1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Skąd w nas poczucie, że musimy wszystko? Fragment książki „Kobiety, które starają się za bardzo”

Starającej się za bardzo nawet nie przychodzi do głowy, że można ją kochać tylko dlatego, że istnieje, ona w swoim poczuciu musi spełnić ileś warunków. Tak jak musiała je spełniać w dzieciństwie, aby otrzymać uwagę rodziców. (Fot. iStock)
Nie ma chyba kobiety, która w jakimś obszarze nie stara się za bardzo. Tylko inaczej to nazywamy. To szepczący w głowie głos: „Jestem nie dość”. Przekonanie: „Muszę być lepsza, muszę się poprawić. Zasłużyć”. Na awans. Podwyżkę. Docenienie. Wyjście ze swoim pomysłem w świat. Na niego. Na miłość rodziców. Na wszystko. Bo przecież nie jestem jeszcze dostatecznie dobra. Wiele z nas płaci się to wysoką cenę. Czasem zbyt wysoką.

Fragment książki „Kobiety, które starają się za bardzo”, Dom Wydawniczy Rebis. Zawarte są w niej rozmowy psycholożki i psychoterapeutki Sylwii Sitkowskiej oraz dziennikarki, autorki tekstów o tematyce społecznej i psychologicznej Katarzyny Troszczyńskiej. Premiera: 23 sierpnia.

Przed oczami mam taką scenę: jest lipiec, wakacje, przyjechałam z rodzicami nad morze. Ojciec uczy mnie pływać, woda jest wzburzona, boję się. A on mówi, że mam się wziąć w garść i nie marudzić. Czuję, że jest coraz bardziej zirytowany, ale nie mogę opanować lęku, czym jeszcze bardziej go irytuję. W końcu ojciec dostaje furii, rzuca mnie z całej siły do wody, odwraca się i idzie w stronę brzegu. Nie reaguje na mój krzyk i płacz. Wiem, że zawiniłam, rozczarowałam go. Inny obraz, podobne emocje. Tata chce, żebym była mistrzynią wspinaczki, a ja lubię góry, szybko chodzę, ale nie chcę się wspinać. Przed każdym wyjazdem wspinaczkowym płaczę. On wrzeszczy do mamy, że jestem niemotą i debilem. Ona mnie przytula i mówi, żebym nie denerwowała taty, bo przecież on chce dobrze, tak bardzo mnie kocha. Jadę więc i się wspinam, jestem najlepsza ze wszystkich dzieci. On jest dumny, mówi, że jestem jego mistrzynią.

Gdy kiedyś na terapii analizowałam relację z ojcem, przyszła mi do głowy huśtawka, nieustanne balansowanie między dwoma skrajnymi miejscami: piekłem i niebem.

I tak wyglądały moje relacje męsko-damskie w życiu: nie interesowali mnie dobrzy faceci zainteresowani mną. Pociągali mnie tacy, którzy mnie na początku nie chcieli, musiałam ich zdobywać, starać się o nich. Dopiero tuż przed czterdziestką, w trakcie terapii, zaczęłam rozumieć ten mechanizm. Wcześ - niej nie wiedziałam, dlaczego tak to wygląda. Dlaczego mam wewnętrzny przymus starania się o chłopaka, dlaczego chcę go zagłaskać. Dlaczego jak on się parę godzin czy dzień nie odzywa, to sama dzwonię i wypytuję, co się dzieje i czy na pewno mu zależy. Oczywiście takie moje zachowanie powodowało określony skutek – mężczyźni mnie często porzucali.

Dopiero od roku z kimś się spotykam i nie popełniam tych błędów. To jest dla mnie jak wspinaczka na Mount Everest. Wariuję. Partner ma dziecko z poprzedniego związku, dużo czasu spędza z córką. Zrobiłam wszystko, żeby mnie polubiła, ale i tak czasem chcą spędzić czas tylko we dwoje. Racjonalnie to rozumiem, ale w sercu czuję, że zrobiłam za mało. Tyle że już potrafię zatrzymać to uczucie, nie działać impulsywnie.

Kamila

Kasia: Czy są jakieś cechy osobowości lub temperament, które sprawiają, że obdarzone nimi osoby mogą się mniej starać? Nie chcę tu utrwalać stereotypów, ale mam wrażenie, że to się zaczyna od najmłodszych lat. Nawet w przedszkolu są dziewczynki liderki, wokół których wciąż krążą inne dzieci, także chłopcy. Ale są też dzieci, które muszą o tę adorację zabiegać. I to się staje coraz bardziej widoczne wraz z wiekiem, przez podstawówkę, liceum.
Sylwia: Rzeczywiście dużo zależy od temperamentu. Możemy to zauważyć już wśród niemowląt i małych dzieci – rozmawiałyśmy przy okazji macierzyństwa o tym, że jedne dzieci są spokojne, stabilne, a inne bardzo szybko reagują nawet na najdrobniejsze zmiany w otoczeniu. Odnosząc to do temperamentu, można powiedzieć, że ktoś jest niskoreaktywny albo wysokoreaktywny.

I teraz wyobraź sobie, że w jednej grupie w przedszkolu, a potem w jednej klasie są takie dwie dziewczynki: pierwsza na każde najmniejsze wydarzenie, zachowanie, czy to ze strony rodzica, czy koleżanki, reaguje emocjonalnie, do tego jej układ nerwowy natychmiast daje fizyczne objawy – dziewczynka się czerwieni, drży jej głos, co automatycznie sprawia, że stresuje się jeszcze bardziej; druga dziewczynka jest spokojna, opanowana, bo taki dostała dar od losu, taka się urodziła. Jak myślisz, która będzie bardziej interesująca dla grupy?

Kasia: Ta spokojna i stabilna?
Sylwia: Oczywiście. A teraz do wrodzonego temperamentu dodajmy jeszcze dom rodzinny. W jednych domach dzieci są zadbane emocjonalnie, rodzic jest stały, stabilny. Jeśli do tego dziecko ma niskoreaktywny temperament, od samego początku jest w lepszej sytuacji. Ma w sobie tyle pewności, spokoju, że aż nimi emanuje. W innych domach dzieci są stresowane przez rodziców od małego. Jeśli rodzic jest niestabilny, dziecko wodzi za nim wzrokiem, żeby kontrolować jego stan psychiczny. Jest zawsze czujne, w gotowości. Jeszcze jest dobrze? Jeszcze się bawimy? Jest fajnie czy za chwilę będzie krzyk?

Kasia: Miałam w liceum taką stabilną przyjaciółkę. I to inni o nią zabiegali. A przy tym nie miała żadnych cech narcystycznych. Do dziś pamiętam jej spokój, gdy przeżywałyśmy relacje z chłopakami. I nie było tak, że jej nikt nie odrzucał, tylko że ona zupełnie inaczej niż większość dziewczyn do tego podchodziła. Owszem, było jej na początku smutno, ale szybko się z tym godziła. Odnosiłam wrażenie, że to nie wpływało na jej poczucie własnej wartości. A co jeśli dziewczyna jest wysokoreaktywna i miała dom, w którym musiała być czujna? Przeczytałam ostatnio książkę Wojowniczka miłości Glennon Doyle i tam jest bardzo boleśnie i szczegółowo pokazane, jak niektóre z nas muszą się od najmłodszych lat starać. W domu i w szkole. Jeśli jesteś za gruba, nie masz klasycznej albo oryginalnej urody, która zwraca uwagę, to po prostu musisz robić inne rzeczy, żeby cię zauważali. Na przykład być bardzo empatyczna, rozumiejąca. Uczysz się, że to jest twoje narzędzie. Masz takie klientki?
Sylwia: Mam mnóstwo klientek, które przychodzą na terapię same, ale po to, żeby pracować nad związkiem – aktualnym albo potencjalnym, jeśli nie są w związku – mam też klientki, które są regularnie porzucane, zdradzane. I co się okazuje? Obojętnie który to związek w ich życiu, pewne rzeczy się powtarzają. To tak jakby śpiewać wciąż podobną piosenkę – może z innymi zwrotkami, ale tym samym refrenem. Taka melodia życia.

Wtedy nie przepuszczam dzieciństwa, bo to znak, że istnieją pewne zakodowane nieprzepracowane wzorce zachowań. To jak mówienie w języku, którego kiedyś się nauczyłyśmy – chciałybyśmy się posługiwać innym, ale znamy tylko ten jeden.

Kasia: One czują, że dają za dużo?
Sylwia: Często tak jest. Miałam kiedyś w terapii panią, nazwijmy ją Małgosią. Piękna, zadbana, aktywna, radosna, ale przez lata bez stałego partnera. Wielu mężczyzn się nią interesowało, chciało nawiązać bliższą relację. I przez pierwsze dwa, trzy miesiące było dobrze. Czas mijał, ona zaczynała się angażować, a przez to diametralnie zmieniała zachowanie: próbowała się dopasowywać. Zachowywała się jak plastelina w rękach mężczyzny. A oni na początku byli zaangażowani, a potem się ulatniali. Przez półtora roku terapii u mnie miała trzy takie krótkie związki. Schemat był ten sam: próbowali ją zdobyć, starali się, ona grała niedostępną, stawiała granice, ale po tych dwóch miesiącach wchodziła w zupełnie inną rolę, bo bała się, że historia się powtórzy i znów zostanie porzucona. I historia oczywiście się powtarzała.

Kasia: Co robiła?
Sylwia: Cały czas była w kontakcie, często sama go inicjowała i robiła to w sposób zalewający. O mężczyznę dbała bardziej niż o siebie. Na początku, gdy proponował spotkanie, mówiła: „Spotkajmy się w kawiarni pod moim blokiem”. Po tych dwóch miesiącach zmieniała narrację: „Masz dzisiaj czas? Przyjechałabym wieczorem z sushi na dwie godzinki”. Gdy partner odwoływał spotkanie, mówiła: „To chociaż przywiozę ci obiad, bo akurat zrobiłam”. Ci mężczyźni czuli się zalewani tym jej zabieganiem i po prostu się wycofywali. Czyli robili to, czego tak się bała i czego próbowała uniknąć właśnie dzięki temu nadmiernemu staraniu się.

Zachęcałam ją, żebyśmy wróciły do jej dzieciństwa. Na początku nie chciała, ale po kolejnym zawodzie miłosnym powiedziała: „Zróbmy to”. Okazało się, że jej ojciec pojawiał się i znikał emocjonalnie. Raz był cudowny, bliski, wspierający. Innym razem, w takiej samej sytuacji, nie mogła na niego liczyć. Krótko mówiąc, był z nią wtedy, kiedy mu to pasowało, używał córki, żeby poprawić sobie samopoczucie. A ona starała się przyciągnąć jego uwagę na wszystkie możliwe sposoby, ale to i tak nie miało na niego wpływu. Albo reagował, albo nie reagował. Czyli jednego dnia szykowała obiad, wracał do domu, jadł i mówił: „Jeny, Małgosia, to najlepszy obiad świata, możemy mamę zwolnić z gotowania”, a innego dnia nawet nie spróbował tego, co ugotowała.

Kasia: Niesamowite jest to, że już tak wcześnie się starała. Potrafiła to nazwać?
Sylwia: Nie, dopiero w terapii w ogóle to dostrzegła. Jako dziecko chciała być po prostu kochana. Dla ojca nauczyła się wszystkich marek samochodów, stała się fanem motoryzacji, zainteresowała się piłką nożną, a on czasem z nią rozmawiał, a czasami zupełnie ją ignorował. Dlatego kiedy jako dorosła kobieta wchodziła w związki, na początku utrzymywała dystans. Nieświadomie bała się, że znów ktoś ją odrzuci. A potem się zbliżała i natychmiast wchodziła w rolę małej dziewczynki, która klaszcze w ręce i całą sobą mówi: „Tato, tato, zauważ mnie, tu jestem”. Przyzwyczajona do odtrącenia, nie zniechęcała się, gdy kolejni partnerzy ją odrzucali. Wręcz odwrotnie, starała się jeszcze bardziej.

Kasia: Jej partnerzy pewnie byli rozczarowani. Bo poznawali dorosłą kobietę, którą musieli zdobywać, a nagle pojawiało się przed nimi dziecko łaknące miłości.
Sylwia: Dokładnie tak było. Zamieniała się w córeczkę, która bardzo się stara, ale którą trzeba się też zająć, zaopiekować. Tak więc dostawali zupełnie nie to, co widzieli w wersji demo. Nasza praca w terapii polegała na tym, żeby wzmocnić jej dorosłą część. Aby przestała wchodzić w rolę biednego, starającego się, opuszczonego dziecka w relacji z mężczyzną, aby się tym swoim biednym, opuszczonym dzieckiem zajęła i zaopiekowała samodzielnie.

Kasia: Na czym polegała ta praca?
Sylwia: Jej zasadę odniosłabym do wszystkich kobiet z podobnym problemem. Na początku zmiany schematów trzeba robić coś dokładnie odwrotnego niż to, na co mamy ochotę. Jeżeli czujemy, że musimy zadzwonić i spytać: „Kochanie, co u ciebie?”, bo jest 22.00, a on nie napisał nawet esemesa przez cały dzień, to w żadnym wypadku tego nie róbmy. Moją klientkę Małgosię pytałam: „A gdy dwa miesiące temu nie pisał do ciebie cały dzień, to dzwoniłaś?”. Odpowiadała, że nie dzwoniła, a ja mówiłam: „Teraz więc też tego nie rób”. Nie twierdzę, że bycie zimną i niedostępną to jest droga do sukcesu w związku, na pewno nie. Ale jeśli druga strona nie wykazuje zaangażowania już na początku relacji, to po prostu nie warto o nią zabiegać. Na pewno czerpanie z tej „dorosłej”, która czuje, że jej granice są deptane, pomoże „dziewczynce” nie popełniać wielokrotnie tego samego błędu. To powstrzyma jej emocjonalny zew, impuls dziecka. Jeśli już musimy coś napisać, napiszmy i wyślijmy do siebie. Albo do przyjaciółki.

Kasia: Moja przyjaciółka ma podobnie jak twoja klientka. Gdy koleżanki radzą jej: „Zostaw, nie dzwoń”, odpowiada: „Nie będę prowadziła gierek”.
Sylwia: Wcale nie chodzi o to, żeby grać. Chodzi o to, żeby z rozsądnej „dorosłej” i zabiegającego „dziecka” zrobić jedną osobę. Taką, która widzi, gdy ktoś ją olewa, i potrafi się adekwatnie do tego zachować, nawet jeśli serce krwawi. Taką, która zachowuje szacunek do siebie, a tym samym pokazuje innym, jak mają ją traktować. W sytuacji mojej klientki dorosła bała się zaufać, starająca bała się stracić, czyli tak naprawdę w obu przypadkach powód działań był ten sam – lęk. To awers i rewers. Chodzi o to, żeby nie operować tylko w kolorach czarnym i białym, od bandy do bandy. Bo zauważ, po kolejnym rozczarowaniu może zakiełkować myśl: „Faceci to świnie. Koniec z nimi”. A potem znów pojawia się rycerz, który wydaje się ideałem. I mijają tygodnie, a ona jest w dystansie. On ją zdobywa, stara się, więc ona myśli: „Już cztery miesiące go przeczołguję, nie zniechęca się, on to musi mnie kochać”, i zmienia zachowanie, wchodzi w związek bez reszty, nie pozostawiając nic dla siebie, i sytuacja się powtarza.

Tak to już jest, że w tych najbliższych relacjach odbija się tatuś, mamusia, pani z przedszkola, koleżanka z podwórka. Miałam kiedyś klienta, który mówił: „Pani Sylwio, w żadnej innej relacji tak nie mam. Tylko z nią się kłócę, tylko ona mnie tak denerwuje. Może dlatego, że to z nią jest coś nie tak?”. Nie, nic z nią nie jest nie tak. Po prostu jesteście blisko, a w bliskości włączają się wszystkie znane mechanizmy i schematy.

Kasia: Ale są też kobiety, które starają się od razu, czyli działają wbrew zasadom naszych babć, które mówiły: „Poczekaj, nie odzywaj się pierwsza”. On ledwie na nią spojrzy, ona już wysyła mu zaproszenie na Facebooku. On do niej zagada, ona już zalewa go wiadomościami. I nie chodzi o to, że potępiam sytuację, gdy kobieta sięga po mężczyznę, bo chce przeżyć przygodny seks. Pytam o sytuację, gdy jej starań jest za dużo i jego to odstrasza.
Sylwia: Zasady babć nie zawsze są aktualne, chociaż często jest w nich sporo mądrości. Ja osobiście bardzo cenię kobiecą starszyznę. Ale pomijając babcie, wiemy, że jest coś takiego jak zasada niedostępności. Gdy coś jest nam dane bez wysiłku, często tego nie cenimy, i dotyczy to również związków. Nie mówię, że zawsze, bo każda sytuacja jest inna. Ale znam kobiety, które od razu oddają się całe, zabiegają, okazują, jak bardzo im zależy, a potem płaczą, że po raz kolejny zostały porzucone. Jeśli chodzi o seks, to według mnie zabawa nim jest często zabawą emocjami, szczególne w przypadku kobiet, tak jesteśmy skonstruowane. I u kobiet, i u mężczyzn podczas seksu uwalnia się oksytocyna, czyli hormon przywiązania. Ale mężczyźni są dodatkowo chronieni przed zakochaniem się po jednorazowym spotkaniu w łóżku wyższym zazwyczaj niż u kobiet poziomem testosteronu. Dlatego – mocno upraszczając – bywa tak, że kiedy ona rozmarzona wspomina wczorajszą noc, on już umawia się z inną.

Kasia: Czuję feministyczny bunt wobec podejścia, że kobiety nie mogą uprawiać seksu bez zobowiązań.
Sylwia: Nie powiedziałam, że nie mogą. Oczywiście, że mogą. Do momentu, kiedy nie czują, że siebie nadużywają, wszystko jest w porządku. Pytanie tylko, po co to robią. Gdy kobieta mówi: „To jest świetne, dzisiaj spałam z tym, wczoraj z tamtym, a pojutrze będę z kolejnym i nie rusza mnie, że się później nie odzywają”, ja w to nie wierzę.

Miałam w terapii kilka kobiet, od których słyszałam podobną historię: „Wczoraj obudziłam się u boku faceta, otworzyłam oczy i pomyślałam: Co ja tu robię. To nowe ciało, które się koło mnie pojawia, tylko wzmacnia poczucie samotności. Uświadamiam sobie, że wcale nie o to chodzi”.

Możemy więc korzystać z seksu i mamy do tego pełne prawo. Wręcz zachęcam kobiety, żeby chociaż raz w życiu pozwoliły sobie na okres swobody seksualnej. Ale warto cały czas sprawdzać, co nam to daje, jak się z tym czujemy, po co to robimy, bo choćbyśmy nie wiem jak próbowały być takie jak mężczyźni w beztroskim podejściu do fizyczności, to jesteśmy po prostu inaczej zbudowane, i fizycznie, i psychicznie.

Kobiety taka runda przez wiele łóżek albo wpuszczanie wielu mężczyzn do swojego łóżka często dużo bardziej dołuje niż przynosi satysfakcję. Bywa, że to jest zabijanie samotności, udowadnianie sobie, że jestem silna i mogę wszystko, nic mnie nie rusza. To również udowadnianie innym, że mogę mieć, kogo zechcę. A jeżeli staramy się coś komuś udowodnić, to gdzie w tym my? Gdzie nasze potrzeby?

Kasia: Mówiłaś o ojcu niedostępnym emocjonalnie. Jakich jeszcze mogły mieć ojców kobiety starające się za bardzo o mężczyzn?
Sylwia: Nie tylko ojców. Wiele z kobiet starających się za bardzo miało wymagających rodziców. Nauczyły się, że na bliską relację trzeba zasłużyć. Za tym idzie cały system przekonań: „Nie zasłużyłam na miłość”, „Nie można mnie kochać tak po prostu”. Starającej się za bardzo nawet nie przychodzi do głowy, że można ją kochać tylko dlatego, że istnieje, ona w swoim poczuciu musi spełnić ileś warunków. Tak jak musiała je spełniać w dzieciństwie, aby otrzymać uwagę rodziców.

Sylwia Sitkowska, Katarzyna Troszczyńska, „Kobiety, które starają się za bardzo”, Dom Wydawniczy Rebis, premiera: 23 sierpnia. (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze