1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wiedźma – odkryj ją w sobie!

Wiedźma – odkryj ją w sobie!

Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
Czarownica jest jednocześnie znawczynią zaklęć i uzdrowicielką, kobietą demoniczną i boską, nikczemną magiczką i niewinną ofiarą okoliczności. Jest zmyślona i realna: to wytwór wyobraźni i ktoś równie prawdziwy co ty i ja – pisze Kristen J. Sollée. Pora odkryć ją w sobie.

Mona Chollet, francusko-szwajcarska dziennikarka i eseistka, już jako dziewczynka uwielbiała czarownice. Ich istnienie było dla niej dowodem na to, że „łagodna uroda czy szczebiocząca uprzejmość nie są jedynym przeznaczeniem kobiety”. Ulubioną była Furkota z książki „Dzieci szklarza” Marii Gripe. Furkota mieszkała w chacie na szczycie wzgórza, osłoniętej starą jabłonią. Zawsze chodziła w płaszczu z peleryną, która furkotała na wietrze przy ramionach jak wielkie skrzydła, oraz w fantazyjnym kapeluszu. Żyła na uboczu, całymi dniami tkając przecudnej urody dywany i rozmyślając o ludziach i życiu we wsi. Aż pewnego dnia odkryła, że to, co tym ludziom się przydarzy, widać w deseniu tkaniny, którą tka.

Dzięki Furkocie czarownica stała się dla Mony Chollet postacią pozytywną. To do niej należało ostatnie słowo, to ona pokazywała podłym ludziom, gdzie jest ich miejsce. „Dzięki niej w mojej głowie zrodziła się myśl, że kobieta może dysponować jakąś dodatkową mocą, mimo rozpowszechnionego przekonania, że raczej jest odwrotnie” – pisze w książce „Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet” (wyd. Karakter). Wkrótce uświadomiła sobie jednak drugie, znacznie straszniejsze znaczenie tej figury. „Nie rozumiałam, że słowo »czarownica«, zanim stało się iskrą dla wyobraźni i zaszczytnym mianem, otaczała aura najgorszej niesławy, podejrzeń i kłamliwych zarzutów, odpowiedzialnych za tortury i śmierć dziesiątek tysięcy kobiet”.

Młot na kobiety

Polowania na czarownice trwały w Europie od XV do XVII wieku i nie można nazwać ich inaczej niż masowym ludobójstwem. Według szacunkowych danych podczas fałszywych procesów o czary stracono wtedy od kilkuset tysięcy do kilku milionów osób. Ponad 90 proc. stanowiły kobiety. Dla przykładu według historyczki Małgorzaty Pilaszek na ziemiach polskich proces o czary wytoczono 1316 osobom, z czego 1174 były kobietami. Choć lubimy myśleć, że był to wynik mroku wieków średnich, zastanawiające jest, jak długo przetrwał on w umysłach ludzi. Ostatnią czarownicę stracono bowiem w 1881 roku w Reszlu. Barbara Zdunk, bo to o niej mowa, była więc ofiarą już nowożytnej Europy.

Żeby wytoczyć kobiecie proces o czary, wystarczyło dwóch świadków. Plus dowód w rodzaju szatańskiego znaku na ciele, którym równie dobrze mógł być zwykły pieprzyk. Ale tak naprawdę wystarczył strach, czasem niechęć, żądza zemsty czy pragnienie władzy. Kobiety poddawane wymyślnym torturom często przyznawały się do wszystkiego, dodatkowo podłamane zeznaniami świadków, zwykle osób im bliskich – zastraszanych lub pragnących odwetu (na przykład zadrosny mąż, kochanek).

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

Jak wyjaśniali autorzy „Malleus Maleficarum”, czyli „Młota na czarownice”, dzieła napisanego w 1487 roku i zatrważającego nawet dzisiejszego czytelnika, kobiety, jako istoty słabszej natury i pośledniego intelektu, są bardziej narażone na kuszenie szatana. Do magicznych praktyk, po których można rozpoznać czarownicę, Heinrich Kramer i Jakob Sprenger, dwaj niemieccy dominikanie, zaliczali latanie na miotle, niszczenie upraw, ale też spółkowanie z diabłem. O tym, jak absurdalne były te oskarżenia i jak kuriozalne procesy, świadczy słynna próba wody, podczas której – zgodnie z zaleceniami autorów „Młota…” – kobietę rzucano do jeziora lub stawu i jeśli tonęła, znaczyło, że jest niewinna; jeśli jednak przez jakiś czas utrzymywała się na powierzchni (co ułatwiały szerokie i wielowarstwowe spódnice) – okazywała się czarownicą i musiała zostać stracona. W obu wypadkach traciła więc życie.

Wiele z tych kobiet było akuszerkami, znachorkami i uzdrowicielkami, czyli często jedynymi osobami, do których mogli się zwrócić o pomoc mieszkańcy okolicznych wiosek. Pomagały przy ciężkich porodach, przygotowywały mikstury, leczyły i zwykle były cenionymi członkiniami społeczności. Dopóki nie połączono ich działalności z postępkami diabelskimi. Wtedy wszystko, co sprawiało, że wychodziły przed szereg, mogło ściągnąć na nie łowcę czarownic. Pretekstem mogło być zbyt rzadkie chodzenie do kościoła albo wprost przeciwnie – zbyt częste. Zbyt głośne zachowanie, zbyt rozbuchana seksualność, zbyt silny charakter. Także pustelniczość. Dostęp do wiedzy, pieniędzy lub władzy – oskarżane o czary były często bogate wdowy czy żony przeciwników politycznych. A niekiedy odrzucenie zalotnika. Każda samotna, silna kobieta, która nie podporządkowywała się męskiemu zwierzchnictwu lub opiece, była w niebezpieczeństwie. Z czasem czarownice stały się wygodnym kozłem ofiarnym. Zrzucano na nie winę za zarazę, pożar, powódź lub inne nieszczęścia.

Nietrudno z tego wszystkiego wyciągnąć wniosek, że polowania na czarownice były w istocie wojną toczoną z kobietami. Dlatego też po latach ten wątek podchwyciły feministki. Domagały się sprawiedliwości, walcząc ze zbyt lekkim – ich zdaniem – podejściem do tej krwawej karty historii. Podkreślały siłę wiedźm i ich wywrotowość, przywracając im niejako moc, której upatrywali przecież oskarżyciele. Wreszcie słusznie zauważały, że polowania na czarownice wcale się nie skończyły. Przyjęły jedynie formę odrzucenia społecznego, napiętnowania, hejtu... Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. Chollet wymienia wśród nich: Virginię Woolf, Ines de la Fressange, Sophie Fontanel, Susan Sontag czy choćby Glorię Steinem.

Wiedźma – ta, która wie

– Przez kilka wieków kobiety były prześladowane tylko za to, że były kobietami, że coś umiały, wiedziały, miały swoje zdanie. W momencie, w którym się z nimi utożsamiamy, oddajemy im hołd – mówi Paulina Młynarska, dziennikarka, pisarka, joginka, feministka i współczesna wiedźma.

Rozmawiamy przez Messengera, bo Paulina z powodu pandemii, ale też niedawnej operacji, na razie nie wybiera się do Polski. Siedzi w swoim małym domku na Krecie, otoczona przyjaciółmi, rodziną i zwierzętami. – Oczywiście jest wiele kobiet, młodszych i starszych, które uważają się za współczesne wiedźmy, bo wróżą z kart albo znają się na ziołach. Ja się jednak zaliczam do tych, które są spadkobierczyniami tych odważnych kobiet sprzed wieków, protoplastek dzisiejszych feministek. Bo feminizm, co trzeba powtarzać, jest o równości, nie o nienawidzeniu mężczyzn. One chciały po prostu – tak jak mężczyźni – zajmować ważne miejsce w społeczeństwie – dodaje.

Jej zdaniem wiedźma, czyli ta, która wie, została obdarzona przez patriarchalną i, niestety, chrześcijańską kulturę wszystkimi najgorszymi cechami, więc: „Maleńka, nie naśladuj jej, bo wyrośnie ci kinol, krosta koło kinola i otrujesz śliczną królewnę jabłkiem”. – Bardzo dużo czasu upłynęło, zanim kobiety się połapały i zaczęły sobie przypominać – poprzez różne opowieści, literaturę i baśnie – że coś tu jest nie tak. Jest jakiś wielki brak równowagi, bo skoro jest mędrzec, to gdzie jest mędrczyni? – mówi Paulina. – Wiedźma integruje w sobie różne oblicza kobiety związane z jej wiekiem i doświadczeniem. My długo byłyśmy zafiksowane na fazie księżniczki, ewentualnie królowej, a mądra starucha to był ktoś bardzo nam odległy, z kim nie miałyśmy kontaktu. A jeszcze wytworzyła się kultura kultu ciała i młodości. Dziś wreszcie sięgamy po tę wiedźmuchę, staruchę, czyli kobietę po menopauzie.

Paulina lubi zwłaszcza określenie „wiedźmucha”, bo ono łączy słowa „wiedźma” i „dziewucha”. Wiedźmucha jest stara i młoda jednocześnie, nawet na poziomie samego wyglądu: może mieć siwe włosy i jednocześnie żywotność młodej osoby. – Mam na ten temat swoją teorię – tłumaczy. – Uważam, że musiałyśmy po to sięgnąć, bo nigdy wcześniej w historii ludzkości kobiety nie żyły tak długo po menopauzie. Przeważnie umierały młodo, często przy porodach. Dzięki medycynie i hormonalnej terapii zastępczej okazało się jednak, że po menopauzie można żyć drugie tyle, i to w świetnym zdrowiu i samopoczuciu. Trzeba więc ten czas jakoś zagospodarować. Bo co, przez pół wieku mam się ciągnąć w stronę cmentarza? Zaczęłyśmy odkrywać, co możemy w tym czasie robić, i to dla siebie. Hulaj dusza, piekła nie ma! Z tą różnicą, że ta dusza jest już doświadczona. Odnalazłyśmy mędrczynię w sobie i w świecie. Zaczęłyśmy doceniać dojrzałość.

Wiedźma czuje potrzebę powtarzalności, akcentowania pór roku i zmian w przyrodzie, śmierci i odrodzenia. W końcu jako kobiety jesteśmy nie tylko dawczyniami życia, lecz także towarzyszkami odchodzenia. To właśnie my opiekujemy się starszymi, to my trzymamy umierających za rękę. – Tak było podczas odchodzenia mojego taty, który bardzo długo był chory. Całą „obsługą” tego okresu w jego życiu zajmowałyśmy się ja, moja siostra Agata, moja córka i jej partnerka. Chłopcy i mężczyźni też byli zaangażowani, ale bardziej wpadali pogadać, posiedzieć i pobyć, ten bezpośredni kontakt z cielesnością odchodzenia miałyśmy my. Bo to my wsadzamy ręce w bulgoczącą materię życia – opowiada.

Swoją wiedźmowatość odkryła w momencie, gdy zaczęła słuchać intuicji. – To dla mnie konglomerat różnych rzeczy: wrażliwości, doświadczenia życiowego, inteligencji. Najważniejsze rzeczy dzieją się dzięki intuicji. Najsilniej doświadczyłam tego ostatnio. Jestem ogólnie bardzo zdrową osobą, regularnie się badam, praktykuję jogę, w miarę zdrowo żyję. Aż tu nagle przyszło do mnie przeczucie, żeby nie czekać do terminu mammografii, tylko pójść teraz. I poszłam. Bogini dzięki, że poszłam. Nie jestem pacjentką genetyczną, nie mam mutacji genu, ale podczas badania okazało się, że mam już morfologiczne zmiany rakowe, które na tym etapie można usunąć, usuwając piersi, albo brać leki i modlić się, by było dobrze. Wybrałam pierwszą opcję. Ale tak samo było z wyjazdem na Kretę. Ja po prostu poszłam jak po sznurku za swoimi przeczuciami. Przeczucia dyktują nam ważne rzeczy. Jak wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia i czujemy, że to nie jest miejsce dla nas, powinniśmy wyjść. Od razu. Ja już słucham tego głosu w sobie, tego zimnego dreszczyku na plecach albo czegoś, co ściska w brzuchu.

Kiedy pytam, co dla niej znaczy być dziś wiedźmą, mówi, że na poziomie symbolicznym to bycie w kontakcie z innymi kobietami, bycie blisko nich i ich rozumienie, bez narzucania swojego punktu widzenia. Empatia, bez życiowego sztywniactwa. Wiedźma potrafi się wznieść, niczym na tej miotle, ponad przekonania, ponad podziały, ponad małostkowość, ponad cudze czy swoje widzimisię. – Poza tym miotłą wymiatasz. Także to wszystko, co złe, agresywne, stare i niepotrzebne – to, czego nie chcesz w swoim życiu – mówi z mocą. – Mój pies Feluś boi się tylko miotły. Miotłą można zaprowadzić ład w swoim życiu. Wiedźmuchy generalnie wymiatają w życiu. Ja uważam, że z moją akcją z mastektomią też wymiotłam. Wzięłam się do tego na poważnie, w dwa miesiące wszystko zorganizowałam i już jest po. Zobacz, co ja mam teraz na sobie. Straszliwy stanior, który trzyma w żelaznym uścisku moje piersi po rekonstrukcji. Dziś, po siedmiu tygodniach, lekarz mi powiedział, że mogę wreszcie go zdjąć. I wiesz co, chyba go nawet spalę.

Ona, czyli ja

Jak podaje Mona Chollet, pierwszą kobietą, która wydobyła z ukrycia historię czarownic i sama przyjęła to miano, była amerykanka Matilda Joslyn Gage; żyła w latach 1826–1898 i walczyła o prawa wyborcze kobiet i zniesienie niewolnictwa. Obecnie coraz więcej kobiet nazywa siebie czarownicami lub wiedźmami – i to z przeróżnych powodów. Powiedzieć tak o sobie jest nawet modnie. Może stało się to po części za sprawą serii o Harrym Potterze i całej masie innych filmów i bajek z czarownicami i czarownikami w roli głównej. Magia zaczęła symbolizować wewnętrzną moc, pozytywny potencjał i wiarę w siebie – tak nam potrzebne w czasach, gdy wiele osób, rzeczy i instytucji chce nas ich pozbawić. Zdaniem Chollet czary to piękna metafora dla sztuki i każdej twórczości. Co więcej, ponieważ zwykle związane są z określonym ceremoniałem, równie dobrze można utożsamić je z praktykami duchowymi, choćby medytacyjnymi. W obliczu katastrofy ekologicznej i pandemii rośnie też potrzeba więzi z naturą oraz samym sobą. I wiara w to, że na nasze życie mają też wpływ siły, których nie widzimy (choćby wirusy).

Zgadza się z tym Urszula Mikłasiewicz, która nazywa siebie szamanką, uzdrowicielką, coachem świadomości, ale też wiedźmą. A bycie wiedźmą jest dla niej silnie powiązane z naturą, duchowością oraz pierwiastkiem kobiecym, czyli prawą półkulą, odpowiedzialną za myślenie abstrakcyjne, myślenie obrazami, za czucie i doświadczanie świata jako energii.

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

O tym, że jest inna, że jest osobą wysoko wrażliwą, empatką czy jakkolwiek to nazwiemy, Ula zdała sobie sprawę w wieku 30 lat. Szukała pomocy w sprawie zdrowia, bo od długiego czasu nie mogła wyjść z zapalenia przydatków. Ze stanu ostrego zrobił się stan przewlekły, który leczyła, bez rezultatu, antybiotykami oraz ziołami około roku. Aż ktoś znajomy powiedział: „Zrób inicjację Reiki”. Nawet nie do końca wiedziała, co to jest. Wiedziała tylko, że ma związek z energią. Okazało się bramą przejścia. – Zobaczyłam, że cała jestem energią i wszędzie dookoła widziałam pranę. To było jak przebudzenie. Zaczęłam też mocniej odczuwać to, co czują inni. Przestałam jeść mięso i postanowiłam zacząć pracować z ludźmi – opowiada. Bo wiedźma to ta, która pomaga innym doświadczać życia inaczej. W pełniejszym kontakcie. Jest przewodniczką nowej rzeczywistości, nowego paradygmatu. Dlatego Ula dziś zajmuje się towarzyszeniem ludziom w rozwoju osobistym, odkrywaniu wewnętrznego potencjału, leczeniu traum oraz przemianie duchowej. – Skończyłam filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale jeśli miałabym powiedzieć, co jest moim zawodem, to jest nim bycie terapeutką holistyczną. Pokazuję ludziom ich potencjał do samorozwoju i samouzdrawiania. Dla mnie największą szkołą była moja choroba – wyznaje. – Zapoczątkowała głęboką pracę nas sobą, zarówno na poziomie ciała, emocji, ducha, umysłu, jak i pracy z podświadomością, czyli cieniem.

– Czy znam jakieś wiedźmy? – pyta z rozbawieniem. – Ja nie mam innych znajomych. Każda kobieta, która kieruje się intuicją i chce robić coś dla ludzi, jest kimś takim. Czy wiedźma musi być dojrzała? Niekoniecznie. Mam 42 lata i wokół siebie wiele młodszych koleżanek, które uważają się za czarownice – mówi.

Z bohaterek historii czy popkultury ważna dla niej jest postać Joanny d’Arc, zwłaszcza w takim ujęciu, w jakim ukazywał ją film „Męczeństwo Joanny d’Arc” Dreyera, czyli jako tę, która walczy sercem. Lubi też ludowy wizerunek Baby-Jagi. Roześmianej, silnej i totalnie wolnej. Podobają się jej współczesne filmy animowane, na przykład „Vaiana”. Są w nich pokazane dziewczyny, które są kompletne i nie muszą szukać kogoś, kto by je dopełnił.

Śladami przodkiń

W 2016 roku muzeum w Brugii poświęciło wystawę czarownicom Bruegla, mistrza malarstwa flamandzkiego. Na jednej z tablic wymieniono wszystkie kobiety spalone w Brugii jako czarownice na publicznym placu. Wielu mieszkańców ze zdziwieniem odkryło na nich swoje rodowe nazwiska, o czym nie mieli pojęcia przed wystawą. Może w żyłach każdej z nas płynie krew spalonej wieki temu czarownicy? Na pewno w naszej zbiorowej historii jest zapisane ich doświadczenie.

Kristen J. Sollée, amerykańska pisarka, kuratorka i pedagożka, w książce „Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanych” (wyd. Znak) opisuje wyjątkową podróż śladami dawnych wiedźm. Jak przyznaje, chciała ukazać ich dziedzictwo w ważnych miejscach w Europie i Ameryce Północnej. Co ciekawe, kiedy zabukowała bilety lotnicze i hotele, dał znać o sobie jej rodowód. W serwisie zajmującym się geneaologicznymi badaniami DNA odkryła, że mapa jej korzeni pokrywa się z planem tej podróży. „Moi krewni mieszkali tam, gdzie – jak powszechnie wiadomo – doszło do prześladowania czarownic: w Londynie, Lancashire i Edynburgu. Jaśniejsze niebieskie kropki oznaczały, że miałam rodzinę także w Bambergu. Istnieje nawet włoska i francuska linia rodowa w odleglejszej przeszłości, opatrzona niejasnymi oznaczeniami procentowymi, które nie kwalifikują się na mapę. Z historii własnej rodziny wiem, że nazwisko Sollée pochodzi z Normandii od przodków mieszkających w Rouen, gdzie spłonęła na stosie Joanna d’Arc”.

Razem z nią zaglądamy do Florencji, gdzie w XV wieku stracono pewną Giovannę za stosowanie czarów miłosnych – rzeczywiście preparowała różne mikstury z dziwnym składem, ale jej główną winą było to, że do swojego łoża zwabiała kolejnych mężczyzn. Potem do Sieny, miasta Katarzyny Sieneńskiej, świętej, a jednocześnie uznawanej za czarownicę. Katarzyna sprzeciwiła się rodzicom, którzy chcieli wydać ją za mąż, i poszła do zakonu, a podczas swojego krótkiego życia zaangażowała się w reformę kościelną i politykę papieża Grzegorza XI. Sollée odwiedza też słynące z kultu czarownic niemieckie Góry Harzu, amerykańskie miasteczko Salem czy Kilkenny w Irlandii, gdzie oskarżonej o czary Alice Kyteler udało się wprawdzie uciec do Anglii, ale tylko dlatego, że była majętna (z tego samego powodu zresztą oskarżono ją o czary; ponadto była czterokrotną wdową). Sollée dochodzi do wniosku, że każde z tych miejsc naznaczono bezpowrotnie. A pamięć o tamtych wydarzeniach jest nadal żywa, a nawet intensywniejsza.

A jak to jest w Polsce? – Ponieważ jestem od wielu lat związana z kultem rozwoju duchowego w Polsce, mogę ocenić, że pierwsze odczarowywanie czarownic zaczęło się u nas dobre 20 lat temu. Wylądowałam wtedy w jednym z pierwszych kręgów kobiet, założonym przez Aniję Miłuńską, filozofkę, przewodniczkę i twórczynię tego typu wspólnot. Temat wiedźm wypłynął wtedy spontanicznie i niemal od razu – mówi Tatiana Cichocka, tłumaczka, dziennikarka, nauczycielka Movement Medicine, huny i hawajskiej pracy z ciałem, praktykująca różne formy tańca i medytacji. – Mam wrażenie, że zawsze kiedy spotykają się kobiety po to, by rozmawiać o docieraniu do sedna siebie i swojej mocy, prędzej czy później pojawia się temat polowań na czarownice. On jest głęboko zapisany w naszej podświadomości, w naszych ciałach. I trzeba się z nim zmierzyć. Uleczyć tę ranę, bo obraz kobiety palonej za to, że ośmiela się żyć tak, jak chce, być sobą, czyli seksualną, pełną życia istotą – zatrzymuje nas w drzwiach do miejsca, do którego większość chce dotrzeć, jeśli chce się rozwijać, tworzyć, widzieć i czuć głębiej rzeczywistość.

Tatiana sama kiedyś mówiła o sobie: wiedźma. Dziś już tego nie potrzebuje, choć odnajduje tę jakość w sobie. – W byciu wiedźmą ważne jest to, że wiem, co jest dla mnie dobre. Nie dla ciebie, dla niej czy dla wszystkich, ale dla mnie, i to dla mnie teraz, w tym momencie, bo może za jakiś czas będę chciała czegoś innego. To też szacunek dla wyborów innych kobiet i ludzi w ogóle. Dużo czasu zajęło mi, żeby to zrozumieć, ale mogę powiedzieć, że podążam za tym wewnętrznym głosem. To on mi mówi, co mam jeść, gdzie iść, z kim się spotykać, czy zaczynać coś teraz, czy później. To przełączenie siebie na inny rodzaj działania i czucia, który ja nazywam kobiecym, choć nie dotyczy on tylko kobiet. Bo tak jak kobieta może odkryć w sobie tę wiedzącą, tak mężczyzna też może to zrobić. Rozwinąć tę część siebie, która opiera się na głębokim słuchaniu, podążaniu za znakami, czekaniu na impuls do działania, zamiast planowania na sztywno. Tak zwane wiedzenie polega na byciu bardziej wrażliwym na sygnały ze świata i z siebie – mówi.

Oczywiście jako kobiety możemy sobie równie świetnie radzić w module myślenia lewopółkulowego, logicznego, wnioskującego, związanego z ocenianiem, ale też rywalizacją. – Sama bardzo długo doskonale się w tym odnajdywałam. W końcu jestem po matfizie – śmieje się. – Teraz jednak czuję, że bliżej jest mi do tej drugiej ścieżki. Jestem w okresie menopauzalnym, który jeszcze bardziej pogłębia kontakt ze sobą. Menopauza może stać się podróżą ku miejscu wiedźmy, czyli tej, która wie swoje, a więc nie daje sobą łatwo manipulować. Moim zdaniem to było właśnie najbardziej niebezpieczne w czasach polowań na czarownice. Tego się najbardziej obawiano. Nie jest łatwo być taką kobietą także we współczesnym świecie. Bo kiedy wszyscy mówią: „nie da się”, ty udowadniasz, że się da. I wtedy inni wychodzą na głupków. Nikt nie lubi, kiedy mu się pokazuje, że się myli.

Czas pandemii paradoksalnie może nas nauczyć lepszego kontaktu ze sobą. Jesteśmy pozbawieni wielu bodźców, często sami w izolacji. To naturalnie zaprasza w głąb siebie. Są obostrzenia, ale są też nasze pragnienia i lęki – dobrze jest mieć przekonanie, że to, co robimy lub czego nie robimy, jest dobre dla nas. Na zasadzie: wiem, co wybieram, bo to ja za siebie odpowiadam. – Przeszłam tę szkołę pięć lat temu, kiedy byłam chora na raka piersi – opowiada Tatiana. – Teraz przechodzimy przez to wszyscy. Zaczynamy widzieć, że nie mamy kontroli nad wieloma obszarami życia. Dotychczasowe zasady przestały obowiązywać. Nie wiemy, co będzie za chwilę. Więc jedyne, na czym możemy się oprzeć, poza siłą wyższą, to my sami. Dlatego potencjalnie ten właśnie dziwny czas może obudzić w nas wiedźmy.

Jak pisał Terry Pratchett: „Każdy potrzebuje czarownicy, tylko nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Problemy seksualne kobiet – skąd się biorą?

Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Do niedawna seksualność kobieca w społeczeństwie była tematem tabu. Kobietom nie przysługiwało prawo do czerpania radości i satysfakcji z seksu, do osiągania orgazmów czy zmiany partnerów seksualnych. Seks był tematem, o którym porządna, szanująca się kobieta nie powinna mówić. Dziś słowo seks pojawia się na większości okładek prasy dla kobiet. Wraz z wyzwoleniem kobiecej seksualności, zaczęto mówić o trudnościach, jakie w tej sferze się pojawiają. Trudnościach po części wynikających z wpływu przeszłości negatywnie traktującej seksualność kobiety, po części związanych z innymi czynnikami.

Wyzwolone kobiety pragną czerpać radość z seksu, okazuje się jednak, że przyzwolenie na przyjemność nie zawsze wystarcza do tego, by prowadzić satysfakcjonujące życie seksualne. Z tego powodu do gabinetu seksuologa zgłasza się wiele kobiet, cierpiących z powodu różnych dysfunkcji seksualnych, pragnących zmienić swoją sytuację.

Najczęstsza dysfunkcja seksualna, którą zgłaszają kobiety to brak lub utrata potrzeb seksualnych. Kobieta cierpiąca na to zaburzenie nie odczuwa chęci odbywania stosunków seksualnych, często pomimo tego, iż ma partnera, którego kocha i z którym chciałaby współżyć. Niektóre kobiety twierdzą, iż nigdy nie czuły potrzeb seksualnych. Są też takie, u których utrata libido pojawiła się nagle na pewnym etapie życia. Ta sytuacja często powoduje u nich cierpienie i obawy o to, że niezaspokojony seksualnie partner opuści je i znajdzie kobietę, która spełni jego oczekiwania.

Bolesność narządów płciowych podczas współżycia, zwana dyspareunią, to kolejna trudność, z którą borykają się kobiety. Ból bywa tak silny, że uniemożliwia odbycie stosunku, pomimo ochoty na seks i pojawiającego się podniecenia. Dyspareunii często towarzyszy pochwica, polegająca na silnym zaciśnięciu mięśni okołopochwowych, uniemożliwiającym wprowadzenie penisa, a czasem nawet palca do pochwy.

Problemy seksualne zgłaszają również kobiety, które mają ochotę na seks, czują podniecenie i nie odczuwają bólu podczas współżycia. Pomimo tego z jakichś przyczyn nie potrafią czerpać przyjemności z seksu oraz nie są wstanie osiągnąć orgazmu.

Skomplikowana i zawiła seksualność kobieca powoduje, iż odkrycie przyczyny ich trudności bywa bardzo trudne. Z tego też powodu seksuolog nierzadko musi przeprowadzić bardzo dogłębną analizę problemu. Wiele pacjentek, udających się do gabinetu seksuologa idzie tam z nadzieją, że dostanie cudowną pigułkę, która je wyleczy. Niestety nie jest to takie proste. Zaburzenia seksualne u kobiet zdecydowanie częściej pojawiają się na tle psychologicznym niż biologicznym. Te drugie mogą wiązać się z niektórymi chorobami, takimi, jak cukrzyca, nadciśnienie, zaburzenia hormonalne czy choroby neurologiczne oraz przyjmowaniem niektórych leków. Czynniki psychologiczne natomiast mogą dotyczyć bardzo wielu obszarów. Brak ochoty na seks często spowodowany jest problemami w relacji z partnerem. Na kłótnie i nieporozumienia z mężczyzną kobieta bardzo często reaguje utratą zainteresowań seksualnych. Jeżeli nieporozumienia są przejściowe, zostają w odpowiedni sposób rozwiązane i nie pozostawiają urazy, ochota na seks z partnerem powraca. Jeśli jednak partnerzy nie mogą się porozumieć i nie potrafią ze sobą rozmawiać, żal i pretensje do partnera mogą stale obniżać zainteresowanie seksem. Jeśli dodatkowo kobieta w takiej sytuacji będzie kochać się z mężczyzną „na siłę”, co nie przyniesie jej przyjemności, niechęć może się utrwalić.

Szalenie istotne jest również postrzeganie swojego ciała przez kobietę. Jeżeli ma niską samoocenę, nie akceptuje swojego wyglądu i nie lubi siebie, prawdopodobnie trudno będzie jej czerpać przyjemność z życia seksualnego. Seksualność jest natomiast na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. Dlatego nie bójmy się mówić otwarcie o tak ważnym elemencie życia i w razie potrzeby prośmy o pomoc.

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety – na którym z nich się teraz znajdujesz?

Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Kobieta w życiu przechodzi różne fazy – przed każdym nowym etapem rozwoju pojawia się kryzys i lekcja do przerobienia. Ale po burzy zawsze zaświeci słońce.

Rozwój kobiety nie jest procesem liniowym: „od–do”, lecz przebiega spiralnie. Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces, pod warunkiem że pozwolisz mu zaistnieć; zatrzymasz się w biegu, dasz sobie chwilę do zastanowienia się, co domaga się w tobie uwagi, dopełnienia, a co odrzucenia i uwolnienia.

Jeśli czujesz, że właśnie znalazłaś się na rozstajach dróg, nie wiesz, kim jesteś i co dalej, sprawdź, którą fazę rozwoju przechodzisz.

1. Faza pełnienia ról

Pewnego dnia nagle odkrywasz, że największą radość daje ci bycie: matką, żoną, babcią albo bizneswoman. Masz apetyt na tę rolę, a wszystkie inne sprawy chcesz odłożyć na bok. Do tej pory zaangażowana w pracę, przechodzisz na pół etatu, by więcej czasu spędzać z dzieckiem. Albo czujesz, że towarzyski styl życia przestaje cię cieszyć, za to twój partner staje ci się bliski jak nigdy dotąd i pragniesz spędzać z nim wszystkie wieczory. A może jesteś młodą mamą i choć do tej pory ta rola bardziej cię przerażała niż cieszyła, teraz czujesz, że macierzyństwo karmi twoją duszę? Albo z innej bajki. Nagle, bez względu na wiek, czujesz wewnętrzną potrzebę uruchomienia własnego biznesu. Wszystkie niezrealizowane dotąd marzenia o pracy, którą kochasz, budzą się w tobie z siłą wodospadu i wiesz, że nie da się tego procesu zatrzymać.

Rady:

  • Zauważaj znaki. Pragnienie zaistnienia w konkretnej roli może pojawiać się w twoich snach, na przykład około czterdziestki zaczną nawiedzać cię sny o ciąży czy bezludnej wyspie, na której jesteście tylko we dwoje – ty i twój partner. Albo na wieść, że w twojej firmie szykuje się redukcja, poczujesz nagłą ulgę: „Teraz już nie muszę zastanawiać się, jak zrezygnować z pracy, bo oto nadarza się cudowna okazja”.
  • Zaufaj intuicji. Jeśli każdego dnia, ilekroć zadajesz sobie pytanie: „Kim jestem?”, wewnętrzny głos mówi ci: „matką”, „nauczycielką”, „lekarzem” itp., to oznacza, że w twoim życiu powrócił etap pełnienia ról. Pójdź za nim, ustąp, pozwól, by ta konkretna, potrzebna rola się w tobie „wysyciła”.
  • Nie usprawiedliwiaj swoich wyborów. Być może świat zewnętrzny będzie próbował cię kusić, straszyć albo zniechęcać. Usłyszysz: „Chcesz rzucić taką dobrą pracę i zająć się ojcem?!” albo: „Własny biznes, w tym wieku?!”, nie walcz z tymi opiniami, nie tłumacz się. Zamiast tego wzmacniaj swoje wewnętrzne przekonanie, że to jest na ten moment twoja droga.
  • Nie analizuj przeszłości. Nie zastanawiaj się nad tym, jaką do tej pory byłaś matką, żoną, pracownikiem. Teraz masz niepowtarzalną szansę przeżycia tej roli po raz kolejny, po swojemu, na zupełnie nowych zasadach.
  • Wsłuchuj się bardziej w duszę i serce niż w rozum. Odgrywaj swoją rolę tak, jak czujesz, a nie tak, jak myślisz. Nie pytaj się: „Jaką jestem: żoną, przyjaciółką, matką…?”, tylko: „Jak czuję swoją rolę?”.

Ćwiczenie

Nagraj swój głos na dyktafon, a potem uważnie przesłuchaj nagranie. Jak go odczytujesz? Czyj to głos? Troskliwej matki, beztroskiej nastolatki, a może pewnej siebie kobiety sukcesu?

2. Faza odkrywania własnej tożsamości

Ni stąd, ni zowąd budzi się w tobie wewnętrzny bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Masz ochotę zmienić swoje życie. Pojawiają się pragnienia, by grubą kreską przekreślić wszystko, co do tej pory ci się przydarzyło; zerwać kontakty z przyjaciółmi, odejść od partnera, rzucić pracę, zmienić styl ubierania i zacząć wszystko od początku. By usprawiedliwić swoje pragnienia, dewaluujesz: dzieciństwo, rodziców, miłość, swoje wybory. Masz wrażenie, że przez te lata byłaś zupełnie kimś innym, że twoje dotychczasowe życie to jakaś jedna wielka pomyłka.

Pragnienie zmiany wszystkiego jest tak silne, że nie jesteś w stanie go powstrzymać. Rzucasz się w „nowe”: pracę, miłość, przyjaźnie. Czasem przytrafia ci się jakiś romans, okazja zmiany mieszkania czy podróż życia. Czujesz, że choć może to niezbyt racjonalne, tego właśnie chcesz najbardziej na świecie. Zachłanność na „nowe” często przypłacasz „niestrawnością”; pojawiają się wyrzuty sumienia, poczucie winy czy obawy, że sobie nie poradzisz. Ale i tak nie potrafisz się zatrzymać. Jesteś jak zdesperowana nastolatka, która sprawdza swoje możliwości, nie zważając na guzy, które sobie po drodze nabija.

Rady:

  • Pytaj siebie. Droga do odkrywania całej prawdy o sobie bywa kręta i pełna wybojów. Czasami można się na niej nieźle poturbować. Przypomnij sobie siebie z czasów nastoletnich, ale nie odrzucaj bagażu doświadczeń, które udało ci się zgromadzić. Czujesz, że nie jesteś w stanie oprzeć się pragnieniu romansu? W porządku, ale najpierw zapytaj siebie, czy jesteś gotowa ponieść konsekwencje, na przykład w postaci zburzenia dotychczasowego związku?
  • Odkryj, ile z twojego obecnego buntu ma źródło w okresie dorastania. Jako dziecko nie potrafiłaś wyzwolić się od despotycznej matki, a dziś u swojej szefowej dostrzegasz jej zachowania? Nie musisz od razu rzucać pracy. Opanuj emocje i oddziel projekcje („widzę w niej matkę”) od rzeczywistości. Odchodząc z pracy, nie porzucisz matki, tylko zrezygnujesz z, być może, dobrej sytuacji zawodowej. Może jest jakieś inne wyjście?
  • Nie pielęgnuj w sobie urazy. Wszystkie wydarzenia, które ci się przytrafiły w życiu, były po coś. Zamiast dewaluować przeszłość, puść ją wolno i rozstań się z nią w przyjaźni. Poczuj wdzięczność za całe to dobro, jakie cię spotkało, a złego nie rozpamiętuj, bo to już było.
  • Daj sobie czas na testowanie. Zwłaszcza jeśli twój apetyt na „nowe” jest zbyt kompulsywny: chwytasz się pierwszej lepszej okazji, by zmienić swoje życie, a potem tego żałujesz i ze wstydu nie potrafisz zrezygnować. Powiedz: „OK, spróbuję nowej pracy”, „zrobię kolejny mały krok w nowej relacji”, a potem sprawdź, jak się z tym czujesz, czy to na pewno jest propozycja dla ciebie.
  • Bądź realistką. Nie jesteś w stanie urodzić się na nowo. Sprawdź, co z twojej poprzedniej wersji uda się zaadaptować do ciebie w nowym wydaniu. Praca na etat to nie twoja bajka? Pomyśl, może uda ci się z tą firmą współpracować na zasadach kontraktu? Zachwyca cię inny mężczyzna niż twój partner? Co konkretnie? I jak musiałby zmienić się twój obecny związek, byś czuła się podobnie?

Ćwiczenie

Na kartce papieru wypisz kilka sytuacji, w których musisz wybierać: być wierną sobie czy światu? Zastanów się, czy możliwy jest kompromis. Jeśli na przykład potrzebujesz dodatkowych pieniędzy, ale nie chcesz już pracować tak dużo jak do tej pory, pomyśl, jakie zajęcie wykonywałabyś z przyjemnością i bez zmęczenia, czerpiąc jednocześnie z niego źródło dochodu?

3. Faza kryzysu

To trudny etap, który wielokrotnie pojawia się na drodze rozwoju, gdy stare metody przestają działać, a nowe jeszcze się nie przyjęły. Pewnego dnia dochodzisz do wniosku, że tak dalej być nie może, ale kompletnie nie masz pojęcia, jak ma być. Niby nadal wypełniasz swoje obowiązki, ale coraz bardziej brak ci energii. Na początku próbujesz się ratować: zmianą diety, kolejną kawą, może nawet pozwalasz sobie na jakąś drobną przyjemność, która do tej pory zawsze pomagała, ale czujesz się coraz gorzej. Nawet twoje ciało jest przeciwko tobie; częściej się przeziębiasz, miewasz migreny, dokucza ci kręgosłup. Przez jakiś czas udaje ci się ukryć przed światem swoje niemoce, ale dobrze wiesz, że potrzebujesz na to coraz więcej energii. Praca, którą do tej pory wykonywałaś z łatwością, teraz wymaga wysiłku. Kiedy pewnego dnia na pytanie: „Co się ze mną dzieje?”, dasz odpowiedź: „Nie wiem”, to znak, że jesteś na dobrej drodze – pogodziłaś się z fazą kryzysu.

Rady:

  • Pozwól sobie na dystans i izolację. Tylko wtedy możesz w pełni doświadczyć kryzysu. Ogranicz swoje bycie w świecie do minimum; nie wstawaj z łóżka, jeśli nie masz na to siły, jedz tyle, ile potrzebujesz, nie angażuj się w żadne nowe aktywności, bądź w stanie „niebycia”.
  • Nie racjonalizuj na siłę, by wytłumaczyć ten stan. Jeśli odczuwasz silny niepokój, że dzieje się z tobą coś złego, odwiedź lekarza, wykonaj badania, ale nie szukaj recepty cud. Twoje ciało ma czerwoną lampkę, która zapala się, kiedy nie słyszysz wewnętrznego głosu.
  • Ogranicz do minimum wszystkie swoje powinności. Masz prawo okresowo: mniej intensywnie pracować, zaniedbać dom, dzieci czy przyjaciół. Nie odrzucaj troski bliskich, ale jeśli jej nie potrzebujesz, możesz podziękować i nie skorzystać.
  • Nie naśladuj innych. Nie wierz, że pomoże ci to samo, co pomogło twojej przyjaciółce. Możesz oczywiście spróbować na przykład lekcji jogi, ziółek, masaży, ale jeśli nie poczujesz w sobie, czego konkretnie ci potrzeba, metody te zadziałają jedynie na chwilę.
  • Wychodź z kryzysu powoli. Kiedy faza kryzysu będzie już dobiegać końca, świat zacznie ci podsuwać różne propozycje; nowa praca, nowe znajomości itp. To znak, że powoli stajesz się gotowa na „wyjście z mroku” – ale bądź ostrożna, nie rzucaj się na pierwszą lepszą ofertę, z lęku „jak długo można być taką bierną?!”.

Ćwiczenie

Zrób porządek w swoim zewnętrznym świecie. Wyrzuć albo schowaj do piwnicy wszystko, co nie jest już twoje. Ogranicz rzeczy do niezbędnego minimum. Schowaj ubrania, których od dawna nie nosisz, bibeloty, które cię nie cieszą, książki, do których od dawna nie zaglądałaś. Prostota dookoła ciebie umożliwi lepsze zagłębienie się w wewnętrzne przeżycia.

4. Faza autentyczności

Masz poczucie adekwatności. Wszystko, co się dzieje wokół ciebie, jest zgodne z tym, co w tobie. Czujesz, że twoje uczucia, myśli i zachowania są spójne. Czerpiesz satysfakcję z pracy, pojawiają się wokół ciebie ludzie, którym podobnie w duszy gra. Jesteś wreszcie na swoim miejscu, we właściwym czasie. Robisz wszystko, co masz do zrobienia. Twoje emocje są stonowane; nie ma lęku, ale też zbędnych ekscytacji. Odczuwasz wewnętrzny spokój. Może jesteś bardziej niż zwykle milcząca, bo czujesz, że etap, na którym się znajdujesz, nie wymaga zbyt wielu słów. Za to więcej masz w sobie mądrości do dzielenia się nią ze światem. Przyjaciele chętnie zwierzają ci się ze swoich problemów, cierpliwie ich wysłuchujesz, ale nie dajesz zbędnych rad, bardziej służysz swoją obecnością. Świadomie wybierasz to, co dla ciebie najlepsze, ale umiesz też spokojnie z różnych rzeczy, relacji rezygnować; bez żalu, urazy czy potrzeby usprawiedliwienia się. Czujesz, że jest dobrze.

Rady:

  • Smakuj swój stan. Zapamiętuj sytuacje, doświadczenia, które nasycają cię błogością. Będziesz miała do czego wrócić, kiedy w twoim życiu pojawi się mniej spokojna faza rozwoju.
  • Nie uciekaj przed światem. Choć czujesz, że jesteś teraz największym autorytetem dla siebie, nie unikaj poznawania nowych ludzi, bo być może na twojej drodze pojawi się „nauczyciel”, „mistrz”, który poprowadzi cię na jeszcze wyższy etap rozwoju.
  • Nie staraj się „nauczać” innych. Każdy ma własne lekcje do przepracowania. Możesz się dzielić doświadczeniem, ale pamiętaj, że drugi człowiek weźmie z tego tylko tyle, na ile jest gotowy.
  • Bądź wdzięczna tym, którzy towarzyszą ci na drodze rozwoju. Czasami wystarczy zwykłe: „dziękuję, że jesteś”. Doceń, ile darów dostajesz, często od mało znanych ci osób, choćby od pani w sklepie, która schowała pod ladą ostatnią bułkę – twoją ulubioną.
  • Bądź zakorzeniona w „tu i teraz”. Nie przywiązuj się do myśli, że odkryłaś całą prawdę na swój temat i teraz znasz dokładny scenariusz własnego życia. Przez cały czas się zmieniasz. Po etapie spokoju i równowagi pewnie jeszcze nie raz pojawią się zawirowania i zwątpienia. Przed każdym kolejnym, wyższym etapem rozwoju czeka cię chwilowy kryzys i powrót doświadczeń z przeszłości (lekcje do przerobienia), ale ty już wiesz, że po burzy zawsze pojawia się słońce.

Ćwiczenie

Odkryj swój osobisty rytuał mocy. Co zapewnia ci błogość i spokój? Kiedy, w jakich sytuacjach, czujesz się pełna i autentyczna? Jeśli nie masz pomysłu, co to miałoby być, skorzystaj z rytuałów opisanych w książkach czy poznanych na warsztatach. Sprawdzaj, które z nich są naprawdę twoje.

  1. Psychologia

Nadszarpnięta więź z ojcem - jaki może mieć wpływ na córkę?

Uszkodzona więź z ojcem może w dorosłym życiu wzbudzić potrzebę dotknięcia ran z przeszłości – uświadomienia ich i zrozumienia. (Fot. iStock)
Uszkodzona więź z ojcem może w dorosłym życiu wzbudzić potrzebę dotknięcia ran z przeszłości – uświadomienia ich i zrozumienia. (Fot. iStock)
Zuzanna albo żyła na przekór ojcu, albo próbowała go naśladować. W ten sposób wyparła się siebie. Kryzys psychiczny skłonił ją do podjęcia terapii. Jej przypadek komentuje psychoterapeuta Jarosław Józefowicz. 

Zapadł już zmrok, na pewno. Pamięta las i stromą, ośnieżoną górkę. Miała kilka lat i zjeżdżała na sankach. Ojciec siedział za nią i śmiał się głośno. Przestawała oddychać, bo myślała, że się rozbiją, kiedy mijali drzewa. „Chyba się nie boisz” – pytał beztrosko, szykując się do następnego zjazdu. Zuzanna bała się, i to bardzo. Podobnie jak na karuzeli łańcuchowej, kiedy jej krzesełko szybowało wysoko w niebo, a on okręcał ją i podrzucał. Pamięta, że okulary ojca roztrzaskały się o ziemię i jego dobry humor prysł, a ona miała mdłości…

Kadry filmu pod tytułem „Dzieciństwo” przesuwały się w jej wyobraźni. „To dlatego za każdym razem, kiedy widzę wesołe miasteczko, robi mi się niedobrze” – myślała. „Już wiem, dlaczego nigdy nie zjechałam z synkiem z górki na sankach”.

Życie Zuzanny właśnie się zatrzymało. Przestała pracować, gotować, sprzątać, śmiać się, mówić, prawie nie jadła. Martwy punkt, kiedy brak siły, by zrobić jakikolwiek krok. Nie miała zresztą pojęcia, w którą stronę miałaby iść. Żadne działanie nie było możliwe, zresztą było jej wszystko jedno. Wszechogarniająca bezsilność nie pozwoliła jej opuszczać pokoju i kontaktować się z ludźmi. Przestała nawet czytać książki, co było do niej zupełnie niepodobne. Kryzys psychiczny przyszedł, kiedy nie miała pracy, pieniędzy, była po trzydziestce i po rozwodzie.

Komentarz psychoterapeuty: Czy na kryzys można patrzeć z nadzieją? Zazwyczaj tego rodzaju przeżycia i uczucia są kojarzone negatywnie, jako coś destrukcyjnego i co za tym idzie, budzącego niepokój, lęk. Jednak postrzegane ze zrozumieniem mogą stać się etapem na drodze głębokiej przemiany psychicznej, umożliwiającej rozwój człowieka. Źródłem kryzysu Zuzanny była „uszkodzona” więź z ojcem. Kiedy doświadczamy bólu, siłą rzeczy kierujemy się do wewnątrz. U Zuzanny pojawiła się potrzeba dotknięcia rany z przeszłości – uświadomienia jej i zrozumienia.

Bała się go i tęskniła

Ojciec Zuzanny był dość znanym artystą. Malował, rzeźbił, projektował meble, miał wystawy w Brukseli, Tokio, Berlinie. Podziwiała go. Z daleka. Z bliska ją przerażał. Lęk skrywała pod maską krnąbrności. Nie miała jednak wiele okazji do buntowania się, bo ojciec zwykle był pochłonięty pracą i swoimi sprawami, często wyjeżdżał. Gdy dłużej przebywał w domu, ogarniało go rozdrażnienie, miewał wybuchy złości. Zuzanna pamięta szybującą ponad trawnikiem szarlotkę, którą wyrzucił przez balkon, zdarzyło się też, że rozbił o ścianę talerz z zupą pomidorową. Kiedyś wpadł do niej do pokoju i zrzucił wszystko z biurka i półek. Nie zrozumiała dlaczego, może nie posprzątała. Wyjątkowo nerwowo było podczas świąt, ubieranie choinki zawsze kończyło się awanturą. Zresztą i tak atmosfera w domu zazwyczaj stawała się napięta, gdy ojciec wracał z pracowni. Każdego dnia bała się tego momentu.

Bywał zainteresowany jedynaczką, mówił że żaden facet nie jest jej wart, bo jest atrakcyjna i inteligentna, ma taką delikatną, niewinną urodę. I że na pewno ze wszystkim sobie w życiu poradzi. Obejmował ją ramieniem podczas wernisaży, mówił „Zuzanko”, przedstawiał z dumą: „To moja piękna córka”. Wtedy czuła się jak lalka. Czasem siadał w swoim czarnym, skórzanym fotelu i brał ją na kolana, głaskał po policzku. Chciała dłużej z nim porozmawiać, ale szybko tracił uwagę, nie miał czasu.

Matka też jej nie słuchała. Była zajęta zabiegami, by mąż wrócił do niej od kolejnej kochanki, by był w zasięgu jej wzroku, pod kontrolą. By pozwolił pocałować się w policzek i by poszli potem do restauracji.

Teraz to wszystko wróciło. Poczuła się jak w klatce. Zaczęła się bać, potwornie bać. Ale nie wiedziała czego. Drżała, płacząc. A potem przyszła złość. Ogromna. Na niego. Zaczęła pisać list, potem mówić, krzyczeć coraz głośniej, w końcu wrzeszczeć na ojca. Wyrzucała mu: „Dziecko to odpowiedzialność, dziecko jest delikatne jak szkło, jak mogłeś tak mnie straszyć, jak mogłeś odtrącać, zawstydzać, traktować przedmiotowo?! Wcale nie chcę cię ciągle rozumieć, usprawiedliwiać. Co z tego że miałeś urok i pieniądze?! To przez ciebie! To przez ciebie nie udało mi się życie!”. Potem długo płakała, a list spaliła.

Złudne poczucie bezpieczeństwa

Nauka przychodziła jej bez problemów. Po ojcu odziedziczyła błyskotliwość i talent do rysunku. Sztuka pociągała ją i odpychała jednocześnie. Tak jak on. Wybrała grafikę na Akademii Sztuk Pięknych, potem trafiła do agencji reklamowej, pierwszej, drugiej, trzeciej… Często zmieniała firmy, choć w każdej po pewnym czasie proponowano jej awans. Jednak odmawiała. Jeśli już zgłębiła jakiś temat, poznała ludzi – bezpowrotnie traciła nimi zainteresowanie. Wyrzucała sobie, że jest mało ambitna i nie potrafi się zaangażować. Męczyły ją struktury, nudziły relacje. Tłumaczyła sobie, że przecież ma rodzinę i ona, nie kariera, jest najważniejsza. Obiecała sobie, że stworzy spokojny dom. Krzysztof był ciepłym mężczyzną, dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Cudowny ojciec, bardzo skoncentrowany na dziecku. Pracował w wydawnictwie książkowym, był kibicem skoków narciarskich i tradycjonalistą. Zuzannie było z nim dobrze. Czerpała nawet przyjemność z wydawania przyjęć rodzinnych, zaskakując gości niecodziennymi potrawami. Uwielbiała przygotowania do świąt. Czasem tylko wybuchała niekontrolowaną złością bez istotnego powodu. Potem wstydziła się tego. Wychodziła na balkon i głęboko oddychała. „Duszę się” – przychodziła myśl, otrząsała się jednak z niej z nieokreślonym lękiem. Na wszystko znajdowała czas: dziecko, praca, spotkania z przyjaciółmi. „Tak świetnie sobie ze wszystkim radzisz” – chwalił mąż. Dlatego poczuła niemiłe zdziwienie, gdy po kilku latach małżeństwa uświadomiła sobie, że nie widzi w nim już mężczyzny. Że jej nie pociąga, nie czeka na niego. „Nie ma tu ciebie” – mówił jej w łóżku, jesteś jak manekin, lalka. I tak się czuła. Znowu.

Tacy podobni

Śmiertelna choroba ojca przebiegła szybko. Umarł, gdy mógł jeszcze tworzyć, podróżować, grać w piłkę z wnukiem, wyremontować dom nad morzem. „No i znowu mnie zostawiłeś” – powiedziała do niego w myślach. Zaczęła rozpamiętywać przeszłość, chciała ocalić dobre chwile. Jak tamten pobyt w Rzymie. Siedzieli w ciepłe noce w trattoriach, zaśmiewając się przy spaghetti i dobrym winie, a od rana włóczyli się po wąskich uliczkach, zwiedzali starożytne ruiny i fontanny. Z żadnym mężczyzną nie tańczyło jej się tak radośnie, z żadnym nie dyskutowało tak twórczo o sztuce… Dlaczego więc po jego śmierci poczuła coś na kształt ulgi?

To uczucie pojawiło się również, gdy podjęła decyzję o rozwodzie. Nie było łatwo pożegnać swoje wyobrażenia o idealnej rodzinie, wysłuchiwać oskarżeń męża, że jest egoistką i oszustką, i że pożałuje kiedyś tej decyzji. Zuzanną kierowała jednak nieodgadniona, większa od niej siła, która pchała ją, jak się jej zdawało, ku wolności. Nie musiała już udawać, żyć na przekór ojcu i sobie. Odkrywała, jak bardzo jest do niego podobna. Tak jak on pije kilka kaw dziennie, je niewiele mięsa, jest mało uprzejma dla nieznajomych, lubi koty, tęskni za intensywnością doznań, niezależnością. Kolejna praca w agencji reklamowej przyniosła jej jedynie znaną już frustrację, więc zwolniła się i postanowiła wrócić do rysowania. Ale jakoś jej nie szło. Z romansowaniem – przeciwnie.

Bez zobowiązań

Odnowiła znajomości ze studiów. Tak, z artystami zawsze potrafiła znaleźć wspólny język. Podobali jej się mroczni faceci z fantazją i niebezpiecznym błyskiem w oku. Takich przyciągała, ale z żadnym z nich nie zdecydowała się na związek. Zaczęła sobie uświadamiać, że w ogóle relacje nie są jej specjalnością. Unikała wprawdzie konfliktów, ale i zbytniej bliskości. Niczym nie ryzykowała, w każdej chwili mogła odejść, co też robiła, z dręczącym poczuciem winy. Do tej pory. Teraz postanowiła nie wiązać się na dłużej, a jedynie bawić się i cieszyć niezobowiązującym seksem. „Należy mi się” – myślała, wreszcie czuła, że żyje.

Michał. Z nim było jak na szalonej kolejce górskiej. Kłótnie, jakie między nimi wybuchały, ekscytowały ją bardziej niż okresy spokoju. Gdy wariacko prowadził samochód, była niemal pewna, że się rozbiją, a kiedy rzucał ją na łóżko, czuła się jak na karuzeli.

Któregoś wieczoru, gdy pili wino na kanapie, powiedział: „chodź do mnie” i klepnął się w kolano, pokazując, gdzie ma usiąść. „Ładna jesteś, masz w sobie coś z dziecka”, mówił rozpinając jej dżinsy. Zabolało, bo potraktował jak przedmiot. Nie potrafiła jednak przeciwstawić się jego sile. Przegrała, jak zawsze.

A potem pojawiła się ta niemoc. Nie umiała już płakać. Nawet ze złości na ojca. Chciała odciąć się od tego, co było, zacząć od nowa, może iść do innej agencji reklamowej. Nie była jednak w stanie podjąć żadnego działania. Dawna Zuzanna, sprytna i radząca sobie w życiu zawodowym, wydawała się nierzeczywistą postacią ze snu. Umarła. Nowa Zuzanna była jak szmaciana pacynka, bez żadnego wpływu na swoje życie. I nie miała pojęcia, co dalej.

Komentarz psychoterapeuty: Na początku przemiany na ogół musi nastąpić rozpad dotychczasowych dysfunkcyjnych struktur psychicznych i emocjonalnych, które zrodziły się w przeszłości, w relacjach pełnych niespełnienia, nacechowanych brakiem. To punkt, w którym człowiek mierzy się ze swoimi mechanizmami obronnymi, światem wyobrażeń i iluzji, życiem w jednostronnym, okrojonym wymiarze. Następuje rozpoznanie i uświadomienie sobie deficytów. W przypadku Zuzanny były to: niedostępność emocjonalna, funkcjonowanie od zadania do zadania, nieadekwatne poczucie odrzucenia, brak granic osobistych, niemożność określenia własnych uczuć i potrzeb oraz nadmierna podatność na wpływy zewnętrzne. Na tym etapie kryzysu przeżywane konflikty wewnętrzne są silne, a doznania trudne. Frustracja, gniew, lęk i zagubienie potrafią całkowicie wypełnić świat, nie pozostawiając miejsca na normalne funkcjonowanie. 

Ukojenie przyszło samo

Zaniepokojona sytuacją przyjaciółka zaprowadziła ją do psychoterapeutki. Zuzanna usłyszała: „Bez uświadomienia sobie uczuć z przeszłości, bez ich uwolnienia, nie pójdzie pani dalej. Nie zdawała sobie pani sprawy z  niemocy, lęku, samotności i smutku, które przeżyła jako dziecko. Ze strony ojca zabrakło uczuć, wzajemności. Nie zauważył pani wrażliwości, nie uszanował, nie dał poczucia bezpieczeństwa. Dobrze, że odważyła się pani na wyrażenie złości do niego. Dawny ból domaga się ujawnienia, przeżycia, wyrównania rachunków. Trudna relacja z ojcem spowodowała, że jakaś część pani została zamrożona, odłączona. To okalecza, osłabia, uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Żyła pani tym brakiem, odcięta od siebie, od uczuć. W takim stanie obojętne jest, co się robi i z kim żyje. Gdy to miejsce zostanie uzdrowione, pojawi się przestrzeń na autentyczne uczucia. Pani dotychczasowa odwaga i pasje nie pochodziły z wnętrza. Czas przestać być raz przekorną a raz grzeczną córką, czas odkryć swoją autentyczną moc. I pójść wreszcie własną drogą”.

Terapia pozwoliła Zuzannie powoli odzyskać siebie. Dzięki niej przeszła proces uświadomienia schematów rodzinnych, które nią rządziły. Zdała sobie sprawę z wypartych trudnych emocji i uwalniała je poprzez płacz i złość. Gdy przestała zmuszać się do jakiejś aktywności, chęć do działania powróciła sama. Razem z radością i dostępem do uczuć. Zaczęła się lubić, cieszyć sobą. Czekała na to, co się w niej obudzi.

Symboliczne pojednanie z ojcem było naturalną konsekwencją tego procesu. Po raz pierwszy ujrzała w nim delikatnego mężczyznę, rozdartego konfliktem wewnętrznym, nieumiejącego pokazać, jak bardzo ją kocha. Znowu płakała, ale już inaczej. Łzy wybaczenia przyniosły długo oczekiwane ukojenie, uwolnienie od nieznośnego napięcia. Pojawiła się wdzięczność za to, że był inspirujący, poczuła, że mają podobną wrażliwość. Potrzebowała ponownie zbliżyć się do ojca, żeby rozwinąć jego korzystny obraz w sobie. Do tej pory bowiem przekreślała wszystkie jego pozytywne cechy, podobnie jak negatywne. Zaprzeczając jego nieodpowiedzialności, zamknęła sobie dostęp do własnej kreatywności i spontaniczności. Teraz, kiedy pojawiła się w niej zgoda i akceptacja tego, jaki był naprawdę, poczuła prawdziwą ulgę i wolność. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nabrała zapału do pracy, odkryła w sobie ochotę na… pisanie. W jej życiu pojawił się też nowy mężczyzna i pewność, że tym razem będzie inaczej.

Komentarz psychoterapeuty: Z perspektywy kryzysu przyszłość wydaje się beznadziejna. Jednak pod wpływem zachodzących procesów psychicznych człowiek ma szansę na prawdziwą odnowę. Warunkiem jest świadoma i ukierunkowana praca ze swoim wnętrzem. Efektem – osobowość bardziej pełna, w mniejszym lub większym stopniu wolna od demonów przeszłości, ograniczeń, blokad, uwarunkowań. Zuzanna wykorzystała tę szansę. Odzyskała autonomiczność i integralność. Dlatego odtąd będzie mogła głębiej i bardziej autentycznie przeżywać świat we wszystkich jego wymiarach – w relacjach, bliskich związkach, życiu zawodowym, sferze pasji i zainteresowań.     

  1. Styl Życia

Poznaj siłę kobiecości w nowym miejscu

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Kobiety przeszły długą drogę aby znaleźć się w miejscu, w którym jesteśmy teraz. Coraz odważniej poruszamy tematy naszych potrzeb, marzeń i praw. Jednak mimo naszej siły, kobiety nadal spotykają się z brakiem zrozumienia. Portal My-V.pl powstał aby wesprzeć, doradzić i odpowiedzieć na pytania uważane przez niektórych za kontrowersyjne.

Kobiecość zawsze i wszędzie

My-V.pl jest portalem, dla którego nie ma tematu tabu. Możemy tam znaleźć artykuły, które dla innych portali są zbyt sporne. Inni nie chcą ich poruszać, ale nie zmienia to faktu, że my – kobiety, jesteśmy osobami ceniącymi seksualność i chcemy znać odpowiedzi na pytania, których wielu nie ma odwagi zadać.

Poza Polską na temat seksualności mówi się, w porównaniu do naszego kraju, wręcz ochoczo. I nie ma w tym nic złego. Kto nie pamięta momentu z kultowego serialu „Przyjaciele”, w którym idealnie przedstawione są potrzeby kobiet i „łatwa instrukcja” odnośnie ich zaspokojenia? Chodzi oczywiście o Monice doradzającą Chandlerowi o tym jak znaleźć siódmy punkt i jak poruszać się pomiędzy punktami od 1 do 6.

Jeżeli chodzi o kolejny przykład, to nie ma co daleko szukać i można skupić się na znanym serwisie, jakim jest Netflix. W Grace&Frankie mamy dwie dojrzałe kobiety, które w oczach wielu widzów mogłyby się mylnie wydawać za stare, aby wciąż prowadzić aktywne i spełnione życie seksualne. Jednak one innowacyjnie wprowadzają kolejne produkty do sfer intymnych, szokując tym widzów.

Klasa i bajeczność

My-V.pl można również wpisać do sfery innowacyjności – portal porusza tematy, które są trudne bądź do tej pory niezbyt chętnie poruszane. Na My-V.pl panuje przyjemna atmosfera, w której kobieta jest dla kobiety. Doradzi, wesprze, po prostu będzie obok. Zagłębiając się w cudowny świat kobiecości, seksualności i rozwoju, kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że żadna część jej jestestwa nie jest zła. Czytelniczka zobaczy, że nie ma się czego wstydzić, ani pod względem ciała, ani swojego umysłu.

Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek zastanawiał się co my kobiety zrobiłybyśmy w życiu bez mężczyzn, to poprawna odpowiedź jest tylko jedna – WSZYSTKO. Kobieta jest zdolna do wszystkiego. Nie ma rzeczy, zadania ani sytuacji, której kobieta by nie podołała.

My-V.pl potrafi śmiało ogłosić światu wiele kwestii. Oznajmia - tak, jesteśmy kobietami i jesteśmy matkami, żonami, kochankami, szefami. I jesteśmy w tym dobre. Tak jesteśmy kobietami, mamy waginy i lubimy seks. I mamy do tego prawo. Mamy klasę i bajeczność, czyli dwie rzeczy, które powinna mieć kobieta według Coco Chanel.

Nie tylko żona

Kobiety ostatnimi czasy pokazały na co je stać. Feminizm nie jest już czymś o czym kobiety szepczą między sobą. Jest śmiałym ruchem, który idealnie podkreśla naszą siłę. Doszłyśmy do tej chwili, w której mamy odwagę wyjść i wykrzyczeć nasze myśli. My-V.pl również „krzyczy”, ale w internecie - poruszając tematy edgingu, wulwodyni czy kamasutry.

Seksualność nie jest jednak jedynym tematem poruszanym na blogu. Tak jak kobiety My-V.pl jest o wiele bardziej rozbudowane. Nie określamy się tylko mianem, np. żon, bo jesteśmy również artystkami, pracownikami, kucharkami, tak i My-V.pl nie skupia się tylko na jednym temacie. Można tam znaleźć artykuły odnośnie samorozwoju, kariery, kultury czy nauki. Przeczytamy tam o kobietach z branży technologicznej, ale i o tym jak zarządzać własnym czasem.

Portal M-V.pl to miejsce dla wszystkich kobiet – tych, które są już pewne siebie i tego kim są oraz tych, które potrzebują zainspirowania i wsparcia w samorozwoju.

  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.