1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Toksyczny optymizm. Dlaczego jesteśmy zmęczeni pozytywnym myśleniem?

Optymizm powinien podkręcić nasze zdolności sprawcze, a nie służyć zaprzeczaniu sytuacji, która nie wygląda dobrze, bo wtedy optymistycznym nastawieniem unieważniamy to, co realnie się dzieje. A to niebezpieczne. (Ilustracja: iStock)
Optymizm powinien podkręcić nasze zdolności sprawcze, a nie służyć zaprzeczaniu sytuacji, która nie wygląda dobrze, bo wtedy optymistycznym nastawieniem unieważniamy to, co realnie się dzieje. A to niebezpieczne. (Ilustracja: iStock)
Pozytywne myślenie wydaje się być dobrą strategią. Ale czy zawsze? O to, kiedy nam nie służy, pyta Agnieszka Radomska. W odpowiedzi Ewa Stelmasiak tłumaczy, że kłopot z pozytywnym myśleniem pojawia się wtedy, gdy – ignorując rzeczywistość – na siłę staramy się we wszystkim szukać pozytywów. Po pierwsze, to nie działa, a po drugie – może frustrować i zwyczajnie nam szkodzić.

Co niedobrego może być w pozytywnym myśleniu? Przecież jeśli zakładam, że raczej życie mi się ułoży, że osiągnę to, co sobie zamierzyłam, to wydaje się, że takim myśleniem tylko siebie motywuję, wzmacniam.
Od razu powiem, że jestem fanką pozytywnego myślenia. Uważam, że wszyscy powinniśmy się go uczyć i rozwijać – również kulturowo – poczucie własnej sprawczości, skupienie na mocnych stronach. Z angielskiego taka kompetencja nazywa się can-do attitude. To postawa, w której mam przekonanie, że dysponuję narzędziami pozwalającymi osiągać moje życiowe cele. W tej wersji pozytywne myślenie nie tylko uznaję, ale też polecam. Problem zaczyna się wtedy, gdy optymizm nie podkręca zdolności sprawczej dzięki pozytywnemu nastawieniu, lecz służy zaprzeczeniu sytuacji, która nie wygląda dobrze, a optymistycznym nastawieniem unieważniamy to, co dzieje się naprawdę. Na drugim biegunie byłby defetyzm – przekonanie, że wszystko pójdzie najgorzej jak to możliwe.

Optymistyczne myślenie jest dobre o tyle, o ile zakłada moją sprawczość w tym, co się dzieje. Nawet jeżeli sytuacja jest przygnębiająca czy niezależna ode mnie, ten element sprawczości może zawierać się w sposobie, w jaki o tej sytuacji myślę, i co w związku z tym czuję. Jeżeli zacznę się nakręcać, że nic się nie uda, to moje zasoby emocjonalne osłabną, więc faktycznie będzie mi ciężko. Z drugiej strony, samo pozytywne nastawienie też niewiele załatwi, bo pozbawione działania nie ma takiej mocy. Najlepszym podejściem jest pewien realizm w ocenie sytuacji.

W dobrze zarządzanych firmach zespoły buduje się tak, by w każdym z nich byli ludzie, którzy prą do przodu i nie widzą żadnych przeszkód na drodze do celu, ale i ci bardziej zachowawczy i zdroworozsądkowi. To jest najlepsze połączenie, które pozwala wypracować optymalny kierunek działania.

Można sobie wyobrazić, że takie skrajne persony mamy w swojej głowie. Zamiast oddawać głos tylko niepoprawnemu optymiście, warto je wszystkie do niego dopuścić, a potem – z poziomu kadry zarządzającej – podjąć odpowiednią decyzję.

Gdyby decydował sam optymista, to mogłoby nam zaszkodzić?
Za najbardziej szkodliwe w promowaniu pozytywnego myślenia uważam te nurty, które wiążą się z tzw. manifestacją. Wszystko zaczęło się od słynnego filmu „The Secret” Rhondy Byrne z 2006 roku. Dostajemy tam prostą implikację: radość, zdrowie, pieniądze, miłość i szczęście są łatwe do osiągnięcia i dostępne dla każdego, bo każdy może być kreatorem własnej rzeczywistości. W rezultacie może dojść do tego, że ktoś, kto takiej postawy nie manifestuje, popada w poczucie winy. Wmawiamy sobie na przykład, że jeśli tylko mocno tego zapragniemy, to spotkamy księcia z bajki. A on się jakoś nie pojawia – pojawia się za to jakiś facet, który jest dla nas toksyczny. Albo manifestujemy, że będziemy multimilionerami, bo tak wmawiają nam rozmaici mówcy motywacyjni – skoro oni mogli, to my też możemy, jeśli tylko zmienimy swoje myśli... A jednak jakoś wciąż trudno nam związać koniec z końcem. To jest frustrujące. Takie podejście to myślenie magiczne, przypisywanie sobie nadprzyrodzonych mocy: „Jeśli tylko będę mocno wierzyć i chcieć, to moje marzenie się ziści”. A co, jeśli się nie ziści?

Gdy mi coś nie wychodzi, wolę myśleć, że może włożyłam w to za mało wysiłku czy czegoś nie dopilnowałam – a nie, że miałam „złe” nastawienie.
No właśnie. Zwróć uwagę, że nawet duchowość może być toksyczna w podobnym schemacie. Skrajne myślenie mogłoby wyglądać tak: zachorowałaś onkologicznie, bo na pewno miałaś nie dość czyste intencje albo nie medytowałaś czy nie modliłaś się wystarczająco dużo. Tu już nie mówimy o konsekwencjach podjętych bądź niepodjętych działań, a o karze. I to uważam za bardzo niezdrowe.

Dla mnie największym zagrożeniem przypisywania wielkiej mocy pozytywnemu myśleniu samemu w sobie jest usprawiedliwianie nim zaniechania działania. Wierzę i ufam, że będzie dobrze, więc nic nie muszę robić. Mam ufność w los, i to wystarczy: mogę usiąść i czekać, aż to „dobre” do mnie przyjdzie. Jeżeli się dowiem, że jestem ciężko chora, to nie będę się leczyć ani badać, tylko będę wierzyć, że wyzdrowieję, że los mnie oszczędzi, że znajdę się w tym ułamku przypadków, w których choroba cofa się samoistnie.
Nawet rozumiem, skąd bierze się tak silna potrzeba ufania w to, że wszechświat będzie nam sprzyjał. To jest bardzo kojące uczucie, które nam dobrze robi. Nie chcę go całkowicie negować. Myślę, że można je dopuścić i z niego jakoś czerpać, ale z pewnym dystansem. Bo prawda jest taka, że wszechświat jest neutralny. Nie jest ani dobry, ani zły. Nie jest – akurat dla nas – jakoś szczególnie szczodry czy wspierający. Bo niby dlaczego miałby wspierać właśnie nas, a nie kogoś innego?

Jednak uświadomienie sobie tej neutralności może być trudne, bo to odbiera nam konkretny mechanizm samoregulacyjny, którego nauczyliśmy się, by jakoś sobie radzić. Poczucie, że wszechświat mi sprzyja, oczywiście daje ciepło na sercu, tworzy rodzaj połączenia z nim. To jest przyjemne. W takim nastawieniu nie ma niczego złego, dopóki nie nakładamy na to dodatkowej ideologii, czy też nie czujemy się z tego powodu lepsi niż inni. Bo z tego może wynikać poczucie wyższości, które już dobre nie jest. Takie podejście może też stać się – tak jak powiedziałaś – wymówką dla bezradności, kompletnego braku działania pod hasłem: „Niech się dzieje wola nieba. Z nią się zawsze zgadzać trzeba”.

A jaka jest alternatywa dla takiego podejścia? Bo przecież nie defetyzm, jak wspominałaś.
Jest nią wizja i intencja, które poprzedzają decyzję i działanie. Mogę stworzyć wizję, w której jestem w szczęśliwym związku albo mam pracę marzeń, ale w kontekście uświadomienia sobie własnej potrzeby. Taka wizja motywuje do działania. Mając ją, możemy stworzyć intencję, która powinna już skutkować konkretnym działaniem. Moja wizja jest na przykład taka: widzę siebie szczupłą, radosną – unoszę się lekka, bez bagażu zbędnych kilogramów. Ta wizja mnie niesie, więc mam intencję, za którą idzie działanie – od teraz zakasuję rękawy i biorę się za siebie: ćwiczę, pilnuję diety. Jeżeli dodam do tego pozytywne myśli, że na pewno mi się uda – ale nie zaprzeczam rzeczywistości, nie używam słynnego „wszystko pójdzie dobrze”, gdy w realu wszystko idzie raczej w złym kierunku – to takie pozytywne myślenie może mnie wzmocnić.

Wydaje mi się, że bycie hurraoptymistką, sprzyja też fałszywej ocenie własnych zasobów. Załóżmy, że straciłam pracę, ale jestem optymistką i wiem, że na pewno zaraz wszystko się ułoży. Widzę więc ogłoszenie o pracę i aplikuję, choć nie mam bladego pojęcia o zakresie obowiązków ani wystarczających kwalifikacji. Jest szansa, że ten mój optymizm sprowadzi mnie na manowce, bo już pierwszego dnia w nowej pracy wyjdę na kompletną ignorantkę…
Nie do końca się z tym zgodzę. Jeżeli mam afirmujące zdanie o sobie i wiem, że potrafię szybko się czegoś nauczyć, to czemu nie podjąć się takiego wyzwania? Trzeba to jednak jasno zakomunikować. Pokazać, że jest się chętnym do poznawania nowych rzeczy, że ma się takie doświadczenia, w których w miesiąc nauczyliśmy się nowego programu czy innego narzędzia, i wyrazić gotowość do podjęcia wysiłku. To jest właśnie postawa rozwojowa, a nie nadmierny, oderwany od realiów optymizm.

Zgoda, o ile faktycznie w danym momencie widzę siebie jako osobę, która chce i może się rozwijać. Ale jeśli akurat jest mi niespecjalnie dobrze, nie mam za bardzo perspektyw albo ich w tym momencie nie dostrzegam, nie mam przeczucia ani tym bardziej racjonalnych przesłanek, że wszystko będzie dobrze, a nawet lepiej – to czy jest coś złego w tym, że na głos przyznam się do tego? Bo mnie się wydaje, że żyjemy w czasach, w których mówienie wprost, że średnio nam idzie w życiu i nie za bardzo umiemy to zmienić, jest postrzegane jako „narzekactwo”, bo dobrze widziane jest: damę radę, sky is the limit – na co mam autentyczną alergię…
Ten stan pewnego zawieszenia, o którym mówisz, wpisuje się w definicję dobrostanu jako procesu, a nie stanu stałego, czyli że istnieje pewna fluktuacja i gradacja odczuwania dobrostanu. Gdy mnie ostatnio zapytałaś, jak się czuję, odpowiedziałam ci zgodnie z prawdą: różnie. Raz czuję się super, a raz zupełnie nie super. Wszyscy mamy różne momenty w życiu i mówienie o tym jest jak najbardziej w porządku. Ważne, by nie iść w skrajności i nie przyjmować postawy dystopijnej w kontrze do hurraoptymizmu.

Funkcjonujemy w kulturze obrazu i może nam się wydawać, że wszyscy wokół żyją tak wspaniale, tak im się wiedzie, więc i my powinniśmy manifestować i afirmować radość oraz „z nadzieją patrzeć w przyszłość”. Tymczasem przecież wiemy o innych tyle, ile nam pokażą, i najczęściej wszyscy ci „oni” wcale tak doskonale nie funkcjonują. Kłopot jest wtedy, gdy porównujemy swoje kuchenne zaplecze ze zmywakiem i stertą naczyń do ich restauracyjnego stolika na Instagramie.

W komunikowaniu tego, jak się czujemy, wciąż moim zdaniem największą wartością jest autentyczność. Warto mieć z tyłu głowy, że ta wszechobecna, zwłaszcza w mediach społecznościowych, toksyczna pozytywność służy często po prostu celom sprzedażowym, choćby rozmaitych kursów coachingowych. Nie zawsze wartościowych.

To widać w sloganach reklamowych typu „tylko pozytywne wibracje”, „patrz zawsze w dobrą stronę”. Mam jednak wrażenie, że także w codziennym życiu takimi sloganami, które nie przynoszą niczego dobrego, posługujemy się zwłaszcza, gdy komuś przydarza się coś niedobrego. Mąż odchodzi do kochanki, kobieta po wielu latach relacji zostaje sama z dzieckiem, w pustym mieszkaniu na kredyt. Czuje się po prostu koszmarnie i słyszy od koleżanki już nie tyle „wszystko będzie dobrze”, ale „zauważ plusy tej sytuacji: jesteś wolna, możesz pójść na randkę”. Przecież to jest chyba ostatnia rzecz, jaką ona potrzebuje w tej chwili usłyszeć. Skąd w nas taki odruch, poczucie, że musimy natychmiast, gdy jeszcze nie opadł pył, zapewnić tę osobę, że wszystko będzie dobrze?
Po części stąd, że próbujemy sami poradzić sobie w ten sposób z własnym dyskomfortem. My też nie musimy być gotowi na słuchanie o trudnych sprawach akurat w danej chwili. Chcemy to jak najszybciej zakończyć i nie mieć z tym kontaktu. To jest strategia unikania, mechanizm obronny, który ogranicza nasz kontakt z niełatwymi uczuciami – i swoimi, i innych osób. Umieć towarzyszyć innym w bólu, w cierpieniu, w rozpaczy – to wielka i niełatwa sztuka.

W przypadku poważnych problemów, traum, pierwszym krokiem powinno być uszanowanie uczuć drugiej osoby, a nie poklepywanie na siłę po ramieniu. Trzeba umieć wyczuć ten moment, kiedy można już rzucić tej osobie kotwicę, podać rękę, żeby pomóc z tego stanu wyjść. Jeśli zrobimy to zbyt szybko, to zanegujemy emocje, których ona akurat doświadcza, odbierzemy jej prawo do smutku. Zaprzeczymy stanowi, w którym ktoś jest, i w którym ma pełne prawo być. Umiejętność towarzyszenia innym w ich bólu, bez dawania szybkich, prostych rad i wskazówek, jest bezcenna.

Ale przecież zwykle nie towarzyszą nam złe intencje – chcemy pomóc, dodać otuchy. Co można powiedzieć komuś, kto jest w rozsypce, by uniknąć pozytywnych banałów?
Najpierw warto zadać sobie pytanie, czy ten ktoś w ogóle od nas oczekuje, że powiemy cokolwiek. Bo może wcale nie? Osoby przeżywające kryzys często wcale nie chcą słuchać dobrych rad czy pocieszeń. Chcą po prostu mówić o tym, co czują, i przede wszystkim chcą zostać usłyszane. Może wystarczy więc dać im mówić i powiedzieć tylko: „słyszę, że jest ci trudno”. To jest pierwszy znak, że szanujemy moment, miejsce, w którym ktoś właśnie jest. Że został zobaczony z tym, z czym jest, bez sugestii z naszej strony, że trzeba się tego natychmiast pozbyć.

Warto w takiej sytuacji spróbować zrobić coś nie dla własnego komfortu, w ramach nawykowego reagowania, instynktownego czy wyuczonego kulturowo, ale tak, by faktycznie tę osobę wesprzeć. Po prostu chwilę z nią pobyć w tych emocjach i zadeklarować chęć wsparcia, ale nienachalnie. Można zapytać: „Co mogę dla ciebie zrobić?” albo „Czy byłoby dla ciebie pomocne, gdybyśmy przyjrzały się razem twojej sytuacji, zastanowiły się, jakie kroki możesz podjąć, żeby było ci lepiej?”. Warto wyjść z poczucia powinności pocieszania, a zadeklarować gotowość do wspierającej obecności.

Agnieszka Radomska, dziennikarka, behawiorystka. Pasjonuje ją wszystko, co związane z emocjami i budowaniem dobrych relacji.

Ewa Stelmasiak, autorka książki „Lider dobrostanu”. Mentorka, trenerka i konsultantka w zakresie dobrostanu osobistego i organizacyjnego. Prowadzi WellCulture Institute.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze