1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Zamartwiamy się o wszystko – skąd się biorą nasze lęki i niepokoje?

(Ilustracja: Kamila Szcześniak/nieladnie.pl)
(Ilustracja: Kamila Szcześniak/nieladnie.pl)
Martwimy się o dzieci, bliskich, przyszłość kraju, planety. Panicznie boimy się utraty zdrowia, pracy. Lęki coraz bardziej nas przytłaczają, ale staramy się ich nie ujawniać, bo od nas, kobiet, wymaga się – i same wymagamy od siebie – siły, zaradności, odwagi. To groźna pułapka.

Pamiętam, że jako mała dziewczynka niczego się nie bałam. Mieszkaliśmy w lesie, z dala od ludzi. Z bratem i siostrą wymyślaliśmy przeróżne zabawy, czasem ryzykowne. A teraz wszystkim się zamartwiam, jak większość kobiet.
Tak, tak – kobieca lękliwość nie jest wymysłem, tylko faktem. Badaczka lęków, psycholożka Holly Hazlett-Stevens, w książce „Kobiety, które martwią się za bardzo” pisze, że ryzyko zaburzeń lękowych u kobiet jest dwukrotnie wyższe niż u mężczyzn. Ale – co ciekawe – dziewczynki wcale nie są bardziej lękliwe od chłopców!

Jak wykazały badania, większa skłonność do obaw rodzi się u nich w miarę dorastania. W jednym z badań obserwowano przez wiele lat dużą grupę dziewcząt i chłopców, szukając tak zwanych zgeneralizowanych zaburzeń lękowych. I nie stwierdzono żadnych różnic pod tym względem u dzieci do jedenastego roku życia. Te różnice uwidoczniły się, gdy dzieci weszły w wiek dorastania – liczba zaburzeń lękowych u dziewcząt wzrosła wtedy sześciokrotnie w stosunku do chłopców. Co więcej, okazało się, że dziewczynki o skłonnościach lękowych w czasie dorastania są bardziej podatne na te zaburzenia w dorosłości. I że apogeum lękliwości kobieta osiąga między 45. a 64. rokiem życia.

Dlaczego z nielękliwych dziewczynek wyrastają lękliwe kobiety? Marzena Mawricz, psychoterapeutka, autorka książki „Kobiety, które nie chcą się bać”, wiąże to między innymi ze zmianami hormonalnymi wieku dojrzewania, czyli ze wzrostem poziomu estrogenów, co nasila emocjonalność, wrażliwość. Zmienia się wtedy też nasz stosunek do siebie i swojego ciała, zaczynamy porównywać się z innymi dziewczynkami, chcemy wiedzieć, jak na ich tle wypadamy.

– To na tym etapie zaczyna kształtować się proces samooceny, która staje się źródłem naszych późniejszych zmartwień – mówi psychoterapeutka. – Jej poziom zależy od wzmocnień, jakim jesteśmy poddawane, od tego, czy są pozytywne czy negatywne. Od tego, czy możemy liczyć na wsparcie bliskich, czy nasi rodzice są surowi, krytyczni czy akceptujący. Poza tym cały czas jesteśmy przygotowywane przez rodzinę, społeczeństwo, kulturę do roli matki, opiekunki. To wszystko wpływa na nasz komfort psychiczny i stan emocjonalny.

Walcz albo uciekaj

Anna, 58 lat, kobieta sukcesu, właścicielka świetnie prosperującej firmy z branży kosmetycznej, wdowa, matka dwojga dzieci i czworga wnuków.
– Kiedyś myślałam, że jak już stanę finansowo na nogi, kiedy już dzieci dorosną, to psychicznie odżyję. Gdzie tam, nadal wszystkim się zamartwiam. Najmniej firmą, najwyżej ją zamknę, mam jakieś oszczędności, wystarczy mi. Myślę o dzieciach i wnukach, zastanawiam się, jak oni będą żyć w tym strasznym świecie. To myślenie nie daje mi spokoju. Nie mogę spać, mam dni, kiedy nie mogę przestać się martwić, nic nie przynosi mi ulgi. Od dwóch lat jestem na psychotropach.

Psychologia odróżnia martwienie się od lęku, strachu i paniki. Holly Hazlett-Stevens nazywa martwienie się „myślowym” elementem lęku. Martwimy się, czyli intensywnie, długotrwale myślimy o czymś, co budzi nasz niepokój, czego się obawiamy niejako na zapas. Często te myśli przychodzą automatycznie i nie chcą odejść, przybierając formę gonitwy. I jeśli w dodatku są negatywne, samokrytyczne, deprecjonujące, mówimy o ruminacji, czyli nadmiernym przejmowaniu się wszystkim. Ruminacje tworzą iluzję niemożności oddzielenia się od myśli, co jest charakterystyczne dla depresji. Natomiast lęk obejmuje wszystkie uczucia i reakcje fizjologiczne, które towarzyszą zmartwieniom. Jednym z najczęstszych symptomów lęku jest napięcie mięśniowe, a gdy zbliżają się wydarzenia lub sytuacje, których się obawiamy, dochodzą kolejne objawy, takie jak przyspieszony rytm serca czy trudności z oddychaniem.

Z kolei strach to silna emocja, wyjątkowo intensywnie doznawana na poziomie fizjologicznym, którą odczuwamy, gdy umysł rejestruje bezpośrednie zagrożenie, a która ma na celu uchronienie nas przed krzywdą. Automatyczną reakcją w takich przypadkach jest odruch „walcz albo uciekaj” – organizm przygotowuje się do ataku bądź ucieczki przed niebezpieczeństwem. Serce bije szybciej i mocniej, aby zwiększyć dopływ krwi do mięśni. W strachu – w przeciwieństwie do zamartwiania się – udział myślenia jest niewielki. U niektórych osób reakcja „walcz lub uciekaj” pojawia się także wtedy, gdy nic im bezpośrednio nie zagraża. W takiej sytuacji mówimy o panice.
Kobiety doświadczają tych stanów emocjonalnych częściej niż mężczyźni. Dlaczego?

Holly Hazlett-Stevens uważa, że dokładna przyczyna pozostaje tajemnicą. Jednocześnie psycholożka wskazuje na różnice w wychowaniu chłopców i dziewczynek. Na przykład taką, że chłopców zachęca się do większej asertywności, aktywności i niezależności, a dziewczynki do empatii i powściągliwości. Że lękliwemu chłopcu mówi się, żeby pokonywał obawy, a dziewczynce, która się boi, że to OK, bo powinna uważać i być ostrożna. Że dziewczynki od najmłodszych lat poddaje się treningowi wczuwania się w sytuację innych. Dzięki temu, owszem, umiemy baczniej obserwować ludzi, ich mimikę, ale gdy dostrzegamy na ich twarzach lęk, to niejako go przejmujemy.
Hazlett-Stevens podkreśla, że poziom lęku u kobiet jest wyższy niż u mężczyzn, zwłaszcza w stresie. Choć wszyscy mamy wtedy skłonność do reakcji „walcz albo uciekaj”, to kobiety, za sprawą aktywacji hormonów ograniczających lub zupełnie tłumiących efekt tej reakcji, zamiast walczyć lub uciekać, starają się szukać sojuszników lub opiekować się potrzebującym. Ewolucyjnie to pomagało im chronić potomstwo, ale potęguje też tendencję do unikania zagrożenia i w rezultacie doprowadza do eskalacji lęków.

(Ilustracja: Kamila Szcześniak/nieladnie.pl)

Być wszędzie i mieć wszystko

Psycholożka Marzena Mawricz również obserwuje tę eskalację. Praktykę psychoterapeutyczną prowadzi od 13 lat i widzi, jak w tym czasie nasiliły się nie tylko trudności u kobiet, ale i nieradzenie sobie z nimi. Według niej nieumiejętność radzenia sobie z trudnościami wynika z przeciążenia. Bo nasz układ nerwowy ma granice wytrzymałości i kiedy je przekraczamy, spada odporność, rośnie stres, a przedłużający się stres wywołuje choroby psychosomatyczne. Nasilają się też wtedy stany lękowe, które z kolei prowadzą dosyć szybko do stanów depresyjnych. – Wiele badań potwierdza, że prekursorem depresji jest długotrwały lęk i związane z nim poczucie zagrożenia – mówi psychoterapeutka.

Czego dzisiaj kobiety boją się najbardziej? – To zależy od okresu rozwojowego – odpowiada Marzena Mawricz. – Każda z nas na różnych etapach życia ma swoje lęki, przeżywane z różną intensywnością, ale też każda przeżywa lęki towarzyszące wszystkim: o przyszłość kraju, świata, klimat, lęki związane z wojną za wschodnią granicą, inflacją, podziałami społecznymi. Od jakiegoś czasu bardzo nasiliły się lęki kobiet związane z wyglądem i ogólnie z wizerunkiem. Mają w tym spory udział media społecznościowe, które prowokują do nieustannego porównywania się do innych pod względem sposobu życia, wyglądu, stanu posiadania. Młode kobiety wpadają z tego powodu w zaburzenia odżywiania: bulimię i anoreksję, permanentnie się odchudzają.

Marzena Mawricz przypomina, że wraz z upowszechnieniem Internetu i mediów społecznościowych zrodził się lęk przed tym, że coś nas ominie, że wypadniemy z obiegu, opisany jako FOMO (fear of missing out). Jak pokazują badania, co trzecia osoba w wieku od 15 do 19 lat boi się odłączenia od sieci!
– Media społecznościowe wygenerowały ogromną zmianę mentalną – twierdzi psychoterapeutka. – Chcemy być wszędzie i mieć wszystko. Nigdy chyba tak się nie śpieszyliśmy jak teraz. U moich pacjentek nasiliły się ich lęki egzystencjalne związane z tym, że nie zdążą, że czas mija, a one muszę jeszcze tyle zrobić, osiągnąć, pojechać w tyle miejsc. Słyszę od dwudziestolatek, że są bardzo obciążone – studiami, pracą. Moje pokolenie zakładało w tym wieku rodzinę, one z tym czekają. Ich problem polega na ogromnej możliwości wyboru. Wszystkiego można spróbować, wszystko mieć, wszędzie pojechać. Napięcie na tym tle jest ogromne, kobiety się zamartwiają: co robić, od czego zacząć, czy jak zrobią coś, to nie stracą czegoś innego, co może byłoby lepsze. Te lęki są charakterystyczne dla naszych czasów i mocno związane z naszą cywilizacją.

Konieczność czy wybór

Julia, 38 lat, samodzielna matka, prowadzi działalność gospodarczą z zakresu PR. Nieustannie się zamartwia, że nie znajdzie kolejnego klienta, bo o wszystkie zlecenia musi ostro walczyć, a konkurencja w tej branży jest ogromna. Codziennie przeczesuje Internet w poszukiwaniu potencjalnych kontrahentów. A jak już podpisze umowę, to boi się, czy sprosta oczekiwaniom, bo wie, że gdy nie sprosta, to nie ma co liczyć na dalszą współpracę, która dałaby jej choć namiastkę finansowej stabilizacji. Ma kilkumiesięczną córkę, którą sama wychowuje, i musi spłacać duży kredyt na mieszkanie. – Całe życie o coś się martwię – mówi. – Kiedyś o to, żeby udało mi się wyrwać z toksycznego domu i zapyziałego miasteczka. Potem, żeby skończyć studia, utrzymać się w wielkim mieście i wyrobić się z dzieckiem przed czterdziestką. Udało się, ale teraz sen z powiek spędza mi to, jak sobie poradzę. I czy wytrzymam tempo życia, jakie sobie narzuciłam.

Zdaniem Marzeny Mawricz ogromnym źródłem lęków jest właśnie przebodźcowanie. Tak duże, że nasz mózg nie potrafi sobie z nim poradzić. Musimy coraz szybciej klikać, podążać, śledzić, stając się powoli społeczeństwem obrazkowym. Konsekwencją przebodźcowania są niepokojące zmiany w pamięci, spadek skupienia, koncentracji i uwagi, co nasila się z wiekiem i co bardzo niepokoi zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Przecież radziliśmy sobie, nadążaliśmy, a teraz już nie?


– Typowo kobiece lęki dotyczą macierzyństwa – mówi Mawricz. – Kobiety po trzydziestce zastanawiają się, czy to już pora, czy poczekać. Chcą jeszcze pożyć, ale czas ucieka. Martwią się, co będzie, jak zostaną same. Coraz więcej młodych kobiet boi się być matką. Decyzji nie ułatwia im to, co dzieje się wokół kobiet w Polsce, nie czują się tu bezpiecznie. Kiedyś ich rówieśniczki aż tak się nad tym nie zastanawiały, bycie matką w pewnym wieku było normą społeczną i obyczajową. A w tej chwili pytanie o macierzyństwo zamienia się w udrękę. Część kobiet czeka z decyzją, a potem ma problem z zajściem w ciążę. Albo rozpada się ich związek i nie mają z kim mieć dziecka. Szukanie kandydata na ojca i partnera to coraz większy problem.

Kolejnym źródłem kobiecych lęków jest poczucie osamotnienia. Dotyka ono głównie singielek po trzydziestce, które z jednej strony bardzo dobrze sobie radzą, ale przyznają, że singielstwo jest koniecznością, a nie wyborem. I jeżeli znajdą miłość, to porzucą ten stan.
– W gabinecie słyszę opowieści o szukaniu miłości na portalach, co kończy się fiaskiem – opowiada Marzena Mawricz. – Bo dzisiaj kobiety są wymagające, rozwijają się, wiedzą, czego chcą. I, paradoksalnie, ta wyższa świadomość nasila ich lęki. Boleśnie zdają sobie bowiem sprawę, że łatwo nie będzie. Oczekują od życia, partnerów dużo więcej niż ich matki, babki, które działały wedle schematu: rób, nie zastanawiaj się. Teraz chcemy świadomie dokonywać wyborów. Często kobiety pytają mnie, gdzie jest ten partner, który będzie szedł z nimi przez życie ramię w ramię, z którym będzie można porozmawiać poważnie i się pośmiać. Widzę rozdarcie w kobietach: chciałyby otwartych związków dających wolność, niezależność, ale i takich, które zapewnią im poczucie bezpieczeństwa, stałość, oparcie.

(Ilustracja: Kamila Szcześniak/nieladnie.pl)

Dialog ze sobą

Wiktoria, 36 lat, z wykształcenia ekonomistka, mama dwójki dzieci: pięcioletniego syna i dwuletniej córki. Dzieci to cały jej świat. Nigdy by siebie o to nie podejrzewała, bo wcześniej obce dzieci ją drażniły, nie umiała się nimi zajmować. A teraz nie wyobraża sobie, żeby swoje oddać do jakichś placówek opiekuńczych, już wie, że nie pośle ich też do szkoły, wybierze nauczanie domowe. – Postanowiliśmy z mężem nie cedować wychowania na obcych ludzi – mówi. – Mam w tym względzie bardzo złe doświadczenie. Jasio był w żłobku pół dnia i przyrzekłam sobie, że nigdy więcej. Cały czas płakał, a wychowawczynie do mnie nie zadzwoniły, bo to ich zdaniem normalne!
Wiktoria nie kryje, że boi się o dzieci, nie ufa opiekunom, instytucjom, autorytetom. Widzi wiele zagrożeń dla dzieci we współczesnym świecie. Dlatego uważa, że jej miejsce jest w domu przy dzieciach, do czego przekonuje inne mamy na forach internetowych.
Marzena Mawricz potwierdza, że dzieci są ogromnym źródłem kobiecych lęków. Matki martwią się o ich zdrowie, o to, jak je wychowywać, gdzie kształcić, czego uczyć. Internet pomaga znaleźć odpowiedź na wiele pytań, ale też powoduje mnóstwo rozterek, bo informacje są często sprzeczne.

– Moja mama przyznaje, że brakowało jej poradników, wiedzy, ale z drugiej strony żyła w takiej trochę błogiej nieświadomości – mówi Marzena Mawricz. – Nie uważam, że nieświadomość jest dobra, na pewno jednak jest łatwiejsza. Kobieta dzisiaj ma świadomość tego, jaką rolę odgrywa w życiu dziecka. Czyta o stylach przywiązania, które buduje się w pierwszych trzech latach życia. Miałam pacjentki, które pytały mnie, czy swoimi zaniechaniami całkowicie zniszczyły życie dziecku. To naprawdę potężne obciążenie, które rodzi dylematy, na przykład, czy iść do pracy, czy zostać z dzieckiem.
Jak sobie z tymi dylematami radzić?
Marzena Mawricz uważa, że pomaga dialog z samą sobą: co mi odpowiada, z czym dobrze się czuję, co jest dla mnie ważne. Pomaga samoakceptacja.
– Gdy akceptuję siebie, to rozstrzygam dylematy na zasadzie: podjęłam decyzję, żeby posłać dziecko do żłobka, oceniłam ją pozytywnie, to się jej trzymam. Ważne, żeby w tym dialogowaniu być dla siebie współczującą. Bo jednym z najważniejszych elementów radzenia sobie z lękiem jest współczucie dla siebie; nie mylić ze współodczuwaniem, czyli empatią.

Dlaczego to ważne? Zdaniem psychoterapeutki dlatego, że jesteśmy tylko ludźmi, a to znaczy, że możemy się mylić, czuć dyskomfort, mieć poczucie nieadekwatności. I to nie jest tak, że tylko ja tak czuję, ale że my, kobiety, tak mamy, ponieważ jesteśmy wrażliwe, a to sprawia, że często się przejmujemy, cierpimy, mamy rozterki wewnętrzne. Współczuć sobie to znaczy być dla siebie życzliwą w trudnym momencie – kiedy mi coś nie wychodzi, kiedy cierpię po porodzie, kiedy trudno wstać w nocy do dziecka. Bo jeśli będę dla siebie naprawdę dobra, to choćby cały świat był przeciwko mnie, moje życie się polepszy.
Marzena Mawricz radzi, aby zwracać uwagę na sygnały wysyłane z ciała, takie jak bóle kręgosłupa, brzucha, migreny. Na ogół nie łączymy ich z lękami, szukając przyczyn zupełnie gdzie indziej. Tymczasem niektóre objawy chorób mogą świadczyć o tym, że żyjemy w lęku wywołanym długotrwałym stresem.
– Warto odpuścić bycie zawsze pedantyczną, silną, skuteczną – mówi psychoterapeutka. – Warto przyznać przed sobą, może przed psychoterapeutą, że moim życiowym towarzyszem jest lęk. Bo w naszych czasach wstydzimy się przyznać do tego, że się boimy. Boimy się bać! Tymczasem zanim zaczniemy coś z tym robić, trzeba się do tego przyznać!

Ratuje nas wspólnota

Psychologowie zauważają, że lęki są częścią naszego istnienia. Te długotrwałe, uporczywe, wpływają na nas destrukcyjnie. Ale chwilowe egzystencjalne bóle istnienia nie są niczym z gruntu złym. Mogą nas nawet wzbogacać, poszerzać naszą perspektywę patrzenia na świat. Na przykład lęk przed samotnością może stymulować nas do zwracania się ku ludziom, obawy przed czymś nowym do mierzenia się z nieznanym i w efekcie czerpania z tego satysfakcji, a lęk przed śmiercią – do dbania o zdrowie.
Psychologowie przekonują, że antidotum na lęki są inni ludzie, ich wsparcie, czuła obecność. Tymczasem wiele kobiet uważa, że przyjęcie pomocy jest porażką.

– Mam pacjentki, które na terapii udowadniają, jakie to są sprawcze i zaradne, choć przyznają, że już nie mają siły. Ale nie proszą o pomoc, bo gdyby o nią poprosiły, to czułyby, jakby im ktoś odebrał dumę, godność. Tkwimy w coraz większych sprzecznościach: chcę wszystko robić sama albo żeby mnie wyręczano. I jedno, i drugie mi nie służy. Bo albo się przemęczam, albo dostaję od ludzi, którzy mnie wyręczają, przekaz, że nic nie umiem. Najlepszy jest złoty środek: wiem, że jestem samodzielna, ale nie jestem samowystarczalna. Wiem, że mogę na siebie liczyć, ale to też oznacza, że mogę liczyć na osoby, które są wokół mnie i że one mogą liczyć na mnie. Wspólnota, w której możemy wymieniać się dobrami, zwiększa poczucie bezpieczeństwa, co jest fundamentalnym orężem w walce z lękiem. Im bardziej bowiem czujemy się bezpieczne, tym mniej się boimy.

Psychoterapeutka podkreśla, że my, kobiety, bardzo potrzebujemy wspólnoty, także tej z kobietami. Często jednak zamiast współpracy, czułości jest rywalizacja. O mężczyzn, urodę, sukcesy. A rywalizacja nasila lęki.
– Kiedy jednak na warsztatach kobiety otwierają się na siebie, zrzucają maski, to dzieje się magia – mówi Marzena Mawricz. – Potrafią dać sobie tyle ciepła, czułości, zrozumienia, że ma to działanie wręcz terapeutyczne. Szukajmy więc wsparcia u innych kobiet. Nie dlatego, żeby coś dawać, bo my akurat robimy to nieustannie, ale po to, żeby wzajemnie wymieniać się dobrami, bo każda jest inna i co innego może dać i wziąć. Wspólnota chroni nas przed lękami. Podobnie jak czułość, dotyk, aktywność, najlepiej w czyimś towarzystwie. Seniorzy w Japonii ćwiczą jogę w parku w grupach. Oni wiedzą, że w samotności lęki narastają, a wśród ludzi maleją. Bo w grupie można przedyskutować to, co wzbudza obawy, przyjąć perspektywę drugiego człowieka, który popatrzy na nasz lęk innymi oczami. I który weźmie za rękę i powie: „Jest inaczej, niż myślisz”. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze