1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Przegrzany mózg – jak wzmacniać swoją odporność na stres? Pytamy neurobadacza

Gdy mózg przestaje radzić sobie z emocjami, może dojść do załamania nerwowego. (Fot. iStock)
Nowe technologie niosą ryzyko dla naszego umysłu, ale mogą też ułatwić znalezienie sposobów na radzenie sobie z trudnościami psychicznymi – mówi neurobadacz Dean Burnett, autor książki „Psycho-logika”.

Problemy zdrowia psychicznego są coraz bardziej powszechne, a poziom systemowej opieki psychiatrycznej niewystarczający. W różnych krajach wygląda to rozmaicie, na pewno są lepsze rozwiązania niż na przykład u nas w Polsce, jednak specjaliści mówią, że jest to problem globalny. Co sami możemy zrobić w ramach profilaktyki swojego zdrowia psychicznego?
Rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem byłyby zmiany systemowe, ale na poziomie indywidualnym mamy również wiele opcji. Jednym z powodów, dla których napisałem moją ostatnią książkę, była chęć pogłębienia świadomości na temat problemów psychicznych. Po to, żeby mieć lepsze narzędzia do radzenia sobie z nimi, zapobiegania im i rozpoznawania ich. Na przykład dzisiaj wiele mówi się o wpływie nowych technologii, zwłaszcza mediów społecznościowych, na naszą psychikę i oczywiście niosą one pewne ryzyko, ale ich pozytywnym aspektem jest to, że ułatwiają nam również znalezienie sposobów radzenia sobie z problemami, choćby w ten sposób, że możemy dzięki nim poznać ludzi, którzy doświadczają podobnych trudności. Wcześniej takie osoby były w dużej mierze izolowane, dziś łatwiej trafić do kogoś, kto przeżył coś podobnego. Okazuje się, że nie jesteśmy jacyś „nienormalni”, co przynosi ulgę.

Inna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę w kontekście serwisów społecznościowych, ale i generalnie mediów głównego nurtu, to promowanie stanu wiecznego zadowolenia. W rezultacie ludzie tłumią lub wypierają tzw. negatywne emocje, które są przecież jak najbardziej adekwatną reakcją, jeśli doświadczamy czegoś trudnego – zdrową w sensie neurologicznym. Takie zachowanie na dłuższą metę wywołuje negatywne skutki psychiczne. Nie można być szczęśliwym cały czas, dlatego tak ważne jest danie sobie prawa do odczuwania wszystkich stanów.

Emocje są ewolucyjnym rozwiązaniem, mają nam pomóc, a nie szkodzić, chciałabym jednak dopytać, czy jest możliwe określenie granicy, gdy nie mówimy już o spadku nastroju, a jakimś niebezpiecznym stanie?
Naturalne jest to, że mamy zwyżki i spadki nastroju, zatem te tzw. negatywne emocje towarzyszą nam na co dzień. Problem pojawia się, gdy uniemożliwiają nam normalne życie. To jest taka sytuacja, w której zdolność mózgu do radzenia sobie z jakimś stanem emocjonalnym została wyczerpana. Wtedy dochodzi do załamania nerwowego.

Dużo się mówi o rezyliencji, czyli swego rodzaju elastyczności umysłu, która pozwala adaptować się do określonej sytuacji mniejszym wysiłkiem. Mózg jest niezwykle plastyczny, zatem na ile pańskim zdaniem możemy wyćwiczyć tę umiejętność?
Rezyliencja to bardzo szeroki temat, w którym wykorzystuje się różne metody. Na przykład uczymy się na nowo reagować na stany, które budzą w nas lęk czy inną trudną emocję – trema jest wtedy postrzegana jako coś ekscytującego, a myślenie o pracy jako źródle stresu – przemodelowujemy na myślenie, że mamy dobrą pracę, jesteśmy produktywni, sprawczy... Przy tym wszystkim warto jednak pamiętać, że mózg ma ograniczone „moce przerobowe”. Jeden z modeli podatności na stres pokazuje, że „wydolność operacyjna” mózgu zaczyna się kurczyć, jeśli wcześniej wykorzystaliśmy znaczne zasoby. Czyli dajmy na to, przeszliśmy ciężką sytuację życiową i kiedy pojawia się kolejna, to już nie mamy z czego czerpać.

Inna sprawa, że budowanie rezyliencji jest obecnie modne i ten trend bywa często używany – zwłaszcza w świecie korporacyjnym – jako rodzaj wymówki, usprawiedliwienia, żeby nie robić rzeczy, które należałoby zrobić.
Przywołam przykład służby zdrowia w Wielkiej Brytanii, która jest bardzo niedofinansowana, a lekarzy wysyła się na szkolenia rezyliencji, żeby sobie radzili lepiej w sytuacjach, które tak naprawdę wymagają więcej środków, a nie więcej pracy od ludzi. Uważam, że to może przynosić skutek wręcz odwrotny i wzmagać poziom stresu u tych pracowników, na zasadzie „poszedłem na kurs, a nadal nie mogę sobie poradzić, to ze mną jest jakiś problem”... Takie krótkoterminowe rozwiązanie może stać się w gruncie rzeczy polem do nadużyć.

Mówi pan o „mocach przerobowych” w zakresie zdolności do przetwarzania stresu. Czy to jest zasób dany raz na całe życie, czy możemy go odnawiać?
Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Nie ma innej odpowiedzi, bo to oznaczałoby, że wszyscy rodzimy się tacy sami, a tak nie jest. Poza tym każdy z nas ma własną historię – jeżeli na przykład w wieku wczesnorozwojowym, do 4. roku życia, nasze zasoby odporności na stres zostały naruszone, to mamy mniejszą zdolność do ich uzupełnienia niż gdybyśmy w tym czasie wyłącznie budowali ten magazyn, bez konieczności czerpnia z niego. Dodatkowo odporność na stres jest związana również z kontekstem: jeżeli na przykład wychowuję się czy mieszkam na obszarze, gdzie jest wysoki poziom przestępczości, albo w pracy jestem w ciągłym stresie, to mam mniej przestrzeni do radzenia sobie z kolejnymi źródłami stresu i niewiele potrzeba, żeby coś we mnie pękło. W dodatku potem potrzebuję więcej czasu, by wrócić do równowagi. Z drugiej strony może być i tak, że jeśli nie miałem negatywnych doświadczeń, mój mózg nie nauczył się radzić sobie ze stresem, więc jestem na niego bardziej podatny. Niektórzy wypierają stres aż do chwili, gdy dojdzie do załamania… Jest wiele zmiennych.

Dlaczego ten okres do 4. roku życia jest tak ważny dla psychiki człowieka?
Wszystko, co dzieje się wcześniej, można porównać do pakowania samochodu na długą podróż. W wieku czterech lat tym samochodem wyruszamy i jeśli czegoś nie zapakowaliśmy, to już nie można po to wrócić. Naukowcy nie wiedzą, co się wtedy dokładnie dzieje, ale tak jest. Z drugiej strony to nie oznacza, że jesteśmy skazani na braki przez całe życie, bo mózg radzi sobie w ich kompensowaniu, ale być może będzie to trudniejsze.

Kolejny trudny moment rozwojowy to adolescencja, kiedy porządkujemy to wszystko, co otrzymaliśmy w dzieciństwie. Pisałem o tym w mojej poprzedniej książce „Dlaczego rodzice tak cię wkurzają, i co z tym zrobić?”. Jednak to nie dzieje się jednorazowo, a trwa do 10 lat i obejmuje różne poziomy. Kiedy przechodzimy przez ten proces, mózg ma większe zapotrzebowanie na energię, zatem i mniejsze zasoby na radzenie sobie z tymi tzw. negatywnymi emocjami.

Na ile pańskim zdaniem zasoby mózgu w zakresie radzenia sobie ze stresem wiążą się ze skłonnością do uzależnień?
Wśród osób uzależnionych jest wiele takich, które mają problemy ze zdrowiem psychicznym. W pewnych sytuacjach uzależnienie jest jakąś ich konsekwencją, czyli uświadamiam sobie swój problem psychiczny i nagle odkrywam coś, co pomaga mi go regulować, na przykład wypiłem alkohol, zapaliłem papierosa, wziąłem narkotyk i poczułem się fajnie. Tyle że z czasem tolerancja rośnie, rośnie też zapotrzebowanie na daną substancję. Jednak nikt nie zaczyna palić, pić czy przyjmować inne substancje, żeby się od nich uzależnić, raczej uwolnić od problemów.

Jeśli chodzi o uzależnienia, to poza ogólnymi zasadami działania mózgu istotne są czynniki indywidualne i kulturowe. I w Polsce, i w Wielkiej Brytanii akurat najbardziej rozpowszechnionym środkiem uzależniającym jest alkohol, ale przecież nie wszyscy, którzy go piją, wpadają w uzależnienie. Niektóre osoby są na przykład genetycznie bardziej podatne na to, żeby się uzależnić od alkoholu. Kulturowy aspekt jest z kolei taki, że w jakimś środowisku akceptowane jest społecznie to, że się pije alkohol, ale już nie to, że się bierze heroinę… Zatem na uzależnienia wpływa funkcjonowanie mózgu, ale i przyczyny genetyczne i kulturowe.

Czy to tłumaczy, dlaczego dzieci alkoholików często także są alkoholikami?
Rzeczywiście w przypadku dzieci osób uzależnionych jest większe ryzyko, że one same staną się alkoholikami. Tutaj dużą rolę odgrywa to, że przez obserwację dzieci uczą się postrzegać picie jako coś normalnego, przyzwyczajają się. Do tego dochodzi skuteczny i niszczący w tym przypadku proces w mózgu, a mianowicie układ nagrody, który sprawia, że w nałogu nie widzimy nic złego, a wprost przeciwnie – dostarcza nam psychicznych korzyści.

Niektórzy rodzice wolą, żeby ich dzieci spróbowały po raz pierwszy alkoholu albo wypaliły papierosa w domu, zamiast robić to pokątnie. Czy to nie jest zbyt niebezpieczne dla takiego dojrzewającego mózgu?
W idealnym świecie żaden z rodziców nie poddałby dziecka działaniu żadnych środków chemicznych, ale w życiu to nieuniknione – wdychamy je, przyjmujemy z jedzeniem, kosmetykami. Jest pewna linia rozumowania, która mówi, że może lepiej wystawić dzieci na działanie takich środków na zasadzie treningu, żeby sobie potem lepiej radziły. Niektórzy mówią, że jeżeli rodzice dadzą dzieciom dostęp do tego typu środków w okresie rozwojowego buntu, to gdy on się skończy, młodzi ludzie odrzucą także i te substancje.

Ja na przykład wychowywałem się w pubie od dziecka, bo mój ojciec był właścicielem i jego – można powiedzieć – zawodem było namawianie ludzie do picia. Gdybym zatem jako 14-, 15-latek sięgnął po piwo, to nikt by mi tego specjalnie nie zabraniał. Oczywiście nikt mnie też do tego nie zachęcał. Ale właśnie w ramach nastoletniego buntu zostałem niepijącym nerdem… Nie wiem, na ile to było świadome ze strony rodziców, ale w moim przypadku dostęp do alkoholu przyniósł korzyści.

Dean Burnett, dr neuronauk, wykładowca uniwersytecki, komik, badacz na Cardiff Psychology School, autor książek „Dlaczego rodzice tak cię wkurzają i co z tym zrobić” i „Psycho-logika”, deanburnett.com.

Polecamy książkę: „Psycho-logika”, Dean Burnett, tłum. Bożena Jóżwiak, wyd. Insignis

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze