1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Przemoc psychiczna w związku – odejście od agresora jest najlepszym wyjściem, choć nie zawsze jest możliwe

Przemoc psychiczna, czyli molestowanie moralne, wywołuje przewlekły stres w organizmie, który może spowodować wiele groźnych zmian, na przykład zmniejszenie się hipokampu, fragmentu mózgu odpowiadającego za emocje i sen. (Fot. Getty Images/Gallo Images)
Najpierw kwiaty i komplementy, potem poniżanie i pogarda. I tak przez lata, w białych rękawiczkach, w wielu domach. Przemoc psychiczna to coś, co trzeba nauczyć się rozpoznawać. Jeżeli już do niej doszło – odejść od agresora i leczyć zdrowie zniszczone w wyniku długotrwałego stresu – mówi profesor Jadwiga Jośko-Ochojska, neurofizjolożka.

Przemoc psychiczna to temat dla psychologa, ale czy dla lekarza i naukowca?
Podstawy medyczne przemocy psychicznej, nazywanej też molestowaniem moralnym, są tak głębokie, że powinni się nimi zajmować lekarze i naukowcy, co zresztą czynią już na Zachodzie. U nas, niestety, w bardzo niewielkim stopniu. Tymczasem molestowanie moralne wywołuje przewlekły stres w organizmie, który może spowodować wiele groźnych zmian, na przykład zmniejszenie się hipokampu, fragmentu mózgu odpowiadającego za emocje i sen. Ofiara trwającej czasem latami przemocy psychicznej może więc doświadczać bezsenności oraz emocji nieadekwatnych do sytuacji. Długotrwały stres może spowodować także rozrost jąder migdałowatych, a wtedy ofiara odczuwa silne lęki i bywa, że jest agresywna. A jeśli dojdzie też do uszkodzenia kory przedczołowej, to ma trudności z pamięcią, planowaniem, koncentracją, trudno jej uczyć się czy pracować. Dotyka więc ją seria problemów, których prawdziwego źródła nie rozumie, bo nie ma pojęcia, jak niszczącemu procesowi podlega.

Może czuć się gorsza, winna, skoro nie rozumie, co się z nią dzieje?
Zwłaszcza że agresor przekonuje ofiarę, że to przez nią między nimi się popsuło, że kiedyś było cudownie, a teraz jest źle. No bo przecież on się nie zmienił! Nadal jest uroczy i wszyscy go lubią. Rodzina i przyjaciele widzą, że to ona jest problemem. Ciągle ma pretensje, płacze, krzyczy. Ale to nie wszystko. Tak silny i długotrwały stres niszczy układ odpornościowy, więc ofiara zaczyna chorować na różne choroby somatyczne. Dlatego tak ważne jest, aby lekarz miał wiedzę o medycznych skutkach stresu i widział w pacjencie człowieka, a nie chorobę.

Na co prześladowany psychicznie może się uskarżać?
Tych dolegliwości może być wiele: bóle brzucha, biegunki, wymioty, palpitacje serca, nadciśnienie, bóle głowy, kręgosłupa i tak dalej. Najczęściej lekarz zleca wówczas badania dodatkowe i nie bierze pod uwagę przyczyny jej dolegliwości.

Załóżmy, że wyniki są nieprawidłowe. Jakie ma znaczenie to, że powodem był stres?
Podstawowe. Jeśli lekarz tego nie wie i zaleci wyłącznie leczenie choroby somatycznej, to co prawda pacjentka poczuje ulgę w dolegliwościach, ale… wraca do domu, w którym ma kontakt z agresorem. To powoduje, że jej stres nasila się, a w konsekwencji nasilają się także objawy choroby. Dopóki więc będzie pod wpływem przewlekłego stresu, dopóty nie nastąpi satysfakcjonująca poprawa dolegliwości fizycznych. To jest moment, w którym lekarz może sobie zadać pytanie „dlaczego?”. I wtedy jest zobowiązany do zadania pytań dotyczących spraw osobistych: Jak układają się pani kontakty z mężem, dziećmi? Czy ma pani jakieś problemy w pracy?

Ofiara powie lekarzowi prawdę?
Tak, jeśli ten wzbudzi jej zaufanie. Wtedy może skierować ją na terapię do psychologa, a nawet do psychiatry, jeśli podejrzewa depresję czy zespół stresu pourazowego (PTSD). Jeśli ofiara posłucha lekarza, to po takich terapiach będzie mogła uporządkować swoje życie. Prawdopodobnie będzie wtedy potrzebowała mniejszych dawek leków i jej stan fizyczny będzie dużo lepszy.

Czym jest molestowanie moralne, że ma tak tragiczne konsekwencje?
Trafniej byłoby mówić o dręczeniu. Kryją się za nim: pogarda, szyderstwo, drwina, poniżanie, notoryczne kłamstwa, manipulacja, naruszanie godności, odtrącanie i pozbawianie wiary w siebie, a nawet w zdrowe zmysły. I najgorsze jest to, że ma to miejsce w domu, gdzie w naturalny sposób szukamy miłości i ochrony. I to różni molestowanie moralne od na przykład mobbingu, że agresorem jest ktoś bliski: matka/ojciec, mąż/żona, syn/córka, brat/siostra, partner/partnerka. To właśnie miejsce – dom, rodzina – sprawia, że jeszcze trudniej ofierze dostrzec, co się dzieje.

W książce „Rozmowy przy kawie o stresie, lęku i traumie” przywołuje Pani przykład mężczyzny, który zapytał Panią, czy ojciec może nienawidzić syna.
Odpowiedziałam mu, że może, bowiem osoba, która dręczy, jest zaburzona i ma zmiany funkcjonalne lub anatomiczne w mózgu, wiemy to z badań neuroobrazowych. Bycie rodzicem przed takimi zmianami i zaburzeniami nie chroni. Kiedy prowadziłam zajęcia ze stresu na wydziale lekarskim, wielu studentów zwracało się do mnie ze swoimi problemami. Pewnego dnia przyszła studentka, której matka sprawdzała mejle, robiła „naloty” w jej wynajmowanym mieszkaniu o różnych porach dnia i nocy. Studentka to znosiła, dopóki nie związała się z chłopakiem. Oczywiście matce on się nie spodobał i kazała córce z nim zerwać, szantażując, że nie otrzyma pieniędzy na dalsze studiowanie.

Córka wiedziała, że matka ją dręczy?
Początkowo nie. Za każdym razem, kiedy kończyła jakąś opowieść o okrutnym i poniżającym traktowaniu, patrzyła na mnie i mówiła: „Wiem, że to niefajne, ale mamusia mnie kocha, dba o mnie i chce dla mnie dobrze”. Zapytałam: „Chciałaby pani założyć rodzinę?”. „Tak!”. „Mieć dzieci?”. „Tak!”. „A czy chciałaby pani być dla swoich dzieci taką matką, jaką jest pani mama?”. Rozpłakała się. Dręczenie moralne to niewyobrażalna perwersja w białych rękawiczkach. Celem agresora/agresorki jest zniszczenie ofiary, ale przy jednoczesnym zachowaniu dobrego własnego wizerunku, na przykład matki pełnej troski o przyszłość córki. Dlatego tak trudno rozpoznać ten proces.

Co może w tym pomóc?
To trudne, bo jeśli katem jest na przykład mąż, to on przy innych – na pokaz – całuje, przytula, ale kiedy tylko zostanie z żoną sam na sam, to okazuje jej wrogość i nienawiść. Bywa więc tak, że kiedy ona wniesie sprawę do sądu, to nikt ze świadków nie potwierdzi jej zeznań, bo nikt nie widział, żeby on był dla niej zły. A ona przed sędzią mówi nieskładnie, nie potrafi logicznie wiązać faktów, ma zaniki pamięci, jąka się, płacze, krzyczy i czasem nie da się jej uspokoić, co jest właśnie konsekwencją długotrwałego stresu, jakiego doświadcza.

Na dodatek zazwyczaj nie pracuje, bo ciągle choruje, i w związku z tym nie ma też pieniędzy. On wręcz przeciwnie – logicznie się wysławia, jest spokojny, ale zimny, wyrachowany, zręcznie manipuluje sytuacją w taki sposób, aby ofiarę sprowokować do najgorszych zachowań. Pracuje, ma pieniądze i w związku z tym walczy o dzieci i pozbawienie żony władzy rodzicielskiej. Jeżeli sędzia nie ma wiedzy na temat przemocy psychicznej, to może dać się „uwieść” agresorowi i dodatkowo skrzywdzić ofiarę.

Co powinniśmy więc wiedzieć o przemocy psychicznej, aby móc także pomóc sobie czy komuś bliskiemu?
Że dręczenie to proces, który może trwać latami. Dzieli się go na trzy etapy. Pierwszy etap to czas, kiedy agresor dąży do tego, by zawładnąć swoją ofiarą przez uwiedzenie. Komplementy, kwiaty, pomoc, wyręczanie: „Po co masz się męczyć, ja to zrobię, zajmę się samochodem, zakupami”. Kobieta na tym etapie czuje się jak królowa: „Żadna moja koleżanka nie ma takiego męża!”.

Czy nie ma szans na rozpoznanie przemocy na tym etapie?
Można rozpoznać, jeżeli spojrzymy na agresora w innych środowiskach, w innych miejscach, na przykład w pracy, w kontaktach z jego rodziną, z jego znajomymi, w sklepie, kawiarni i tym podobnych. Nie ma człowieka, który umiałby grać zawsze i wszędzie. Gdzieś w końcu pokaże swoją prawdziwą twarz. Agresor to typ perwersyjno-narcystyczny. Nie znosi zmian, ma o sobie wysokie mniemanie, nie ma wyrzutów sumienia. Brakuje mu wrażliwości na cierpienie innych, nie ma empatii. W relacji z ofiarą ujawnia swoją prawdziwą twarz, dopiero kiedy poczuje, że już ma nad nią przewagę. Wtedy zaczyna się drugi etap przemocowego procesu. Agresor już nie udaje, przestaje być czarujący. Kobieta, która nie rozumie jego gry, myśli: „Co ja takiego zrobiłam?”.

Szuka winy w sobie?
I chce zrozumieć, dlaczego nie jest tak pięknie, jak było. Dąży więc do rozmowy. I tak zaczyna się tak zwana perwersyjna komunikacja. Kiedy kobieta prosi: „powiedz mi, co się dzieje”, usłyszy tylko: „ty wiesz, co się dzieje”. „Ale właśnie nie wiem, nie rozumiem, czemu ty się tak do mnie odzywasz, tak mnie traktujesz”. „A jak ja mam do ciebie mówić? Przecież ty wiesz, jaka jesteś!”. Nic z takich niby-rozmów nie wynika, no i agresor w końcu stwierdza: „Rozmawialiśmy już wiele razy. Zastanów się nad sobą, bo to ty jesteś wszystkiemu winna”.

Ona jest zupełnie skołowana, załamana.
I coraz bardziej się boi, bo kiedy mamy do czynienia ze złem, a to jest zło, instynktownie czujemy lęk. Niezwykłe jest to, że wszystkie ofiary mówią to samo: że w pewnych momentach agresorowi zmienia się ton głosu. Staje się zimny, bezdźwięczny, monotonny. Już sam ten głos wywołuje w nich lęk. Od razu wiadomo, że będzie przykro: „Masz szczęście, że jesteś ze mną! Jesteś już taka gruba, kto by cię chciał? Śmierdzi ci z ust! Zrób coś z tym”. Ofierze jest wtedy wstyd i najczęściej nikomu o tym nie mówi.

Wstyd sprawia, że izoluje się nawet od przyjaciół.
Właśnie! Zostaje z nim sama, a on okazuje jej zimną wrogość. Drwi z niej, poniża, zaczyna gardzić. A ona myśli, co zrobić, aby wróciły piękne dni z początku małżeństwa. Co będzie z nią dalej, zależy od tego, czy „zobaczy” rzeczywistość. Zdarza się, że pomoże jej w tym wywiad, książka albo wykład. Ktoś może jej też powiedzieć prawdę i tym kimś może być lekarz.

Moja znajoma uciekła, zabierając dzieci i nikomu, nawet matce, nie mówiąc dokąd, bo bała się, że on ją znajdzie. A jak przeczytałam w książce Pani profesor: trzeci etap zaczyna się właśnie od desperackiej próby ratunku.
Nie dziwię się Pani koleżance, że uciekła, bo jest się czego bać. Ofiara już wie, że bycie dalej z agresorem niszczy ją psychicznie, fizycznie, a jeśli są w tym związku dzieci, to one również cierpią. Zwłaszcza że w trzecim etapie rozpoczyna się perwersyjna eskalacja i jawne okazywanie nienawiści. Agresor czuje, że ofiara mu się wymyka, opanowuje go uczucie paniki, wściekłości i wpada w szał. Mówi: „Zabiję cię, zniszczę cię”. Znam młodą kobietę, której agresor trzy razy przystawiał krzesło do otwartego okna i namawiał do wyskoczenia. Za trzecim razem ich trzyletnia córeczka złapała mamę za nogi i krzyknęła: „Mamusiu, nie skacz!”. Dopiero po tym fakcie wraz z córką opuściła kata. Odejście od agresora jest najlepszym wyjściem, choć nie zawsze jest to możliwe.

Ale problem w tym, że kobiety mogą chcieć zostać.
Miałam pacjentkę, która złożyła już dokumenty o rozwód. Mówiła wtedy: „Wiedziałam, że jeszcze trochę i pójdę do szpitala psychiatrycznego”. Ale mija kilka miesięcy, ona przychodzi i mówi: „Nie rozwiodłam się. Bo on przyszedł i powiedział: »Wycofaj pozew, zrobiłem dużo błędów, zacznijmy wszystko od początku«”. Powiedziałam jej: „Ale pani wie, że będzie dalej to samo?”. „Wiem”. „To dlaczego?”. „Bo on w nocy krzyczy przez sen: »Mamusiu, nie bij!«”.

To bardzo poruszające doświadczenie dla człowieka zdolnego do empatii, zobaczyć skrzywdzone dziecko w kacie.
Niestety, większość katów w swoim dzieciństwie było bitych, molestowanych seksualnie bądź moralnie, poniżanych, pogardzanych, niekochanych. Doświadczali przewlekłego stresu, który w różnym stopniu uszkadzał ich korę przedczołową – strukturę odpowiedzialną za rozróżnianie dobra i zła. Stąd brak wyrzutów sumienia, brak empatii, brak poczucia winy i wstydu.

A wracając do tej kobiety, to czy to znaczy, że powinna się dla niego poświęcić? To już pytanie z dziedziny moralności i filozofii. Kiedy dowiedziałam się od niej, że jednak z nim zostaje, powiedziałam tylko: „Rozumiem panią, taka jest pani decyzja”.

Jak kobiety przyjmują, że powodem ich chorób jest mąż agresor?
Czasami nie przyjmują. Wmawiają sobie i innym: „On jest przecież dobry, nie pije alkoholu, nie bije, nie zdradza. Pracuje i utrzymuje rodzinę”. Ale kiedy jego postępowanie wejdzie w fazę perwersyjnej eskalacji, kobieta orientuje się, że to kat, którego jedynym celem jest zniszczenie. Jeżeli wtedy odejdzie, to ma szansę na nowe życie bez ciężkich zaburzeń. Czasem jednak jest za późno, bo jest już tak osłabiona psychicznie i fizycznie, że nie ma siły na żadną reakcję, i wtedy jej historia kończy się tragicznie. Bywa też, że nie chce odejść, bo ważna jest dla niej pozycja materialna i społeczna męża. Życie w luksusie nęci, niemniej jednak każdy, kto się wyzwoli od agresora, mówi, że to była najlepsza decyzja w życiu. Jeżeli możemy spać spokojnie i nikt nas nie dręczy, to warto za to oddać pałace.

Koniec stresu to koniec chorowania czy potrzebna jest pomoc?
Końca stresu nie ma nigdy. Są kolejne stresy związane z nową sytuacją, są blizny po traumie życia z agresorem. Najważniejsze jednak, że agresor jest już daleko, że możemy oddychać spokojnie, że możemy zacząć na nowo marzyć, rozwijać się i nareszcie cieszyć się życiem.

Jadwiga Jośko-Ochojska, neurofizjolożka z Zakładu Medycyny i Epidemiologii Środowiskowej Wydziału Nauk Medycznych na UŚ w Katowicach. Współautorka książki „Rozmowy przy kawie o stresie, lęku i i traumie”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze