszystkim opowiedzieć, że nie będziesz na nie zła. Czasem również się zdarza, że dziecko ma pretensje do porzuconego rodzica, że nie umiał ochronić rodziny. Nie zapominaj, że chłonie wszystko jak gąbka, mimo wszystkich wysiłków, jakie podejmujesz, żeby je ochronić.

  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Dbać o siebie to trzymać ster swojego życia

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
My, kobiety, bardzo lubimy uszczęśliwiać innych własnym kosztem. Dlaczego tak uporczywie trwamy przy tym bezsensownym nawyku?

Wiele razy na koniec jakiejś kobiecej opowieści słyszę pytanie: „I co mam zrobić?”. Odpowiedź często wydaje mi się oczywista. Ale co z tego, skoro jest to moja odpowiedź? Nawet nie zamierzam się nią dzielić. „A co chcesz zrobić?” – pytam w takiej sytuacji. I zaczyna się żmudne poszukiwanie odpowiedzi, długie brodzenie przez niepewność i lęki, więc czasem idę na skróty i dopytuję: „A co powiedziałabyś swojej przyjaciółce, gdyby była w takiej sytuacji?”. Teraz odpowiedź zwykle przychodzi z łatwością. Wiemy, co warto zrobić w jakiejś sytuacji, ale same nie potrafimy podjąć decyzji. Lęki, wątpliwości, wyobrażenia, co pomyślą inni, trzymają nas w miejscu i nie pozwalają zrobić tego, co chcemy. Potrzebujemy, by ktoś z zewnątrz nas popchnął, dał nam pozwolenie, zapewnił, że mamy prawo zadbać o siebie, że nasze potrzeby i uczucia wcale nie są mniej ważne niż potrzeby i uczucia innych.

Coś się kończy, coś zaczyna

„Każdy dzień zachęca cię ku temu, byś zaakceptował rolę lidera w swoim życiu. Często żyjemy przyzwyczajeni do roli obserwatora i pozwalamy innym, by mówili nam, co mamy robić – co jeść, jak się ubierać, jakie produkty kupować, w jakiego Boga wierzyć, a nawet jak być szczęśliwym. Głęboko zakorzenione poczucie zależności od czegoś na zewnątrz, pozwalanie na to, by ktoś inny trzymał ster naszego życia, wydaje się być czymś naturalnym, choć mędrcy za wszelką cenę starają się nam powiedzieć, że nie tędy droga. Nie wierz ślepo w to, co słyszysz, co ci radzą, zawsze sprawdzaj to sam na sobie, stosując w swoim życiu. Eksperymentuj. Niech życie będzie twoim laboratorium”. Ten fragment książki „Uszanuj siebie. Wewnętrzna sztuka dawania i przyjmowania” Patrycii Spadaro wydał mi się bliski. Tak, też tak myślę. Życie to zadanie, za które warto wziąć odpowiedzialność.

Wiem, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Czasem nie potrafimy zrobić ruchu, bo w pułapce trzyma nas przekonanie, że nie mamy wyjścia. Albo gdzieś w głębi duszy wierzymy, że musimy trwać w toksycznej relacji, bo nic lepszego nam się już nie zdarzy. Jeśli zrezygnujemy z pracy lub ze związku, to może w innej pracy będzie gorzej albo już zawsze będziemy same? Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre. Czasem latami trwamy w tym, co jest, choć buntujemy się przeciwko temu, ale nie chcemy kończyć sytuacji. Bywa, że z obawy przed końcem nie chcemy jej nawet zaczynać.

Ewa, lat 32, uczestniczyła w warsztacie, gdzie kilka kobiet było po rozwodzie, o czym mówiły, przedstawiając się w pierwszej rundce. – Ja to chyba nigdy nie wyjdę za mąż – powiedziała, gdy przyszła jej kolej. – Chyba nie zniosłabym takiej porażki jak rozwód. – Porażki? Ja uważam rozwód za swój największy sukces – zaoponowała jedna z uczestniczek, wywołując dyskusję. Sukces to czy porażka? A może jedno i drugie? A może to zależy od okoliczności?

Wiele osób traktuje koniec jak coś złego, do czego za wszelką cenę nie należy dopuścić. Patricia Spadaro proponuje inne spojrzenie: „Kiedy doświadczysz zakończenia czegoś w życiu, potraktuj to jak uroczystość rozdania dyplomów i rozpoczęcie czegoś nowego. Życie przypomina salę szkolną i pod wieloma względami to, co dobiega końca, jest jak ukończenie pewnego etapu i promocja, mimo że na pierwszy rzut oka może się wydawać całkiem inaczej. W większości przypadków zakończenia przychodzą, ponieważ nauczyłeś się jednej lekcji i jesteś gotów na następną albo też wyczerpałeś wszystkie możliwości, które dotychczasowa sytuacja miała ci do zaoferowania i potrzebujesz zmiany scenerii, by na scenę weszły nowe możliwości. Zakończenia nie tylko są czymś naturalnym, ale i koniecznym”. Jasne, że nie wszystko można i warto kończyć, nawet jeśli jest źródłem cierpienia. Czasem zamiast kończyć, warto zaakceptować to, co jest. Dzięki temu zyskujemy wolność, choćbyśmy nadal były w trudnej sytuacji.

Wybór zamiast złości

Małgorzata, lat 42, matka niepełnosprawnego dwunastolatka, jest zła na cały świat, co widać od progu. Spóźniła się na warsztat, ale nie zamierza za to przepraszać. To i tak cud, że tu jest, bo zwykle nie ma szansy wyrwać się z domu. Syn wymaga stałej opieki, a nikt nie chce jej w tym pomagać. Wiele lat temu musiała zrezygnować z pracy, żeby się nim zająć, ledwie wiąże koniec z końcem, a właściwie nie wiąże, bo mąż odszedł, założył nową rodzinę i płaci bardzo małe alimenty, a ona nie ma jak pracować.

– I to ma być moje życie?! – wykrzykuje ze złością swój sprzeciw. Złość ją przepełnia. Wylewa się z niej w każdym kontakcie, w każdej mini sytuacji, inne osoby odruchowo trzymają się od niej z daleka. – I co mam zrobić? Powiedz mi, jak jesteś taka mądra! – A co byś chciała zrobić? – pytam, choć wiem, że to pytanie może jej się nie spodobać. – A kogo to obchodzi, czego ja chcę? W moim życiu nie ma miejsca na żadne chcenie! Jest tylko „muszę” i „powinnam”! – słyszę żal w jej głosie. – Mnie obchodzi. Co chciałabyś zrobić, Małgosiu? – pytam. Wybucha płaczem. Płacze długo, inne kobiety też mają łzy w oczach, w końcu się uspokaja.

– Więc co byś chciała zrobić, Małgosiu? – zaczynam od początku. – Przecież wiesz, że nic nie mogę zrobić – mówi z rozpaczą. – A gdybyś mogła? – Rzuciłabym to wszystko i zaczęła swoje życie od nowa. – To co cię powstrzymuje? – Ja go kocham, nie chcę go zostawić, to mój syn! – wyrzuca z siebie. – No to chcesz się nim opiekować czy wolałabyś rzucić to wszystko? – zależy mi, żeby sama sobie odpowiedziała na to pytanie. Małgosia znów płacze, a grupa razem z nią. – Chcę, ale już nie mam siły. Nikt mi nie pomaga, od lat nie mam czasu dla siebie, rodzina się ode mnie odwróciła, jest obrażona, że nie jestem miła, a jak mam być miła w tej sytuacji, która mnie wykańcza? – przyznaje wreszcie.

Małgosia złości się na innych, że mają lepiej. Zniechęca ich do siebie ciągłymi pretensjami. Skłania do tego, by bronili się przed nią, a nie pomagali jej, choć ich pomoc jest jej bardzo potrzebna. A gdyby tę sytuację udało się Małgosi zaakceptować? „Jakkolwiek paradoksalnie by to zabrzmiało, otwierając się na jakieś trudne doświadczenie, akceptując to, co jest, możesz łatwiej z niego wybrnąć. Dzieje się tak dlatego, że nie zużywasz już takiej ilości energii, jakiej potrzeba do stawiania oporu, przeprowadzania ataku, ukrywania czegoś lub zaprzeczania czemuś, co się wydarzyło. Teraz możesz przeznaczyć tę samą energię na poszukanie optymalnego rozwiązania” – pisze Patricia Spadaro.

Kiedy uda nam się zaakceptować trudną sytuację, w której jesteśmy, możemy zacząć szukać sposobu zadbania o siebie i swoje potrzeby. Co sprawi, że poczujesz się lepiej? Pytamy o to swoje przyjaciółki albo dzieci, kiedy jest im trudno. A siebie? Siebie też warto o to pytać. Gdybyśmy traktowały siebie tak, jak traktujemy innych, rzadziej tkwiłybyśmy w pułapce.

W gruncie rzeczy życie nieczęsto stawia nas przed wyborami albo-albo. To albo tamto. Znacznie częściej zadanie polega na tym, byśmy zmienili sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Byśmy przestali reagować nawykowo, a zaczęli szukać własnych odpowiedzi.

Prosić i brać

Niedawno znów spotkałam Małgosię. Nadal jest matką niepełnosprawnego dziecka, ale ma trochę czasu dla siebie i na pracę. – Nie wiem, jak to się stało, ale mój były mąż zaczął mi trochę pomagać. Mama też nie jest już obrażona. Ani siostra. Trzy popołudnia w tygodniu mam wolne, w końcu czuję, że żyję. – To nie stało się samo, Małgosiu. Ty to zrobiłaś – nie mam wątpliwości. – Chyba tak. Przestałam się czuć taka pokrzywdzona, odkąd wiem, że chcę się opiekować swoim synem, a nie tylko muszę. Zaczęłam szanować siebie za swój wybór, już się nie czuję w pułapce. To po prostu jest moje życie.

Małgosia przestała się złościć i nauczyła się prosić o pomoc. Teraz nie tylko daje, ale również bierze. To ważna zmiana.

Patricia Spadaro proponuje w swojej książce, byśmy stawiali siebie na szczycie swojej listy priorytetów. „Nie czekaj do momentu, aż odhaczysz wszystkie inne zadania, które robisz dla innych, zanim zaoferujesz sobie to, czego potrzebujesz. Wyznacz dla siebie czas, aby troska o siebie nie była punktem, który zawsze spychasz na sam koniec listy”.

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie.
Na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre.

  1. Psychologia

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu? O wychodzeniu z porozwodowej traumy

Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Psycholog pozytywny Jolanta Burke opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Jolanta Burke, psycholog, opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Artykuł archiwalny

Roztrzęsiona siedziałam w fotelu, zastanawiając się, czy to dzieje się naprawdę. „Czemu to zrobiłeś? – szeptałam – Czemu mnie tak skrzywdziłeś?”. Ale jedyne słowa, jakie był w stanie wypowiedzieć to: „Nie wiem, naprawdę nie wiem… Tak mi przykro”. Wiedziałam, że to koniec, oboje wiedzieliśmy, że przekroczył granicę i nie ma już powrotu. Nadszedł czas rozstania, życia bez niego. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Po wielu latach małżeństwa był dla mnie nie tylko partnerem, ale również przyjacielem, najbliższym człowiekiem, który… zdradził mnie z inną kobietą. Czułam, że jestem w stanie mu wybaczyć, ale bałam się, że pamięć o tym zdarzeniu będzie mnie dręczyć przez lata, niszcząc resztki zaufania. Rozwód był jedyną opcją.

Wyjście z dołka

Kolejne miesiące stały się udręką. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dołku. Jako psycholog wiedziałam, że rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. Czytałam o badaniach, według których satysfakcja z życia w przypadku rozwódek i wdów spada o 10 proc. i nigdy nie powraca do normy. A może jednak powraca? Tradycyjna literatura psychologiczna rzadko pisze o rozwoju po traumie. A przecież dla niektórych ludzi sytuacje stresujące, jak w moim przypadku, są platformą do rozwoju.

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, by dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. W długoterminowych badaniach psychologicznych odkryto, że 10 lat po rozwodzie 40 proc. rozwódek potwierdziło, iż czuje się lepiej niż przed rozwodem. Z innych badań wynika, że rozwódki doświadczyły większego rozwoju w życiu niż kobiety, które nie przechodziły przez rozpad małżeństwa. Po przeanalizowaniu tych badań pomyślałam, że jest dla mnie jeszcze jakaś szansa, tylko muszę ją odnaleźć.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam przy kominku otulona ciepłym kocem, płacząc nad kubkiem gorącego kakao, zdałam sobie sprawę, że jestem już zmęczona swoim smutkiem. Mam dosyć płaczu, bycia przygnębioną i wspominania wszystkiego od nowa. Przyszedł czas, żebym zmieniła swoje podejście do życia, żebym powróciła do dawnej siebie.

Mój nowy projekt nazwałam „Programem na zdrowie”. Miałam dwie możliwości, by wyjść z dołka: mogłam skorzystać z pomocy psychoterapeuty albo samodzielnie uporać się ze swoimi problemami. Ponieważ miałam dość ograniczony budżet finansowy – mieszkałam za granicą, z dala od rodziny i musiałam oszczędzać – zdecydowałam się na drugą opcję i rozpoczęłam poszukiwania. Zaczęłam czytać artykuły i książki na temat tego, co jest naprawdę istotne w życiu. I tak odkryłam psychologię pozytywną.

 
To nauka o dobrostanie emocjonalnym, o tym, jak go osiągnąć i polepszać. Tradycyjna psychologia skupia się bardziej na tym, czego nam w życiu brakuje. A także na terapii, która ma nas wyleczyć z kompleksów, ograniczeń, zahamowań. Natomiast psychologia pozytywna koncentruje się na zdrowiu i „kwitnieniu psychologicznym”, bada wszystko, co w życiu dobre, i radzi, jak możemy to jeszcze bardziej ulepszyć. Ale najbardziej interesujące, że dla ludzi w stresie i stanie depresji jej działanie jest dłużej skuteczne niż tradycyjnej terapii. To odpowiadało mi bardziej niż banalne poradniki, pełne „złotych rad”, co powinno się robić w sytuacji kryzysowej. Postanowiłam zacząć mój „Program na zdrowie” od prostych interwencji.

Interwencja pierwsza – przyjaciele

Tuż po rozstaniu pragnęłam samotności. Odrzucałam wszystkie zaproszenia na kolacje, spotkania, weekendowe wypady. Chciałam „popływać w moich łzach i smutku”. Niestety, to, co robiłam, specjaliści psychologii pozytywnej uznają za wielki błąd. Przyjaźń nie tylko poprawia samopoczucie, ale również zmniejsza ryzyko chorób i przedłuża życie. Wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam ludzi, izolowałam się od nich, a to nie wyszło mi na dobre. Dlatego też, nie zwlekając, pewnego wieczora rozesłałam wiadomości do znajomych, których wcześniej unikałam, i umówiłam się z nimi na kawę.

Nasze spotkanie było bardzo udane. Ale ponieważ nie widzieliśmy się od dłuższego czasu, znajomi oczekiwali, że zobaczymy się znowu za kilka tygodni. A przecież, żeby nawiązać bliski kontakt z kimkolwiek, ważne są regularne i częstsze spotkania. Zamiast więc czekać na zaproszenie – jak normy społeczne nakazują – wyrzuciłam moje ego do kosza i dwa dni później zadzwoniłam do przyjaciół, żeby znów umówić się z nimi na kolację.

Upłynęło kilka tygodni… Pewnego wieczora, sącząc włoskie wino podczas miłej pogawędki ze znajomymi na tarasie naszej ulubionej restauracji, zdałam sobie sprawę, że od dawna nie czułam smutku! Moje życie zaczęło się zmieniać... Kilka szczerych rozmów, kilkoro bliskich mi ludzi i... poczułam się bardziej szczęśliwa. Mój „Program na zdrowie” zaczął działać!

Interwencja druga – pozytywne emocje

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, żeby dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. Kiedy nadejdzie zły dzień, zamiast siedzieć i słuchać przygnębiającej albo agresywnej muzyki, dużo lepiej poczytać dobrą książkę, porozmawiać z przyjaciółką czy zrobić coś, co naprawdę sprawi ci przyjemność, a czego z różnych względów na co dzień sobie odmawiasz. Dla mnie tą przyjemnością okazało się malowanie.

Nie jestem artystką i, prawdę mówiąc, bardzo brzydko maluję, ale to nieważne. Malując zapominam o całym świecie. Pół godziny przy sztalugach relaksuje mnie tak, jak innych cały dzień spędzony w spa. W tamtym okresie starałam się znaleźć wiele sposobów, by wzbudzić w sobie jeszcze więcej pozytywnych uczuć. Chodziłam do galerii, pisałam wiersze, kupowałam ulubione wino, mimo że było drogie, i sączyłam je przez cały tydzień.

Żeby polepszyć sobie nastrój, raz w tygodniu, w niedzielę, pisałam listę wszystkich rzeczy, za które byłam życiu wdzięczna. Na początku szło mi to ciężko, bo jedyne, co przychodziło do mojej głowy, to: „Nie jestem za nic wdzięczna! Nie mam męża, żyję daleko od domu, jestem smutna!”. Ale za każdym razem, gdy tak pomyślałam, szybko starałam zmusić się do znalezienia jakichkolwiek pozytywnych stron mojego położenia, np.: „Jestem wdzięczna za dach nad głową, jestem wdzięczna za tego miłego kierowcę, który zatrzymał dla mnie autobus, jestem wdzięczna, że mam pracę…”. Psychologowie pozytywni twierdzą, że wystarczy napisać trzy istotne rzeczy, ważne, by wykonywać to ćwiczenie regularnie przez wiele tygodni – wtedy poprawa samopoczucia i dobrostan psychiczny będą długotrwałe.

Interwencja trzecia – pisanie

Badania amerykańskiego psychologa dr. Jamesa W. Pennebakera wskazują, że pisanie przez minimum 20 minut dziennie w ciągu kolejnych czterech dni znacząco poprawia odporność na choroby, polepsza samopoczucie, a efekt prowadzenia pamiętnika, w którym zapisuje się własne przeżycia, odczucia i przemyślenia, porównywany jest do działania krótkoterminowej psychoterapii.

Ja wybrałam formę pisania polecaną przez dr Sonję Lyubomirsky, zdaniem której należy skupić się na opisywaniu swojego życia w przyszłości, kiedy smutek odejdzie, a w sercu zagości radość i spokój. Codziennie więc siadałam i spisywałam moje rozważania i marzenia. Wyobrażanie sobie mojego życia w momencie, gdy wszystko się ułoży, wprowadzało mnie w tak wspaniały nastrój, że czułam się pełna energii do końca dnia. Nawet kilka miesięcy później dodawało mi to odwagi i zapału do życia.

Interwencja czwarta – sposób myślenia

Mimo że spotkania z przyjaciółmi, pisanie pamiętnika i inne zajęcia poprawiły mi samopoczucie, to nadal zdarzało mi się miewać negatywne myśli. I denerwowałam się, gdy ktoś mi czasem mówił: „myśl pozytywnie, wszystko będzie dobrze”. Przecież wiem, że poczuję się lepiej, jeśli będę nastawiona optymistycznie, tylko nie wiem, jak to zrobić!

Z pomocą przyszedł ojciec psychologii pozytywnej – dr Martin Seligman. Zamiast mówić: „myśl pozytywnie”, radzi: „zmień sposób myślenia, postrzegaj negatywne, nieprzyjemne zdarzenia jako tymczasowy okres w życiu, który każdy przeżywa, ale który szybko minie”.

Postanowiłam zastosować jego sugestie w praktyce. Powtarzałam sobie: „Moja sytuacja jest tymczasowa, za kilka dni, tygodni odnajdę dawną radość i spokój!”, ale inny głos podstępnie szeptał: „A jeśli ta sytuacja nie jest tymczasowa... Może zawsze będziesz samotna i nieszczęśliwa?”. Nie poddawałam się: „Ależ nie, miałam przecież męża, znajdę kogoś... może kogoś bardziej wartościowego, ciekawszego, bardziej przystojnego... Mój smutek jest tymczasowy, a brak partnera nie może przesłonić mi radości życia!”. „A co jeśli nie znajdziesz nikogo?” – dręczył mnie ten upiorny głos! Odpowiadałam mu uparcie: „Znajdę, znajdę! Skoro byłam kiedyś szczęśliwa, będę też szczęśliwa w przyszłości”.

I tak przez kilka tygodni walczyłam z własnymi skrajnymi myślami, dopóki nie nauczyłam się zatykać uszu na te negatywne, nie słyszeć tego upiornego głosu. Im dłużej i wytrwalej ćwiczyłam nowy sposób myślenia, tym łatwiej mi to przychodziło.

Kolejny klucz do optymizmu, według doktora Seligmana, to ograniczanie stresu i smutku. Optymiści widzą nieszczęście jako kroplę w morzu szczęścia. Zaczęłam więc sama sobie tłumaczyć: „No dobrze, rozpadł się mój związek, ale przecież praca daje mi ogromną satysfakcję, mam przyjaciół i mieszkam w spokojnym, pięknym kraju”. Im bardziej zdawałam sobie sprawę z dobra wokół mnie, tym czułam się i mniej samotna, i mniej smutna.

Daję radę

Minęło już osiem lat od rozstania z mężem. W tym czasie przeżyłam śmierć taty, rozpadło się kilka moich kolejnych związków, spotkało mnie wiele różnych perypetii życiowych, ale zyskałam pewność, że cokolwiek się stanie, mam worek pełen narzędzi do naprawy sytuacji. Wiem, że zawsze sobie poradzę!